Turniej o Puchar Tymbarku „Z Podwórka na Stadion”

Rozpoczęła się już XV edycja tego popularnego turnieju dla dzieci. Drugi rok z rzędu o tytuły rywalizują zawodnicy i zawodniczki w dwóch kategoriach wiekowych U-10 i U-12. Mecze eliminacyjne zostały rozegrane na stadionie warszawskiej Legii i Agrycoli. Do dalszych gier ćwierćfinałowych awansowały dziewczynki U-12 reprezentowane w większości przez zawodniczki UKS Stalowa Wola. Trener Michał Czubat i Karol Wołoszyn
Wyniki:
Podkarpackie – Dolnośląskie 1:2 ( bramka: Patrycja Jednacz)
Podkarpackie – Lubuskie 1:1 (Patrycja Jednacz)
Podkarpackie – Lubelskie 3:0 (2 x Patrycja Jednacz, Aleksandra Czubat)
Pozostałe ekipy zajęły trzecie i czwarte miejsca w grupach i grać będą w finale B.

U-12 chłopcy SMS Mielec:
Podkarpackie – Kujawsko-Pomorskie 1:1 (Michał Wyparło)
Podkarpackie – Łódzkie 0:4
Podkarpackie – Wielkopolskie 0:4

U-10 chłopcy Nowa Dęba:
Podkarpackie – Podlaskie 1:3 (Wiktor Pioterczak)
Podkarpackie – Mazowieckie 2:6 ( Pioterczak, Trela)
Podkarpackie – Warmińsko-Mazurskie (Pioterczak)

U-10 dziewczęta UKS Łowisko:
Podkarpackie – Podlaskie 2:4 (Oliwia Bielecka)
Podkarpackie – Kujawsko-Pomorskie 3:3 (Aleksandra Partyka 2, Kinga Czerniak)
Podkarpackie – Zachodniopomorskie 4:1 (Aleksandra Partyka 2, Kinga Czerniak 2)

Wyjazd zorganizowany przez Podkarpacki ZPN przy wsparciu Urzędu Marszałkowskiego, a koordynatorem z ramienia związku jest Edward Chmura.

Prawdziwa prawda, czyli demontaż układu

2268
Fot. Trafnie.eu

Kazimierz Greń na konferencji prasowej w Warszawie odpierał zarzuty, że handlował biletami przed meczem z Irlandią w Dublinie. Ale to najmniej… ważne.
W dość chaotycznym wystąpieniu przedstawił dowody na to, że nie sprzedawał biletów. Było przy tym sporo aktorstwa („ukrzyżowali mnie w Wielki Piątek”), jak przystało na człowieka o narcystycznych skłonnościach.
Greń, wciąż członek zarządu związku, podważył spójność argumentów przedstawianych w mediach, które zrobiły z niego przestępcę. Jak to sam nazwał, przedstawił „prawdziwą prawdę”. Niezwykle pewnie sypał argumentami, podał nazwisko znajomego, który w sądach będzie potwierdzał jego wersję wydarzeń. Jest, więc wielce prawdopodobne, że właśnie ona okaże się prawdziwa. Zasugerował dość jednoznacznie, że to ktoś z PZPN zadzwonił na policję w Dublinie i nasłał ją na niego! Dlatego został aresztowany, ale po rozprawie zwolniony.
Było i komicznie, i poważnie. Wyciągał z torby kolejne części garderoby, w które był ubrany w Dublinie, by udowodnić, że są czarne, a nie granatowe, jak gdzieś napisano. Zapowiedział podanie czterech mediów do sądu i domaganie się milionowych odszkodowań. Niektórzy z obecnych na sali mieli nietęgie miny. Sprawy są mocno rozwojowe, więc pewnie jeszcze nie raz będzie okazja o nich pisać.
Dla mnie to wszystko jednak najmniej ważne, choć teoretycznie w tym celu zwołano przecież konferencję. Ciekawsze były informacje, jakie przy okazji podał Greń, zaczynając swoje rozliczenie z PZPN. Można powiedzieć, że zabrał się z zapałem za demontaż układu związkowo-medialnego. Czyli tego, o czym wiele razy pisałem, tylko nie miałem tak dokładnych informacji, bo nie jestem przecież członkiem zarządu PZPN, jak on.
Zdziwił się, że media rzuciły się na niego, choć nie ma przecież potwierdzonych zarzutów, a wręcz zupełnie zignorowały sprawę zamieszania w korupcję firmy Myplace, współpracującej z PZPN, choć tu akurat wyraźnie postawiono zarzuty. Niedwuznacznie zasugerował, że związek potrafi się odpłacić swoim mediom zamieszczając na ich łamach reklamy za ogromne pieniądze.
Największe wrażenie zrobiła na mnie informacja o 8,5 miliona złotych rocznego budżetu departamentu mediów PZPN!!! Ponieważ na konferencji byli nie tylko dziennikarze, Tomasz Jagodziński, były kandydat na prezesa, a obecnie dyrektor Muzeum Sportu w Warszawie, nie mógł uwierzyć:
„Niewiarygodne. To czteroletni budżet muzeum, które zatrudnia 38 osób”.
Jeśli informacja o tych milionach jest prawdziwa, a pochodzi przecież od członka zarządu, właśnie padł mit o genialnych reformatorach polskiej piłki. Gdy nowa ekipa obejmowała władze, wreszcie miało być normalnie. I jest. Normalna propaganda sukcesu jak za komuny. Najważniejsze by zachować własne stołki. A Greń wyjaśnił co jest teraz priorytetem prezesa związku – zmiana statutu na czerwcowym zjeździe, pozwalająca mu rządzić jeszcze latami.
Członek zarządu PZPN nie ma wątpliwości, że zostanie odstrzelony już w piątek, bo stał się niewygodny. Po aferze w Dublinie od razu wszczęto przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne w związku, a nikogo nie interesowało przeprowadzenie najpierw postępowania wyjaśniającego. Przy okazji kolejny raz uszczypnął Bońka zarzucając mu dwuznaczne moralnie zaangażowanie w bukmacherkę. I zapytał:
„Dlaczego przeciwko prezesowi Komisja Dyscyplinarna nie wszczyna postępowania dyscyplinarnego”?
Dostało się też mojemu ulubionemu ulubieńcowi, który postanowił złożyć doniesienie do prokuratury:
„Pan Jan Tomaszewski to bliski znajomy prezesa Bońka, a jego córka pracuje w Polsacie. Ciekawe czemu? Może dlatego, że jest ładną pogodynką”?
Na koniec Greń przytoczył hasło: „Łączy Nas Piłka”, pytając:
„A może: Łączą nas interesy”?
Niestety po swoim wystąpieniu trwającym około godzinę natychmiast opuścił salę, nie chcąc odpowiadać na żadne pytania. Ale zostawił tyle pytań bez odpowiedzi, że (nie tylko) prawnicy będą mieli co robić.

