Nurtuje mnie pytanie, czy tu chodzi o Zbigniewa Bońka

” VABANK III – czyli ucho od śledzia 80 lat później”

Mirosław Tłokiński

Nie tak dawno zadałem pytanie : Czy jest możliwe po 80 latach skopiować akcję filmów VABANK i VABANK II, których rzeczywista historia odbyła się w roku 1934 ?
Przypomnijmy w skrócie obie części :
W filmie „Vabank” akcja rozgrywa się w Warszawie w roku 1934. Znany kasiarz Henryk Kwinto wychodzi na wolność. Niestety, przez ten czas świat się zmienił. Kasiarz planuje wyrafinowaną zemstę na Kramerze, właścicielu banku. Przy pomocy dawnego speca od alarmów – Duńczyka, okrada bank tak sprytnie, że rzuca podejrzenia na samego właściciela. Murowane alibi bankiera okazuje się sprokurowane przez Kwintę.
W „Vabank II” czyli ripoście Kramer poznaje w więzieniu niejakiego Edwarda Sztyca i zatrudniając go, chce wraz z nim zrealizować to o czym marzył przez te długie lata, a mianowicie… Niestety plan się nie udaje i bankier trafia do więzienia, a Kwinto z Duńczykiem opróżniają jego szwajcarskie konto !
Przejdźmy jednak do najnowszej wersji komedi kryminalnej i fabuły filmu z tegorocznego skoku. To czy jest to komedia czy kryminał okaże się później.
A oto scenariusz VABANKU III, czyli 80 lat później. Jest to nowa, współczesna wersja powstała z połączenia dwóch poprzednich oraz kolejna „dokręcona” na przełomie 2014/2015 roku :
W filmie „Vabank III” akcja rozgrywa się w Warszawie oraz w jednym z miast południowej Polski na przełomie sezonu 2014/ 2015. Znany kasiarz Henryk Kwinto wychodzi z cienia i wchodzi na szczyty hierarchi społecznej. Niestety, przez ten czas świat się zmienił, ale nie jego mentalność. Kasiarz planuje przeprowadzić kolejną wyrafinowaną akcję na Gustawie Kramerze, prezydencie pewnego „klubu bankierów”. Przy pomocy dawnego speca od hazardu Duńczyka, postanawia złupić Kramera tak sprytnie, że rzuca podejrzenie na samego właściciela.
Dotychczasowe działanie Kramera okazuje się całkowicie zaprogramowane przez Kwinto. W tym celu proponuje on swojego przyjaciela i pupila Duńczyka jako kandydata na menadżera w „klubie” bankiera Kramera.
Nieco wcześniej Kramer poznaje niejakiego Edwarda Sztyca i zatrudniając go jako dyrektora, chce wraz z nim zrealizować to, o czym marzył przez lata tzn.wyprowadzić bank ze strefy spadkowej i wejść w następnych latach do elity klubowych bankierów. Takiej polskiej „biznesowej” Ekstraklasy.Niestety jego plany spalają na panewce, ponieważ Kwinto z Duńczykiem i Sztycem okazali się sprytniejsi oraz bardziej przebiegli od niego, opróżniając jego polskie konto !
I to by było na tyle jeśli chodzi o fabułę. Film już miał swoją premierę na scenie jednego z polskich miast, ale po sześciu miesiącach odtwórcom dwóch głównych ról ( Duńczkowi i Sztycowi) podziękowano i publiczność nie będzie mogła obejrzeć dalszego ciągu i kolejnych epizodów przygód pechowego „bankiera”. Chyba,że na innych scenach i w innych miastach. Wszystko zależy od Kwinto.
Na zakończenie osiem ciekawostek z nakręconego filmu Vabank III w formie pytań i podpowiedzi :
1) Ile wynosiła pensja miesięczna/roczna Duńczyka podstawionego człowieka Kwinto?
Scenarzysta określił ją na 30.000 złotych miesięcznie. Inni twierdzą, że suma jest zgodna, ale bez wliczonych dodatkowych opłat, takich jak mieszkanie,samochód itd. Czyli drugi scenariusz zakładał wydatek oscylujący na poziomie 40.000 złotych na miesiąc. To daje sumę w granicy od 360.000 do 500.000 na rok.
.
2) Na ile lat podpisał kontrak Kramer lub Sztyc z Duńczykiem człowiekiem Kwinto i jaka była jego pensja globalna ?
Reżyser skoku poszedł na „maksa” i namówli scenarzystę aby Kramer, który kompletnie się na tym nie znał, dał zgodę na podpisanie trzyletniego kontraktu.Znaczy to,że zadłużony po uszy Duńczyk wynegociował umowę na sumę w ganicach 1 – 1,5 miliona złotych z „klubem” bankierów firmowanym przez ich prezydenta Kramera, a kierowanym od niedawna przez Sztyca.
3) Jak to było możliwe,że bank klubowy, który zagrożony jest ewentualnym upadkiem za niecałe sześć miesięcy podpisuje tak horrendalną i tak gigantyczną umowę z Duńczykiem ?
Reżyser założył, że Kwinto wie o tym, że Kramer szef bankierów nie zna się kompletnie na prowadzeniu ich „klubu” i w porozumieniu z Sztycem, któremu Duńczyk był winny dużą ilość pieniądze postanowili „przekręcić” naiwnego Kramera na większą sumę.
4) Jaką rolę odegrał w tym skoku Edward Sztyc ?
Autorzy skoku stwierdzili,że najlepiej będzie stworzyć taką sytuację w której Duńczyk będzie dłużnikiem dyrektora klubu bankierów. Sztyc pożyczył mu wcześniej pieniądzy i teraz Kwinto wraz z Duńczykiem oraz Sztycem postanowili „ogołocić” naiwnego Kramera na większą sumę. W ten sposób – owca będzie cała i wilk syty a pasterz goły i wesoły. Trzeba było tylko przekonać Kramera do niezwykłych umiejętności menadżerskich Duńczyka i jego nadprzyrodzonych możliwościach wyprowadzenia „klubu” z impasu.
5)Kto podpisał kontrak z Duńczykiem – Gustaw Kramer czy Edward Sztyc ?
Na to pytanie realizatorzy nie dali nam do dnia dzisiejszego odpowiedzi, ale normalnie z upoważnienia i obowiązujących przepisów powinien to zrobić dyrektor. Scenarzysta postanowił jednak ,że będzie jeden z nich lub oboje. W przypadku podpisu prezydenta na dokumencie wątek niewiedzy, zaufania i braku roztropności Kramera w stosunku do Kwinto wzięły górę w tym diabelskim planie. W przypadku decydującej roli dyrektora i podpisaniu przez niego czeku, reżyser założył,że Sztyc w porozumieniu z Kwinto włącza się do skoku i namówią prezydenta bankierów do podpisania niekorzystnej umowy dla „klubu” z Duńczykiem.
6) Czy Sztyc, a w szególności Duńczyk otrzymali odszkodowanie za zerwanie kontraktu przez Kramera i o jakie sumy chodzi ?
Tutaj zarówno reżyser, jak i scenarzysta nie doszli do porozumienia i nie pokazali tego do końca publiczności. Reżyser uważał,że Duńczyk otrzymał pełne odszkodowanie. Scenarzysta wolał,aby prezydent powiedział klubowym bankierom,że chodzi o pięć pensji Duńczyka.
Przy wersji scenarzysty chodzi o sumę około 150 – 200 tys. złotych odszkodowania oprócz zarobionych już 200 tysięcy w poprzednim półroczu. Przy wersji reżysera było to w granicach 800 tys. złotych lub więcej. Niestety oboje sprytnie to zakamuflowali i widz nie dowiedział się jakie było zakończenie przebiegłej manipulacji.
7) Dlaczego Kramer nie powiedział oficjalnie wszystkim znajomym i mediom jak było naprawdę ?
Realizatorzy doszli do wniosku, że gdyby tak zrobił to okazałby się człowiekiem uczciwym, prawym, godnym swojej pozycji oraz reprezentowania bankierów i ich klubu. Taka postawa jako człowieka oszukanego byłaby dobra, ale w filmach amerykańskich, gdzie główny bohater i poszkodowany dochodzi do prawdy i w ten sposób staje się bohaterem narodu. W Polsce taka sytuacja jest niemożliwa, bo jest to kraj układów i takim jeszcze długo pozostanie. Ten który go oszukał, może się w przyszlości przydać do tego, aby wraz z nim „obrobić” kogoś innego. Poza tym strach i zagrożenie wypadnięcia z „układu zamkniętego” powoduje,że takie sprawy zostają tajemnicą poliszynela w zamkniętym gronie.
8) Czy były to pieniądze prywatne czy społeczne ?
Tego też widz nie wie. Chociaż statut klubu bankierów powinien to dokładnie określać.Bo jeśli prywatne, to ten skok jest komedią – takie „ucho od śledzia”.
Ale jeśli pieniądze klubowe należały choć w części do podatników, to mamy do czynienia z„kryminałem” ! Autorzy wyszli i z tego ambarasu obronną ręką, nazywając ten skok komedią kryminalną.
Podałem pytania i podpowiedzi. Odpowiedzi zostawiam Państwu, bo znacie się lepiej niż ja na rożnych wersjach „kręcenia” w Polsce ! Oczywiście mówię o filmach. Aby się rozlużnić i latwiej rozszyfrować fabułę i bohaterów filmu zapraszam za felieton na moim blogu zatytułowany – „ Kto przekręcił Tychy słowem” http://miroslawtlokinski.pl/?p=244
Pozdrawiam ze Szwajcarii.

