Chory na władzę Boniek, robi co może, aby dalej rządzić w PZPN. Rozdaje nawet nie swoją kasę! – Futbolplus

Chory na władzę Boniek, robi co może, aby dalej rządzić w PZPN. Rozdaje nawet nie swoją kasę!

Prezes PZPN, Zbigniew Boniek, po lutowym nokaucie jakiego doznał na zjeździe statutowym PZPN, otrząsnął się z amoku, podniósł z kolan, złapał postawę zasadniczą i przeszedł do kontrataku, stosując nomenklaturę bokserską.

Boniek, który dostał po nosie od Ekstraklasy w głosowaniach nad zmianami statutu PZPN, mającymi zapewnić mu lekką i przyjemną reelekcję, łatwo się nie poddaje (czytaj: nie wypuszcza z rąk raz zdobytej władzy w polskiej piłce). Po chwilowym zamroczeniu (broń Boże alkoholowym, choć są i tacy, którzy posądzają sympatycznego pana Zbyszka o nadużywanie nie tylko hazardu, ale przecież to tylko niecne insynuacje wyjątkowo nieżyczliwych chwalebnemu „Zibiemu”) postanowił ruszyć z kopyta.

W czwartym roku swojej prezesury, Boniek wreszcie przedstawił Narodowy Model Gry i Pro Junior System (cokolwiek to znaczy), które mają w końcu podźwignąć kulejące szkolenie w polskiej piłce. Strasznie długo trwało sprecyzowanie projektu, który tak naprawdę powinien być gotowy już po pierwszym roku panoszenia się „Zibiego” w PZPN. Ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale. Jaki będzie efekt wprowadzenia w życie tego programu i czy w ogóle przyniesie on jakikolwiek efekt – okaże się najwcześniej za 4-5 lat, czyli na przełomie kolejnej kadencji prezesa związku, czy to Bońka, czy też kogoś innego.

Dzień, w którym wypłynęła ryba, czyli dzień ogłoszenia NGP i PJS miał zakończyć się z przytupem, czyli efektownym zwycięstwem Polski nad Serbią w meczu juniorów U-17 w obecności całej związkowej wierchuszki na stadionie Polonii Warszawa. Drużyna Bartomieja Zalewskiego, wynalezionego skądinąd przez wspaniałomyślnego dyrektora sportowego PZPN, Stefana Majewskiego, nie sprostała jednak swoim rówieśnikom z Bałkanów, w przeciwieństwie do pierwszej reprezentacji Adama Nawałki w Poznaniu, i poległa wyraźnie, o czym jednak wcale nie świadczy wynik, 1:2.

Impreza była jednak fantastycznie… obrandowana, a o umieszczenie reklam PZPN-u (zresztą podobnie jak na meczach reprezentacji i Pucharze Polski) zadbał nie kto inny, tylko rodzony brat prezesa związku, Zbigniewa Bońka – Roman Boniek, nota bene ojciec sędziego asystenta-liniowego Marcina Bońka. Oczywiście, obrandowanie odbywa się w PZPN-ie bez żadnego przetargu, jedynie poprzez odgórne wskazanie firmy brata Romana przez prezesa Zbigniewa, któremu to Romanowi Bońkowi za usługę zamieszenia reklam wypłaca pieniądze rodzony brat, prezes PZPN, Zbigniew Boniek, przekazując należność, według własnego widzimisię. Czyż nie jest to nepotyzm w czystej postaci i obońkowanie (czytaj: okradanie) PZPN?!

Porażka nadziei polskiej piłki nie zmąciła błogiego nastroju prezesa Bońka, który kilka godzin wcześniej, podczas posiedzenia zarządu PZPN, zamienił się w spóźnionego wielkanocnego zajączka, rozdającego prezenty na prawo i lewo. „Zibi” wrzucił więc po 50 tysięcy złotych do każdego koszyczka 16 prezesów wojewódzkich Związków Piłki Nożnej na tak zwane ruchy, czyli koszty reprezentacyjne. Jakby tego było mało, prezes PZPN zatwierdził przekazanie w sprzęcie sportowym nawet do 460 tysięcy złotych tymże wojewódzkim ZPN-om. W sumie więc rozdał, licząc średnio na każdy z szesnastu wojewódzkich związków po 350 tysięcy złotych (w tym na ruchy specjalne dla „baronów”), co daje okrągłą sumkę 5 milionów 600 tysięcy złotych! Tak lekką ręką rozdaje się właśnie nie swoje pieniądze!

Oczywiście, nie mamy nic przeciwko dofinansowaniu piłkarstwa, zwłaszcza młodzieżowego w terenie. Dziwnie jednak, o ile nie BAAARDZO dziwnie, wygląda to dofinansowanie w ostatnim, czwartym roku sprawowania prezesury przez Bońka, roku, bądź co bądź, wyborczym. Szkoda, że przez minione 3 lata kadencji, prezes PZPN tak zuchwale i beztrosko nie wspierał wojewódzkich związków, przeznaczając z centralnej kasy na okręgi, co najwyżej po 10 tysięcy złotych rocznie.

Działania „Zibiego”, jako żywo, przypominają prowadzenie kampanii wyborczej bliskiego jego sercu i przekonaniom eksprezydenta „Bredzisława” vel Bronisława Komorowskiego. Kiełbasa wyborcza ochoczo rozdawana przez ryżego na każdym kroku. Byle tylko zapchać teren tanią zwyczajną.

Prezes Boniek stosuje jednak pewną gradację w rozdawnictwie nie swoich, lecz wyłącznie związkowych pieniędzy. Najwięcej z puli PZPN „Zibi” przeznacza na okręgi, kierowane przez swoich najbliższych przydupasów, czyli wiceprezesa PZPN, szefa Kujawsko-Pomorskiego ZPN, Eugeniusza „Łukaszenko” Nowaka i przewodniczącego piłki kobiecej, nierozliczonego z afery molestowania sędzin w Borowicach koło Wałbrzycha zimą 2004 roku, „barona” Dolnośląskiego ZPN, przybocznego Grzegorza „Zniszczę Cię” Schetyny, Andrzeja Padewskiego.

Związek „Łukaszenko” Nowaka, który na szczeblu centralnym ma raptem 2 (słownie: dwa!) pierwszoligowe kluby (Zawisza Bydgoszcz i Olimpia Grudziądz), może poszczycić się najwyższym spośród 16 wojewódzkich ZPN-ów, sięgającym nawet 5 mln złotych budżetem. O zapełnienie kasy ZPN-u z siedzibą w Bydgoszczy dba jednak nie kto inny, tylko sam prezes PZPN-u, który notorycznie przydziela Kujawsko-Pomorskiemu ZPN-owi organizację meczów reprezentacji juniorów, młodzieżowców, itp, wiedząc przy tym doskonale, że np. w Bydgoszczy kibice od 2 lat bojkotują właściciela Zawiszy, Radosława Osucha i na żadne mecze w ogóle nie przychodzą. Boniek jednak z uporem maniaka kieruje juniorów i młodzieżówkę w Kujawsko-Pomorskie, jak to uczynił ostatnio choćby w przypadku Bydgoszczy i Włocławka, gdzie odbyły się mecze z młodzieżówką Białorusi U-21.