▬ ▬ ● ▬

zródło: http://www.trafnie.eu/aktualnosc/prawdziwa-prawda-czyli-demontaz-ukladu,672.html

Egzamin z lojalności?

0314

Fot. Trafnie.eu   styczeń 2015

Wczoraj pobawiłem się w prognozy dotyczące wyborów prezydenta FIFA. Dziś także wiadomości wyborcze, ale do innej federacji z Polakiem w roli głównej.
Nie ma jeszcze oficjalnego komunikatu FIFA dotyczącego listy kandydatów w wyborach prezydenckich (zostanie opublikowana w przyszłym tygodniu). Wszystko wskazuje jednak na to, że mój Informator perfekcyjnie przewidział wydarzenia.
Zwracam szczególną uwagę na przewidywaną dezercję z wyścigu w ostatniej chwili Davida Ginoli. Wcześniej jednak świetnie zdążył się wypromować, z firmą bukmacherską (która dała mu na to pieniądze) w tle. A na odchodne, w czwartek i piątek, znów stał się głównym bohaterem mediów zajmujących się wyborami. Genialnie pomyślane, genialnie wykonane!
Zajrzałem na oficjalną stronę PZPN. Znalazłem tam informację o wyborach:
„Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek udzielił poparcia dla kandydatury Luisa Figo w wyborach na prezydenta FIFA, które odbędą się w maju tego roku”.
Szukałem jednak czegoś innego. Przed tygodniem, 24 stycznia, minął termin zgłaszania kandydatur do Komitetu Wykonawczego UEFA. Jego członkowie zostaną wybrani w marcu na Kongresie w Wiedniu. Takie miejsce we władzach UEFA polskiej piłce bardzo by się przydało. Ostatnio miała w nich swojego człowieka przed ponad pół wiekiem, gdy członkiem komitetu był Leszek Rylski.
Michał Listkiewicz przekonywał niedawno, że prezes PZPN Zbigniew Boniek miałby duże szanse, by się znaleźć w UEFA. Można mu wierzyć, bo jak mało kto świetnie porusza się po piłkarskich salonach i wie co się na nich dzieje. Zajrzałem na stronę PZPN i nie znalazłem niestety żadnej informacji, że pan prezes zdecydował się kandydować.
No to zajrzałem na stronę UEFA, a tak pełna lista dwunastu kandydatów na siedem miejsc w Komitecie Wykonawczym. Prawdopodobieństwo sukcesu więc spore. A jak ważne to stołki świadczy najlepiej fakt, że ważni gracze w europejskim futbolu – Hryhorij Surkis czy Hiszpan Ángel María Villar Llona (typowany na następcę Michela Platiniego za cztery lata) – będą się ubiegać o reelekcję. Dlaczego w gronie kandydatów do Komitetu Wykonawczego nie ma Bońka? Dlaczego nie wystartował w wyścigu dla dobra polskiej piłki, które tak leży mu na sercu?
Prezes PZPN miałby wielkie szanse w wyborach, ale pod jednym warunkiem. Musiałby najpierw zrezygnować ze współpracy z firmą bukmacherską! Wie, że nikt go nie wpuści do Nyonu, jeśli będzie dalej twarzą bukmacherki. Uważam, że słusznie. UEFA dba o swój wizerunek, nie chce żadnych dwuznacznych sytuacji.
Reasumując – skoro pan prezes nie kandyduje w wyborach, to chyba jednak kocha coś bardziej od polskiej piłki. Ostatecznie jest przecież obywatelem Włoch i wolno mu robić, co chce.
Ostatnio szef związku jest mocno poniewierany przez „Piłkę Nożną”. Ciekawy przypadek, bo o ile dobrze pamiętam, Boniek był kiedyś jej ulubionym ulubieńcem. Skąd ta zmiana? To temat na oddzielną rozprawkę, może kiedyś będzie okazja.
Wspomniany tygodnik niedługo zorganizuje swoją galę. Rozesłał już zaproszenia. Także do kilku osób w PZPN. Usłyszałem od dobrze poinformowanego, że jeden z oficjeli związku zasugerował tym zaproszonym – obecność na imprezie będzie dowodem nielojalności. No to mają teraz zagwozdkę…