Mirosław Tłokiński

8 ciekawostek z filmu VABANK III – realia czy fikcja ?

1

Gustaw Kramer kontra Henryk Kwinto i „ucho od śledzia” tego drugiego.

2

Jedna drużyna – Edward Sztyc i Gustaw Kramer. Ale czy na pewno ?

3

Duńczyk i Henryk Kwinto zadowleni. Kramer podpisał papiery i stracił klubową forunę bankierów.

4

Czy Kramer i Sztyc znajdą się w więzieniu ? To się zdarza tylko w polskich fabułach filmowych, ale nie w scenariuszu rzeczywistości !

5

Dyletant czy dyslektyk? Nie, językowy tępak!- futbolplus

1

Przykro nam to stwierdzić, ale niestety wyszło szydło z worka. Prezes PZPN, Zbigniew „Śmieszy mnie to” Boniek jest językowym dyletantem, by nie powiedzieć niedoukiem. Co rusz daje świadectwo swojego niedouczenia podstw ortografii w swych wpisach na Twitterze.

2

Prezes śmieszek oczywiście próbuje swoje dyletanctwo obrócić w żart, tłumaczyć jakimś wydumanym „sklejeniem”, ale prawda jest niestety okrutna – sternik polskiej skopanej to po prostu językowy tępak.

Śmieszny prezesik zdaje sobie absolutnie sprawę ze swojej ułomności i niekiedy zawstydzony do czerwoności usunie tweety z „wielbłądami” ortografami, których już nijak nie da się usprawiedliwić. Jak choćby poniższych:

3

4

5

Powiecie, że czepiamy się byle czego. Właśnie, tak! Czepiamy się nieuctwa prezesa „Śmieszy mnie to” i jego tępoty językowej. Pod tym względem nie widzimy bowiem ŻADNEJ różnicy między nim a jego poprzednikiem na stołku w PZPN, Grzegorzem Lato. Różnica między oboma wybitnymi polskimi piłkarzami, ale nieudacznymi prezesami jest taka – że Lato za swoje ciemniactwo był przez media wyszydzany, gnębiony, wręcz flekowany, a Boniek?

Boniek natomiast jest nietykalny! Przedstawiany przez te same media, które gnoiły Latę, a wcześniej Michała Listkiewicza, wręcz jako nieomylny, niezawodny, bezbłędy. Wybitny!.

A jak widać, tak niestety nie jest, q.e.d.

Źródło: http://futbolplus.pl/plus/rudy-102/item/3022-dyletant-czy-dyslektyk-nie-jezykowy-tepak-

Czarujący weekend bonza PZPN z córką bądź opiekunką w Gietrzwałdzie koło Olsztyna – futbolplus

1

Środek sierpnia. 5. kolejka Ekstraklapy z takimi hitami jak Zagłębie Lubin – Lech Poznań 2:1, Piast Gliwice – Legia Warszawa 2:1, Jagiellonia Białystok – Ruch Chorzów 2:1 czy Wisla Kraków – Lechia Gdańsk 3:3. W I lidze także szlagiery: MKS Kluczbork – Wisła Płock 1:2, Arka Gdynia – GKS Katowice 1:0, Zagłębie Sosnowiec – Wigry Suwałki 2:3, GKS Bełchatów – Dolcan Ząbki 1:1 czy Miedź Legnica – Chrobry Głogów 0:2. W IV lidze łódzkiej wspomniany na Twitterze przez prezesa PZPN, Zbigniewa Bońka inauguracyjny mecz „nowego” Widzewa wygrany na wyjeździe z Zawiszą Pajęczno 1:0.

2

Podczas weekendu 14-16 sierpnia również wiele pozapiłkarskich atrakcji. Między innymi parada wojskowa w Warszawie z udziałem nowozaprzysiężonego prezydenta Rzeczypospolitej, Andrzeja Dudy w dniu Cudu nad Wisłą, nomen omen Bitwy Warszawskiej 1920, na ulicy której znajduje się obecna siedziba PZPN.

Tymczasem jeden z niezwykle prominentnych oficjeli polskiej piłki wybrał się w plener, na Warmię i Mazury, spędzić czarujący weekend w pięciogwiazdkowym hotelu Marina Golf Club & Spa w Gietrzwałdzie, zaledwie 12 kilometrów od Olsztyna, w obecności blondwłosej niebieskookiej, najpewniej córki lub opiekunki.

Hotel położony jest w urokliwym miejscu zapewniającym dyskrecję i wszelkiego rodzaju uciechy dla ciała i ducha. Na terenie całego kompleksu można korzystać z wielu atrakcyjnych udogodnień. Jest tam bogato wyposażone zaplecze rekreacyjne, między innymi prywatna plaża i wypożyczalnia sprzętu wodnego, kort tenisowy, sala do squasha, symulator golfa, 2 tory do kręgli, stanowisko do gry w bule oraz pokój zabaw i plac zabaw dla dzieci. Niespełna 2 kilometry od hotelu znajduje się również profesjonalne, 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej.

Poza tym pięciogwiazdkowa Marina oferuje szeroki wybór zabiegów SPA, nowocześnie wyposażoną salę fitness, strefy wellness z basenem głównym, całorocznym basenem zewnętrznym, basenami mineralnymi oraz saunami i łaźniami.

Po oddaniu się pełnym zabiegom regenerująco-odprężającym można odwiedzić klimatyczną na wzór angielski palarnię cygar, gdzie opócz zapalenia hawana można skosztować wybornego koniaku. No, po prostu żyć – nie umierać! W sam raz na cudowny weekend dla zakochanych, par małżeńskich, ojców z córkami czy singli lub singielek, szukających relaksu na łonie natury i w komfortowych hotelowych podwojach.

