Twarz nielegalnej bukmacherki Zbigniew Boniek i szef służby celnej Jacek Kapica, czyli złap mnie, jeśli potrafisz? – futbolplus

1

Temat jest już tak przewałkowany, że trudno cokolwiek nowego o nim napisać. A jednak co jakiś czas powraca, głównie na Twitterze, za sprawą szefa Służby Celnej, Jacka Kapicy i polemizującego z nim prezesa PZPN, Zbigniewa Bońka.

Pierwszy, wysoki urzędnik państwowy w randze generała szczyci się sukcesami w egzekwowaniu prawa. Drugi notorycznie łamiący to prawo przez reklamowanie nielegalnych w Polsce zakładów bukmacherskich, a także działający w branży bukmacherskiej jako prezes PZPN, wbrew statutowi FIFA, UEFA i PZPN, poucza pierwszego, że ustawa, której przestrzegania strażnik pilnuje jest zła i należałoby ją zmienić, bo traci na tym polski sport, PZPN i kluby.

Pierwszy ściga, wyłapuje i karze „płotki” w branży bukmacherskiej, czyli graczy, którzy obstawią w internecie wyniki za 10, 20, 50 czy dajmy na to 200 złotych u nielegalnego, czyli nie płacącego w Polsce podatku bukmachera. Drugi, czyli „rekin” branży bukmacherskiej, który za reklamowanie nielegalnych w Polsce zakładów internetowych inkasuje ciężki szmal i oczekuje wielomilionowej premii od swojego zagranicznego, nielegalnego w Polsce pracodawcy za przeforsowanie w sejmie Rzeczypospolitej zmiany ustawy hazardowej, czuje się całkowicie nietykalny i bezkarny, drwi sobie z pierwszego, że nie jest w stanie nawet pogrozić mu palcem

Pierwszy nie zada sobie odrobiny trudu, żeby przyskrzynić drugiego, gdyż wie, że ten z kolei wywinie się obcym obywatelstwem, a prawo we Włoszech akurat nie jest obecnie tak restrykcyjne wobec zakładów bukmacherskich jak prawo w Polsce. Drugi więc śmieje się pierwszemu w twarz, gra mu na nosie i wytyka, że prawo polskie jest chore i koniecznie trzeba je leczyć, czyli dostosować do nielegalnego obecnie procederu hazardowego w RP, tak, aby wreszcie stał się legalny i Boniek mógł swobodnie i prawomocnie reklamować zagraniczne zakłady oraz zainkasować wielomilionową premię za zmianę ustawy hazardowej.

Pierwszy już nawet nie stara się przekonać drugiego, że skoro zarabia na reklamowaniu nielegalnych zakładów bukmacherskich u polskiego odbiorcy, to powinien jednak dostosować się do polskiego prawa i je przestrzegać, a nie dawać haniebny przykład wszystkim obstawiającym w internecie, jak to prawo łamać i je umiejętnie obchodzić, czyli generalnie szachrować lub mówiąc wprost oszukiwać polskie państwo.

Drugi nie ma na tyle honoru, kindersztuby i taktu, aby zaprzestać łamania polskiego prawa i działania wbrew przepisom FIFA, UEFA i PZPN. Jest tak pazerny, zuchwały i bezczelny, że wydaje mu się, iż jego największym atutem jest lawirowanie i kombinowanie, aby nie dać się złapać na przekręcie. Taki był na boisku i takim pozostał poza nim. Cwaniak pełną gębą, kanciarz kuty na cztery nogi. Czy jednak w Polsce szelma nadal powinna być autorytetem?

2

źródło: http://futbolplus.pl/pzpn/item/1988-twarz-nielegalnej-bukmacherki-zbigniew-boniek-i-szef-sluzby-celnej-jacek-kapica-czyli-zlap-mnie-jesli-potrafisz

Egzaminy sędziów IV ligi, klasy O i obserwatorów.

1
W ostatni weekend czerwca odbyły się egzaminy sprawnościowe i teoretyczne sędziów z IV i V ligi. Gospodarzem zmagań było Kolegium Sędziów OZPN w Jarosławiu. Test z przygotowania kondycyjnego miał miejsce na stadionie lekkoatletycznym GOSiR w Zaczerniu. Polegał on na zaliczeniu sześciu sprintów 40 metrów każdy. Nad sprawnym przebieg tej części czuwał trener przygotowania lekkoatletycznego, który monitorował wszystko przy pomocy fotokomórek. Drugą częścią był test interwałowy (12 okrążeń biegu połączonego z marszem). Niemal wszyscy arbitrzy wykazali się bardzo dobrym przygotowaniem kondycyjnym i szybkościowym.
W godzinach popołudniowych odbyła się część teoretyczna w Wyższej Szkole Techniczno – Ekonomicznej w Jarosławiu. Zebranych przywitał wiceprezes Pod. ZPN Marek Hławko, który w kilku słowach podsumował miniony sezon i wyraził zadowolenie z poziomu reprezentowanego przez sędziów na boiskach.
Następnie przewodniczący Kolegium Sędziów Rafał Sawicki przeprowadził egzamin teoretyczny ze znajomości przepisów gry dla sędziów i obserwatorów.
Na koniec odbyło się szkolenie audiowizualne, analiza ciekawych zdarzeń boiskowych, które przygotował przewodniczący KS.
Gorące podziękowania za organizację należą się przedstawicielom KS OZPN w Jarosławiu.