▬ ▬ ● ▬

źródło: http://www.trafnie.eu/aktualnosc/egzamin-z-lojalnosci_,622.html

Ścigany

12345Kazimierz Greń jest niewinny. Nie mam problemu z takim stwierdzeniem. Zasada domniemania niewinności obowiązuje w całym cywilizowanym świecie. Może nie w Mińsku i Moskwie, ale mam nadzieję, że w Warszawie i chociażby Rzymie. Nie słyszałem, by gdziekolwiek należało udowadniać swoją niewinność. Kazimierz Greń nagonką medialną został do tego zmuszony. Nie wiem, co się działo w Dublinie, ale wiem, że nie ma żadnych dowodów, by rzucać bezpodstawne oskarżenia typu – „Greń handlował biletami”. Nikt takich dowodów do dzisiaj nie przedstawił.

Na pewno wiadomo, że Kazimierz Greń został zatrzymany pod stadionem w Dublinie przed meczem pomiędzy reprezentacjami Irlandii i Polski. Znaleziono przy nim (wyrywając mu z kieszeni, nie z ręki) 12 biletów o wartości każdy po 50 Euro. Został przewieziony do aresztu, gdzie spędził noc. Nazajutrz – po kilkuminutowej rozprawie w obecności adwokata z urzędu i tłumacza – został przez sędziego Michaela Walsha oczyszczony z zarzutów i zwolniony. Tej treści komunikat wydał rzecznik sądu i upubliczniła go telewizja TVN. Greń swoją ponad półgodzinną obecność pod stadionem i posiadanie biletów wytłumaczył w sposób logiczny i wiarygodny. Wejściówki zamówił u niego znajomy z Warszawy pan Paweł Siarkiewicz dla swoich znajomych, którzy mieli je odebrać przed sektorem A stadionu w Dublinie. Pan Siarkiewicz potwierdza słowa Grenia i gotów jest złożyć w razie potrzeby stosowne zeznania, także przed sądem.

1000000000000556000002C0231C6AE7

Medialni oskarżyciele
Polska opinia publiczna o zajściach w Dublinie dowiedziała się z medialnych doniesień. Niestety, nierzetelnych doniesień, jak twierdzi Greń i jest to jedno z bardziej łagodnych określeń na wartość merytoryczną przedstawianych w Przeglądzie Sportowym i portalu Weszlo.com wydarzeń. Trzeba zauważyć, że obie redakcje mają jednoznaczną i jednostronną politykę informacyjną, jeżeli chodzi o ocenę działań PZPN. Dość bezkrytyczną politykę, oczywiście.
Na podstawie, jakich materiałów informacyjnych pracowali dziennikarze, jakimi dysponowali dowodami, skąd czerpali wiedzę na temat zajść, stawiając Kazimierza Grenia pod pręgierzem opinii publicznej?
Z przedstawionych materiałów wynika, że swoje „rewelacje” oparli o doniesienia red. Toma Tuitta, który był obecny na sali rozpraw, na notatce sporządzonej przez rzecznika policji na prośbę Irlandzkiej Federacji Piłkarskiej (sic!), zeznaniach anonimowych świadków i …. to wszystko.
Wspomniana notatka nie ma żadnej wartości dowodowej, poza tym niewiele z niej wynika. Jak czytamy w wywiadzie ze wspomnianym irlandzkim redaktorem, swoje opinie oparł on na tym, co widział i słyszał. Tuitte słyszał, że Greń się przyznał, ale nie ma jak tego udokumentować, a Greń twierdzi zupełnie coś innego. Rzucanie oskarżeń, na podstawie „słowo za słowo”, to mocno niestosowna postawa, albo jakaś niezrozumiała desperacja piszącego.
Opisujący wydarzenia z Dublina twierdzą jednak, że mają dowody. Michał Pol, redaktor naczelny Przeglądu Sportowego, rozmawiał w dniu 31 marca, telefonicznie z Kazimierzem Greniem. Połączenie miało miejsce około godziny 22. Na pytanie Grenia, dlaczego dziennikarze podają w swych przekazach nieprawdę, Pol stwierdził, że jest w posiadaniu nagrań video, które świadczą dobitnie o winie jego rozmówcy. Kłamstwo, blef, straszak – trudno ocenić, aczkolwiek tych „kompromitujących” nagrań nie ujrzeliśmy po dzień dzisiejszy. Stawiam tezę, że nie ujrzymy ich nigdy, bo nie istnieją, a jeżeli nawet, to każdy musi się z tym liczyć, że zarejestrowane wydarzenia, gesty, obrazy jednoznacznie pokażą, że Greń biletami nie handlował. Ot tak, po prostu.
Pan Kazimierz zwołał w Warszawie konferencję prasową, by dać świadectwo swojej niewinności, poprzez wypunktowanie przekłamanych informacji na swój temat w publikowanych tekstach.
Ze względów emocjonalnych nie było to łatwe przedsięwzięcie. Wspomagając się prezentacją w celu uporządkowania kolejności wydarzeń, starał się przedstawić swoją wersję. Trafił do wielu odbiorców, pokazał drugie dno tej sprawy, co najlepiej odzwierciedlały setki przychylnych mu komentarzy na forach internetowych.
10000000000003E60000022E30E1748E
Zostawiając całą emocjonalną otoczkę konferencji na boku, Greń dobitnie wykazał, że medialne doniesienia zawierały wiele kłamliwych treści. Dlaczego piszący dopuścili się tych przekłamań nie wiem, ale myślę, że to pytanie nie powinno pozostać bez odpowiedzi. W przypadku oskarżenia wystarczy jedna fałszywa informacja, by poddać w wątpliwość całą tezę o winie. Greń takich przekłamań wydobył na światło dzienne kilka.
– Powoływanie się dziennikarzy na zeznania świadka Krzysztofa. Anonimowego świadka.
– Sprzedawał bilety o nominale 70 Euro – brzmiała informacja. Pomówiony nie posiadał takowych.
– Sprzedawał za złotówki – pisali. Greń nie miał polskiej waluty przy sobie. Dysponujący „dowodami” rzetelni dziennikarze powinni o tym wiedzieć.
– Przychodziły naprawdę spore grupy ludzi do niego. Takie załogi po dziesięć osób – zeznawał świadek (anonimowy) – gdyby tak było, przy Greniu musiano by znaleźć kilka tysięcy Euro. Znaleziono 840.
– Dzwoniłem do niego – zeznawał anonimowy świadek, a media szafowały tym argumentem przez kilka dni. Teraz mogą mieć problem ci, którzy przekazywali tę informację, bo cóż będzie, jeśli nikt nie pokaże na bilingu połączenia z numerem Grenia w dniu 29 marca? A nie pokaże, bo takich połączeń nie było.
I tak padały po kolei „druzgocące” dowody winy.
PYTANIE, PO CO PISAĆ NIEPRAWDĘ JAK MA SIĘ DOSTĘP DO PRAWDY? – WYDAJE SIĘ BYĆ KLUCZOWE.
To, co wydarzyło się tuż po konferencji, umknęło uwadze wielu obserwatorów. Nikt nie zwrócił uwagi na jeden mały szczegół.
Po konferencji, dziennikarz z grupy tych dyskredytujących Grenia, udzielił wywiadu dla jednej ze stacji telewizyjnych. Stwierdził, że anonimowy Krzysztof ma nazwisko i adres, i tak w ogóle przyjedzie na każdą rozprawę, by świadczyć przeciwko Greniowi. Można by to skwitować krótkim pożyjemy, zobaczymy.
Kuriozalnie zabrzmiało jednak zdanie, że redakcja (a może PZPN) będzie poprzez ambasadę ściągać materiały dokumentujące winę Grenia. Czegoś tu nie rozumiem. Tydzień szkalowania, kilkanaście artykułów niepozostawiających na Greniu przysłowiowej suchej nitki i tego typu stwierdzenie? Powraca pytanie, na jakiej podstawie, i w imię czego, przeprowadzono ten atak?