Widocznie ów PZPN-owski bonzo pozazdrościł zawieszonemu niedawno na 4 lata przez Najwyższą Komisję Owoławczą członkowi zarządu Kazimierzowi Greniowi pobytu w Ciechocinku i sam postanowił rozkoszować się upojną chwilą zapomnienia o futbolu, to znaczy oczywiście nie sam, lecz w towarzystwie blondwłosej córki tudzież pielęgniarki.

Dziwne jedynie było to, że związkowy fanfaron po hotelu i okolicach przechadzał się z córką lub sanitariuszką w dość osobliwy sposób – spacerując tak gdzieś dwa kroki za damulką. Szczęśliwie zasady savoir-vivre nie pozwoliły na szczęście parze na siadanie do posiłków przy osobnych stołach.

Święcie wierzymy, że ważniak z Bitwy Warszawskiej 1920 za trzydnowy pobyt w Gietrzwałdzie zapłacił swoją osobistą kartą kredytową. Nie śmielibyśmy nawet przypuszczać, że miałby obciążyć konto PZPN za relaks w Marinie z córką bądź wspomożycielką kartą PZPN-u. Jesteśmy też przekonani, że owa córka lub „społecznica” nie figuruje na związkowej liście płac.

Zapewne wieloletnia żona PZPN-owskiego dygnitarza przyklasnęła temu wspaniałomyślnemu wypadowi na Warmię i Mazury z blondwłosą towarzyszką. A pamiątkowe, urzekające zdjęcia z wakacji najpewniej nadejdą pocztą.

Źródło: http://futbolplus.pl/pzpn/item/2972-czarujacy-weekend-bonza-pzpn-z-corka-badz-opiekunka-w-gietrzwaldzie-kolo-olsztyna

Uwierający odcisk prezesa – futbolplus

1

Pamięć prezesa PZPN, Zbigniewa Bońka bywa zawodna. A może jest po prostu wybiórcza i „Zibi” pamięta wyłącznie to, co mu pasuje?

W programie Cafe Futbol w Polsacie Sport Boniek odniósł się do swojej znajomości z Kazimierzem Greniem, wpływu „barona” Podkarpackiego ZPN na wynik wyborów na prezesa PZPN, 26 października 2012 roku i organizowaniu przez byłego poplecznika opozycji wobec aktualnego sternika polskiej piłki.

- Greń głosował na mnie i nie musi się tej rzeczy wstydzić – stwierdził w Cafe Futbol prezes Boniek. – Może być z tego dumny! My robimy piłkę a nie zamieszanie (…) zorientował się, że mam największe szanse i ogłosił światu, że mnie poprze.

Szkoda, że „Zibi” nie wspomniał, iż wydzwaniał do Grenia przed zjazdem wyborczym po trzy razy dziennie i zawsze znajdował czas na mitingi z „odtrąconym” przez Grzegorza Latę podkarpackim „baronem”. Że kilka tygodni przed wyborami na spotkaniu z prezesami Wojewódzkich Związków Piłki Nożnej zaapelował, co zresztą parokrotnie po wyborze na szefa PZPN powtórzył, iż związek ma siedemnastu równoprawnych członków zarządu i nie uznaje odcinania się od Grenia. Zapomniał też, albo nie chciał pamiętać, że przed samą nocą wyborczą spędził czas w warszawskim Grand Hotelu właśnie w towarzystwie tego „niechcianego” obecnie Kazia, że to ten wyklęty dzisiaj „baron” organizował mu podwózki z Okęcia po przylocie z Rzymu i że to właśnie te 15 głosów zapewnił mu od pierwszej tury wyborów nikt inny, tylko ten wyśmiewany wcześniej działacz z Rzeszowa. I bez tych 15 głosów raczej trudno byłoby Bońkowi wygrać w drugiej turze.

- Co do opozycji – śmieszy mnie ona – ocenił w CF „Zibi”. -Wiedziałem, że od jakiegoś czasu coś się dzieje, ale mnie to nie interesowało, więc nie zwracałem na to uwagi. Do pana Grenia nic nie mam, bo on w moim życiu nie będzie odgrywał wielkiej roli.

Sakramentalne bońkowe „śmieszy mnie to” znawcy przebiegłego, by nie powiedzieć chytrego charakteru prezesa odczytują, iż bardzo mu to jednak doskwiera, a dla tak zwanej niepoznaki i zmylenia przeciwnika stara się nurtujące go sprawy obrócić w żart czy błahostkę. Teraz Boniek oficjalnie trywializuje osobę Grenia. Niemniej w jego życiu, a zwłaszcza okresie związanym z prezesurą w PZPN, Kazio z Rzeszowa odegrał i najpewniej odegra jeszcze niepoślednią rolę.

boniek_gren_wybory_pzpn

Źródło: http://futbolplus.pl/pzpn/item/285-uwierajacy-odcisk-prezesa

Druga twarz Zbigniewa Bońka- futbolplus

1

Poniższy artykuł napisałem w październiku 2012 roku. Miał się ukazać tydzień przed wyborami na prezesa PZPN w kierowanym wówczas przez Tomasza Lisa Tygodniku „Wprost”. Nie wiem, co było przyczyną, że tekst ten nie ujrzał wówczas światła dziennego. Może gdyby został opublikowany, cała polska piłka toczyłaby się dzisiaj w zupełnie innym kierunku. Czy lepszym? Na pewno mniej rozdętym wizerunkowo, a bardziej skoncentrowanym na wypracowaniu autorskiego systemu szkolenia, który procentowałby już podczas Mundialu 2018, a nie jak obiecuje prezes Zbigniew Boniek za 10 lat. Bo za 10 lat zmieni się świat i będzie las, a nie będzie nas… Zapraszam do lektury tego, co napisałem niespełna 3 lata temu, a tekst wciąż chyba pozostaje aktualny.

* * *

Jest murowanym faworytem mediów na prezesa PZPN. Prowadzi we wszystkich możliwych sondażach. Jego przewaga w badaniach popularności nie podlega dyskusji. Bije konkurentów na głowę, ba, na dwie, a nawet trzy głowy! Jego notowania kształtują się na poziomie 60-80 procent, a następnego w kolejce do fotela prezesa – zaledwie kilkunastu. Skąd to ogromne poparcie dla Zbigniewa Bońka?

Mówi się, że media ma w kieszeni. A to media przecież kształtują opinie. Potrafią wynieść człowieka na piedestał, ale i go zniszczyć.

Boniek, wielka osobowość, piłkarska legenda, umiejętnie media urabia. Nie od dziś bowiem wiadomo, że „Zibi” to medialne zwierzę. Znakomicie potrafi się sprzedać w prasie i telewizji. Równie dobrze, jak niegdyś piłką na boisku, umie pograć słowem. Świetnie waży emocje, wyczuwa nastroje. Wieści coś, co kibice pragną akurat usłyszeć. Jest, jak voux populi. Głosem ludu, czy jak kto woli Boga, docierającym z papieskiego Rzymu. Nie na darmo Leo Beenhakker powiedział o nim kiedyś, że kreuje się na mesjasza polskiej piłki.

Siedząc z dala od polskiego piekiełka, z włoskiej perspektywy łatwiej mu ocenić sytuację i wydać słuszną opinię. Wybiórcze podejście do problemów, czyni z niego niemal nieomylnego. Każdy błąd czy swoje potknięcie w ocenie, może przecież usprawiedliwić niemożnością zgłębienia tematu, brakiem wystarczającej wiedzy, bo akurat nie ma go przecież na miejscu, w Polsce.