POSIEDZENIE ZARZĄDU PODOKRĘGU PODSUMOWUJĄCE SEZON

23 czerwca w Gminnym Ośrodku Kultury w Kosinie odbyło się Posiedzenie Zarządu Podokręgu Rzeszów. Podczas spotkania przy niemal 100 % frekwencji, przewodniczący oraz członkowie Komisji Gier, Komisji Dyscypliny i Kolegium Sędziów podsumowali rozgrywki w zakończonym niedawno sezonie 2014/15,
a także poinformowali o pracach poszczególnych Komisji oraz Kolegium Sędziów podczas całych rozgrywek.
W trakcie posiedzenia podsumowano statystycznie sezon w rozgrywkach Podokręgu Rzeszów, zaproponowano wstępny harmonogram rozgrywek na nowy sezon rozgrywkowy 2015/2016 oraz powołano delegatów ds. bezpieczeństwa Podokręgu. Przedstawiono również propozycję awansów i spadków sędziów w Podokręgu na kolejny sezon.
W posiedzeniu na zaproszenie Prezesa Podokręgu Rzeszów – Marka Hławko uczestniczył Prezes Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej – Kazimierz Greń.

glowne

DSC_0038DSC_0035 DSC_0037

Obradował Zarząd Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej

g
Odbyło się XXIII posiedzenie Zarządu Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej IV kadencji, któremu przewodniczył prezes Podkarpackiego ZPN Kazimierz Greń. Zatwierdzony przez Zarząd porządek obrad liczył 29 punktów.
Przyjęto regulaminy rozgrywek grup młodzieżowych i seniorów i na sezon 2015/2016 IV ligi oraz klas niższych oraz Pucharu Polski. Zatwierdzono listy sędziów III i IV ligi. Powołano delegatów meczów ds. bezpieczeństwa oraz obserwatorów III i IV lig.
Podsumowano centralne rozgrywki juniorów oraz działalność Gimnazjalnych Ośrodków Szkolenia w Krośnie i Tarnobrzegu ze szczególnym uwzględnieniem naboru na nowy rok szkolny.
Posumowano, dokonując analizy, rozgrywki z udziałem kadr wojewódzkich, także kadry seniorów, która awansowała do ścisłego finału X edycji turnieju Regions Cup.
Wolne wnioski i oświadczenia zakończyły obrady.

Jak prezes Boniek swego bratanka na sędziego FIFA wpycha, czyli stare oblicze nowego PZPN – futbolplus

1

Polski sędzia Szymon Marciniak z Płocka poprowadzi we wtorek, 30 czerwca w Pradze, finał młodzieżowych mistrzostw Europy. U jego boku pracować będzie jeszcze czterech innych Polaków – sędziowie asystenci Tomasz Listkiewicz i Paweł Sokolnicki oraz Paweł Raczkowski i Tomasz Musiał jako arbitrzy bramkowi. Marciniak prowadził już rozegrany 17 czerwca mecz otwarcia MME, w którym Czechy przegrały z Danią 1:2.

Prezes PZPN, Zbigniew Boniek nie posiadł się z zachwytu, przerywając nawet swoją urlopową ciszę i zamieszczając na tę okoliczność stosownego tweeta:

„Polscy sędziowie pod wodzą p. Marciniaka prowadzili mecz otwarcia U-21, będą także prowadzić mecz finałowy, (trzy klaszczące dłonie) Panowie-))”

Szef polskiej piłki ma więc powody do dumy, że mimo fatalnego sędziowania i kardynalnych błędów arbitrów, wypaczających niejednokrotnie wyniki meczów w Ekstraklasie, UEFA, a konkretnie włoski kolega Bońka – Pierluigi Collina, były arbiter, a obecnie szef komisji sędziowskiej Europejskiej Unii Piłkarskiej wyznaczył Polaków do prowadzenia spotkań międzypaństwowych o stawkę w piłce… młodzieżowej.

Czyżbysmy do tej najważniejszej, seniorskiej, jeszcze nie dorośli?

Nobilitowanie Marciniaka, choćby w młodzieżowej piłce europejskiej jak znalazł pasuje prezesowi do przesłonięcia nepotyzmu i arogancji władzy PZPN, która najbardziej ujawnia się w funkcjonowaniu, a jakżeby inaczej, Kolegium Sędziów, którego PR tworzony na zewnątrz jest zaklinaniem i zakłamywaniem rzeczywistości.