Komu zagrażał Kazimierz
Kazimierz Greń, niekwestionowany twórca sukcesów wyborczych dwóch kolejnych prezesów, trzy razy był wybierany do Zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej.
Charakterologicznie, to dość kontrowersyjna osobowość, ale niezwykle sprawny organizacyjnie działacz – w wielkim skrócie tak był postrzegany w środowisku sportowym.
Greń utrzymuje, że padł ofiarą intrygi. Ktoś sprokurował fakt zatrzymania i wydźwięk zdarzeń, które po tym zatrzymaniu nastąpiły.
Kluczowe pytanie, czy ktoś miał powody, by unicestwić tego działacza? Greń twierdzi, że tak.
Analizując wydarzenia z ostatnich dwóch lat, podstawy do postawienia takiej tezy z pewnością istnieją.
Pierwsze zarzewie konfliktu. Kazimierz Greń mocno punktował na posiedzeniach Zarządu kontrowersyjne działania szefa kolegium sędziów. Władze PZPN, pomimo, tym razem udokumentowanych doniesień medialnych, typu „afera krzesełkowa” i „wielbłądy” sędziowskie w meczach ekstraklasy i I ligi zdecydowanie obstawały za funkcyjnym działaczem i postawiły na swoim. Szef kolegium do dziś cieszy się opinią nietykalnego.
Drugie starcie nastąpiło, na zjeździe sprawozdawczym, gdzie na zlecenie prezesa podjęto pierwszą próbę wprowadzenia niekorzystnych dla związków wojewódzkich zmian statutowych. Opozycja okazała się tak mocna, że do głosowania nawet nie doszło. Ślad po cichej konfrontacji jednak pozostał.
Po raz trzeci próbowano „skruszyć” pozycję Grenia, przygotowując pucz futsalowy. Doszło nawet do konfrontacji obu stron w siedzibie PZPN, ale kruchość postawionych zarzutów, typu uszczerbiony puchar, nie pozwoliła odsunąć zaatakowanego z funkcji przewodniczącego komisji futsalu.
Ten rok okazał się jednak kluczowy. Na zlecenie prezesa przygotowano kolejną wersję zmian statutowych, które miały by doprowadzić do niedemokratycznego wzmocnienia pozycji, starającego się o reelekcję obecnie urzędującego prezesa, kosztem innych potencjalnych kandydatów na tę funkcję. Odzew mógł być tylko jeden. Zjednoczenie głosów delegatów przeciwko tym zmianom, w czym brylował we właściwy sobie sposób nikt inny, jak właśnie Kazimierz Greń. Spotkanie prezesów związków wojewódzkich w Uniejowie zakończyło się pełnym sukcesem. Doliczono się 44 „szabel” tylko z tego gremium. Dla nikogo nie było już tajemnicą, że ta siła przełożyć się może na przyszłoroczny Zjazd Wyborczy. Dla osób, którzy obawiali się o utratę swoich wpływów w PZPN Greń stał się zwyczajnie niebezpieczny. Roczny budżet PZPN to ponad sto milionów złotych i w tym momencie chyba wszystko staje się jasne.
To jeszcze nie wszystko. Mało, kto wie, że Greń złożył szereg pism do wiceprezesa Eugeniusza Nowaka i prezesa Bońka z zapytaniami o finanse, przegrane sprawy sądowe, politykę zatrudnienia i wiele innych, dotyczących kluczowych spraw funkcjonowania związku. Teoretycznie odpowiedzi na te pytania znać powinien, jako członek zarządu i członek komisji finansowej, ale tylko teoretycznie. Pytał, argumentując, że nawet Komisja Rewizyjna nie może się doprosić o stosowne dokumenty w tych kwestiach. Takich pism złożył kilka. Na żadne nie otrzymał odpowiedzi. Pozostałych już nie zdążył złożyć.
Nie chcąc stawiać życzliwych sobie członków zarządu – a takich nie brakowało – w niekomfortowej sytuacji, poprosił o zawieszenie w prawach członka zarządu do czasu rozpatrzenia swojej sprawy przez Wydział Dyscypliny. Ten będzie obradował na wniosek Rzecznika Dyscyplinarnego PZPN, który doskonale się czuje wśród niektórych dziennikarzy w trakcie sponsorowanych przez PZPN wyjazdów zagranicznych. Materiałem, jakim będą się posiłkować przy rozpatrywaniu sprawy Kazimierza Grenia, będą ponoć teksty, których zawartość merytoryczną przedstawiłem powyżej.
Jak się to zakończy? Wielu uważa, że zna werdykt, przedstawiając mocną, drastyczną wizję wykluczenia niewygodnego działacza ze struktur PZPN. Ja w to nie wierzę, bo nie ma takich podstaw. Członkami komisji dyscypliny są prawnicy. Mają nie tylko wiedzę, ale także reputację i honor. Wprawdzie ci sami członkowie już kilka lat temu karali Grenia za wpisy na blogu, które po zmianach personalnych w kierownictwie PZPN zostały anulowane, czyli zmieniono ich kwalifikację prawną. Prezes z jednej strony mówi, że czeka, by Kaziu oczyścił się z zarzutów, z drugiej puszcza sygnały twierdząc, że Greń coś kręci. To taka trochę pokrętna postawa, ale być może przypadkowo wyciągam dość pochopne wnioski.
Jak by nie patrzyć, panowie ze wspomnianego wydziału mają twardy orzech do zgryzienia. Teoretycznie kilka artykułów z wątpliwymi w swej wymowie faktami, to trochę mało, by działacza tak drastycznie ukarać, a przecież dochodzi do tego element własnej reputacji i zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. No, bo drugiej strony medalu przecież nie ma w tej sprawie, bo być nie może, czyli nakazu wykluczenia, oczekiwania na siłowe rozwiązanie i skazujące orzeczenie eliminujące Grenia z dalszej „gry”.