A w razie czego, wystarczy na czas jakiś zamilczeć, zejść ludziom z oczu, dać nogę i się ukryć, jak choćby wtedy, gdy porzucił stołek selekcjonera polskiej reprezentacji. Media tego faktu nie chcą specjalnie roztrząsać. Bo z kim jak z kim, ale z mediami „Zibi” jest zawsze za pan brat!

Dlatego zamiast oficjalnego pożegnania, można, bez żadnych konsekwencji i szczególnego napiętnowania, wysłać list faksem z Szeszeli czy innego Mauritiusu do prezesa związku, informując go, iż pracę z drużyną narodową ma się już, oględnie rzecz ujmując, w największym poważaniu. Czyż nie tak samo będzie można zrejterować, gdy, a nuż, powinie się noga w roli prezesa PZPN-u?

Traf chciał, że ucieczka Bońka z posady selekcjonera zbiegła się z wybuchem, pod koniec 2002 roku, „afery Rywina”. Przypomnijmy, że Lew Rywin, powołując się najpierw na premiera Leszka Millera, a następnie „grupę trzymającą władzę”, zaproponował prezesowi „Agory”, Wandzie Rapaczyńskiej, a także redaktorowi naczelnemu „Gazety Wyborczej”, Adamowi Michnikowi, umieszczenie w ustawie o radiofonii i telewizji zapisu, umożliwiającego „Agorze” kupno kanału telewizyjnego Polsat. W zamian za 17,5 mln dolarów dla SLD i prezesurę kanału dla siebie. Ta propozycja korupcyjna, potajemnie nagrana przez Michnika i pół roku później upubliczniona przez naczelnego „Gazety Wyborczej”, spowodowała wszczęcie śledztwa i powołanie sejmowej komisji śledczej. W wyniku czego, Rywin został skazany prawomocnym wyrokiem sądu na 2 lata więzienia i 100 tysięcy złotych za pomoc w płatnej protekcji ze strony nieustalonej grupy osób.

Co „afera Rywina” mogła mieć wspólnego z Bońkiem? Tylko tyle, albo aż tyle, że „Zibi” w czasie, gdy Rywin był prezesem Canal+ Polska, zawarł z nim, jako pośrednik, pod koniec lat 90. pięcioletnią umowę na sprzedaż praw telewizyjnych i marketingowych do meczów ekstraklasy (wówczas określanej pierwszą ligą) za 100 milionów dolarów! Stąd nazwa „kontrakt stulecia” – szumnie nagłośniona potem przez Bońka. Faktycznie, miał się czym chwalić. Dotychczas takiej umowy w polskiej piłce jeszcze nie było. Do dzisiaj „Zibi” szczyci się tym wiekopomnym interesem.

- Od tamtej pory niby wszystko się rozwija, tylko wartość kontraktów telewizyjnych maleje – pysznił się w rozmowie z weszlo.com. Zapomina jedynie dodać, że po dwóch latach pierwotne uzgodnienia drastycznie zmniejszono – aż o 40 procent(!), tłumacząc ten nieprzewidziany spadek załamaniem na światowym rynku reklamowym.

Prowizję skasowano jednak od 100 milionów dolarów, a nie połowy tej sumy i dziwnym trafem, było to 17,5 procent kwoty kontraktu, które zwykła pobierać agencja „SportFive”, posiadająca wówczas, jako UFA, prawa do większości klubów ekstraklasy. 17,5 procent od 100 milionów dolarów! Ciekawe, skąd Rywin wziął kwotę 17,5 miliona dolarów, których domagał się od „Agory” i czy był to czysty przypadek, iż suma ta pokrywała się prowizją od „kontraktu stulecia”?

„Kontrakt stulecia” był więc najkorzystniejszy dla samego Bońka, który mógł się cieszyć prowizją od 100 mln dolarów, a już mniej dla klubów, które brały np. kredyty pod sumę gwarantowaną w wersji pierwotnej, a musiały je potem spłacać z kwoty pomniejszonej o owe 40 procent. Czyli tak naprawdę, jak „Zibi” i jego zwolennicy próbują wmówić opinii, kluby nie zostały ozłocone i nie żyją z tego scentralizowania praw telewizyjnych i pieniędzy z kontraktu do dzisiaj, lecz mają z tego tytułu rosnące z roku na rok długi od zmniejszonej o niemal połowę cesji.

A poza tym według umowy zawartej w 2000 roku, po upływie terminu umowy Canal+ miał mieć dostęp do warunków oferowanych przez innych oferentów. Oczywiście nie mogło to zostać podane do wiadomości publicznej, gdyż taka informacja kompletnie dyskredytowałaby Bońka i Listkiewicza, jako ludzi wiarygodnych. Tym bardziej, że dziś Listkiewicz twierdzi, że Lacie zaszkodził brak przejrzystości. Na te prymitywne sztuczki nie dał się nabrać Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który nałożył na Canal+ karę w wysokości 7,37 miliona złotych, a na PZPN ponad 440 tysięcy (potem zredukowano o ok. 50 procent).

Boniek sprzedażą praw telewizyjno-reklamowych zajmował się z pasją. To był i pozostaje jego biznesowy konik. Wiadomo – na tym zarabia się przecież realne pieniądze.

Zanim więc doprowadził do „kontraktu stulecia”, pośredniczył w połowie lat 90. w sprzedaży praw telewizyjnych reprezentacji Polski włoskiej Bianchi Group, jako przedstawiciel firmy „Go & Goal”. Obecny właściciel tej agencji, Robert Kaczyński, którego „Zibi” zostawił samopas, gdy objął funkcję wiceprezesa PZPN ds. marketingu, nie chce oceniać, jakim Boniek był szefem i biznesmenem. Woli pamiętać tylko dobre chwile współpracy z byłym piłkarzem. Choćby wprowadzanie do polskiej ligi reklamy piwa. Najpierw „EB” na koszulki i banery Górnika Zabrze, a potem Widzewa Łódź. Albo wspólnie z obecnym prezesem Ekstraklasy SA, Bogusławem Biszofem, brandowanie „Tyskiego” w Lechu Poznań. Ością w gardle stoi natomiast Kaczyńskiemu umowa „Siemensa”, jaką zawarł, w imieniu swojego pryncypała w „Go & Goal”, z PZPN, kiedy Boniek zarządzał już w związku marketingiem. Nagle „Siemensa” wyparła „Era” i były wspólnik „Zibiego” z agencji został na lodzie z niezrealizowanym kontraktem.

- Boniek był niczym szczupak w szuwarach. Wpadał do związku jak burza i wszyscy wypłoszeni, chowali się po kątach – wspominał swojego zastępcę były prezes PZPN, Michał Listkiewicz. Ale „Miś”, który zarabianie pieniędzy zostawił w gestii bardziej rzutkiego kolegi, oceniał tamten okres bardzo pozytywnie: – Zastaliśmy polską piłkę drewnianą, a zostawiliśmy murowaną. Nie było sponsorów, uregulowanej kwestii praw telewizyjnych. Zbyszek wprowadził nową rzeczywistość w komercyjny wymiar działalności związku.

Sponsoring strategiczny, sponsoring techniczny oraz prawa transmisyjne do reprezentacji Polski – to wszystko na początku XXI wieku załatwiał w PZPN Boniek. „Takie rzeczy tylko w Erze” – hasło przewodnie telefonii komórkowej, jak ulał pasowało do jego marketingowej wiceprezesury. Wprowadził do reprezentacji nową „Erę”, kosztem „Siemensa”. Wcześniej zakontraktował tajemniczą firmę leasingową „Berlo” z Bydgoszczy, która przez chwilę reklamowała się przy polskiej kadrze prowadzonej przez Jerzego Engela. Umowa z „Berlo” miała opiewać na okrągły milion dolarów, ale do dzisiaj PZPN z tego kontraktu nie otrzymał złamanego centa i co roku musi uwzględniać w sprawozdaniach finansowych niespłacony dług bydgoskiej firmy-piramidy.