Szefem Kolegium Sędziów jest Zbigniew Przesmycki, który mimo zatrważającej liczby sędziowskich wpadek na szczeblu centralnym, czyli od Ekstraklasy do II ligi oraz prowadzenia dwuznacznych interesów, związanych z zajmowanym stanowiskiem w PZPN (instalowanie krzesełek na stadionach, na których wyznaczani przez niego sędziowie prowadzą zawody czy też wyprowadzenie funduszu pośmiertnego arbitrów poza piłkarską centralę i zawiadywanie nim bez nadzoru związku) nadal zajmuje etat przewodniczącego PKS. Śmierdzącymi na kilometr sprawami Przesmyckiego nie raczyła się dotychczas zająć w PZPN ani Komisja Dyscyplinarna ani Komisja Etyki. Nie jest już żadną tajemnicą, że prezes PZPN roztacza nad przewodniczącym PKS parasol ochronny, usprawiedliwiając zawile wielbłądy jego podopiecznych i zamiatając niewygodne sprawy pod dywan.

2

Boniek chroni Przesmyckiego i nie da zrobić jemu krzywdy, dopóki sam będzie szefem polskiej piłki, gdyż łączy ich nie tylko wspólna przeszłość, ale najpewniej i wspólne interesy.

Boniek zna Przesmyckiego jeszcze z czasów początków kariery, gdy grał w Widzewie Łódź. Ojciec obecnego przewodniczącego PKS, Józef Przesmycki był głównym księgowym w Widzewie w czasach prezesa RTS, Ludwika Sobolewskiego i występującego w łódzkim zespole „Zibiego”. Główny księgowy! Czy coś więcej należałoby wyjaśniać, odnośnie fachmana, który pilnował klubowej kasy i miał wgląd oraz kontrolował wszystkie płatności (legalne i te nielegalne) w Widzewie?

Intrygujący jest także wątek reklamowania nielegalnej bukmacherki przez obecnego prezesa PZPN. Czy aby prezes, któremu nielegalna w Polsce firma bukmacherska płaci ciężki szmal za promocję zakładów, nie mógłby, dbając o interesy tejże firmy (choćby wygenerowanie jak największego zysku kosztem naiwnych obstawiających) wpłynąć na decyzje sędziowskie przez przewodniczącego Kolegium Sędziów? Mógłby, a jakże! I koniecznie trzeba byłoby prześwietlić wreszcie ten śmierdzący proceder! Komisja Etyki i Komisja Dyscyplinarna PZPN miałby wreszcie czym się naprawdę wykazać..

Przesmycki w jednej z rozmów z ojcem sędziego Jarosława Rynkiewicza, gnębionego przez wiceprezesa PZPN do spraw. piłki amatorskiej i prezesa Zachodniopomorskiego ZPN, Jana Bednarka, nota bene ojca sędziego Łukasza Bednarka, przyznał, że ma nad sobą prezesów i bezwzględnie musi się im podporządkować. Z tego więc można wywnioskować, że Przesmycki zrobi wszystko, aby spełnić każde życzenie lub dyrektywę prezesa, nawet gdyby była ona głupia lub sprzeczna z przepisami.

Nie dziwi więc zatem całkowita podległość Przesmyckiego Bońkowi i spełnianie każdego, nawet nieformalnego żądania szefa polskiej piłki.

Przykład pierwszy z brzegu – czy Daniel Stefański z Bydgoszczy zasłużył na poprowadzenie finał Pucharu Polski Lech Poznań – Legia Warszawa (1:2) na Stadionie Narodowym w Warszawie? Arbiter ten wrócił przecież po bardzo długim leczeniu kontuzji, a w meczach przed finałem popełniał najwięcej błędów z wszystkich sędziów Ekstraklasy. Tłumaczenie Przesmyckiego, iż jest trenerem, który wie coś, czego nie wiedzą inni jest tylko dorabianiem ideologii. W rzeczywistości Przesmyckiemu chodziło o to, aby w finale wystąpił… bratanek prezesa PZPN, Marcin Boniek, który jest nominalnym asystentem.

3

(Na zdjęciu od lewej: Daniel Stefański, Tomasz Wierzbowski, Marcin Boniek, Zbigniew Dobrynin)

Przy Stefańskim nikt nie mógł wnosić ewentualnych zastrzeżeń, że faworyzuje rodzinę prezesa PZPN. A przy każdym innym arbitrze głównym tak mogło to zostać odebrane.

Zadziwiający jest też „wysyp” arbitrów szczebla centralnego z okręgu Kujawsko-Pomorskiego (czytaj: Bydgoszczy). Do czwórki dokooptowano włąśnie piątego sędziego z tego regionu. Znacznie mocniejszy piłkarsko okręg Wielkopolski natomiast nie mógł ostatnio poszczycić się żadnym arbitrem w Ekstraklasie, a prezes PZPN raczył zasugerować na Twitterze, iż taki stan rzeczy Poznań zawdzięcza „Fryzjerowi”, Ryszardowi F., ale wkrótce, zdaniem Bońka, ma się to wreszcie zmienić.

Adam Lyczmański, sędzia z Bydgoszczy, który po kontuzji jakiej doznał podczas obozu przygotowawczego, mimo nadwagi i popełniania wielbładów, nie darzony, mówiąc oględnie, sympatią przez Przesmyckiego, wrócił nieoczekiwanie do prowadzenia zawodów w Ekstraklasie. Czy aby nie dlatego, że wiceprezesem PZPN do spraw. organizacyjno-finansowych jest uważany za prawą rękę Bońka, Eugeniusz Nowak z Bydgoszczy, zwany w środowisku choćby z racji wyglądu „Łukaszenką”.

