Śmierdzi szwindlem w meczu Lechia – Ruch. Bukmacherzy wycofają zakład? A PZPN – cicho sza – Futbolplus

Śmierdzi szwindlem w meczu Lechia - Ruch. Bukmacherzy wycofają zakład? A PZPN - cicho sza

Sobotni mecz w grupie mistrzowskiej Lechia Gdańsk – Ruch Chorzów budzi wątpliwości legalnych polskich bukmacherów. Właściciel jednego ze sponsorów reprezentacji Polski, firmy STS, finansującej Lecha Poznań i współpracującej z PZPN, Mateusz Juroszek, rozważa wycofanie zakładu z obstawiania, dając do zrozumienia, że wynik spotkania może być umówiony. O podejrzanej sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”.

- Mamy ten mecz w swojej ofercie, ale w sobotę do południa podejmiemy decyzję, czy go wycofamy – powiedział właściciel firmy STS „Gazecie Wyborczej”. – Nie mamy podejrzeń, że coś może być nie tak, ale chcemy być ostrożni. Na koniec sezonu w wielu krajach odbywają się mecze drużyn, z których jedna o nic nie walczy, a druga potrzebuje punktów. Monitorujemy to. W żadnej lidze nie ma jednak takiego meczu jak Lechia – Ruch.

„Gazeta Wyborcza” zwróciła uwagę, że Lechia walczy jeszcze o europejskie puchary, a Ruch nie gra już praktycznie o nic. Sprawa, według „Gazety Wyborczej”, może mieć drugie dno, związane z wydarzeniami na zakończenie sezonu zasadniczego, kiedy Lechia wycofała apelację od decyzji Komisji Odwoławczej PZPN do spraw Licencji, odbierającej jej punkt i dzięki temu Ruch, kosztem Podbeskidzia Bielsko Biała, uzyskał miejsce w górnej ósemce ligowej tabeli. W bezpośrednim meczu Lechii z Ruchem, „Niebiescy”, nie mający już żadnej motywacji w bieżących rozgrywkach, mogą zechcieć podziękować „Biało-Zielonym” za przychylny gest, zaskakująco włączający chorzowian do grupy mistrzowskiej, oddając w sobotę w Gdańsku punkty gospodarzom bez walki.

Kurs na zwycięstwo Lechii spada z każdym dniem, obecnie w STS jest najniższy na całym świecie.

- Jeżeli my wycofamy spotkanie, zrobią to pewnie także bukmacherzy na całym świecie. Oni patrzą na liderów rynku w danych krajach – zastrzegł Juroszek w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Mimo że mecz Lechia – Ruch wywołuje zastrzeżenia bukmacherów, dziwnie nie wzrusza PZPN, który zachowuje się tak, jakby dał ciche przyzwolenie na ustawienie wyniku tego spotkania. Przed trzema laty prezes PZPN, Zbigniew Boniek trąbił w mediach wszem i wobec, że powiadomił swojego przyjaciela, ówczesnego prezydenta UEFA, Michela Platiniego, o możliwości ustawienia pierwszoligowego meczu Zawisza Bydgoszcz – Arka Gdynia. Spotkanie to, po rozdmuchaniu sprawy przez sternika polskiej skopanej, objęto specjalnym nadzorem.

Obecnie, o budzącym wiele obiekcji meczu Lechia – Ruch, w PZPN cicho sza. Podejrzenie ustawienia wyniku spotkania nikomu jakoś w piłkarskiej centrali teraz nie przeszkadza. Czy aby nie dlatego, że PZPN sam się zaangażował w wyreżyserowanie całej sytuacji, ustawiając ligę poprzez nakłonienie Lechii do wycofania odwołania z Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu przy PKOl. i tym samym dogodzenie Ruchowi kosztem Podbeskidzia?

źródło: http://futbolplus.pl/plus/prasowka/item/7063-smierdzi-szwindlem-w-meczu-lechia-ruch-bukmacherzy-wycofaja-zaklad-a-pzpn-cicho-sza

Ekstraklasa w Sport.pl. Bukmacher wycofa mecz? „W żadnej innej lidze nie ma takiej sytuacji”

Lechia Gdańsk - Ruch Chorzów 2:0
(Lechia Gdańsk – Ruch Chorzów 2:0)
W sobotę o 20:30 Lechia gra z Ruchem. Gdańszczanie walczą o puchary, Ruch praktycznie skończył sezon – Mamy ten mecz w swojej ofercie, ale w sobotę do południa podejmiemy decyzję, czy go wycofamy – mówi Mateusz Juroszek, właściciel firmy STS.
Cała sprawa ma drugie dno związane z wydarzeniami sprzed kilku tygodni. Po ostatniej kolejce sezonu zasadniczego nie wiadomo było, kto zagra w grupie mistrzowskiej: Podbeskidzie Bielsko Biała czy Ruch Chorzów. W końcu Lechia Gdańsk wycofała swoją apelację od decyzji Komisji Odwoławczej PZPN ds. licencji klubowych odbierającej im jeden punkt. Przez to do ósemki wskoczył Ruch. – Nie mamy podejrzeń, że coś może być nie tak, ale chcemy być ostrożni – mówi Mateusz Juroszek, właściciel firmy STS – Na koniec sezonu w wielu krajach odbywają się mecze drużyn, z których jedna o nic nie walczy, a druga potrzebuje punktów. Monitorujemy to. W żadnej lidze nie ma jednak takiego meczu jak Lechia – Ruch – dodaje Juroszek.