Do łask w reprezentacji wróciła – za czasów Bońka – niemiecka „Puma”, która po epizodzie (inauguracyjny mecz eliminacji Mundialu 2002 w Kijowie z Ukrainą) z łódzką firmą sprzętu sportowego „Tico”, zastąpiła na dziewięć lat w wyposażeniu drużyny narodowej amerykańską „Nike”. „Zibi” przedłużył też, ze znaną sobie z ligowego „kontraktu stulecia”, firmą UFA (dzisiejszy „Sprotfive”) prawa telewizyjne do meczów reprezentacji za co najmniej 10 milionów dolarów, oczywiście z uwzględnieniem 17,5-procentowej prowizji. A przed mistrzostwami świata 2002 w Korei i Japonii, do których awans Polaków po 16 latach nieobecności w finałach, przypisywał chwalebnie głównie swojej osobie, zawarł intratny kontrakt z McDonalds, który podczas Mundialu stał się kością niezgody między piłkarzami a kierownictwem PZPN-u. Kadrowicze domagali się bowiem profitów za wykorzystanie w reklamie ich wizerunku, Boniek tymczasem twierdził, że z tytułu, iż reprezentują Polskę, ale i PZPN, nic się im od dealu z McDonalds’em nie należy. Konflikt między reprezentantami, wśród których główne skrzypce grała tak zwana starszyzna z Markiem Koźmińskim, Tomaszem Hajto, Tomaszem Wałdochem i Piotrem Świerczewskim nabrał takiego rozmachu, że podczas długiego lotu do Korei Hajto bezceremonialnie rzucił hasło: – A za okno z nim! (apel oczywiście dotyczył wiceprezesa PZPN do spraw marketingu Bońka – przyp. red.).

Jako marketingowiec „Zibi” starał się dbać o wizerunek PZPN na wielu płaszczyznach. Lubił wtrącić swoje trzy grosze do spraw szkoleniowych, sędziowskich czy organizacyjnych, jak choćby przyznawania klubowych licencji.

Kibice do dzisiaj nie potrafią rozgryźć, czy to jego pomysłem, czy jednak selekcjonera Jerzego Engela było odsunięcie od reprezentacji, tuż przed wyjazdem na mistrzostwa świata, Tomasza Iwana?

„To tajemnica mundialu” – jakby zaśpiewał Bogdan Łazuka. Nie jest natomiast zagadką, iż decyzja o podmianie Engela na selekcjonerskim stołku zapała już po drugim przegranym meczu Polaków na Mundialu w Korei z Portugalią 0:4.

Nie budziło również żadnych wątpliwości, iż Boniek był pomysłodawcą utajnienia obsad sędziowskich i zabiegał o uznanie Ryszarda Forbricha, zwanego „Fryzjerem”, personą non grata w PZPN, co po odejściu „Zibiego” ze związku przestało być w ogóle respektowane. Czy dzięki znakomitym kontaktom z „Erą” mógł wiceprezes zechcieć sprawdzać bilingi rozmów sędziów oraz ich obserwatorów z „Fryzjerem”? Pytanie to pozostawimy bez odpowiedzi.

Najbardziej zaufaną osobą Bońka w PZPN w owych czasach był odpowiadający za sprawy licencyjne, Marcin Stefański. Co ciekawe dwa utytułowane kluby ligowe przechodziły wówczas trudny okres. Ogromne problemy finansowe trapiły Widzew Łódź i Lecha Poznań. Stefański, obu bankrutom, licencje zaskakująco przyznał. Przy okazji narobił takiego bałaganu w związkowych dokumentach, iż wolał przenieść się do utworzonej w połowie 2005 roku spółki akcyjnej Ekstraklasa SA, gdzie pozostaje dyrektorem Logistyki Rozgrywek.

Widzew zawsze był oczkiem w głowie „Zibiego”. Choćby z uwagi na lata swojej sportowej świetności, jakie przeżył w zespole z Alei Armii Czerwonej (dzisiaj Alei Piłsudskiego). Do dzisiaj klub ten zaplątany jest w proces sądowy dotyczący karygodnego zarządzania środkami materialnymi przed dziesięcioma laty. Pieniądze z podziału praw telewizyjnych z PZPN trafiały, zamiast na konta wierzycieli, do kieszeni sponsorów zadłużonego po uszy RTS-u.

Na ławie oskarżonych w sprawie niegospodarności klubu i PZPN-u zasiadają wszyscy najważniejsi wówczas związkowi dygnitarze – eksprezes Listkiewicz, jego były zastępca ds. organizacyjno-finansowych, Eugeniusz Kolator i niedawny sekretarz generalny Zdzisław Kręcina. Nie ma wśród oskarżonych Bońka, któremu prokuratura nie postawiła żadnych zarzutów. Czy właśnie dlatego kandydat na prezesa PZPN postanowił rekomendować na stanowisko sekretarza generalnego, w razie wygrania przez siebie wyborów, otrzaskanego w gardłowych sprawach Stefańskiego?

Stefańskiego z Bońkiem łączy coś jeszcze, coś co tłumaczy ich zażyłe kontakty. Obaj są powiązani – czy to rodzinnie czy biznesowo, a może nawet wiedzą tajemną – z Wojciechem Szymańskim. Stefański to kuzyn masera z Nowego Dworu Mazowieckiego, właściciela zakładów mięsnych „Lukullus”. Żona Stefańskiego jest córką rodzonej siostry Szymańskiego. Boniek natomiast to były partner biznesowy Wojciecha, którego namówił na sponsorowanie Widzewa. Szymański akurat przeżył gorycz spadku Świtu Nowy Dwór z ekstraklasy. „Zibi” przejął akcje Widzewa i szukał możnego inwestora do klubu. Szymański chciał podbić swoimi wyrobami łódzki rynek wędliniarski, więc długo się nie zastanawiał nad ofertą Bońka.

Widzew z pokaźnym zastrzykiem funduszy z Nowego Dworu Mazowieckiego mógł szybko wrócić do ekstraklasy. W drugoligowym zespole odnalazł się po nieciekawym okresie pracy w Amice Wronki, trener Stefan Majewski. Po dwóch sezonach świętował z Widzewem awans do ligowej elity, aby nieoczekiwanie oddać w ekstraklasie miejsce na stołku szkoleniowca Michałowi Probierzowi. Dwa lata później łodzianie znowu wrócili do drugiej ligi. Wówczas Boniek zdecydował się sprzedać klub, biznesmenowi z Piaseczna, Sylwestrowi Cackowi.

Jak się okazało, sprzedał „kota w worku”. Nagle na światło dzienne wypłynął bowiem haniebny proceder kupowania meczów przez Widzew. Aresztowany Szymański przyznał się w prokuraturze wrocławskiej do przekazywania pieniędzy na ustawianie wyników spotkań RTS-u. Trener Majewski zeznawał we Wrocławiu przez cztery godziny jako świadek i nie postawiono mu żadnych zarzutów. – Byłem pytany o moją pracę w Widzewie ogólnie, a nie w kontekście korupcji – wyjaśnił w „Przeglądzie Sportowym”.