Łączy Nas, czy dzieli
Afera (?) biletowa doskonale przykryła inną, tę, w którą zamieszani byli prezes i współudziałowiec firmy ściśle współpracującej z PZPN, czyli MyPlace. O tym, Greń pozwolił sobie także mówić. Zatrzymania przez prokuraturę na wniosek CBA, bądź przesłuchania zostały w mediach pominięte milczeniem. Krótka, lakoniczna notatka w Przeglądzie Sportowym i tyle. Wywoływani na twitterze przez dziennikarza wyklętego Jacka Kmiecika, redaktorzy Przeglądu i Weszło nabrali wody w usta i milczą do dziś. Sekretarz Generalny Maciej Sawicki, bagatelizował sprawę twierdząc, że współpraca ze skompromitowaną firmą była incydentalna, a zlecenia otrzymywała ona w drodze przetargu. Łatwo sprawdzić. Na stronie PZPN akurat w sferze usług świadczonych przez MyPlace próżno szukać jakiegokolwiek ogłoszenia o przetargu. Wniosek jest jeden. Sekretarz mijał się z prawdą. Niewiarygodne, lecz prawdziwe. Poza tym w kolejnym zdaniu odżegnywał się od dalszej współpracy z tą firmą. Dlaczego, skoro usługi świadczone przez MyPlace miały tak korzystne dla związku warunki? Nielogiczne. Odpowiedź pozostawiam innym.
Sztandarowe hasło „Łączy Nas Piłka”, okazuje się być pustym sloganem. Greń podsumowując konferencję zaproponował inne -„Łączą Ich Interesy”.
PZPN pod kierownictwem Zbigniewa Bońka podzielił media, działaczy związkowych i inne grupy myślące inaczej, co przecież w demokracji nie znaczy źle. Zdefiniowano równych i równiejszych, a to może okazać się kluczowe w kolejnych wyborach i głosowaniach związkowych delegatów.

***

Greń swoją porcję uczucia poniżenia już dostał, jak każdy, kogo dotknie pomówienie bądź plotka. Wszystkim, którzy puścili w eter przekłamane informacje dedykuję przypowieść, o człowieku, który wyszedł na dach, rozpruł na silnym wietrze poduszkę i powiedział do syna: – Idź pozbieraj to pierze, a nie ominie cię nagroda.