Prezes PZPN, kontrolujący jak mało kto i nagminnie chwalący na Twitterze polskich sędziów, nie napomnął niestety, iż polska federacja w 2015 rok straciła miejsce wśród międzynarodowych sędziów asystentów.

Od zawsze było tych miejsc 10. Od tego roku mamy ich 9. W 2014 roku, chcąc zrobić miejsce dla bratanka Bońka, namówiono Macieja Wierzbowskiego (asystował w półfinale mistrzostw świata 2002 w Korei i Japonii Brazylia – Turcja (1:0) u boku Duńczyka Kim Miltona Nielsena), aby zakończył karierę. Dla wszystkich w środowisku sędziowskim była to bardzo zaskakująca decyzja. Zaraz po swojej rezygnacji Wierzbowski otrzymał płatną funkcję w KS PZPN.

A jego miejsce miał zająć… Marcin Boniek. Pretekstem do tego była rzekoma zmiana przepisów FIFA. znosząca limit wieku, co w przypadku „wiekowego” asystenta otwierało szansę na nominację. Zrobiono więc miejsce i potajemnie na zarządzie PZPN pod koniec 2014 roku, uchwalono listę 10 nominowanych sędziów asystentów do plakietki FIFA. W gronie tym, a jakże, znalazł się Marcin Boniek.

Ale ku zaskoczeniu wszystkich, FIFA odrzuciła tę kandydaturę. Okazało się bowiem, że nie zniesiono limitu dla nowo zgłaszanych sędziów. Zmiana dotyczyła wyłącznie sędziów, którzy od dawna należeli do grona międzynarodowych. Straciliśmy więc tym samym miejsce, gdyż nikt inny nie mógł zostać na nie powołany. Czy ktoś poniósł tego konsekwencje? Ktoś źle zinterpretował zapisy, czy może na siłę próbowano przeforsować kandydaturę bratanka prezesa PZPN?

Marcin_Boniek

Jakże komicznie brzmiało w tym aspekcie tłumaczenie Przesmyckiego w wywiadzie udzielonym wp.pl z 17 maja 2015 roku:

„(…)na przykład Marcin Boniek nie znalazł się na liście sędziów asystentów FIFA na 2014 rok, dlatego, że nie był w stanie zaliczyć tych właśnie egzaminów” (Przesmycki powoływał się na (nie)zaliczynie egzaminu językowego z angielskiego).

Wychodzi więc na to, że Marcin Boniek przez rok opanował język angielski i na 2015 dotrzymał nominację PZPN. Dlaczego zatem już w 2014 roku polska federacja zgłaszała go na mecze międzynarodowe, skoro wcześniej nie zdał tych egzaminów?

Kompletnym paradoksem był mecz kwalifikacji Euro 2016, który odbył się 9 października 2014 roku na Wembley Anglia – San Marino (5:0). Asystentem Marcina Borskiego w tym spotkaniu był sędzia… bez międzynaroodwych uprawnień (Marcin Boniek), a sędzią technicznym Krzysztof Myrmus, jeden z najbardziej doświadczonych polskich asystentów.

W przyszłym 2016 roku PZPN podejmie kolejną próbę wepchnięcia Marcina Bońka do sędziów międzynarodowych! Czy właśnie dlatego, aby zaklepać to miejsce, podano jego kandydaturę w 2015 roku? Głupio byłoby przecież zdjąć kogoś po roku, aby zrobić miejsce bratankowi prezesa PZPN. Czy aby nie służyło więc temu… zawieszenie Piotra Sadczuka, asystenta w sławetnym meczu Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok (2:1)? Czy to odsunięcie „podpadniętego” arbitra nie miało czasami związku z tymi nominacjami?

Na asystenta międzynarodowego czeka w kolejce co najmniej dwóch sędziów. Przy większej liczbie wakatów łatwiej ukryć bardzo „wiekowego” bratanka prezesa PZPN.

Za co został zawieszony Sadczuk? Prezes PZPN przekonywał przecież, że w głośnym meczu nie popełnił błędu. Jedynie co mu zarzucono, to jakiś szemrany egzamin, którego przecież sam sędzia sobie nie wyznaczył. Ktoś wszakże zezwolił mu, że ma zaliczać biegi w Radomiu. Jaka w tym była wina sędziego? Nie wyznaczył się on również na mecz, za który został potem odsunięty.

Obsady meczowej dokonuje przewodniczący Kolegium Sędziów, Przesmycki, więc czemu winien jest sędzia? Kontuzję Sadczuk miał udokumentowaną, dlaczego więc prezes Boniek wystąpił o jego zawieszenie? Czy aby nie chciał ułatwić w ten sposób (odsuwając konkurenta) nominacji na międzynarodowego swojemu bratankowi?