Kurs na zwycięstwo Lechii spada z każdym dniem, w tym momencie na stronie STS jest najniższy na całym świecie – W sobotę do południa podejmiemy decyzję czy wyrzucimy mecz z naszej oferty. Jeżeli my wycofamy spotkanie, zrobią to pewnie także bukmacherzy na całym świecie. Oni patrzą na liderów rynku w danych krajach – mówi Juroszek.

źródło: http://www.sport.pl/pilka/1,65039,20025932,ekstraklasa-w-sport-pl-bukmacher-wycofa-mecz-w-zadnej-innej.html

List otwarty do prezesa PZPN w sprawie skandalicznego zorganizowania finału Pucharu Polski – Futbolplus

List otwarty do prezesa PZPN w sprawie skandalicznego zorganizowania finału Pucharu Polski

Finał Pucharu Polski 2016 Lech Poznań – Legia Warszawa (0:1) na Stadionie Narodowym zakończył się skandalem organizacyjnym. Prezes PZPN, Zbigniew Boniek nie poczuwa się jednak do winy katastrofalnego przeprowadzenia zawodów, choćby biorąc pod uwagę aspekt bezpieczeństwa uczestników finału.

Prezes Boniek uważa, że płacąc milion złotych za organizację finału Pucharu Polski na Stadionie Narodowym, PZPN nie ponosi już żadnej winy za zachowanie kibiców Lecha (odpalanie rac i materiałów pirotechnicznych na trybunach i wrzucanie fajerwerków na murawę).

Dla szefa polskiej piłki nie ma żadnego problemu, że wcześniej uzgodnił z fanami „Kolejorza” wniesienie przez nich materiałów pirotechnicznych na stadion i odpalenie rac na trybunach, mimo iż przepisy bezpieczeństwa UEFA, czyli nadrzędne dla PZPN, mówią wyraźnie o całkowitym zakazie używania pirotechniki przez kibiców na trybunach obiektów piłkarskich.

Komentator „Dziennika Gazeta Prawna”, Marcin Hadaj wystosował na łamach swojej gazety list otwarty do prezesa PZPN, w którym zadał sternikowi polskiej skopanej kilka niewygodnych pytań. Trudno spodziewać się po Bońku odpowiedzi, gdyż prezes PZPN stosuje w trudnych dla niego sytuacjach sprawdzoną metodę strusia, czyli chowa głowę w piasek, udając że nic złego w jego organizacji się nie dzieje.

A wbrew temu, co chciałby Boniek, organizacja finału Pucharu Polski obnażyła doszczętnie niekompetencje prezesa PZPN, co znakomicie w swoim liście w „Dzienniku Gazeta Prawna” wypunktował redaktor Hadaj:

„Po pierwsze, dlaczego ochrona finału PP wybiórczo dokonywała kontroli osobistej przy wejściach na stadion? Dlaczego kontrolowano dzieci, które przyszły na mecz z rodzicami, a nie kontrolowano wielu innych osób, np. pijanych? Dlaczego ochrona wpuszczała na stadion osoby z podrobionymi, kserowanymi w kolorze „biletami”, nie weryfikując ich oryginalności? Kwestia biletów na ten mecz, które dla zwykłych ludzi były dostępne jak szynka w 1983 r. (ale przecież pan grał wtedy w piłkę w Juventusie), to zresztą osobna kwestia, którą wcześniej czy później zajmie się UOKiK, a może nawet prokuratura.

Dlaczego kontrolom na bramkach nie poddano kibiców Lecha Poznań, którzy skompromitowali to ważne wydarzenie i pana osobiście, bo to właśnie pan ponosi odpowiedzialność za to, że bramkarza Legii kilkakrotnie trafiono zapalonymi racami? Dlaczego kontroli osobistych nie prowadzono już wewnątrz stadionu, za wejściowymi kołowrotkami, które weryfikują ważność biletów, aby uniknąć gigantycznego tłumu, który powstał sztucznie przez indolencję ochrony, bezradnej w obliczu napierających kibiców? Jej główną aktywnością stało się w pewnym momencie zgniatanie czekających na wejście elementami prowizorycznego ogrodzenia. Cud, że nie doszło do wypadku. Pan tego nie widział, bo panu było bardzo wygodnie w loży honorowej.