Janusz Pytel

Spór dziennikarzy piłkarskich z Bońkiem i bukmacherką w tle. Pol i Stanowski kontra Kołodziejczyk i Stec

zbigniewboniek-krzysztofstanowski-655

Prezesura Zbigniewa Bońka w PZPN i reklamowanie przez niego firmy bukmacherskiej mocno podzieliły dziennikarzy piłkarskich. Z jednej strony są przychylne mu m.in. „Przegląd Sportowy” z Michałem Polem i Przemysławem Rudzkim oraz Krzysztof Stanowski z Weszło.com, a z drugiej krytyczni Michał Kołodziejczyk z Grupy WP, Rafał Stec z „Gazety Wyborczej” i Marcin Grzywacz ze Sportklubu.

CAŁOŚĆ ARTYKUŁU DOSTĘPNA POD LINKIEM:
http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/spor-dziennikarzy-pilkarskich-z-bonkiem-i-bukmacherka-w-tle-pol-i-stanowski-kontra-kolodziejczyk-i-stec/page:2

SKOK Warszawa i jego miliony

Sprawa Kazka Grenia i jego 12 biletów, sztucznie wykreowana „Greń gate”, została w minionych dniach i tygodniach rozdęta przez media do granic absurdu. Nie dajmy się jednak zwariować; zajmijmy się tym, co dla naszej piłki naprawdę istotne.

Półfinał Pucharu Polski unaocznił wyraźnie dziwne i asportowe działania, kreujące te rozgrywki. Rozstawianie drużyn, tworzenie drabinek – co w konsekwencji skutkuje z góry założonym finałem – odziera je z nimbu nieprzewidywalności, brutalnie kasuje łut szczęścia w losowaniu. Nie robi tego żadna poważna federacja piłkarska w Europie. A nasi królowie PR-u – i owszem…

Miało to doprowadzić – i doprowadziło – do jedynie słusznego rozstrzygnięcia, jedynie słusznej pary finałowej. Zaprzyjaźnione „Jarząbki” będą teraz dęły w trąby, waliły w klawiatury i sławiły wielkość nowej piłkarskiej rzeczywistości. Tymczasem idiotyczny regulamin rozgrywek ligowych, zabierający punkty zdobyte na boisku, a teraz manipulowanie Pucharem Polski, mają jeden wspólny cel; jak mawiał klasyk: kasa, misiu, kasa… Znowu odtrąbiony zostanie wielki sukces organizacyjny, a piłkarski SKOK Warszawa wzbogaci się o kolejne miliony. Ale czy o to powinno chodzić?

Ten misterny plan o mały włos nie został zburzony przez ambitnych chłopców ze Stargardu Szczecińskiego. Ale w końcu nie dali rady…

Do Poznania ze swą świtą przyjechał polski król futbolu; po spotkaniu, pocieszał, przytulał, i nawet do Warszawy zaprosił! Pewnie pokaże chłopakom metro, a i sznycla z buraczkami postawi… Ludzki pan!

Prócz niego, był jeszcze jeden „bohater” meczu przy Bułgarskiej. To Gil; Paweł Gil. Ten facet co tydzień udowadnia kibicom, że jest administratorem, nie sędzią. Nie czuje tego, co robi, wyuczone formułki przekłada na zdarzenia boiskowe, z wielką szkodą dla widowiska. Nie zauważył – nie chciał widzieć? – uderzenia w twarz przez Keitę jednego z piłkarzy Błękitnych, co powinno skutkować oczywistą czerwoną kartką dla lechity. Szczytem osiągnięć rozjemcy było za to usunięcie z boiska już w pierwszej fazie meczu zawodnika ze Stargardu. W ten sposób wypaczył mecz – i całe rozgrywki. Jestem jednak spokojny: szef sędziów – i jego cudowny laptop – udowodnią, że wszystko było de iure. Szkoda tylko, że de facto się nie zgadza… Tym bardziej jednak nurtuje mnie jedno pytanie, które pewnie pozostanie bez odpowiedzi: czy ten sędziowski nieudacznik jak zwykle nie wiedział, co robi, czy jednak tym razem wiedział aż za dobrze?

Dalej więc nasza piłkarska rzeczywistość skrzeczy, tylko nie wszyscy chcą to słyszeć. Fasada wygląda pięknie, 2 maja na Stadionie Narodowym znowu pomalują ją w różowe barwy. Trzeba by jednak zaglądnąć pod tę różową warstwę zewnętrzną. A tam, hm… Tona kitu?

Autor: Zbigniew Koźmiński
Źródło

635646112965051306

Wybiegli „Z Podwórka na Stadion”