Ryży, podczas środowego posiedzenia zarządu PZPN, zrzekł się sprawowania przedstawicielstwa w Radzie Nadzorczej Ekstraklasy SA, pod pretekstem sporu z szefem tejże Rady, współwłaścicielem Legii, Maciejem Wandzelem. „Zibi”, zdając sobie doskonale sprawę, ża przez dwa ostatnie lata łamie statut PZPN, a poprawek, niestety, nie dało się na lutowym zjeździe statutowym PZPN przeforsować, wycofał się z łamania jednego ze związkowych zapisów, wspaniałomyślnie desygnując na przedstawiciela PZPN w Radzie Nadzorczej Ekstraklasy SA, zaufanego z Bydgoszczy… „Łukaszenko” Nowaka.

Jak małostkowym padalcem jest obeceny prezes PZPN, świadczy choćby jeden niuansik z ostatniego meczu towarzyskiego reprezentacji Polski z Finlandią (5:0) we Wrocławiu. Ciekawe, czemu organizację spotkania drużyny narodowej przyznano znowu temu miastu – czy dlatego, że prezesem Dolnośląskiego jest operator wózka widłowego, niejaki Padewski? Wracając jednak do niuansiku – otóż, przedstawiciele Ekstraklasy SA, współwaściciel Legii, Maciej Wandzel oraz prezes Jagiellonii Białystok, Cezary Kulesza i nijaki Animucki, za lutowe głosowanie na zjeździe przeciwko zmianom w statucie PZPN dostali ze związku miejsca na trybunach za filarem, tak, żeby troszkę gorzej było im oglądać strzelaninę w fiński kuper. Natomiast pani prezesowa, Wiesława Boniek, która wcześniej witała się z prezesem Kuleszą na tak zwanego misia, we Wrocławiu Kuleszy zadziwiająco już nie poznawała. Czyżby dlatego, że ów Kulesza nie poparł ryżego?

Cóż znaczy ludzka podłość!

źródło: http://futbolplus.pl/pzpn/item/6562-chory-na-wladze-boniek-robi-co-moze-aby-dalej-rzadzic-w-pzpn-rozdaje-nawet-nieswoja-kase

Ustawiony mecz kwalifikacji mistrzostw Europy U-21 Malta – Czarnogóra na oczach Listkiewicza? – Futbolplus

Ustawiony mecz kwalifikacji mistrzostw Europy U-21 Malta - Czarnogóra na oczach Listkiewicza?

Policja bada doniesienia dotyczące ustawienia meczu kwalifikacji młodzieżowych mistrzostw Europy U-21 2017 grupy 1 Malta – Czarnogóra (0:1).

W krótkim oświadczeniu, Maltański Związek Piłkarski oznajmił, że policja otrzymała ostrzeżenie przed meczem, że zakończy się ono zwycięstwem Czarnogóry 1:0 i tak też się stało.

Co ciekawe, delegatem UEFA na to spotkanie był dawny prezes PZPN i obecny szef I ligi, Michał Listkiewicz.

„Jesteśmy w ścisłej współpracy z władzami i nie przekaże mu żadnego dalszego komentarza na tym etapie. Tak jak to miało miejsce w przeszłości, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby chronić integralność lokalnego futbolu” – oświadczyła maltańska federacja.

„The Times of Malta” doniósł, że policja wezwała w niedzielę na przesłuchanie szereg piłkarzy maltańskiej młodzieżówki U-21.

W grupie 1 eliminacji MME 2017 Czarnogóra zajmuje 3. miejsce z 9 punktami, a Malta – 4. miejsce z 5 punktami, wyprzedzając Łotwę i Mołdawię. Prowadzą Czechy – 14 punktów, przed Belgią – 12 punktów. Awans bezpośredni do finałów w Polsce uzyskują zwycięzcy grup, a zespoły z drugich miejsc zagrają baraże.

źródło: http://futbolplus.pl/zagranica/item/6517-ustawiony-mecz-kwalifikacji-mistrzostw-europy-u-21-malta-czarnogora-na-oczach-listkiewicza

Media Sunday na Wielkanoc: wywiad z Jackiem Kmiecikiem

Gościem trzeciego odcinka Media Sunday jest znany dziennikarz sportowy, Jacek Kmiecik. Opozycjonista patrzący na dzisiejszy świat futbolu w krytyczny, ale też błyskotliwy sposób. Rozmawiamy m.in o byciu Don Kichotem w walce z Bońkiem, wulgarnych wiadomościach od Janusza Basałaja, byciu petentem w rozmowie z piłkarzem i Mirosławie Skurzewskim, któremu Kmiecik czegoś zazdrości. Szykujcie kawę i szukajcie wygodnego miejsca by w wolnej chwili zasiąść do czytania bardzo długiej rozmowy! 

Jest pan dziennikarzem niepokornym?

Jacek Kmiecik: A dlaczego miałbym takowym być? Piszę to, co widzę. Przedstawiam rzeczywistość. Może ktoś tak myśli, dlatego, że nie jestem spolegliwy.

Niektórzy mówią, że walczy pan trochę z wiatrakami…

Don Kichot… oczywiście, że tak. Walczę z wiatrakami w układzie, kiedy większość mediów jest opanowana przez Janusza Basałaja, który ma tam duże wpływy. Jego wychowankowie i byli podopieczni dziś decydują o obliczu polskiego dziennikarstwa sportowego, a on pociąga za sznurki odpowiednio dawkując informacje, które oni później przekazują. Media te wspierają obecny PZPN i robią mu pozytywny PR, który mydli ludziom oczy. Ci wszyscy redaktorzy robią czytelnikom styropian z mózgu.

To o nich pogardliwie pisze pan: Boniotubisie, Zibiwłazy?

Tak. To są dziennikarze, którzy powinni pracować w biuletynie PZPN-u i dokładnie tak robią, tylko ich praca ma trochę mylącą nazwę. Nie mam pojęcia skąd bierze się takie podejście do tego zawodu. Wątpię, żeby ci ludzie w ogóle kształcili się w kierunku dziennikarskim, czy po prostu zostali dziennikarzami z przypadku. Oni nie wiedzą, co robią. Nie znają elementarnych pojęć. Wie pan skąd wzięła się nazwa prasa czy nie?

Nie wiem, proszę mnie oświecić.

To pan chyba też wziął się z przypadku. Prasa wzięła się od press, czyli prasujemy, krytykujemy władzę. Każda taka krytyka ma na celu dobro piłki, czyli realną poprawę. Media muszą wywierać na rządzących presję, żeby ci starali się i doprowadzali do zmian, które są w danym momencie konieczne. Dlatego właśnie dziwę się, że media w Polsce, które przez wiele lat, od 1989. roku były w miarę niezależne i mogły pisać o wszystkim, czego ja byłem namacalnym dowodem, bo opisywałem wprost wiele kontrowersyjnych spraw, stały się tak jednostronne. Boniek jest dla nich rodzajem bożka, którego nie wolno zaatakować, nawet w merytoryczny sposób.