Dlaczego ochrona tolerowała wnoszenie na stadion wysokoprocentowego alkoholu, którego na imprezach masowych pić nie wolno? Butelki po nim można było znaleźć w wielu miejscach stadionu przez cały czas trwania imprezy. Czy ktoś w ogóle pomyślał o tym, jak nie dopuścić do takiej sytuacji? Czy ważniejsze było odegranie hymnu? Liczę na szybkie odpowiedzi na powyższe pytania, podobnie jak tysiące Polaków, którym nie zapewnił pan bezpieczeństwa na Stadionie Narodowym. I miliony sprzed telewizorów, zniesmaczone tym, co widziały (z przerwami, kiedy dym zasłaniał wszystko). I nie chodzi tu o jakiekolwiek kary dla klubów czy piłkarzy. Chodzi o to, jak PZPN planuje wyeliminować patologie, które tym razem pana przerosły?”.

źródło: http://futbolplus.pl/plus/prasowka/item/7039-list-otwarty-do-prezesa-pzpn-w-sprawie-skandalicznego-zorganizowania-finalu-pucharu-polski

Rok temu Boniek dziękował kibicom Lecha. Dziś wypomina mu to spółka PL.2012+ – Futbolfejs

Spółka PL.2012+ zarządzająca Stadionem Narodowym oszacowała straty po finale Pucharu Polski na 100 tysięcy złotych. Spółka ma pretensje do PZPN o nieodpowiednie zabezpieczenie imprezy. I przypomina list, w którym rok temu Zbigniew Boniek chwalił kibiców Lecha.

PZPN i imiennie prezes Zbigniew Boniek zostali zaczepieni przez panią rzecznik spółki Monikę Borzdyńską, która na antenie TVN24 powiedziała prosto z mostu przypominając mecz sprzed roku: „Też race znalazły się na boisku. Niestety wtedy władze PZPN, a konkretnie prezes Boniek wystosował list do kibiców, w którym podziękował za oprawę i wskazał, że race mu nie przeszkadzają. Nawet mówił, że w jego sercu była radość po tym, jak widział, jaka była oprawa. My nie do końca cieszyliśmy się z ubiegłorocznego finału, bo tez ponieśliśmy straty. W tym roku było podobnie. No, ale jeśli było pozwolenie na wnoszenie materiałów pirotechnicznych, trudno się dziwić, że tak to się skończyło.”
Straty po tegorocznym finale spółka PL.2012+ oszacowała na około 100 tysięcy złotych i dziś pyta, kto jej zwróci te pieniądze. Uszkodzonych lub nadpalonych zostało 250 krzesełek na trybunach, zniszczona została część toalet, a także uszkodzona brama numer 10 (od strony, która była strefą zamkniętą, przeznaczoną dla zorganizowanych grup kibiców Lecha Poznań).

Pani rzecznik zauważyła także, że na bramkach przed wejściem zatrzymane zostały cztery osoby, które wnosiły materiały pirotechniczne. Jedna z nich miała przy sobie… około 50 rac. To tylko potwierdza, że przy tak hurtowych ilościach nie da się przepuścić osób wnoszący środki pirotechniczne bez przymknięcia oczu przez służby porządkowe.
O jakim liście Bońka mówiła pani rzecznik? Otóż w zeszłym roku, po finale, podczas którego także z trybun leciały race, Boniek wystosował pismo do Stowarzyszenia Kibiców Lecha Poznań. My cytujemy je za „Głosem Wielkopolskim”:
„Dzięki kibicom Lecha Poznań i ich fantastycznemu dopingowi oczy wszystkich fanów piłki nożnej w Polsce mogły nacieszyć się wspaniałym widowiskiem, jakim był Mecz Finałowy (pisownia oryginalna – red.) Pucharu Polski. Wspaniały doping połączony z pracochłonnymi oprawami stworzył atmosferę piłkarskiego święta na Stadionie Narodowym.”

Co ciekawe, list ten został wystosowany równocześnie z decyzją Komisji Dyscyplinarnej PZPN, która po finale nałożyła karę 25 000 złotych na Lecha Poznań za „rzucanie środków pirotechnicznych na płytę boiska”.
Coś tak nam się wydaje, że w tym roku już listu pochwalnego nie będzie. A jakie będą kary? Posiedzenie Komisji w czwartek.

Tak to wyglądało w czasie tegorocznego finału:

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/ekstraklasa/rok-temu-boniek-dziekowal-kibicom-lecha-dzis-wypomina-mu-to-spolka-pl-2012/

To już plaga? Ulatowski o kontrowersyjnym karnym, po którym Bełchatów przegrał w Siedlcach – Futbolfejs

Byłem kiedyś w takiej samej sytuacji jak Marcin Sasal, też musiałem zapłacić 3 tysiące złotych kary. Teraz człowiek już gryzie się w język, próbuje powstrzymać emocje i nie strzelać na konferencji jak z karabinu – mówi Rafał Ulatowski. Trener Bełchatowa to kolejna „ofiara” sędziowskiej pomyłki na zapleczu ekstraklasy.