Współwłaściciel klubu, Boniek, zarzekał się, że z korupcją nie miał nic wspólnego. – Jeśli ktoś chce mnie wrzucić do wiadra z napisem „korupcja’, to mu się na pewno nie uda – mówił w 2008 roku „Gazecie Wyborczej”. – Mój klub z korupcją nie ma nic wspólnego. Z Widzewa złapano jednego człowieka (Szymańskiego – przyp. red.), który w prokuraturze przyznał się, że zapłacił sędziom w czterech czy pięciu nic nieznaczących meczach, a później z tym zerwał. Mało tego, został zmuszony do płacenia sędziom. Nic o tym nie wiedziałem, podobnie jak prezes klubu czy trener – twierdził „Zibi”.

Doprawdy zadziwiające, że tak wydawałoby się bystry facet jak Boniek, nie zdawał sobie absolutnie sprawy, iż pod jego nosem (okiem) Widzew ustawiał mecze. Czyżby miał tak ograniczoną wyobraźnię? Czy wobec tego, jako udziałowiec, mógł zapanować nad pogrążonym w korupcji klubem? Czy jako ewentualny przyszły prezes PZPN, z tak zagadkowo niskim poziomem percepcji, byłby w ogóle w stanie ogarnąć, co się wokół niego dzieje w znacznie większej przecież organizacji niż Widzew? Czy to go nie dyskwalifikuje jako szefa całej polskiej piłki?

Wątpliwości jest całe mnóstwo. Może więc warto, aby Boniek rozwiał krążące po Polsce plotki, że złożył zeznania w sprawie korupcji w Widzewie w prokuraturze wrocławskiej o 6.51 rano, by nikt go w tym czasie nie rozpoznał?

Niech się też określi, czy mieszka i prowadzi interesy w Rzymie, a Polskę traktuje wyłącznie jako miejsce dobrego, niespecjalnie wyszukanego relaksu?

Dlaczego, łamiąc polskie prawo, reklamuje w internecie nielegalne zagraniczne zakłady bukmacherskie? Dlaczego podczas Euro 2012, będąc ambasadorem imprezy ze strony UEFA, prowadził tak zwany ambush marketing (marketing podstępny, pasożytniczy), reklamując razem z Luisem Figo i Marco van Bastenem piwo w akcji „5 stadion”, które było konkurencyjne dla oficjalnych produktów polsko-ukraińskiego turnieju? I czy dlatego właśnie prezydent UEFA, Michel Platini, nie zaprosił go na finał mistrzostw Europy do Kijowa, gdzie zmierzyły się Hiszpania i Włochy – jakby nie patrzeć – druga ojczyzna Bońka?

Czy to prawda, że po tym zdarzeniu między nim a Platinim panuje tzw. szorstka przyjaźń i nawet ckliwe opowieści o partii golfa z dawnym przyjacielem z Juventusu Turyn nie będą w stanie ocieplić ich stosunków w najbliższym okresie?

Czy tak poważnemu biznesmenowi, jakim pragnie się nosić „Zibi”, przystoi sprzedawanie Albańczyka Edgara Caniego do Polonii Warszawa i próbowanie podczepienia się pod ewentualne transfery Roberta Lewandowskiego, Rafała Wolskiego i Michała Żyry do włoskich klubów?

Przed wyborem na prezesa PZPN Boniek powinien zrobić rachunek sumienia, aby z czystym kontem objąć stery polskiej piłki i wyprowadzić ją na szerokie, międzynarodowe wody. Zgodnie z życzeniem 60-80 procent kibiców w Polsce i wpatrzonych w niego, jak w obraz, wszystkich polskich mediów.

Jacek Kmiecik

Źródło: http://www.futbolplus.pl/pzpn/item/2469-druga-twarz-zbigniewa-bonka

No to mamy, Zbyszku, ten plan, czy dopiero powstaje? Felieton Zbigniew Koźmiński – Sport

1

W jednej z centralnych gazet ukazał się interesujący wywiad z miłościwie nam panującym Cesarzem polskiego futbolu. Dlaczego aż „Cesarzem”? Mają Niemcy swojego „Kaisera” Franza, a czy my gorsi od nich? Mamy więc własnego cesarza, Zibiego…

We wspomnianym wywiadzie Zbyszek dowodzi zresztą, że w wielu działach jesteśmy od Niemców wręcz lepsi. Przykład? To oni co prawda chwalą się swoim systemem szkolenia młodzieży, ale to my mamy Milika i Lewandowskiego…

Za tę konstrukcję myślową pewnie trudno będzie dostać piłkarskiego Nobla, ale i też trudno – przez szacunek do jej twórcy… – podjąć z nią merytoryczną dyskusję. Poczułem się też zganiony – ba, wręcz wystraszony! – stwierdzeniem prezesa, że głupia jest refleksja, jakobyśmy młodzież szkolili w Polsce bez spójnego systemu i planu. Boję się, że za moje obrazoburcze tezy nie będę mógł teraz przystępować do komunii – jak posłowie za in vitro…

Ale jest w tym wywiadzie coś, co sprawiło mi dużo radości i tchnęło w mój skołatany organizm wiele optymizmu. To obietnica, że nasi fachowcy pracują – a nawet są bliscy końca tej pracy – nad… polskim systemem szkolenia, który ogłoszą jesienią. Szerokie konsultacje w środowisku oraz nazwiska autorów wspomnianego planu pozwalają wierzyć, że będzie to dokument dostosowany do naszych realiów i możliwy do wprowadzenia w życie „od zaraz”. I że nie podzieli losów podobnego opracowania, wzorowanego na systemie jednej z zachodnich federacji, który – niemal zaraz po hucznej konferencji prasowej – zaległ na zawsze w szafie i w związkowym archiwum.

Cieszę się wielce, że już nie tylko mistrzowski PR i zmiana adresu związkowej Szkoły Trenerów oraz nowa nazwa rozgrywek juniorskich będzie powodem do chwały obecnych władz. Będziemy mieć wreszcie dokument, którego brak hamuje od lat rozwój naszej ukochanej dyscypliny.

I za ten właśnie pozytywny plan darujemy Cesarzowi… sprzeczności, zawarte w wyżej wymienionym wywiadzie. Bo chyba jednak nie mamy systemu szkolenia, skoro właśnie pochylamy się nad jego opracowaniem???

Składam to na karb sezonu urlopowego i panujących upałów. Chyba główny PR-owiec związku przebywa na urlopie. W innym przypadku – znając jego profesjonalizm – nie wypuściłby do mediów tych wypowiedzi. Albo nadałby im sensowną konstrukcję…

Źródło: http://katowickisport.pl/cotygodniowy-felieton-bylego-rzecznika-pzpn-u,artykul,593986,1,12744.html

Boniek jak Dżepetto, struga z siebie niezłego Pinokia- futbolplus

1

Prezes PZPN, Zbigniew Boniek lubi opowiadać bajki. Plecie androny zwłaszcza wtedy, gdy znajduje wokół wiernych słuchaczy. A za takich należy uznać wazeliniarzy z „Przeglądu Sportowego” Roberta Błońskiego i Tomasza Włodarczyka, którzy udostępnili sternikowi polskiej piłki łamy gazety, aby bajdurzył niestworzone historie. Ci zaś, mieniący się mianem dziennikarzy, zamiast przerwać ten słowotok wierutnych bzdur choćby jednym sensownym pytaniem korygującym, z rozdziawionymi z zachwytu pyszczkami chłoną wszystko, co wypluje prezes, jak pyszną strawę.

„Zibi”, niczym majster Dżepetto, zwany Mamałygą, struga więc tego Pinokia z coraz dłuższym nosem, a przeglądowa gawiedż przyklaskuje z fascynacją każdemu łgarstwu „nieomylnego”.