Nie ma krytyki. Same pochlebstwa i laurki wystawiane przez podlizywaczy. Domyślam się, z czego to pochodzi. Jest to narzucana przez środowisko Polskiego Związku Piłki Nożnej, a właściwie Basałaja poza. Prym w realizowaniu tej myśli miłości do prezesa wiodą czołowe polskie portale i gazety – Przegląd Sportowy, Weszło, Onet. Jeśli one napiszą coś korzystnego, to reszta mniejszych stron automatycznie kopiuje to i powiela nawet największe absurdy.

 

 

Pan zaś tylko krytykuje działania Bońka. Czy prezes naprawdę robi wszystko źle?

Na szczęście, nie jestem taki osamotniony w tej krytyce. Często przeciwko Bońkowi występuje Wirtualna Polska, tygodnik Piłka Nożna czy ostatnio Futbolfejs. Oni widzą, co się dzieje i potrafią to w sensowny sposób opisać. Wspominane wcześniej przeze mnie strony są zaś zagubione w bezwzględnym uwielbieniu i ich przekaz jest żenująco przyjazny dla prezesa, co godzi w stan dziennikarstwa sportowego w naszym kraju.

Co dobrego zrobił Zbigniew Boniek? Jedną rzecz. Diametralnie zmienił PR. Odbiór i wizerunek PZPN-u uległ całkowitej zmianie. Przemalował tylko fasadę. Wszystko, co w środku, pozostało jednak po staremu. Z drugiej strony, czego tu się było po nim spodziewać. Nie mogło być przecież inaczej, skoro Boniek również reprezentuje układ, w którym tkwi od lat. Jest od 30 lat w polskiej piłce. Był w strukturach PZPN-u, kiedy szalała największa korupcja i co chwilę pojawiały się nowe afery. Był również prezesem i współwłaścicielem Widzewa, gdy klub wchodził do Ekstraklasy w 2006 roku. I nikt mi nie wmówi, że nie widział o tym, że akurat klub miał 17 zarzutów korupcyjnych

Pewnie wiedział…

Tylko, że tu był tzw. układ między panem Zbyszkiem, który bardzo dobrze się zna z Grzegorzem Schetyną, który wtedy był wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych. Ów polityk miał wpływ na działania prokuratury wrocławskiej, która zajmowała się całą sprawą, bo tam umiejscowiony był jego człowiek, prokurator Edward Zalewski. W ten sposób Boniek, który powinien zostać z całym klubem pociągnięty do odpowiedzialności, uniknął kary. Co jeszcze? PZPN, w którym działał, załatwiał takie kontrakty jak z Berlo, z którego Związek nie otrzymał nawet centa, a miał dostać milion dolarów. Do dziś nie wiadomo, co się z tymi pieniędzmi stało. 60-latek ma dużo za uszami, ale dzięki poprzedniemu układowi z władzą nie był nawet minimalnie ruszony przez wymiar sprawiedliwości, a wręcz przeciwnie miał parasol ochronny nad sobą. Mógł robić, co chciał i ten przywilej wykorzystywał.

Czyli popiera pan opozycję, która tworzy się przeciw szefowi PZPN-u? W jej skład wchodzą m. in. Kazimierz Greń i Maciej Wandzel.

Przede wszystkim nie podoba mi się to, że człowiek, który ma ogrom za uszami gra czystego i świętego. Czy popieram opozycję? Wstawię się za każdym, kto chciałby rozliczyć pana prezesa z jego szemranej przeszłości. Jeżeli po sprawiedliwym osądzie, okaże się, że Boniek jest rzeczywiście czysty jak łza, to ja nic do niego nie mam. Może sprawować władzę. Na razie jednak jego różne ruchy jak choćby sam wybór na prezesa są niezgodne z prawem i statutem. Nie ma żadnych zasad moralnych. W takim układzie trudno popierać człowieka, który działa wbrew polskiemu prawu.

Jakiś czas temu rozmawiałem też z rzecznikiem PZPN-u, Jakubem Kwiatkowskim…

Bardzo mierny rzecznik. On pełnił tę samą funkcję już wcześniej. Jeszcze za czasów poprzedniej władzy w polskiej piłce i wtedy „zabłysnął”. Na swoim stanowisku utrzymał się raptem trzy miesiące. Powód był prosty: facet nie radził sobie z najbanalniejszymi zadaniami. Nie potrafił jednego pisma napisać. Zajmowało mu to bardzo dużo czasu. Dwóch zdań sklecić nie umiał. Takie było zdanie jego ówczesnych pracodawców. Szybko podziękowali mu za współpracę, bo ludzi niesamodzielnych nikt nie chce zatrudniać. Nie wiem, dlaczego Janusz Basałaj, który na fachu się zna, przywrócił Kwiatkowskiego do pracy. Chyba też zadziałał układ.

Pracuje on teraz w często krytykowanym przez dziennikarzy Departamencie ds. Marketingu i Komunikacji.

W ogóle dziwna nazwa całego departamentu. Nomenklatura. Ja to nazywam Departamentem Cichych Kroków. Brzmi ładniej i prawdziwiej. Janusz Basałaj zachowuje się niepoważnie musztrując krytycznie nastawionych redaktorów. Poranne esemesy, obelgi, groźby – to do pewnego momentu była norma. Dopiero po nagłośnieniu kilku spraw, Basałaj trochę się opamiętał, ale jego wcześniejsze zachowanie było żenujące i obrzydliwe. Zamykanie ust za napisanie kilku negatywnych słów jest niedopuszczalne. Od razu przychodzą na myśl praktyki stosowane za czasów komuny przez Jerzego Urbana, rzecznika prasowego Rady Ministrów za czasów generała Jaruzelskiego.

A do pana pisał, dzwonił? 

Oczywiście, do mnie również często adresował swoje wiadomości.

Co w nich było?

Pisał: „Jesteś kanalią. Nie chcę cię znać, możesz wykreślić mój numer telefonu”. Mocno żenujące słowa, które dyskwalifikują go jako dziennikarza i koordynatora kontaktów z mediami w PZPN-ie. Jego chamstwo nie zmienia faktu, że funkcję osobistego rzecznika Bońka wypełnia wyśmienicie. Przeszedł na drugą stronę i kracze jak inne wrony. Wszystko szło po ich myśli, póki mleko się nie rozlało na ostatnim zjeździe statutowym PZPN, na którym prezes poniósł klęskę w głosowaniu nad poprawkami w statucie. Pokazuje to, że środowisko piłkarskie nie jest takie naiwne i przejrzało na oczy. Nie wszystko, co złote, to się świeci.

Na zamknięcie tematów stricte dotyczących Związku. Chciałby pan zrobić wywiad z Bońkiem czy taka możliwość byłaby dla pana potwarzą?