Oby to nie była plaga, choć gdyby tak się stało, wcale nie bylibyśmy tym zdziwieni. Przy okazji słów Marcina Sasala „o telefonie z góry” pisaliśmy, że poziom sędziowania na zapleczu ekstraklasy jest bardzo słaby i za chwilę odezwą się głosy kolejnych pokrzywdzonych. Tym bardziej że walka o utrzymanie wkracza w decydującą fazę, a zamieszanych w nią jest pół ligi. Tym razem padło na trenera Rafała Ulatowskiego i jego Bełchatów, który przegrał w… Siedlcach po kontrowersyjnym rzucie karnym.
– To w tej sali padły słowa, za które trener Sasal zapłacił 3 tysiące złotych kary. W tej, czy nie w tej? W tej. Po reakcji sędziego głównego, który puścił grę, piłka spoza pola karnego poszła w chorągiewkę boczną, upłynęło 5-6 sekund. Nie było reakcji sędziego głównego, tylko jego asystenta po pięciu sekundach. Była gra jeden na jednego w polu karnym i z tego, co widziałem, mój bramkarz trafił w piłkę. Zresztą po jego reakcji w szatni, a widziałem wielu bramkarzy po takich momentach, głowę kładę i serce oddaję, że nie było rzutu karnego – mówił rozgorączkowany Ulatowski na konferencji pomeczowej.

Ulatowski podczas konferencji (od 3.25):

Emocje już opadły? – pytamy trenera Bełchatowa dwa dni po meczu.
RAFAŁ ULATOWSKI: Opadły. Ochłonąłem już po konferencji, od razu w autobusie. I żeby było jasne, my nie wygraliśmy nie dlatego, że sędzia podyktował rzut karny. Nie wygraliśmy dlatego, że nie wykorzystaliśmy sytuacji, które sobie stworzyliśmy.

Konferencję zaczął pan od pytania, czy to ta słynna sala, na której padły słowa Marcina Sasala o „telefonie z góry” i miałem wrażenie, że natychmiast zaczął się pan gryźć w język, by za dużo nie powiedzieć.
Chichot losu. Do tego ogromne emocje i jeszcze świadomość, że przychodzisz do sali, w której tydzień wcześniej padły tak ostre słowa. No i po meczu, w którym przegrywasz po kontrowersyjnym karnym, który – twoim zdaniem – nie powinien zostać podyktowany. Zresztą byłem kiedyś w takiej sytuacji jak Marcin. Pracując w Cracovii sędziego Daniela Stefańskiego chciałem powiesić na Wieży Mariackiej. Po takich słowach co prawda klepią człowieka po plecach, śmieją się, ale kary nikt za ciebie nie zapłaci. Ja też wtedy dostałem 3 tys. zł. A umówmy się, to jest w dzisiejszych czasach kwota znaczna. Ja za nią mam opłacone trzy miesiące ZUS. Dlatego człowiek gryzie się w język, próbuje panować nad emocjami i nie strzelać na konferencjach jak z karabinu.

Rozumiem jednak, że podtrzymuje pan zdanie, że karnego dla Pogoni być nie powinno?
Wszyscy musimy sobie zdać sprawę z jednego – po końcowym gwizdku trener nie idzie od razu na konferencję. On najpierw przychodzi do szatni, gdzie na gorąco widzi reakcje swoich piłkarzy. Jeżeli przypomnę sobie, że w przerwie meczu Patryk Rachwał miał podejrzenie wstrząśnienia mózgu i tylko na własną odpowiedzialność zagrał w drugiej połowie, kiedy widzę Pawła Lenarcika, który dostaje delirium ze względu na to, że przysięgał, iż najpierw trafił w piłkę, a dopiero potem w rywala i cały jest w szlochu z powodu tego, co się stało, kiedy widzę Gierszewskiego i Zapalača z obandażowanymi kolanami, którzy ledwo chodzą – to jest to 10 minut, które decyduje o wpływie tego, jak trener postrzega swoich piłkarzy po meczu. I ten czas ma bardzo duży wpływ na to, jak szkoleniowiec ocenia spotkanie. Również pod względem emocji.

A co z tym karnym? Powinien być, czy nie?
Patrzyłem w tej akcji na sędziego Złotka i pierwszą jego decyzją było to, że pozwolił grać dalej. Był blisko tego zdarzenia i nie gwizdnął „jedenastki”. Nawet nie miał gwizdka w ustach, pozwolił piłce wyjść. Dopiero po pięciu sekundach i kontakcie z sędzią asystentem wskazał na jedenasty metr. Do tego właśnie miałem uwagi. Jestem zwolennikiem szkoły, która uczy, że jeśli sędzia nie jest pewny swojej decyzji, to nie powinien jej podejmować. To zawsze powtarzano mi na kursach.