Wszystko, co robi w Kolegium Sędziów Przesmycki jest działaniem na utrzymanie władzy. Jego słynne „triple checking”, będące narzędziem w ocenie sędziów, w rzeczywistości wykorzystywane są do jego politycznych gierek. Tak naprawdę niewiele z tego wynika. Przesmycki stworzył system, w którym na każdego sędziego ma haki źle rozstrzygniętych sytuacji. Jedni są degradowani, odsuwani od zawodów, innym nie spada włos z głowy. Przesmycki, jak sam podkreśla, jest trenerem, który zawsze coś wie, o czym nie wiedzą inni…

Jego ostatecznych decyzji nie rozumie w środowisku nikt i odbierane są jako podłe manipulacje. Na końcu i tak o wszystkim decyduje przecież Przesmycki. Pozostali członkowie zarządu Kolegium Sędziów są marionetkami, którym dla uciszenia, od czasu do czasu, pozwala załatwić niektóre swoje sprawy. Dlatego też obecnie ze środowiska sędziowskiego spływa wiele oficjalnych i nieoficjalnych skarg do prezesa Bońka i członków zarządu PZPN.

Kiedy jednak Przesmycki zaspokaja ich interesy, czy mają oni interes, aby go odwołać? Przecież Boniek, Nowak czy Bednarek musieliby za tym zagłosować…

Kiedyś w Kolegium Sędziów PZPN na etacie był jeden pracownik z pensją około 3000-4000 zł brutto. Teraz, stałą pensję w postaci umów zleceń, kontraktów pobiera 5 osób. W tym sam Przesmycki – pięciocyfrową. A do tego dochodzą delegacje na mecze, które uwzględniają noclegi, na które Przesmycki pobiera pieniądze, choć nie zawsze z nich korzysta.

Z jakich powodów jest na to wszystko przyzwolenie? Czy to jest właśnie to nowe oblicze oszczędności i transparentności PZPN, o których tak otwarcie opowiadał prezes Boniek?

5

źródło: http://futbolplus.pl/pzpn/item/2019-jak-prezes-boniek-swego-bratanka-na-sedziego-fifa-wpycha-czyli-stare-oblicze-nowego-pzpn

Posiedzenie Zarządu Podokręgu Dębica

t

W Pustyni odbyło się posezonowe posiedzenie Zarządu Podokręgu Dębica. Prowadzący zebranie przewodniczący Wiesław Lada oraz przedstawiciele Komisji Gier, Komisji Dyscypliny i Kolegium Sędziów podsumowali rozgrywki w zakończonym niedawno sezonie 2014/15.
Spotkanie był także okazją do podania szczegółowej informacji o pracach poszczególnych Komisji oraz Kolegium Sędziów podczas całych rozgrywek.
W trakcie posiedzenia podsumowano sezon od strony sportowej oraz wyznaczono terminy spotkań roboczych przed sezonem 2015/16.
Ważnym elementem obrad było wystąpienie prezesa Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej Kazimierz Grenia, który wraz z prezesem Podokręgu Rzeszów Markiem Hławko otrzymał zaproszenie do udziału w spotkaniu.

Wystąpienie na Walnym Zgromadzeniu Polskiego Związku Piłki Nożnej

Przepraszam za nie najlepszą jakość nagrania, wynikającą z faktu, iż nie miałem innych technicznych możliwości zarchiwizowania mojego wystąpienia. Przepraszam także za formę, ale proszę pamiętać, że mowę w swojej obronie byłem zmuszony wygłosić pod presją ograniczonego czasu wystąpienia kontrolowanego przez przewodniczącego obrad Zbigniewa Bońka. Dodatkowych emocji dodał fakt przemawiania do najważniejszych osób w polskiej piłce nożnej, których darzę ogromnym szacunkiem.
W przyznanym mi łaskawie czasie musiałem wykazać bezzasadność stawianych mi zarzutów. Musiałem pod presją czasu i przewodniczącego wykazać, że orzeczenie nałożone na mnie przez Wydział Dyscypliny wyrokowane było bez jakichkolwiek dowodów i oparte wyłącznie na tendencyjnych doniesieniach medialnych. Musiałem także odnieść się do drastycznej, nie tylko w moim mniemaniu wysokości kary zasądzonej przy wspomnianym braku udowodnienia winy.
Mając to na uwadze proszę o merytoryczną, nie emocjonalną ocenę przedstawionej treści.

Widzew Łódź na skraju upadku! Kto winien – Cacek czy Boniek? – futboplus

1

 

Waży się przyszłość jednego z najbardziej zasłużonych polskich klubów, czterokrotnego mistrza kraju i półfinalisty Pucharu Europy. W środę, 24 czerwca o 11:00 Komisja Licencyjna PZPN rozpatrzy odwołanie Widzewa Łódź w sprawie gry w II lidze. Jeśli podtrzyma swoją pierwszą decyzję i nie przyzna licencji, wielce prawdopodobne, iż klub nawet przestanie istnieć.

Sąd Rejonowy w Łodzi ogłosił 15 czerwca upadłość likwidacyjną Widzewa, uchylając układ klubu z wierzycielami. Widzew złożył zażalenie na decyzję sądu. Ta jednak wystarczyła Komisji Licencyjnej PZPN do cofnięcia zakazu występów zespołu w II lidze.