Opowiada więc Boniek jak to uczynił Emmanuela Olisadebe Polakiem, kiedy tak naprawdę podłączył się, jak zwykle zresztą, pod autorski sukces nadania polskiego obywatelstwa Nigeryjczykowi ówczesnego selekcjonera Jerzego Engela. Wysłanie kwiatów do ówczesnej prezydentowej Jolanty Kwaśniewskiej naprawdę nie przyspieszyło procedury unarodoweinia sympatycznego Murzynka, który zapewnił „Biało-Czerwonym” historyczny, bo wywalczony po szesnastu długich latach wyczekiwania, awans do finałów mistrzostw świata w 2002 roku. W takie brednie mogą uwierzyć i temu w ogóle nie zaprzeczyć jedynie Błoński i Włodarczyk.

Bredzi prezes PZPN o rzekomej chęci ukarania reprezentacji przez antyrasistowskie stowarzyszenie „Nigdy Więcej” za wywieszenie flagi z krzyżem celtyckim podczas meczu Polska – Ukraina na Stadionie Narodowym, a gamonie z „Przeglądu Sportowego” skrzętnie to notują i przenoszą na łamy niczym prawdy objawione. Tymczasem, jak się okazuje, prawda Bońka jest taka, jak z tym rozdawaniem Mercedesów na Placu Czerwonym w Moskwie, o czym głosiło słynne w widzewskich czasach piłkarza Bońka Radio Erewań. Z tymi Mercedesami była to prawda, ale z małymi poprawkami: bo nie chodziło wcale o Moskwę, tylko o Leningrad i nie o Mercedesy, tylko o rowery i nie, że rozdawali, tylko je kradli.

Kłamstwo prezesa PZPN dotyczące flagi z krzyżem celtyckim dobitnie koryguje Rafał Pankowski, współzałożyciel „Nigdy Więcej”, w wypowiedzi dla wp.pl:

- Zacznijmy od tego, że delegat FARE (Futbol Przeciwko Rasizmowi w Europie, organizacja nadrzędna wobec „Nigdy Więcej” – przyp. red.) zgłosił sprawę do FIFA, a nie UEFA, bo to był mecz w ramach eliminacji mistrzostw świata. Prezes PZPN na pewno odróżnia te instytucje. Od początku było wiadomo, że flagi i symbole faszystowskie były po stronie ukraińskiej, a nie polskiej. Nie było mowy o żadnej pomyłce z naszej strony. PZPN dostał po meczu pismo z FIFA, że zostało wszczęte postępowanie. Myśleli, że chodzi o nich. Szef departamentu bezpieczeństwa PZPN poprosił nas o interwencję. Wspólnie uzgodniliśmy, że „Nigdy Więcej” na wszelki wypadek napisze po angielsku dodatkowy list, który zostanie przesłany do FIFA. W nim opisaliśmy sytuację, poinformowaliśmy o świetnej organizacji meczu na Stadionie Narodowym i nieporozumienie zostało wyjaśnione. Potem ludzie z PZPN nam dziękowali.

Mimo że prezes PZPN jakoś wyjątkowo stroni od kontaktu z FARE (nawet przed zeszłorocznym meczem Polska – Niemcy w Warszawie Boniek nie pojawił się na spotkaniu z prezesami DFB i Bundesligi oraz przedstawicielami ambasady Niemiec w Polsce dotyczącym relacji polsko-niemieckich, kwestii historycznych, krzywd z czasów wojny i okupacji oraz współczesnego problemu rasizmu i antysemityzmu na stadionach w Europie), Pankowski wyraża nadzieję na współpracę z obecnym włodarzem polskiego futbolu.

Boniek jednak zastrzega, że nie śpieszno mu do spotkania z „Nigdy Więcej” i odbija piłeczkę, iż chciałby poznać źródła finansowania tej organizacji, jak „wszyscy chcą wiedzieć, ile kasy ma PZPN, jaki jest budżet, ile zarabia prezes, ile dostaliśmy za prawa marketingowe albo ze sprzedaży praw telewizyjnych”. Szkoda tylko, że nigdy dotychczas obecny szef PZPN nie odpowiedział na te pytania, nie ujawnił, choć szedł do wyborów na prezesa PZPN z hasłem transparentności związku na ustach, ani budżetu, ani zarobków ani też wydatków PZPN i związkowa kasa wciąż pozstaje za kadencji „Zibiego” tematem tabu, o który nie śmią nawet zapytać jego wierni słuchacze i potakiewicze z „Przeglądu Sportowego”.

2

3

 

4

Źródło: http://futbolplus.pl/plus/prasowka/item/2915-boniek-jak-dzeppetto-struga-z-siebie-niezlego-pinokia

List otwarty do Zbigniewa Bońka: „Dał Pan sygnał do nagonki na stowarzyszenie Nigdy Więcej”

z18532539Q,Zbigniew-Boniek

„Zamiast zdecydowanie potępić wykorzystywanie trybun sportowych dla hańbiącego polski sport propagowania rasizmu i nienawiści, wysunął Pan nieuzasadnione i niesprawiedliwe oskarżenia wobec stowarzyszenia Nigdy Więcej”. List otwarty stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita do prezesa PZPN Zbigniewa Bońka.

Szanowny Panie Prezesie,

jako organizacje działające na rzecz otwartego, wolnego od ksenofobii i antysemityzmu społeczeństwa, nie możemy przejść obojętnie nad Pana publicznymi wypowiedziami dotyczącymi kary nałożonej przez UEFA na Lecha Poznań za rasizm kibiców tej drużyny. Zamiast zdecydowanie potępić wykorzystywanie trybun sportowych do hańbiącego polski sport propagowania rasizmu i nienawiści, wysunął Pan nieuzasadnione i niesprawiedliwe oskarżenia wobec stowarzyszenia Nigdy Więcej, zarzucił Pan „nakablowanie do UEFA” Jackowi Purskiemu i zespołowi stowarzyszenia, którego jednym z głównych celów jest propagowanie sportu opartego na zasadach fair play – wolnego od antysemityzmu, ksenofobii, szowinizmu. Tonem Pańskiej wypowiedzi na Twitterze jesteśmy dotknięci wszyscy, którzy staramy się zmieniać postawy polskiego społeczeństwa wobec grup mniejszościowych, budować otwartość, wzmacniać tolerancję i akceptację dla inności.

Pobłażanie zdarzeniom takim jak to na stadionie Lecha Poznań byłoby przejawem lekceważenia problemu, a nazywanie obywatelskiej reakcji na zło nienawiści „nakablowaniem do UEFA” świadectwem niezdawania sobie sprawy z możliwych skutków niereagowania na ksenofobiczne hasła wylewające się ze stadionów w przestrzeń publiczną. Jako prezes PZPN powinien czuć się Pan odpowiedzialny za to, żeby ideologia „supremacji białej rasy” propagowana m.in. przez zespół Konkwista 88 i ruchy głoszące hasło „Krew naszej rasy”, nie zatruwała umysłów młodych ludzi. Jesteśmy zaniepokojeni faktem, że miast potępić kibiców trzymających transparent tej treści, dał Pan sygnał do nagonki na stowarzyszenie Nigdy Więcej, uruchomił Pan lawinę nienawistnych komentarzy i gróźb kierowanych pod adresem Jacka Purskiego i całego stowarzyszenia.

Szanowny Panie Prezesie, apelujemy o właściwą reakcję PZPN na wywieszanie ksenofobicznych haseł na polskich stadionach. Uważamy, że to jest rzeczywisty i poważny problem, i nie wątpimy, że i Pan zechce go dostrzec.

Oczekujemy, że opowie się Pan po stronie rzeczników stadionów wolnych od nienawiści, rasizmu i ksenofobii.