Widzieliście tę sytuację na wideo? Być może to rozwiązałoby wszelkie wątpliwości.
Nie mamy nagrania. Pewnie skrót z meczu niebawem udostępni gospodarz, czyli Pogoń Siedlce. Ale patrząc na to wszystko, powiem tak – sędzia mógł podyktować tego karnego, ale nie musiał. To takie moje łagodne określenie. Zresztą byłem później u arbitra po meczu, bo taki jest zwyczaj, że niezależnie od tego, czy podobało ci się, jak prowadził zawody, trzeba sobie podziękować. Dyskutowaliśmy o jednym – czy najpierw mój bramkarz trafił w piłkę, czy w zawodnika. To jest klucz, by odpowiednio ocenić całą sytuację. Zakończmy to w ten sposób – ja nie mam pretensji o przegraną do sędziego.

Nie jest pan pierwszym szkoleniowcem, ani nawet nie drugim, który głośno zwraca uwagę na pracę sędziów. Mamy w pierwszej lidze problem z poziomem sędziowania?
Nie nazwałbym tego problemem. Śledzę wszystkie mecze ekstraklasy i nagle widzę na środku boiska faceta, którego znam z twarzy. To arbiter, który jeszcze w tym sezonie sędziował mi w pierwszej lidze. Jest w ekstraklasie kilku takich. To znaczy, że można prowadzić mecze na dobrym poziomie i wskoczyć na wyższy poziom. Ja nie miałem takiego meczu, po którym mógłbym powiedzieć, że sędzia skrzywdził mój zespół na tyle, że przez niego przegraliśmy spotkanie. Nawet po meczu z Pogonią Siedlce powiem, że sędzie podjął kontrowersyjną decyzję, z którą się jako trener Ulatowski nie zgadzam. Nie zgadzam się, bo ufam swojemu bramkarzowi. Paweł Lenarcik dostał po raz pierwszy szansę tej wiosny i wiedział, że ta decyzja o karnym może wpływać na ocenę jego występu i myślę, że dlatego zareagował tak, jak zareagował. Dawno nie widziałem bramkarza w takich emocjach. Ale nie powiem też głośno, że sędzia Złotek nie pozwolił wygrać mojej drużynie. To my sami nie pozwoliliśmy sobie wygrać.

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/i-liga/to-juz-plaga-ulatowski-o-kontrowersyjnym-karnym-po-ktorym-belchatow-przegral-w-siedlcach/

PZPN wydał oświadczenie w sprawie zajść podczas finału Pocharu Polski. Potępia zachowanie kibiców

Polski Związek Piłki Nożnej wydał oświadczenie w sprawie zajść podczas finału Pucharu Polski. Futbolowa centrala potępiła zachowanie kibiców Lecha Poznań, którzy wrzucili na boisko race.

Jedna z nich trafiła bramkarza Legii Warszawa, Arkadiusza Malarza. PZPN przeprosił zawodnika stołecznego klubu za to, że jego zdrowie zostało narażone na szwank.

W oświadczeniu znalazły się także słowa krytyki dla fanów „Wojskowych”. Na początku spotkania w ich sektorze odpalone zostały race, a dym utrudniał widoczność.

Oświadczenie PZPN:

„Polski Związek Piłki Nożnej pragnie podziękować uczestnikom naszej piłkarskiej majówki na PGE Narodowym w Warszawie. 2 maja od rana przeżywaliśmy porywające finały XVI Turnieju „Z Podwórka Na Stadion o Puchar Tymbarku”, a od godziny 16:00 obserwowaliśmy finał Pucharu Polski Lech Poznań – Legia Warszawa.

Największa w Europie tego typu impreza dla dzieci, jak zwykle pokazała, jak fascynującą może być piłka nożna. Uczestnicy naszego turnieju, a także ich opiekunowie, trenerzy, rodzice i kibice po raz kolejny przekonali się, że są godni gry i emocji na najważniejszym piłkarskim obiekcie w Polsce. Do zobaczenia za rok!

Od lat PZPN czyni wiele starań by rozgrywki o Puchar Polski, nazwane kiedyś Turniejem Tysiąca Drużyn, stały się prawdziwym piłkarskim świętem. Godna oprawa tego wydarzenia, miejsce rozegrania finału, dostojni goście, wielkie zainteresowanie kibiców, transmisja w powszechnie dostępnej telewizji Polsat pokazują, że nasza majówka ma stałe i godne miejsce w kalendarzu polskiego futbolu. Jesteśmy świadomi stale wzrastającej rangi finału Pucharu Polski i zrobimy wszystko, aby każdego roku finał był prawdziwym świętem naszego futbolu.