Przez dwa dni (14-15 kwietnia) w Stalowej Woli na dziesięciu boiskach przygotowanych na obiektach MOSiR, odbywał się XV Turniej „Z Podwórka na Stadion” o Puchar Tymbarku. Na finały wojewódzkie do hutniczego miasta przyjechały dzieci, które wygrały eliminacje powiatowe z różnych stron Podkarpacia. W pierwszym dniu rywalizowały dziewczęta i chłopcy w wieku 8 i 10 lat. W finale U-8 chłopców Akademia Piłkarskie Nadzieje Mielec pokonała 6:2 UKS 6 Jasło. W tej samej kategorii w rywalizacji dziewcząt zwyciężyła SP 8 Krosno wygrywając z UKS Orlęta Pysznica 5:0. Wśród dziesięciolatków w rywalizacji chłopców MOSiR Orlik Nowa Dęba pokonał 4:2 UKS Stalowa Wola, a wśród dziewcząt SP Łowisko zwyciężyło UKS 1 Kolbuszowa. W kategorii U-8 najlepszym bramkarzem wybrany został Wiktor Ludian z UKS Stalowa Wola, najlepszym zawodnikiem Wiktor Mamroł z UKS 6 Jasło, a strzelcem Oliwier Krakowski z AP PN Mielec, zdobywca 15 goli. W tej samej kategorii wśród dziewcząt najlepszą bramkarką została Klaudia Szozela SP Grodzisko Dolne, zawodniczką Kinga Klimczak SP 8 Krosno, a strzelczynią Anna Skrzypczyk również z SP 8 Krosno zdobywczyni 14 bramek. W kategorii U-10 wśród chłopców najlepszym bramkarzem został Karol Wadas SP 9 Dębica, zawodnikiem Ernest Trela MOSiR Orlik Nowa Dęba, a strzelcem Konrad Siwiec UKS Stalowa Wola – 9 goli. W tej samej kategorii u dziewcząt najlepszą bramkarką została Julia Piędel z SP Łowisko, zawodniczką Anna Puzio UKS 1 Kolbuszowa, a strzelczynią Klaudia Maciejko SP Pobiedno. Zarówno Orlik Nowa Dęba jak i SP Łowisko pojadą na finał, który odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Zwycięzcom medale, puchary i nagrody rzeczowe wręczali wiceprezesi Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej Marek Hławko i Zenon Krówka, a także przedstawiciele głównego sponsora firmy Tymbark. Na wojewódzkie finały do Stalowej Woli przybył także trener reprezentacji kobiet U-19 Marcin Kasprowicz. Ta impreza mogła się odbyć dzięki ogromnemu zaangażowaniu wielu osób, którzy pracowali w pocie czoła by wszystko było perfekcyjnie dopracowane. Po raz kolejny nad całością pod względem organizacyjno – logistycznym czuwał sekretarz Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej Edward Chmura.

Jak na piłkarską scenę w Polsce wpłynie tzw. afera Grenia?

Ostatnie dwa tygodnie – przynajmniej w niektórych mediach – zostały zdominowane przez tak zwaną aferę biletową. W miniony piątek doszło do pierwszych rozliczeń podczas obrad nadzwyczajnego posiedzenia zarządu PZPN, a do końca kwietnia sprawa powinna znaleźć finał przed związkową Komisją Dyscyplinarną. Tyle, że na wyjaśnieniach i rozliczeniach się nie skończy.

1

Co z tym Kazimierzem Greniem?

Echa konferencji Grenia: Tłumaczył się, atakował i rzucał oskarżenia.

Obserwatorzy krajowej sceny futbolowej nie mają wątpliwości, że reperkusje będą bardziej daleko idące. I nie tylko w jeszcze większym niż dotychczas stopniu spolaryzują środowisko, ale także wyznaczą – a w zasadzie już wyznaczyły – początek kampanii prezesa Zbigniewa Bońka, której stawką będzie reelekcja na drugą kadencję.

Dla przypomnienia: szef Podkarpackiego ZPN Kazimierz Greń został zatrzymany w Dublinie przed meczem Irlandia – Polska i oskarżony o nielegalny handel biletami na to spotkanie. Noc spędził w areszcie, następnego dnia trafił przed sąd, gdzie jednak nie dostał żadnego wyroku, nawet kary grzywny. „Przegląd Sportowy” dotarł do reportera dziennika „Irish Examiner”, który był obecny na rozprawie i potwierdził, że działacz z Rzeszowa miał przed ogłoszeniem werdyktu przyznać się do winy. Z kolei PZPN „podjął szereg działań polegających na bezpośrednim i pośrednim kontakcie z sądem w Dublinie, irlandzką policją i federacją piłkarską oraz Ambasadą RP w Irlandii” – jak poinformowano w komunikacie Komisji Dyscyplinarnej, dzięki którym udało się dotrzeć do notatek funkcjonariuszy obecnych na miejscu zdarzenia.

Czy ktoś uwierzył Greniowi?

Zgromadzone dowody, poparte zeznaniami świadków, których personaliów jednak nie ujawniono, wyglądają na przesądzające. Problem jednak w tym, że oskarżony nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że nie tylko nie przypomina sobie, aby uczestniczył w dialogu z sędzią w Dublinie, ale stara się także podważać zeznania osób, które miały kupić od niego bilety. Ujawnił, że Podkarpacki ZPN nie miał w swojej puli wejściówek po 70 euro (na co powoływali się świadkowie), i poprosił o sprawdzenie bilingów, skoro nabywcy przed transakcją mieli do niego dzwonić. Słowem: mnoży wątpliwości i idzie w zaparte. Jest na tyle zdeterminowany, że jest gotów po wyczerpaniu ścieżki odwoławczej w PZPN szukać sprawiedliwości w sądzie powszechnym. Gdzie – jeśli nie dopuści do tego wcześniej Komisja Dyscyplinarna lub w drugiej instancji Najwyższa Komisja Odwoławcza – będzie domagał się konfrontacji ze świadkami medialnych oskarżeń oraz poprosi o zeznania pod przysięgą ludzi, którzy mają potwierdzić jego wersję. Przede wszystkim biznesmena Pawła Siarkiewicza, dla którego znajomych (i podobno na jego prośbę, jak utrzymuje oskarżony) miał mieć 12 biletów, które zabezpieczono podczas zatrzymania.