Marek Edelman pouczał nas: „demokracja nie polega na przyzwoleniu na zło, nawet najmniejsze, bo ono może nie wiadomo kiedy urosnąć. Musimy uczyć, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. Musimy walczyć ze złem tak, żeby ten, który czyni zło, zrozumiał, że nie będzie dla niego litości”.

Pod listem podpisało się 46 organizacji:

Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita;
Fundacja Klamra;
Centrum Żydowskie w Oświęcimiu;
Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny;
Fundacja Akceptacja;
Fundacja Dialog-Pheniben;
Fundacja dla Wolności / Etnoliga;
Fundacja Ekologiczna ARKA;
Fundacja Humanity in Action Polska;
Fundacja Inicjatywa Kobiet Aktywnych;
Fundacja LGBT Business Forum;
Fundacja na rzecz Równości i Emancypacji STER;
Fundacja Phan Bde;
Fundacja Pies Przewodnik;
Fundacja Pomocy Prawnej ANTERIS;
Fundacja Vis Maior;
Fundacja Wolna Syria;
Fundacja Wolontariat Równości;
Głosy Przeciw Przemocy;
Helsińska Fundacja Praw Człowieka;
Hollaback! Polska;
Instytut Spraw Publicznych;
Interkulturalni.PL;
Kampania Rady Europy „Bez Nienawiści” w Polsce;
Klub Chrześcijan i Żydów „Przymierze”;
Koalicja KARAT;
Ośrodek Brama Grodzka -Teatr NN;
Polskie Forum Osób Niepełnosprawnych;
Polski Instytut Praw Człowieka i Biznesu;
Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego;
RÓWNOŚĆ.INFO;
Stowarzyszenie 9/12;
Stowarzyszenie Dla Ziemi;
Stowarzyszenie Ekologiczno-Artystyczne
Ręką Dzieło;
Stowarzyszenie Empatia;
Stowarzyszenie Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie;
Stowarzyszenie Inicjatyw Kobiecych;
Stowarzyszenie Interwencji Prawnej;
Stowarzyszenie im. Jana Karskiego;
Stowarzyszenie Lambda Warszawa;
Stowarzyszenie na rzecz Kobiet „Victoria”;
Stowarzyszenie Naukowe „Psychologia i Seksuologia LGBT”;
Stowarzyszenie Pracownia Etnograficzna im. Witolda Dynowskiego;
Stowarzyszenie na rzecz Osób LGBT „Tolerado”;
Stowarzyszenie PRO HUMANUM;
Żydowskie Stowarzyszenie Czulent.

Źródło: http://wyborcza.pl/1,75968,18532537,list-otwarty-do-zbigniewa-bonka-dal-pan-sygnal-do-nagonki.html

Co ma śmierć dziennikarza w Azerbejdżanie do wojenki prezesa Bońka z FARE-futbolplus

1

Śmierć dziennikarza sportowego w Azerbejdżanie, skatowanego przez kibiców za to, iż śmiał skrytykować gwiazdę ich ukochanego klubu zbiegła się z wojenką jaką prezes PZPN, Zbigniew Boniek rozpętał przeciwko FARE, organizacji walczącej z rasizem i ksenofobią w europejskim futbolu. Przypadek? Najpewniej tak, choć może bardziej zrządzenie losu, które akurat miało wskazać, do czego prowadzić może podjudzanie kibiców przez wydawałoby się rozsądnych piłkarskich oficjeli.

Od paru chwytliwych haseł pod publiczkę na Twitterze do wtargnięcia kibiców na boisko, zdemolowania trybun, walki z policją, pobicia czy nawet zabicia dziennikarza albo działacza stowarzyszenia walczącego ze stadionową chuliganerią, jedynie rzut kamieniem. Wystarczy otumanionemu swoim szowinizmem tłumowi wskazać drogę. Wręczyć im narzędzia (kamienie, pałki, kije bejsbolowe, kastety, noże, maczety czy pięści) i poprowadzić kilkoma zgrabnymi tweetami do ataku.

Namiastkę tego doświadczyliśmy w zeszłym tygodniu, kiedy prezes PZPN napisał, iż „kablem”, który doniósł na Lecha Poznań do UEFA za wywieszenie rasistowskiej flagi w Sarajewie był szef agendy FARE na Polskę, stowarzyszenia „Nigdy Więcej”. Boniek odnalazł, a w zasadzie kibole mu znaleźli, bo taki dociekliwy to „Zibi” jednak nie jest, zdjęcie jegomościa z FARE, które sternik polskiej piłki z niekłamaną satysfakcją opublikował w medium społecznościowym.

Jak ktoś słusznie zauważył, dane personalne i zdjęcie przedstawiciela FARE dotarło do około 300 tysięcy osób w Polsce, gdyż mniej więcej tylu obserwujących ma Boniek na Twitterze. Szef „Nigdy Więcej” – dzięki bezmyślności prezesa PZPN – przestał być anonimowy. Na stadionie raczej „Nigdy Więcej” już się nie pokaże. Lincz lub ukamienowanie ma bowiem przez wyznawzów kościoła Bońka zagwarantowane. Z rasizmem, szowinizmem, ksenofobią może więc tylko walczyć już teraz za pomocą internetu. Albo musi zapuścić brodę, zmienić okulary na szkła kontaktowe, nałożyć czapkę i podnieść kołnierz, aby nie być przez hałastrę napuszczoną przez prezesa PZPN rozpoznanym. Jeśli nie zastosuje się do powyższych wymogów bezpieczeństwa – biada mu! Może, niestety, skończyć jak dziennikarz z Azerbejdżanu, który śmiał skrytykować gwiazdkę lokalnego klubu. Może po prostu zostać zakatowany na śmierć!

Czy wtedy Boniek będzie równie usatysfkacjonowany, jak przy znalezieniu (dostarczeniu mu) wpisu ultraprawicowej organizacji, która wylała na „Nigdy Więcej” wiadro pomyj? Najpewniej tak.

Prezes Boniek uwielbia bowiem łapać punkty u stadionowej chuliganerii, wspierając bezprawne decyzje. Tak jest teraz, kiedy broni wywieszania rasistowskich flag i transparentów. Tak było tuż po objęciu prezesury PZPN, kiedy z miejsca popierał na stadionach odpalanie rac, twierdząc, że to pyszna zabawa (niemal jak sylwestrowa) dla jego wnuków przedszkolaków, niezwykle bezpieczna forma pirotechniki – wystarczy przecież tylko przy przejściach na trybunach postawić wiadra z wodą.

Tak było, jest i będzie z nielegalną, nieuczniwą i zakazaną w Polsce zagraniczną bukmacherką, nad którą państwo polskie nie ma żadnej kontroli i ustawianie wyników meczów ligowych od najwyższej klasy rozgrywkowej do A-klasy jest swoistą internetową wolnoamerykanką, w której wygrywa li tylko firma promowana twarzą prezesa PZPN (kto wie, czy nie sięgająca ze swoim brudnym interesem aż do dalekiej Azji?).

Boniek gra pod publiczkę. Zawsze to robił jako zawodnik. Już jako trener – niezbyt mu to wychodziło. A jako prezes? Kiedy się nie uda – znowu można powiedzieć „Addio!” i dać nogę do Rzymu. Tam gdzie płaci się podatki i gdzie – w razie dymu w Polsce – carrabinieri na pewno nie wejdą do domu.

Jacek Kmiecik

Źródło: http://futbolplus.pl/plus/felietony/item/2886-co-ma-smierc-dziennikarza-w-azerbejdzanie-do-wojenki-prezesa-bonka-z-fare