Gratulując Legii Warszawa sięgnięcia po to trofeum dobrze wiemy, że 2 maja doszło do karygodnych aktów chuligaństwa ze strony kibiców Lecha Poznań. Rzucanie palących się rac na boisko podczas gry przez fanów poznańskiej drużyny jest godne najwyższego potępienia. Fani Legii odpalając race dymne także popsuli widowisko. Nie ma i nigdy nie było naszej zgody ani tolerancji dla takich incydentów. Nasze święto zostało zepsute, a idea rozgrywek po prostu sprofanowana. Wielki wysiłek organizacyjny: związku, służb porządkowych i wszystkich zaangażowanych w to wydarzenie został wystawiony na ciężką próbę. Odrzucając pierwsze kategoryczne i utrzymane w histerycznym tonie opinie i „dobre rady” pod adresem organizatorów finału, pragniemy docenić spokój, opanowanie i trzeźwość umysłu sędziego głównego spotkania Lech – Legia Szymona Marciniaka, który zrobił wszystko by doprowadzić mecz do końca. Ewentualne przedwczesne zakończenie tego spotkania mogłoby spowodować nieobliczalne skutki dla wszystkich. Bramkarz Legii, Arkadiusz Malarz pokazał, że nawet w takich momentach zagrożenia zdrowia, kiedy chuligani z Lecha rzucali w jego kierunku płonące race, umie zachować klasę i spokój i wiedział, że każdy jego spontaniczny gest mógłby doprowadzić do jeszcze większego zdziczenia na sektorze poznańskiego klubu. Wyrażamy ubolewanie z tego powodu i jako współorganizator imprezy zwyczajnie bramkarza Legii przepraszamy.

PZPN chce współpracować z kibicami, ludźmi kochającymi futbol. Partnerskie stosunki, jakie zaproponowaliśmy fanom naszych klubów, zostały wystawione na najcięższą próbę. Zawsze podkreślaliśmy, że to nasze wspólne święto. Jednak, jedna ze stron zwyczajnie i jednostronnie „wypowiedziała” współpracę. Chuligańskie incydenty nie odwiodą Polskiego Związku Piłki Nożnej od mozolnego i systematycznego budowania rangi rozgrywek o Puchar Polski”.

Autor wpisu: Mateusz Karoń

źródło: http://sportowefakty.wp.pl/pilka-nozna/598745/pzpn-wydal-oswiadczenie-w-sprawie-zajsc-podczas-finalu-pocharu-polski-potepia-za

Mogło dojść do tragedii. Finał uratowało dwóch mocnych ludzi. Srogie kary dla Lecha po skandalu kiboli – Futbolfejs

PP_lech-flary_001

Srogie kary dla Lecha Poznań zapowiada prezes PZPN Zbigniew Boniek za popsucie święta futbolu na Stadionie Narodowym. Słusznie, bo aż trudno znaleźć słowo nadające się do publikacji opisujące zachowanie sektora Kolejorza. Ale przy okazji trzeba mieć nadzieję, że Boniek jednak nie zapomniał, że to PZPN był organizatorem finału Pucharu Polski.

Chęć przerzucenia odpowiedzialności na kluby pobrzmiewa niestety w słowach zacytowanych przez „Przegląd Sportowy”: „Kluby odpowiadają za kibiców, którzy siedzieli za bramkami. To one dysponowały biletami”. No, nie. Powiedzmy to głośno i wprost: to PZPN był organizatorem finału Pucharu Polski na Stadionie Narodowym i to PZPN ponosi pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo tej imprezy. I to PZPN nie zastosował, choć mógł, takich środków kontroli tego, kogo wpuszcza na stadion i z czym wpuszcza, by wyeliminować wniesienie na obiekt setek, setek rac i petard, jeśli ich sobie nie życzył. To nie była jedna, dwie, czy kilkanaście flar przemyconych pod pazuchą. To były ilości hurtowe. Na murawę stadionu ze strony sektora Lecha poleciało kilkadziesiąt rac, a płonęło kilkaset. Na sektorze Legii to samo, z tą zasadniczą różnicą, że tam race na murawę nie leciały.

„Żyleta” – honorowo, Kolejorz – skandalicznie
Dlaczego? Bo „Żyleta” potrafi sama nad sobą zapanować. Cichy układ polega na tym, że władze klubu przymykają oko na racowiska, płacą za nie kary, ale w zamian to gniazdo „Żylety” samo pilnuje, by race odpalały tylko wyznaczone do tego osoby i aby nikt samowolnie nie rzucał ich na murawę. Podczas finału ten układ niejako naturalnie został podtrzymany, a „Żyleta” potrafiła zachować się honorowo. Po prostu. Może to dziwne, ale włączyło się „gospodarskie myślenie”. Nie wiem, czy ten układ zadziała zawsze i wszędzie, ale póki co działa. I w lidze, i na pucharze.
A racowiska na Łazienkowskiej mają swój wizualny urok, bez dwóch zdań i są przykładem na to, że jest możliwe rozsądne korzystanie z pirotechniki, nawet gdy jest ona w rękach szalikowców. Na Narodowym wrażenie zepsuły niestety kłęby gęstego, czarnego dymu, którym „Żyleta” (fani Kolejorza zresztą podobnie) postanowiła podtruć głównie siebie, ale przy okazji i kawałek neutralny stadionu.

