Mogło dojść do tragedii. Finał uratowało dwóch mocnych ludzi. Srogie kary dla Lecha po skandalu kiboli – Futbolfejs

PP_lech-flary_001

Srogie kary dla Lecha Poznań zapowiada prezes PZPN Zbigniew Boniek za popsucie święta futbolu na Stadionie Narodowym. Słusznie, bo aż trudno znaleźć słowo nadające się do publikacji opisujące zachowanie sektora Kolejorza. Ale przy okazji trzeba mieć nadzieję, że Boniek jednak nie zapomniał, że to PZPN był organizatorem finału Pucharu Polski.

Chęć przerzucenia odpowiedzialności na kluby pobrzmiewa niestety w słowach zacytowanych przez „Przegląd Sportowy”: „Kluby odpowiadają za kibiców, którzy siedzieli za bramkami. To one dysponowały biletami”. No, nie. Powiedzmy to głośno i wprost: to PZPN był organizatorem finału Pucharu Polski na Stadionie Narodowym i to PZPN ponosi pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo tej imprezy. I to PZPN nie zastosował, choć mógł, takich środków kontroli tego, kogo wpuszcza na stadion i z czym wpuszcza, by wyeliminować wniesienie na obiekt setek, setek rac i petard, jeśli ich sobie nie życzył. To nie była jedna, dwie, czy kilkanaście flar przemyconych pod pazuchą. To były ilości hurtowe. Na murawę stadionu ze strony sektora Lecha poleciało kilkadziesiąt rac, a płonęło kilkaset. Na sektorze Legii to samo, z tą zasadniczą różnicą, że tam race na murawę nie leciały.

„Żyleta” – honorowo, Kolejorz – skandalicznie
Dlaczego? Bo „Żyleta” potrafi sama nad sobą zapanować. Cichy układ polega na tym, że władze klubu przymykają oko na racowiska, płacą za nie kary, ale w zamian to gniazdo „Żylety” samo pilnuje, by race odpalały tylko wyznaczone do tego osoby i aby nikt samowolnie nie rzucał ich na murawę. Podczas finału ten układ niejako naturalnie został podtrzymany, a „Żyleta” potrafiła zachować się honorowo. Po prostu. Może to dziwne, ale włączyło się „gospodarskie myślenie”. Nie wiem, czy ten układ zadziała zawsze i wszędzie, ale póki co działa. I w lidze, i na pucharze.
A racowiska na Łazienkowskiej mają swój wizualny urok, bez dwóch zdań i są przykładem na to, że jest możliwe rozsądne korzystanie z pirotechniki, nawet gdy jest ona w rękach szalikowców. Na Narodowym wrażenie zepsuły niestety kłęby gęstego, czarnego dymu, którym „Żyleta” (fani Kolejorza zresztą podobnie) postanowiła podtruć głównie siebie, ale przy okazji i kawałek neutralny stadionu.

Zapanowała nad sobą „Żyleta” dotrzymując niepisanej umowy – tradycyjnie ze świetną oprawą, zapanować nad sobą nie potrafił za to młyn Lecha. A w zasadzie lepiej powiedzieć: „nie zamierzał”. Popsuł widowisko piłkarskie akurat pod nosem dzieciaków, które wcześniej rozgrywały finał turnieju „Z podwórka na stadion”, bo to na wysokości sektora, w którym one siedziały, lądowały race rzucane przez kiboli Kolejorza. Wszystko to na oczach prezydenta Andrzeja Dudy (solidarnie wygwizdanego zresztą przez cały stadion, tak na marginesie), prezesa Bońka i siedzących na fotelach obok niego – szefów Lecha Karola Klimczaka i Piotra Rutkowskiego. Ciekawe, co oni czuli i myśleli widząc swoją klęskę sportową i wizerunkową.