Robiłem z nim dużo wywiadów. Z Bońkiem to ja parę razy się nieźle upiłem, więc znamy się dość dobrze. To wdzięczny rozmówca. Rozmowy z nim potrafią być ciekawe, kiedy dziennikarz występuje z nim na kontrze, a nie kiedy mu lukruje, czapkuje i przytakuje na każde powiedziane słowa, co dziś jest normą. Wracając do pytania,  jeśli byłaby taka okazja, to zadałbym mu dziesięć pytań i myślę, że na żadne z nich by mi nie odpowiedział. Czy jest jednak taka potrzeba? Sam Boniek raczej wolałby uniknąć konfrontacji. Ja punktuję z boku, on udaje, że mnie ignoruje, o czym świadczy fakt, że zablokował mnie na Twitterze.

Zniknął pan trochę z radarów mainstremowego dziennikarstwa. Co się z panem teraz dzieje?

Zniknąłem tylko dlatego, że moi wychowankowie, Rudzki, Stanowski, Gapiński, czyli moi byli podwładni w „Przeglądzie Sportowym”, czapkują Bońkowi i nie chcieliby się mu narazić, zatrudniając mnie na jakiejkolwiek funkcji w redakcjach, którymi zarządzają. Czasy się jednak zmieniają i może oni również kiedyś znajdą się po drugiej stronie i ciekawy jestem, czy wtedy będą oczekiwać pomocy z mojej strony czy swoich wychowanków, bo oni tak samo ich wychowują i szkolą.

Odstawiony na boczny tor, założył pan swój własny portal…

Nie, w żadnym razie nie jest to mój własny portal. Właścicielem jest, ktoś inny. Ja zostałem zaproszony przez niego do współpracy, ale nie zarządzam redakcją. Dlaczego pan tak w ogóle uważał? Powołuje się pan na niesprawdzone informacje. Taka jest tylko powszechna opinia w środowisku, a tak naprawdę za całą inicjatywą stoi zupełnie ktoś inny, ale nie mogę ujawnić nazwiska.

Mimo wszystko, to nie jest popularna strona. Czy krytyczne teksty na temat PZPN-u zamknęły panu drogę do największych redakcji w Polsce?

Chyba nie. A komu to może przeszkadzać? Raczej niewielu osobom. Teraz jestem w opozycji. Odstawiony, ale takich przypadków było więcej. Zna pan może takiego człowieka jak Andrzej Bober?

Nie kojarzę.

Musi być pan bardzo młodym człowiekiem, wychowanym tylko na tym, co pisze się w mediach internetowych.

Nie przesadzajmy, gazety również czytam.

Rozumiem, ale jeśli nie wie się kim jest Andrzej Bober to wielkiej wiedzy o historii dziennikarstwa w Polsce się nie ma. Był to wspaniały dziennikarz, wprawdzie nie piszący o piłce, a zajmujący się gospodarką i mający swój program telewizyjny „Listy o gospodarce” w mrocznych czasach PRL-u, gdzie występował przeciw władzy. Ówczesne rządy go nienawidziły i odstawiły go na boczny tor. Przez lata zajmował się… prowadzeniem taksówki, ale przyszła transformacja ustrojowa i wrócił do łask. Pisze książki, ma swój blog, jest stałym gościem programów publicystycznych, ceni się go.

Inny przykład. Weźmy takiego Maxa Kolonko. Również stracił miejsce w TVP, odstawili go na boczny tor, zwolnili z pracy, a on konsekwentnie czekał na swoją szansę i teraz zostanie prawdopodobnie szefem lub prezenterem „Wiadomości” u Jacka Kurskiego. Życie jest zmienne. Odchodzi jedna władza, przychodzi następna, zmienia się skład personalny. Pan Boniek też nie będzie trwał wiecznie na swoim stanowisku. W swoim czasie także Janusz Basałaj znajdzie się na bruku i będzie musiał szukać miejsca pracy.

Ze swoimi dawnymi wychowankami stracił pan całkowicie kontakt, odcięli się od pana?

Ja nie lubię fałszywych ludzi, a oni okazali się takimi być. Póki nie zaczęli się identyfikować ze Zbigniewem Bońkiem, to byli moimi serdecznymi kolegami. Zapraszali mnie na różne spotkania, imprezy, popijawy. Zabiegali o to. Teraz światopogląd im się zmienił i przestaliśmy się rozumieć. Każdy ma prawo do zrywania przyjaźni, palenia mostów, a oni z tej możliwości skorzystali. Nie będę nad tym płakał.

Zarzucił pan jednemu z nich, Krzysztofowi Stanowskiemu, że z felietonów w „Przeglądzie Sportowym” zarabia 9 tysięcy złotych, a naprawdę brał 2. To był pana błąd czy celowa próba ataku na twórcę Weszło?

Komu udowodnił?

Panu.

Mnie nic nie udowodnił. Słyszałem, że nie przedstawił praktycznie nic. Coś tam napisał, ale nie pokazał rachunku.

Przepraszam bardzo, oczywiście, że przedstawił fakturę, którą zamieścił pod przydługim oświadczeniem.

Oświadczenie to może wydać sobie każdy. Do mnie przemawiają tylko konkretne papiery, które wykazałyby jego zarobki w „Przeglądzie Sportowym”. W dzisiejszym świecie podrobić można wszystko.

Pracował pan kiedyś na wysokich stanowiskach w „Przeglądzie Sportowym”, tylko to było trochę inne czasy dziennikarstwa sportowego…

A czym się różniły od dzisiejszych?

Odnoszę wrażenie, że kontakt z piłkarzami wygląda dziś trochę inny inaczej niż miało to miejsce kiedyś.

Dziennikarstwo się bardzo spłyciło. Dziś redaktor jest petentem wobec piłkarza. Nie ma z nim relacji partnerskich, automatycznie stawia się na gorszej pozycji. Po co to nabożeństwo, udawany respekt, niepotrzebna estyma? Kim takim są ci piłkarze, żeby błagać ich o rozmówkę, która wnosi bardzo niewiele, bo nikt nie wysila się, żeby wyjść poza określoną formułę wywiadu?  Kiedyś pochodziło się do danego zawodnika jak do kolegi i rozmawiało po ludzku. Na zasadach obopólnej korzyści.

Do tego nowocześni kopacze nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Jakby przemielić wszystkie te wywiady, które ukazują się na polskich portalach, można by dojść do wniosku, że oni wszyscy mówią dokładnie to samo. Zmienia się tylko nazwisko, a słowa są identyczne. Oni nie mają żadnej wiedzy, nic interesującego nie da się z nich wyciągnąć. Kopią piłkę raz w lewo, raz w prawo, czasami coś wpadnie, innym razem nie. Poza tym są intelektualnym zerem. Czy widział pan piłkarza, który skończył jakąś szkołę? Który studiuje? Uczy się, rozwija w jakimś kierunku?

Studiuje na przykład Patryk Lipski. Całkiem jeszcze młody, utalentowany…

Mówmy o reprezentantach Polski, a nie solidnych ligowcach.