Zapanowała nad sobą „Żyleta” dotrzymując niepisanej umowy – tradycyjnie ze świetną oprawą, zapanować nad sobą nie potrafił za to młyn Lecha. A w zasadzie lepiej powiedzieć: „nie zamierzał”. Popsuł widowisko piłkarskie akurat pod nosem dzieciaków, które wcześniej rozgrywały finał turnieju „Z podwórka na stadion”, bo to na wysokości sektora, w którym one siedziały, lądowały race rzucane przez kiboli Kolejorza. Wszystko to na oczach prezydenta Andrzeja Dudy (solidarnie wygwizdanego zresztą przez cały stadion, tak na marginesie), prezesa Bońka i siedzących na fotelach obok niego – szefów Lecha Karola Klimczaka i Piotra Rutkowskiego. Ciekawe, co oni czuli i myśleli widząc swoją klęskę sportową i wizerunkową.

Oficjalnie nie wiadomo, bo media Lecha zadymę przemilczały. Na klubowej stronie nawet w galerii zdjęć nie uświadczy się ani jednego z płonącym stadionem w tle, choć naprawdę trudno skonstruować taką galerię, na Twitterze ani słowa o zamieszaniu. Ani słowa przeprosin. Tak było jeszcze we wtorkowe popołudnie. Szokujące było także to, że race na murawę leciały głównie wtedy, gdy Lech przegrywał 0:1 i ostatnie, co było potrzebne drużynie Jana Urbana, to wybijanie jej z rytmu kolejnymi przerwami. Ta drużyna potrzebowała dopingu, wsparcia i wiatru w żagle, a nie rac. Ale kto w młynie Lecha by się tym przejmował… Dwóch mocnych ludzi To, że mecz został rozegrany do końca, uratowało tak naprawdę dwóch mocnych ludzi: sędzia Szymon Marciniak i bramkarz Legii Arkadiusz Malarz. Marciniak – w porozumieniu z delegatem PZPN lub na wniosek delegata – mógł teoretycznie przerwać mecz. W związku ze specyfiką wydarzenia finałowego – przerwać, nie zakończyć! Taka decyzja oznaczałaby ekstremum: drużyny schodzą do szatni, a służby porządkowe i policja (bo bez udziału policji byłoby to niemożliwe) opróżniają trybuny i mecz dokańcza się bez udziału publiczności. Trudno sobie wyobrazić grozę takiej sytuacji. Wyprowadzenie kilku tysięcy rozjuszonych fanów Kolejorza (szalikowcy Legii w takiej sytuacji byliby zapewne nie mniejszym kłopotem) prawdopodobnie doprowadziłoby do regularnej bitwy na stadionie i w jego okolicach. Tragedia. Choć był taki moment, gdy cisnęło się pytanie: „czemu sędzia nie przerywa meczu?”, trzeźwo myśląc trzeba sobie powiedzieć: i całe szczęście, że go nie przerwał. Oczywiście wielkie słowa uznania w całej tej sytuacji także, a może przede wszystkim, dla Malarza, który obrzucony kilkunastoma racami (jedna upadła mu bezpośrednio pod nogą), zachował olbrzymi spokój i chłodną głowę. Mniejsze słowa uznania za to, co powiedział po meczu, że kibice Legii i Lecha stworzyli piękne widowisko. To zwyczajnie nieprawda, a raczej – prawda tylko w połowie.

Lech wykluczony z Pucharu Polski 2016/17?

Stopień wkurzenia prezesa Bońka prezentowany na Twitterze i wypowiedziach przytoczonych przez „Przegląd Sportowy”, świadczy o tym, że Lech może spodziewać się gigantycznych kar od Komisji Dyscyplinarnej: pomijając kwestie finansowe, zakazu wyjazdów zorganizowanych grup kibiców na cały następny sezon, a może nawet wykluczenia z całej następnej edycji Pucharu Polski. Swoją drogą – ciekawe: kara to, czy nagroda? Zważywszy, że Lech w Europie i tak pewnie nie zagra, zostawałyby mu tylko rozgrywki ekstraklasy. 37 meczów. Po 57 meczach obecnego sezonu to interesująca odmiana. Decyzja w czwartek.