Prasa łódzka pastwi się teraz nad właścicielem Widzewa, Sylwestrem Cackiem, nazywając go grabarzem klubu i wytykając mu grzechy popełnione w utrzymywaniu zespołu przy życiu. Nikt nie zastanawia się, że gdyby nie Cacek i to, że zdecydował się kupić klub 8 lat temu, Widzew mógłby już dzisiaj w ogóle nie istnieć. Dziennikarze łódzcy mają teraz używanie, nazywając biznesmena z Piaseczna nieudacznikiem, piłkarskim abnegatem, szkodnikiem. Zarzucają Cackowi, że wszystko co robił od początku w Widzewie było złe, począwszy od zmiany administracji, przez dobór kadry szkoleniowej, prowadzenie polityki transferowej, no i przede wszystkim oddanie klubu we władanie swojego syna Mateusza.

Nikt nie raczył sięgnąć głębiej, poznać genezy, poszperać, skąd i dlaczego wzięły się kłopoty Widzewa i czy przypadkiem Cacek nie płaci w łódzkim klubie najwyższej ceny za grzechy swoich poprzedników? Czy aby właśnie całą winą za obecną katastrofalną sytuację klubu należy obarczać obecnego właściciela WIdzewa?

Jakoś żaden łódzki dziennikarz nie raczył napisać co po sobie zostawił w Widzewie obecny prezes PZPN, Zbigniew Boniek. Łódzkich żurnalistów z tej umyślnej omyłki tłumaczy jedynie sentyment do wielkiego piłkarza, legendy Widzewa i polskiego futbolu, jakim niewątpliwie był i pozostanie „Zibi”.

Niemniej warto byłoby przy wylewaniu pomyj na głowę Cacka zastanowić się, czy aby jego największym grzechem nie było zawarcie „paktu z diabłem” jakim niewątpliwie należałoby nazwać umowę przejęcia Widzewa od poprzednich właścicieli łódzkiego klubu, którymi byli obecny prezes PZPN Boniek i skazany za korupcję w piłce posiadacz zakładu masarskiego w Nowym Dworze Mazowieckim, Wojciech Szymański.

Boniek zawsze czuł się widzewiakiem, podkreślał swoje przywiązanie do klubu, z którym osiągnął w Polsce największe sukcesy i z którego wyszedł w świat. Na każdym kroku „Zibi” zaznacza, jak bardzo los Widzewa leży mu na sercu i jak się nim wielce przejmuje. Z tej miłości do swego byłego zespołu zapewne, jako wiceprezes PZPN do spraw marketingu (funkcja nadana w PZPN wyłącznie na potrzeby Bońka) przy ówczesnym szefie związku Michale Listkiewiczu, wykombinował w 2002 roku, aby PZPN przelewał środki z praw telewizyjno-reklamowych właścicielom klubu zamiast jego wierzycielom, ukrywając przy tym… 15 milionów zł przed komornikiem i narażając w ten sposób PZPN na niegospodarność.

Sprawa ta rozpatrywana jest już od trzech lat przed sądem łódzkim, ale jakimś wyjątkowo dziwnym trafem obecny prezes PZPN.nie zeznawał w niej nawet jako świadek.

- Na tej ławie zamiast Michała Listkiewicza powinien siedzieć Zbigniew Boniek!!! – grzmiał w sądzie na pierwszej rozprawie adwokat byłego prezesa PZPN.

Na ławie oskarżonych w tej sprawie, oprócz Listkiewicza zasiadają były wiceprezes ds. organizacyjnych Eugeniusz Kolator, były sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina oraz byli prezesi i wiceprezesi SPN Widzew SSA: Andrzej Pawelec, Andrzej Grajewski, Andrzej Wojciechowski, Jacek Dzieniakowski i Mirosław Czesny.

A człowiek, który był inspiratorem tego procederu, nie został nawet wezwany na żadną rozprawę.

Aż trudno uwierzyć, że powodem tego zadziwiającego pomijania najważniejszego świadka w sprawie mogła być jego wizyta w Prokuraturze Wrocławskiej o godzinie 6:51, w celu uniknięcia niepotrzebnego rozgłosu.

Następna rozprawa wyznaczona na 3 września może jednak zmienić bieg postępowania, gdyż krąg związanych z widzewsko-pezetpeenowskim szwindlem mocno się zaciska i zeznawać ma w końcu Marcin Stefański, obecny dyrektor logistyki (cokolwiek to znaczy) Ekstraklasy, dawny szef wydziału rozgrywek PZPN, zastępca sekretarza generalnego związku, pupil Kolatora, a przede wszystkim Bońka, syn ulubionego dziennikarza „Zibiego” z organu KC PZPR „Trybuny Ludu”, powiązany rodzinnie z… byłym współwłaścicielem Świtu Nowy Dwór Mazowiecki i Widzewa, Wojciechem Szymańskim.

Boniek, kiedy skończył swoją pierwszą przygodę w PZPN w roli wiceprezesa ds. marketingu i krótkotrwałego selekcjonera reprezentacji Polski w 2002 roku odrodził się po dwóch latach i nabył Widzew za symboliczną złotówkę od ówczesnego prezesa Witolda Skrzydlewskiego, przejmując aktywa, ale kompletnie ignorując pasywa tegoż klubu.