Nie powiedziałbym, w bliskiej przyszłości może trafić do kadry.

Wyjątek nie czyni reguły. Jest 7000 tysięcy piłkarzy w Polsce. Każdy z nich może studiować, ale mówimy o topowych. Czy oni jakąkolwiek książkę w życiu przeczytali? Pan zapyta Grosickiego, czy przeczytał cokolwiek w swoim życiu. Nie sądzę. I ktoś podchodzi do takiego człowieka i jak petent błaga go o krótką rozmówkę. To on, a nie niewykształcony grajek, powinien uczyć go kultury i narzucać swój styl.

Kiedyś spotykało się z piłkarzami przy piwie…

Dlaczego akurat przy piwie? Akurat przy innych alkoholach również, dobre wino, wódka czy whisky…

… i rozmawiało się po koleżeńsku? Dziś jest to praktycznie nie do pomyślenia.

Byliśmy dla nich jak dobrzy koledzy, z którymi można szczerze pogadać. Mieliśmy większą pewność siebie i kulturę. Nie było mowy o błaganiu ich o rozmowę, bo to by nas dyskwalifikowało na starcie. To była ta różnica. Wie pan, co najbardziej podzieliło to środowisko?

?

Kasa. To ona i ciągła pogoń za nią zdominowała globalny futbol. Ktoś taki jak pan czy nawet Stanowski niewspółmiernie zarabia do tego, ile bierze nawet przeciętny zawodnik. Oni wiedzą o tym i traktują wszystkich z góry. Nie mają do nikogo szacunku, bo zarabiają wielkie pieniądze i czerpią satysfakcję z tego, że w innym zawodzie za robotę wykonywaną na porównywalnym poziomie, zarabialiby dużo mniejsze pieniądze.

 Za moich najlepszych czasów piłkarze zarabiali inaczej. Do tego byli lepiej przystosowani do życia w społeczeństwie, mieli więcej do powiedzenia i posiadali wyższe wykształcenie. Było mniej mediów, więc zależało im, żeby wybić się, pokazać właśnie za pośrednictwem jakiejś gazety. Dziś takiej promocji nie potrzebują, bo wystarczy im kasa.

Trochę mnie zaintrygowały pana słowa, że byli lepiej wykształceni. Jakoś trudno mi w to uwierzyć…

Podam przykład, bo tak najlepiej udowodnić swoje racje. Zbigniew Boniek skończył AWF. To jest wyższa szkoła, to też są studia, nie najlepsze, ale jednak są. Takich przykładów jest więcej. Czytali również książki, a dziś na sam widok jakiejś lektury dostają bólu głowy. I na tym możemy skończyć ten temat.

 Jak robiliście, że sprzedaż „PS” potrafiła wynosić dużo ponad 100 tysięcy egzemplarzy, kiedy dziś nakład sprzedaje się trzy czy czterokrotnie gorzej?

Kiedy ja szefowałem w „PS” faktycznie nakład wynosił 100, czasami nawet 150 tysięcy, a to i tak nie były najlepsze wyniki w historii tej gazety. Na początku lat 70. poprzedniego wieku „Przegląd” sprzedawało się spod lady. Bardzo trudno było go dostać, często było to wręcz niemożliwe. Byłem wtedy uczniem szkoły podstawowej i z domu wychodziłem pół godziny wcześniej, czyli o 7:00, tylko po to, żeby kupić „Przegląd Sportowy” przed innymi chętnymi. Wtedy sprzedawało się na pniu 300 tysięcy.

Chce pan powiedzieć, że nakład ten nie był spowodowany dobrą treścią, a większym czytelnictwem spowodowanym brakiem Internetu?

Prawdopodobnie tak. Teraz jest więcej treści w Internecie. Problem polega na tym, że jest ona miałka. W sieci wszędzie jest to samo. We współczesnym świecie gazeta musi się czymś wyróżniać. Kiedyś „PS” miał genialną publicystykę i teksty własne. Czytelnikom nie przeszkadzało to, że objętościowo był cienki, bo na każdej stronie mogli znaleźć coś wartościowego. Za komuny władza nie dawała żadnych funduszy na papier dla prasy sportowej, bo najważniejsza była „Trybuna Ludu”, która była oczkiem w głowie ówczesnego rządu i zawsze musiała być przepasła, nawet wtedy kiedy brakowało w niej treści. Nikt tego oczywiście nie czytał, ale to właśnie na nią szedł wielki nakład finansowy i papieru.

„Przegląd Sportowy” miał na przykład cztery czy sześć stron, ale potrafił mieć doskonały, niesztampowy i świetnie napisany przez znanego dziennikarza reportaż, który obrazował kulisy wielkiego sportu. Teraz tego nie ma. Jest ciągła pogoń za sensacją i wynikiem, a to wszystko przynosi odwrotne skutki, bo sprzedaż pikuje. Trzeba mieć pomysł na robienie pisma. Do tego konieczna jest publicystyka i dojścia do tematów własnych. Kiedy już się do czegoś ciekawego dojdzie, to Internet nie jest do tego, żeby tam to publikować, tylko po to, żeby puścić zapowiedź zachęcającą do przeczytania danego materiału w gazecie, która wychodzi dopiero następnego dnia. Jedna zasada powinna wszystkim dziennikarzom prasowym przyświecać: nie powielać informacji, które można znaleźć w Internecie.

Pan miał wiele dojść do własnych tematów?

Nie powiem, że nie. Nie tylko ja, bo moi koledzy również często przynosili ciekawe tematy do redakcji, a później je omawialiśmy na kolegium z czego wychodziły prawdziwe perełki. Do tego potrzeba było jednak pracy całego zespołu ludzi, którą ktoś musiał koordynować. Robiłem to ja i inni naczelni, bo my tym żyliśmy. Każdy reportaż był udoskonalany. Wiem, ile przy tym jest roboty, więc czuję zażenowanie, kiedy patrzę na to, co dzieje się dziś.

Przemek Rudzki, szef papierowego wydania „PS” od kilku lat, nie ma czasu na zainspirowanie załogi do napisania jakiegoś ciekawego tekstu, bo przedziera się półtorej godziny przez korki, żeby z Domaniewskiej dojechać na Służewiec, gdzie znajduje się siedziba Canal+, w celu skomentowania meczu ligi angielskiej. Nie na tym to polega. Szef powinien być na miejscu. Myśleć, dyskutować, zastanawiać się nad artykułami, a nie nad najlepszą drogą dojazdu na drugi koniec Warszawy. Smutna prawda.

Gdyby zaszły jakieś zmiany strukturalne i otrzymałby pan propozycję objęcia szefostwa nad redakcją „Przeglądu Sportowego” przyjąłby pan taką propozycję?