Interesującą odmianą jest też zmiana stanowiska prezesa Bońka w sprawie oprawy meczowej. „Kibicom w Polsce wydaje się, że mecz nie może się obyć bez rac i to jest absolutnie najważniejsza sprawa. Nie mogło być samych pięknych sektorówek, flag i tym podobnych? Musimy się poważnie zastanowić, jak temu zaradzić” – powiedział „PS”. Trzy lata temu dla Interii mówił tak: „Zabranianie ich (rac – red.) jest chore. Powinno się ze strażą pożarną ustalić, na jakich zasadach ich można używać i dopuścić. Proszę mi wierzyć, że nie ma w nich nic niebezpiecznego”.
Czyli tradycyjnie – miejsce widzenia zależy od miejsca siedzenia, a tym razem siedzenie było z bardzo dobrym widokiem na race…

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/ekstraklasa/srogie-kary-dla-lecha-po-skandalu-kiboli-moze-nawet-nie-zagrac-w-pucharze-polski-201617/

Łatwiej z Sasala zrobić wariata, niż poważnie zająć się problemem z sędziowaniem w pierwszej lidze – Futbolfejs

NX_marcin-sasal_0011

„Boskie połączenie”, czyli słowa Marcina Sasala: „Uważam, że był telefon z góry, że Miedź się musi utrzymać”, Komisja Dyscyplinarna PZPN wyceniła na 3 tys. zł kary i trzy mecze bez trenera na ławce Pogoni Siedlce.

„Nie należę do ludzi dających się zastraszyć, więc nie ucieknę. Najpierw jednak muszę wyspowiadać się przed organami” – napisał mi kilka dni temu Sasal. No więc w czwartek się wyspowiadał, ale o „telefonie z góry” rozmawiać już nie chce.  Być może podczas tej spowiedzi dał się, mimo wszystko, zastraszyć. Zresztą teraz to już nieistotne. Zapowiedział wydanie oświadczenia i tyle.
Szkoda. Bo była okazja i właśnie szlag ją trafił. Bardzo źle się stało, że tak to się kończy. Wesołym oberkiem i robieniem ze słów Sasala błazenady, a z niego samego sfrustrowanego wariata, który rzekomo wie kto, kiedy i o czym rozmawia przez telefon z Panem Bogiem.
I nie chodzi akurat o to, czy Sasal miał rację, czy jej nie miał, nie chodzi o to, by bronić Pogoń, czy Miedź, albo atakować sędziego Jacka Małyszka z Lublina (to on prowadził mecz tych drużyn). Chodzi o to, że ta słowna petarda (albo niewypał, jak kto woli) mogła być – i powinna być – początkiem dyskusji na temat poziomu sędziowania na zapleczu ekstraklasy. A w wielu meczach jest on słaby, czasem bardzo słaby, w niektórych wręcz żenująco dramatyczny. Tylko kto o tym wie? Sasal, z którego robi się znerwicowanego wariata, inni trenerzy, którzy czasem coś napomkną, ale – żeby nie mieć w kolejnych meczach pod górę – wolą gryźć się w język, i kibice, których w tej akurat dyskusji nikt nie traktuje poważnie.
O ile w ekstraklasie każdy błąd sędziego, każda kontrowersyjna sytuacja brana jest natychmiast pod lupę, wołają do studia pana Sławka, który oświadcza, gdzie pomyłka, a gdzie dobra decyzja, o tyle w pierwszej lidze na błędy arbitrów – a jest ich (tych błędów) zdecydowanie więcej niż w ekstraklasie – szybko spuszcza się kurtynę milczenia. I tylko szlag trafia drużyny, które na skutek tych błędów tracą punkty.
Niedawno taki szlag trafił działaczy z Suwałk. W Wigrach nikt nie mówił jednak o telefonach z góry. Przygotowano za to materiał wideo z ewidentnymi pomyłkami sędziowskimi, które zaważyły na stracie przez drużynę kilku puntów, i wysłano go do przewodniczącego Kolegium Sędziów Zbigniewa Przesmyckiego. Odzewu na razie brak. Nie brak za to problemów z sędziowaniem w pierwszej lidze. I niekoniecznie dlatego, że są telefony z góry. Nie twierdzę, że arbitrzy kręcą lody, bo nie mam na to dowodów. Za to mam dowody na to, że wielu z nich jest po prostu bardzo słabymi sędziami. Słowa Sasala powinny wywołać trochę inny skutek, niż nabijanie się z trenera Pogoni. Bo mnie przypominają takie desperackie wołanie na puszczy o to, by ktoś wreszcie zajął się problemem. Tyle że jak znam życie, to się pewnie nie zajmie. Łatwiej z Sasala zrobić sfrustrowanego wariata, przywalić mu karę i udawać, że z poziomem sędziowskim wszystko jest OK. Otóż, g… prawda. Nie jest OK. A najgorsze jest to, że teraz z kolejki na kolejkę będzie pewnie jeszcze gorzej, bo walka o utrzymanie dopiero wkracza w decydującą fazę. A zamieszane w nią jest pół ligi, wiec za chwilę może się okazać, że takich „sfrustrowanych Sasali” jest w tej lidze dużo więcej.
Cóż, Sasal mógł spróbować nieco skruszyć ten mur, ale woli wydać oświadczenie i już się nie wychylać. Jego sprawa. Choć szkoda…

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/i-liga/latwiej-z-sasala-zrobic-wariata-niz-powaznie-zajac-sie-problemem-z-sedziowaniem-w-pierwszej-lidze/