Po nieudanej przygodzie Szymańskiego ze Świtem, kiedy w 2004 roku przy trenerze Januszu „tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić” Wójciku zespół spadł do drugiej ligi, nowodworskiego masarza nakłonił do finansowania Widzewa nie kto inny, tylko sam prezes Boniek. Szymański dał się namówić „Zibiemu”, licząc na podbicie łódzkiego rynku spożywczego swoimi smacznymi wędlinami.

Widzew po wejściu inwestora z Nowego Dworu awansował w sezonie 2005/06 do Ekstraklasy. Trenerem zespołu był wówczas obecny dyrektor sportowy PZPN, Stefan Majewski, a kierownikiem drużyny – Tadeusz Gapiński, były piłkarz Wielkiego Widzewa, powiązany rodzinnie z prezesem Bońkiem, zarządcą klubu zaś – Władysław Puchalski, obecny doradca „Zibiego” w randze dyrektora do specjalnych poruczeń w PZPN. Sęk w tym, że co najmniej 12(!) meczów Widzewa w sezonie 2004/05 zostało ustawionych, a przy powrocie łódzkiego zespołu do najwyższej klasy rozgrywkowej w sezonie 2005/06 działy się cuda niesamowite, których Prokuratura Wrocławska, kontrolowana przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji Grzegorza „Zniszczę cię” Schetynę oraz jego prawą rękę – prokuratora Andrzeja Zalewskiego raczyć nie śmiała nagłośnić.

Wszystkie szemrane widzewskie sprawy, w tym ustawiony za 5 tysięcy euro w Ostrowcu Świętokrzyskim mecz przez klub Bońka z KSZO (2:0), zostały przez śledczych z Wrocławia skrutpulatnie zamiecione pod dywan.

Całe odium korupcyjne w Widzewie w latach 2005-2007 wziął na siebie masarz Szymański, tym samym chroniąc współwłaściciela Widzewa – Bońka oraz swojego szwagra w PZPN i Ekstraklasie, Stefańskiego.

(Pamiętam, jak pracujący wówczas ze mną w dzienniku „Polska the Times”, obecny szef Departamentu Komunikacji, Mediów i Marketingu PZPN, Janusz Basaaj pocił się niemożebnie, kiedy miał opublikować wywiad z Szymańskim, dotyczący korupcji w piłce i wybielić w nim do cna ówczesnego wspólnika właściciela „Lukullusa”, a dzisiejszego prezesa.PZPN, „Zibiego” Bońka).

Cacek przejął w 2007 roku Widzew od Bońka i Szymańskiego za… oficjalną kwotę 12 milionów złotych(!), plus dodatkowy bonus, w co doprawdy trudno uwierzyć 1,25 miliona euro(!), czyli około 5 mln zł (w sumie więc, jakby nie liczyć, była to niezwykle pokaźna kwota około 17 mln złotych!!!). 17 milionów złotych za klub, który trzy lata wcześniej Boniek przejął za symboliczną złotówkę. Języczkiem u wagi było jednak jeszcze co innego. Otóż poprzedni „dobrodzieje” Widzewa – Boniek i skazany za przekupstwo w piłce Szymański, sprzedali naiwnemu biznesmenowi z Piaseczna „kota w worku”, gdyż łódzki klub naznaczony był piętnem korupcji, czego oczywiście przy zawieraniu transakcji sprzedawcy stanowczo się wypierali.

Tymczasem Widzew po wywalczeniu ponownego awansu do Ekstraklasy w 2008 roku został decyzją zarządu PZPN karnie zdegradowany za ustawianie meczów w latach 2004-2006 i zamiast korzystać ze środków praw telewizyjno-reklamowych Ekstraklasy w kwocie co najmniej 5 mln zł (najniższej w przypadku zajęcia miejsca spadkowego) musiał ponownie walczyć o powrót do ligowej elity, co mu się zresztą udało, przy odpowiednim wsparciu finansowym biznesmena z Piaseczna.

Zamiast wpływów z tytułu gry w Ekstraklasie Cacek musiał więc dołożyć co najmniej drugie tyle, aby zespół po raz drugi z rzędu pod wodzą byłego selekcjonera reprezentacji Polski, Pawła Janasa wywalczył mistrzostwo drugiej klasy rozgrywkowej, co dotychczas nie osiągnął żaden inny zespół na świecie.

Cacek więc, zamiast walki o europejskie puchary z Widzewem, któremu pragnał przywrócić dawny blask z czasów piłkarskich Bońka czy Mirosława Tłokińskiego, czyli przełomu lat 70-80., musiał dwukrotnie wydostawać zespół z drugiego poziomu ligowego. Najpewniej po awansie do Ekstraklasy w 2010 roku popełnił ów dobrodziej z Piaseczna masę idiotycznych błędów podczas zarządzania klubem na modłę przedsiębiorstwa handlowego, co zresztą przyświecało mu od początku inwestowania w Widzew. Nonsensem jednak jest obarczanie Cacka całą winą za obecny stan klubu.