Musiałoby być sporo uwarunkowań, ale czemu nie, choć z drugiej strony trupa nie da się już ożywić. Jest to w zasadzie dożynanie leżącego na łożu śmierci. Ta gazeta upadła już tak nisko, że bardziej się chyba nie da. Trudno byłoby ją wydobyć z czeluści. Może jakiś sposób by się znalazł, bo cudowne uzdrowienia się zdarzały. O czym my jednak mówimy, skoro na razie nie ma o czym gadać.

Dlaczego ostatecznie nie napisał pan autobiografii Janusza Wójcika?

Mam sporo taśm z nagraniami do tej książki, ale nie zostały one ostatecznie wykorzystane w autobiografii pana Janusza. W sumie słowo „autobiografia” powinno zostać ujęte w cudzysłów, bo ta książka bardziej przypominała chlew. Napisała to ofiara, a w zasadzie pan Przemysław Ofiara z „Super Expressu”, bo Wójcik szukał naiwnego człowieka, który miałby mu to napisać praktycznie za darmo, a ja na takie warunki nie przystałem i dlatego się nasze drogi rozeszły. Może kiedyś te taśmy zostaną przeze mnie kiedyś wykorzystane, niekoniecznie w kolejnym wydaniu sensacyjnych przygód Janusza Wójcika, które planuje wydać. Może spróbuję to opublikować w innych wspomnieniach, które na pewno nie będą jednak przypominać takiego chlewu, jaki miał to miejsce w przypadku wspomnianej autobiografii „Wójta”.

Czuje pan żal do środowiska za to, że jest pan na peryferiach dziennikarstwa sportowego w Polsce?

Był taki dziennikarz, na którego tekstach w „Przeglądzie Sportowym” się wychowywałem. Nazywał się Mirosław Skurzewski. Ewenement, bo jego nazwisko pisało się przez „u”, ale wszyscy mylili i pisali go przez „ó”, więc przystał na używaną wersję i w późniejszych tekstach podpisywał się Skórzewski. Guru dziennikarstwa sportowego w latach 70. Każdy jego teksty czytało się kilkanaście razy i za każdym razem wyłapywało się jakiś nowy smaczek. Pracował przy kadrze. Cechowało go lekkie pióro i wybitne felietonowe zacięcie. Miał oczywiście swoje wpadki, bo zanikł gdzieś na Haiti i nie mogli się do niego dodzwonić, więc teksty pisał za niego Polkowski, ale wtedy można było sobie na to pozwolić. Po co to mówię? Miałem przyjemność pracy z Mirkiem i on do ostatnich swoich dni dożył, pisząc o piłce w „PS”. Nikt go nie kasował, nie wyrzucał, nie dyskredytował go. Razem z Pawłem Zarzecznym zostawiliśmy mu rubrykę, gdzie mógł sobie pisywać i wspominać. Czuł się potrzebny, mimo że był emerytem. Skurzewski nigdy nie został odizolowany od środowiska. Zawsze był wśród nas. Na jego pogrzeb poszło mnóstwo dziennikarzy, bo wszyscy go znali. Chciałbym być na jego miejscu. Zarabiał grosze, bo dieta wynosiła wtedy 15 dolarów. Co można za takie pieniądze zrobić zagranicą ? Kupić sobie co najwyżej bułkę w McDonaldzie i popić Colą, a on musiał dwa tygodnie wytrzymać w USA i nadawać relację. Ale on przynajmniej nie doświadczył tego, że ktoś pokazał mu drzwi i powiedział: „Wypierdalaj, do niczego się nie nadajesz”. Tym się właśnie w tej chwili różnimy. Dziennikarstwo to nie tylko pogoń za pieniędzmi i własnym egoizmem. Czasami trzeba spojrzeć w bok lub za siebie. Pomyśleć nad czymś więcej niż mamoną.

Rozmawiał: Jan Mazurek

źródło: http://www.futbol.pl/news/media-sunday-na-wielkanoc-wywiad-z-jackiem-kmiecikiem

Wódko, pozwól żyć! – Futbolplus

 Wódko, pozwól żyć!

Prezes PZPN, Zbigniew „Śmieszy mnie to” Boniek przeszedł w swojej śmieszności samego siebie. Zapowiadając na swoim ulubionym komunikatorze mecz kontrolny Polska – Finlandia we Wrocławiu zebrało się prezesowi śmieszkowi na przezabawne w jego mniemaniu skojarzenia, związane z plynem mocno rozweselającym tudzież strasznie przygnębiającym (zależnie od nastroju), czyli wódą.

Śmieszny prezesik skopanego związku (żaden szef poważnej federacji w Europie nie pozwoliłby przecież sobie na szczenięce żarty na Twitterze) zgrabnie, jak na jego niewyszukane zdolności, połączył fakt sparingu z Finlandią z pobytem kadry we Wrocławiu w hotelu „Monopol” i wyszła mu niezwykle komiczna w jego mniemaniu dykteryjka. Dodał bowiem do tego „Śmieszy mnie to” Boniek wyborową (raczej winno być wyborną) grę Polaków i spuentował to, a jakże, czwartą marką wody ognistej, czy „absolutem” totalnym (winno być raczej absurdalnym)..

Po takiej wybuchowej mieszance można być naprawdę pijanym w Stock.

Nie dziwne więc, że prezes śmieszek miał ubaw po pachy. Zapewne brzuchy ze śmiechu rozbolały także jego wiernych followersów, którzy zachwycą się choćby puszczeniem Bońka. Taki widać mamy klimat. Śmieszny prezesik może sadzić durne dowcipy, na poziomie pierwszoklasisty, popisywać się głupkowatym humorem, a i tak znajdzie wiernych wyznawców swojego frymuśnego kościoła.

Oby tylko ta Finlandia, zmieszana z wyborową i absolutem, nie doprowadziła do mega pawia. Chociaż do Rygi z Finlandii znowuż nie tak daleko.

źródło: http://futbolplus.pl/plus/rudy-102/item/6479-wodko-pozwol-zyc

Lodu na rozpalone głowy, po chlapnięciu Finlandii, Panowie! – Futbolplus

Lodu na rozpalone głowy, po chlapnięciu Finlandii, Panowie!

Stadion oszalał. Meksykańska fala. Czyste szaleństwo. Od morza do Podhala. To niewyobrażalne, wprost genialne! Polska zagrała jak Brazylia za najlepszych lat. Obaliła we Wrocławiu Finlandię, choć Finlandię najlepiej obalać w rodzinnym gronie przy świątecznym stole.

Absolutnie jesteśmy już gotowi na finały Euro 2016. Żadna siła nas nie powstrzyma. Zwłaszcza krzepka Finlandia. „Janusze” mogą śpiewać hymn Polski do upadłego. Mamy moc, mamy spryt, mamy wiarę. Mamy trenera-selekcjonera, mamy piłkarzy, mamy drużynę. Mamy wszystko, czego potrzeba do odniesienia spektakularnego zwycięstwa.