Oficjalnie nie wiadomo, bo media Lecha zadymę przemilczały. Na klubowej stronie nawet w galerii zdjęć nie uświadczy się ani jednego z płonącym stadionem w tle, choć naprawdę trudno skonstruować taką galerię, na Twitterze ani słowa o zamieszaniu. Ani słowa przeprosin. Tak było jeszcze we wtorkowe popołudnie. Szokujące było także to, że race na murawę leciały głównie wtedy, gdy Lech przegrywał 0:1 i ostatnie, co było potrzebne drużynie Jana Urbana, to wybijanie jej z rytmu kolejnymi przerwami. Ta drużyna potrzebowała dopingu, wsparcia i wiatru w żagle, a nie rac. Ale kto w młynie Lecha by się tym przejmował… Dwóch mocnych ludzi To, że mecz został rozegrany do końca, uratowało tak naprawdę dwóch mocnych ludzi: sędzia Szymon Marciniak i bramkarz Legii Arkadiusz Malarz. Marciniak – w porozumieniu z delegatem PZPN lub na wniosek delegata – mógł teoretycznie przerwać mecz. W związku ze specyfiką wydarzenia finałowego – przerwać, nie zakończyć! Taka decyzja oznaczałaby ekstremum: drużyny schodzą do szatni, a służby porządkowe i policja (bo bez udziału policji byłoby to niemożliwe) opróżniają trybuny i mecz dokańcza się bez udziału publiczności. Trudno sobie wyobrazić grozę takiej sytuacji. Wyprowadzenie kilku tysięcy rozjuszonych fanów Kolejorza (szalikowcy Legii w takiej sytuacji byliby zapewne nie mniejszym kłopotem) prawdopodobnie doprowadziłoby do regularnej bitwy na stadionie i w jego okolicach. Tragedia. Choć był taki moment, gdy cisnęło się pytanie: „czemu sędzia nie przerywa meczu?”, trzeźwo myśląc trzeba sobie powiedzieć: i całe szczęście, że go nie przerwał. Oczywiście wielkie słowa uznania w całej tej sytuacji także, a może przede wszystkim, dla Malarza, który obrzucony kilkunastoma racami (jedna upadła mu bezpośrednio pod nogą), zachował olbrzymi spokój i chłodną głowę. Mniejsze słowa uznania za to, co powiedział po meczu, że kibice Legii i Lecha stworzyli piękne widowisko. To zwyczajnie nieprawda, a raczej – prawda tylko w połowie.

Lech wykluczony z Pucharu Polski 2016/17?

Stopień wkurzenia prezesa Bońka prezentowany na Twitterze i wypowiedziach przytoczonych przez „Przegląd Sportowy”, świadczy o tym, że Lech może spodziewać się gigantycznych kar od Komisji Dyscyplinarnej: pomijając kwestie finansowe, zakazu wyjazdów zorganizowanych grup kibiców na cały następny sezon, a może nawet wykluczenia z całej następnej edycji Pucharu Polski. Swoją drogą – ciekawe: kara to, czy nagroda? Zważywszy, że Lech w Europie i tak pewnie nie zagra, zostawałyby mu tylko rozgrywki ekstraklasy. 37 meczów. Po 57 meczach obecnego sezonu to interesująca odmiana. Decyzja w czwartek.

Interesującą odmianą jest też zmiana stanowiska prezesa Bońka w sprawie oprawy meczowej. „Kibicom w Polsce wydaje się, że mecz nie może się obyć bez rac i to jest absolutnie najważniejsza sprawa. Nie mogło być samych pięknych sektorówek, flag i tym podobnych? Musimy się poważnie zastanowić, jak temu zaradzić” – powiedział „PS”. Trzy lata temu dla Interii mówił tak: „Zabranianie ich (rac – red.) jest chore. Powinno się ze strażą pożarną ustalić, na jakich zasadach ich można używać i dopuścić. Proszę mi wierzyć, że nie ma w nich nic niebezpiecznego”.
Czyli tradycyjnie – miejsce widzenia zależy od miejsca siedzenia, a tym razem siedzenie było z bardzo dobrym widokiem na race…

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/ekstraklasa/srogie-kary-dla-lecha-po-skandalu-kiboli-moze-nawet-nie-zagrac-w-pucharze-polski-201617/