Wciąż marzy mu się odbudowa wielkości RTS, na którą Widzew niewątpliwie zasługuje. Bizsnesmen z Piaseczna ma cichą nadzieję, że nastąpi to wraz z powstaniem nowoczesnego łódzkiego stadionu przy alei Piłsudskiego 133d w 2017 roku.

Ale czy Boniek i PZPN pozwolą ziścić tę nadzieję?

źródło: http://futbolplus.pl/kraj/item/1933-widzew-na-skraju-upadku-kto-winien-cacek-czy-boniek

 

 

Greń nie został zawieszony. „Dzięki mądrości delegatów wciąż jestem członkiem zarządu” – www.ekstraklasa.net

Walne Zgromadzenie PZPN nie podjęło uchwały w sprawie zawieszenia Kazimierza Grenia w prawach członka zarządu związku. Sprawa dotyczyła tzw. afery biletowej. – Na razie jestem członkiem zarządu dzięki mądrości delegatów. Niektórzy podeszli po mojej prezentacji i mówili: dlaczego myśmy tego nie widzieli – powiedział Greń. Za wprowadzaniem uchwały opowiedziało się 63 delegatów, 41 było przeciw, a to oznacza, że wniosek wniosek nie uzyskał wymaganych 2/3 głosów. Przed tygodniem Komisja Dyscyplinarna Polskiego Związku Piłki Nożnej zdyskwalifikowała Kazimierza Grenia na 10 lat za rzekomą sprzedaż biletów na marcowy mecz Irlandia – Polska pod Aviva Stadium w Dublinie. Werdykt Komisji nie był jednak prawomocny.

Ostre słowa agenta „Lewego”. „Boniek to rozkapryszony feudał” – R. Czykiel – wp.sport

33
Cezary Kucharski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” znowu niepochlebnie wypowiedział się na temat prezesa PZPN. Zbigniewa Bońka porównał nawet do Pawła Kukiza i nazwał go „rozkapryszonym feudałem zarządzającym folwarkiem, otoczonym klakierami.”

Kibice uważnie śledzący wydarzenia w polskim futbolu dobrze wiedzą, że relacje między Cezarym Kucharskim a Zbigniewem Bońkiem od dawna są bardzo napięte. Konflikt często jest nagłaśniany, co nie dziwi, bo pierwszy jest agentem Roberta Lewandowskiego, a drugi prezesem PZPN. Mamy zatem do czynienia z dwoma najbardziej wpływowymi postaciami polskiej piłki.

Dlaczego słynny menedżer piłkarski nie przepada za sternikiem PZPN? Kucharski odpowiada na te pytanie w „Gazecie Wyborczej”.

- Nie lubię schodzić z drogi, nawet tuzom. A on lubi, gdy mu się schodzi. Na to wszystko nakłada się konflikt pokoleniowy. Boniek był wielkim piłkarzem, jego generacja osiągnęła wielki sukces dla Polski. Ale gdy to pokolenie przejęło władzę w piłce, mieliśmy zjazd. Nałożyły się na to zmiany ustrojowe, koniec państwowego finansowania futbolu, słaba infrastruktura. Ale oni są za upadek współodpowiedzialni. Nie mówię personalnie o Bońku, on tylko reprezentuje to pokolenie – mówi Kucharski w „GW”.

W dalszej części wywiadu padło pytanie o to, jakim szefem PZPN jest Boniek. W odpowiedzi padły mocne słowe.

- Rozkapryszonym feudałem zarządzającym folwarkiem, otoczonym klakierami. Prezes powinien otaczać się mądrzejszymi od siebie, nie może sterować PZPN ręcznie, tak by Kazimierz Greń był dyskwalifikowany na dziesięć lat. Wszystko powinno być transparentne. Lata Bońka i poprzedników nie będą do końca wykorzystane. Państwo wydało miliardy na stadiony, „orliki” , a młodzież nie ma gdzie trenować. Boom po Euro 2012 nie został właściwie wykorzystany. Nie powiem „zmarnowane” – Boniek pokazał środowisku, jak ważny jest PR, marketing, sterowanie opinią publiczną.

Kucharski ponadto zarzuca „Zibiemu”, że niczego nie obiecywał walcząc o angaż w PZPN. Następnie porównał go do Pawła Kukiza, który w ostatnich miesiącach robi furorę w polskiej polityce.

- Gdybyście wrócili do jego przedwyborczego wystąpienia, zorientowalibyście się, że niczego nie obiecał. Mówił o „polityce miłości”. Tylko Romek Kosecki miał zalążek programu, bo spotykał się z trenerami i coś przygotował. Boniek jak Kukiz – nie zawiedzie wyborców, bo niczego nie proponuje. W PZPN skupił się na poprawie wizerunku PZPN i niczym innym. I nic się nie zmieniło – kończy wątek agent Lewandowskiego.

Opracował Robert Czykiel

źródło: http://sport.wp.pl/kat,68874,title,Ostre-slowa-agenta-Lewego-Boniek-to-rozkapryszony-feudal