Takie widowiska się z przyjemnością ogląda. Akcje przeprowadzane jak po sznurku. Doskonałe rozegranie. Wyśmienite wykończenie. Cóż chcieć więcej? „Biało-Czerwoni”, niesieni swoją wielkością, dosłownie zmietli z murawy nieporadnych Finów. Pokazaliśmy „Suomi”, że w piłkę gramy niemal, jak oni w hokeja. Nie mamy sobie równych w rozklepywaniu rywali, przynajmniej we wschodniej części basenu Morza Bałtyckiego (Rosji w to nie wliczamy, gdyż Rosja tak naprawdę sama nie wie, nad jakim morzem króluje).

Cóż jeszcze można dodać, prócz samych zachwytów i pochwalnych peanów nad polską „Nawał(ka)nicą”? Może tylko to, że Finlandia to jednak zaledwie piąta drużyna swojej grupy eliminacyjnej Euro 2016, a wyprzedziły ją takie potęgi jak Irlandia Północna, Rumunia, Węgry czy choćby Wyspy Owcze. Finlandia nigdy nie zagrała w finałach piłkarskich mistrzostw świata czy Europy i nie zanosi się, by kiedykolwiek do tych finałów się dostała (chyba że UEFA powiększy grono finalistów z 32 do 48 drużyn, co wcale nie jest nierealne).

Finlandia nie przypomina w niczym Irlandii Północnej, w co bardzo chce wierzyć selekcjoner Adam Nawałka. A skoro pierwsze skrzypce grają w niej zawodnicy z polskiej Ekstraklapy – Paulus Arajuuri i Kasper Hämäläinen, to wiadomo jaka w „Suomi” tkwi siła.

Więc trochę lodu na rozpalone głowy po chlapnięciu Finlandii, przydałoby się, Panowie.

Jacek Kmiecik

źródło: http://futbolplus.pl/plus/felietony/item/6480-lodu-na-rozpalone-glowy-po-chlapnieciu-finlandii-panowie

Podchody na Bułgarskiej. Jak Boniek unikał Wandzela i gdzie fraternizował się z Golbą – Futbolplus

Podchody na Bułgarskiej. Jak Boniek unikał Wandzela i gdzie fraternizował się z Golbą

Środowy mecz towarzyski Polska – Serbia (1:0) w Poznaniu był znakomitą okazją do zaprezentowania swojej mocy nie tylko na boisku, ale także poza nim – choćby w kuluarach stadionu przy Bułgarskiej.

Prezes PZPN, Zbigniew Boniek z wyniku i „stanu używalności” murawy, jak się wyraził na Twitterze, mógł być zadowolony. Gorzej jednak było z grą, kibicami i oficjelami.

Frekwencja w Poznaniu wprawdzie dopisała, ale doping na stadionie był wyjątkowo marny i całkowicie zdezorganizowany. Kibice wywiesili zresztą na trybunie wymowny transparent: „Chcieliśmy doping i oprawę, ale Zibi zjebał sprawę”, dając wyraźnie do zrozumienia, kto tym razem pokpił sprawę stadionowej oprawy i efektownego zachęcania reprezentantów do gry. Humor prezesowi Bońkowi jeszcze bardziej popsuł, czujący się w Poznaniu jak ryba w wodzie, współwłaściciel Legii Warszawa, Maciej Wandzel, który niegdyś aktywnie udzielał się w Lechu. Wandzel, czkający się Bońkowi po lutowym zjeździe statutowym PZPN, podczas meczu z Serbią był w kuluarach duszą towarzystwa, co bardzo nie pasowało pełniącemu rolę gospodarza spotkania drużyny narodowej prezesowi PZPN.

Na meczu reprezentacji Polski zabrakło tym razem znaczących osobistości ze świata polityki i show biznesu, wyłączając oczywiście bywalca bońkowych imprez, Wojciecha „Bum, bum, prywatkę” Gąssowskiego czy potrafiącego zdzielić po twarzy, wciąż kręcącego się przy kadrze Piotra „Świra” Świerczewskiego. Spotkanie z Serbią zaszczycił obecnością nowy prezes TVP, wierny kibic Lechii Gdańsk, Jacek Kurski, bardziej z racji służbowego obowiązku (był to pierwszy mecz transmitowany przez „publiczną” za jego prezesury na Woronicza) niż rangi wydarzenia. Prezesowi Kurskiemu towarzyszył szef sportu TVP, zabiegający o utrzymanie posady Czarnogórzec Włodzimierz Szaranowicz, dla którego piłka nożna nigdy nie była ważniejsza od lekkiej atletyki czy skoków narciarskich, a swego czasu nawet koszykówki (pamiętne „Hej, hej, hej NBA!”).

Do Poznania przyleciał również kolega partyjny Kurskiego z Solidarnej Polski, senator RP i świeżoupieczony prezes Podkarpackiego ZPN, Mieczysław Golba, ten od którego oficjalnie przed wyborami w wojewódzkim związku odcinał się prezes Boniek. Tym razem już żadnego odcinania nie było. Prezes Golba, który podczas wtorkowego posiedzenia nowego zarządu Podkarpackiego ZPN przywrócił do wojewódzkich władz piłkarskich dawnych towarzyszy z PZPR-u (tak tak, to nie błąd PZPR-u, a nie PZPN-u), byłych milicjantów oraz oskarżonych o korupcję w piłce (choćby powołanie na prezesa podokręgu Stalowa Wola, Edwarda Chmury), przybył na mecz kadry, fraternizować się z szefem PZPN.

Boniek, który stracił ostatnio oparcie we władzy państwowej (nigdy po drodze mu nie było z PIS-em), kiedy to do opozycji totalnej przeszedł jego serdeczny druh z PO, Grzegorz „Zniszczę cię” Schetyna, szuka obecnie za wszelką cenę wsparcia i ochrony u obecnych rządzących. Senator Golba, w zamian za członkostwo w zarządzie PZPN, a może nawet wiceprezesurę po październikowym zjeździe wyborczym PZPN, miałby pomóc Bońkowi w spojrzeniu nań łagodniejszym okiem przez ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego RP, Zbigniewa Ziobrę, nota bene partyjnego kolegę Golby z Solidarnej Polski.

Senator Golba i prezes Boniek mieli kilkanaście minut na osobności, zamknięci w pokoju na stadionie, omawiać strategię współpracy na najbliższe tygodnie. A co z niej wyniknie – okaże się już niebawem.

źródło: http://futbolplus.pl/pzpn/item/6440-podchody-na-bulgarskiej-jak-boniek-unikal-wandzela-i-gdzie-fraternizowal-sie-z-gollba

Polska – Serbia, czyli nuda i ziew. Kibice w Poznaniu protestowali przeciwko prezesowi Bońkowi – Futbolplus

Polska - Serbia, czyli nuda i ziew. Kibice w Poznaniu protestowali przeciwko prezesowi Bońkowi

Nuda. Przeciągły ziew. Składne akcje, które można było policzyć na palcach jednej jedynej ręki. Gdyby nie zwycięstwo 1:0, można było zaryzykować twierdzenie, że ta wielce napompowana przez obecne szefostwo PZPN reprezentacja Polski wraca do korzeni czy, jak kto woli, punktu wyjścia. Gra najzwyczajniej antyfutbol. Nie mylić z ampfutbolem, choć na stadionie w Poznaniu, o zgrozo, wyglądało jakby „Biało-Czerwoni” występowali bez kończyn dolnych, z całym szacunkiem dla reprezentantów Polski ampfutolu.

Ktoś powie, że najważniejszy jest wynik. Pełna zgoda, i jednocześnie wielkie urazy uznania dla wiecznego rezerwowego Fiorentiny, Jakuba Błaszczykowskiego za jedną z piękniejszych jego bramek zdobytych dla drużyny narodowej. Nie zapominajmy jednak, że sparingpartner (wybierany przez selekcjonera Adama Nawałkę specjalnie pod kątem przeciwników w grupie na Euro 2016) nie był jakimś wielce wymagającym rywalem, mimo iż ma w swoim składzie kilka głośnych nazwisk, jak Branislav Ivanović, Aleksandar Kolarov, Adem Ljajić czy Zoran Tošić.

Serbia w kwalifikacjach mistrzostw Europy zajęła czwarte miejsce w pięciozespołowej grupie, ustępując  Albanii. Świadczy to niezbicie, że nie był to przeciwnik z najwyższej, ani nawet wysokiej europejskiej półki. Czy jest więc czym się niezdrowo podniecać? Tym bardziej, że po przerwie, gdyby nie Wojciech Szczęsny, mogłoby dojść nawet do blamażu naszej wielbionej narodowej.

Ciekawiej niż na boisku było przez chwilę na trybunach. Kibice, którzy zamierzali w końcu rozruszać publikę, a przede wszystkim dać zdrowego kopa ospałym kadrowiczom, zaproponowali prezesowi PZPN, Zbigniewowi Bońkowi mistrzowską oprawę i porządny doping. Szef polskiej piłki nie przyjął oferty anty-Januszy (już nawet nie przypomina „leśnego dziadka”, lecz takowym w zupełności jest!). „Zibi” miał się nie zgodzić na meczową oprawę, upamiętniającą przyjaźń i solidarność polsko-węgierską.

Za postawienie się kibicom, Boniek ujrzał jakże wymowny transparent na swoją cześć: „Chcieliśmy doping i oprawę, ale Zibi zjebał sprawę”. Transparent szybko zniknął z trybuny, ale zdążył wywołać już wiele nieprzychylnych prezesowi PZPN kontrowersji na portalach społecznościowych. Czyżby więc miłość kibiców do Bońka powoli przeradzała się w nienawiść?  Te dwa uczucia ponoć dzieli tylko jeden fałszywy krok.

Jacek Kmiecik

źródło: http://futbolplus.pl/kraj/item/6420-polska-serbia-czyli-nuda-i-ziew-kibice-w-poznaniu-protestowali-przeciwko-prezesowi-bonkowi

Futsalowa błazenada prezesa ignoranta – Futbolplus

Futsalowa błazenada prezesa ignoranta

Prezes PZPN, Zbigniew „Śmieszy mnie to” Boniek wybrał się po raz pierwszy ZA swojej kadencji na mecz reprezentacji Polski futsalu w kwalifikacjach mistrzostw świata 2016. Nie znając zbytnio futsalowych przepisów, pojawił się prezes śmieszek całej polskiej piłki w Szczecinie na boju o awans „Biało-Czerownych” do finałów futsalowego czempionatu, który odbędzie się we wrześniu w Kolumbii.

Wcześniej śmieszny prezesik nawet nie próbował pokazać meczów eliminacji mistrzostw Europy futsalu z Włochami polskiej publiczności, a sprzedał transmisję spotkania w Krośnie wyłącznie włoskiej telewizji. Polscy telewidzowie spotkania z Italią nie obejrzeli.

Teraz jednak mecz kwalifikacji mistrzostw świata 2016 z Kazachstanem pokazała telewizja Polsat Sport. Pokazała też prezesa „Śmieszy mnie to” przed spotkaniem (czy nie jest to dziwne, że nagle Polsat transmituje futsal, kiedy szefem tej odmiany piłki przestał być w PZPN adwersarz Bońka – Kazimierz Greń?).

Śmieszny prezesik błysnął przed kamerami rudą czupryną i… się ośmieszył nieznajomością futbolowej tematyki.

- Kazachstan jest czwartą drużyną świata – wypalił prezes śmieszek przed kamerami Polsatu Sport.

Otóż nie, „Śmieszy mnie to” prezesie! Kazachstan jest… trzecią drużyną Europy.

Warto byłoby choćby odrobinę przygotować się do wypowiedzi, by nie wyjść na kompletnego ignoranta. Albo przynajmniej poprosić dyrektora departamentu „cichych kroków”, czyli komunikacji i mediów, cokolwiek to znaczy, Janusza Basałaja, żeby przygotował kwerendę na temat futsalu, kiedy śmieszny prezesik wybierał się na mecz z Kazachstanem.

Prezes śmieszek wyjaśnił też, że na mecz futsalowców przybył mimochodem, gdyż w Szczecinie miał zaplanowane spotkanie z ekstraklasą. Nie wyjaśnił tylko, że chodzi o ekstraklasę futsalu, a nie Ekstraklasę SA, której po lutowym zjeździe statutowym PZPN unika jak ognia.

Mecz eliminacji futsalowych mistrzostw świata 2016 Polska – Kazachstan w Szczecinie zakończył się wynikiem 1:1. Rewanż 12 kwietnia w Kazachstanie. Zwycięzca awansuje bezpośrednio do wrześniowych finałów w Kolumbii.

źródło: http://futbolplus.pl/plus/rudy-102/item/6413-futsalowa-blazenada-prezesa-ignoranta

Szymon Wesołowskifantastycznie.

Mówiłem!!!
Ja wierzyłem! Brawo Polacy! Brawo Panowie, brawo sztab trenerski!
Polska 1:1 Kazachstan !
W Kazachstanie walczymy o upragniony awans!

Boniek – nosz ja pierdole, poczytaj może coś więcej przed meczem jak masz dawać wywiad o czymś o czym nie masz pojęcia?
Cytuję- „to ważny mecz, Kazachstan zajął przed tygodniem czwarte miejsce na mistrzostwach świata, do tego mają wielu zawodników neutralizowanych” – koniec cytatu kurwa mać.

I druga złota myśl Bońka:
Dziennikarz: ” cieszymy się, że przyjechał Pan specjalnie na mecz reprezentacji ” Boniek:

” nie przyjechałem specjalnie na mecz, miałem tu spotkanie…”

Mój komentarz: Byś chociaż kurwa udawał, że Ci na futsalu zależy i się nim interesujesz!

 Art AsmArt Asm: Co moze Pan Boniek wiedzieć o futsalu nie warto go nawet wspomina

 
Karol Zakrzewski
Karol Zakrzewski: Byłem, mecz bardzo fajny, walecznie i bez kompleksu. Zdziwiła mnie mała ilość kibiców jak na możliwości hali. Boniek dramat…