Greń jaki jest (ale też był i będzie), każdy widzi. A jeśli ktoś nie wiedział, to wystarczyło, aby obejrzał ubiegłotygodniową konferencję prasową, którą zwołał. To właśnie podczas niej rzucił kilka wątpliwości na ustalenia „PS” i PZPN, ale trzeba je było wyławiać z chaotycznego ciągu wypowiedzi. Z jednej strony zarzucał prowokację pracownikom Departamentu Organizacji Imprez, Bezpieczeństwa i Infrastruktury, a z drugiej – atakował prezesa piłkarskiej federacji, że to on, czyli Boniek, a nie Greń, ma wiele więcej za uszami w kwestii łamania prawa. Zwłaszcza na kierunku bukmacherskim. Podczas prezentacji w stołecznym hotelu Ibis, nieprzypadkowo znajdującym się nieopodal siedziby PZPN, nie obyło się bez elementów folkloru, ludyczności, nieścisłości, językowych wpadek, kreowania spiskowych teorii, a nawet demonstracji… garderoby i skierowań do okulisty. Słowem – więcej wyrządził sobie szkody, niż miał z tej konferencji pożytku jej organizator. Wizerunku z pewnością nie poprawił, przekonanych o jego winie – których po zmasowanych atakach medialnych na Grenia z tygodnia przedświątecznego, przeprowadzonych niczym dywanowe naloty, jest znakomita większość – bez wątpienia nie odwiódł od wcześniej powziętej opinii.

Czy to oznacza, że w PZPN jest już skończony? Taki wyrok wydali już dziennikarze z pro-Bońkowych mediów, którzy w tygodniu poprzedzającym Wielkanoc zgrillowali nie tylko Grenia, ale także – głównie w mediach społecznościowych, choć nie tylko – neutralnego dziennikarza Dariusza Tuzimka. Za to, że w felietonie na portalu Onet trafnie podsumował nie tylko działania podkarpackiego tak zwanego barona, ale przede wszystkim – związkowej machiny medialnej, która w sprawie incydentu z Dublina została wprawiona w ruch z niebywałym – i nieadekwatnym do popełnionego czynu (nie tylko zdaniem tego autora) – natężeniem. Tyle że niezależnie od tego, jaka jest skala wykroczenia Grenia w Dublinie (którą trzeba udokumentować procesowo, a nie tylko medialnie) – temu (i każdemu innemu) działaczowi federacja powinna zagwarantować uczciwy proces. Zwłaszcza w sytuacji, gdy obwiniony o nieetyczne praktyki w Dublinie szef piłkarskiego Podkarpacia nieprzypadkowo utożsamiany był z wewnątrzzwiązkową opozycją. Bo właśnie na tym powinna polegać demokracja.

Środowisko murem podzielone

Skąd w tekście o aferze z udziałem działacza i werdykcie PZPN w jego sprawie (Greń nie ma wątpliwości, iż wszystko zmierza do wydalenia go ze struktur związku) wtręty o mediach i opozycjonistach? Otóż – są nieprzypadkowe. Tak jak nieprzypadkowo na wpadkę w Dublinie zachłannie rzuciły się jedynie niektóre tytuły, tak samo w wyrachowany sposób ekipa rządząca w PZPN zamieściła noworoczne życzenia – w formie reklam – jedynie w wybranych gazetach. Później prezes Boniek tłumaczył na Twitterze, że brano pod uwagę jedynie dzienniki. To oczywiście leży wyłącznie w gestii PZPN, gdzie chce się promować, tyle że na przykład „Rzeczpospolita” (też przecież dziennik), która jest raczej krytyczna w ocenie obecnych władz federacji, już w podobny sposób uhonorowana nie została. A jeśli prawdą jest, że na wykup powierzchni w czterech tytułach codziennych wydano kwoty liczone nie w dziesiątkach, lecz w setkach tysięcy złotych – a tak upierają się ci, którzy mieli widzieć rachunki – to nawet trudno się dziwić, że w dzisiejszych trudnych dla mediów czasach redaktorzy naczelni wolą do tak hojnych reklamodawców podchodzić ostrożnie. I co najmniej neutralnie. Taka jest po prostu komercyjna rzeczywistość, a ministerstwo propagandy PZPN potrafi działać, nie tylko zresztą w tym względzie, wzorcowo. Czego, i to stwierdzenie bez ironii, nie sposób nie dostrzec. A nawet nie docenić.

Jak wynika z ostatnich publikacji, ewidentną wpadkę członka opozycji Boniek postanowił wykorzystać do zapoczątkowania kampanii, która ma zapewnić mu reelekcję. Co prawda w weekendowym wydaniu „PS” udzielił jeszcze wywiadu, że decyzję o powtórnym kandydowaniu podejmie dopiero za osiem miesięcy, ale to tylko kokieteria. Prezes Zibi zachowuje się – na pozór – w całej tej wielkanocnej szopce nienagannie. Nie tylko deklaruje publicznie, że trzyma kciuki za to, aby Greń oczyścił się z zarzutów, ale i wysłał działaczowi z Rzeszowa życzenia świąteczne. Słowem: jest zdystansowany wobec całej sprawy, jak na głównego menedżera korporacji z najwyższej ligi biznesu przystało. Sprawa rozgrywki z niewygodnym działaczem, który się podłożył, spadła na innych. W tym między innymi na posła Jana Tomaszewskiego, który zwrócił się do prokuratury o zbadanie polskiego (czytaj: pesele ludzi, na których wystawione zostały bilety) wątku incydentu. Tyle że nikt nie ma wątpliwości, kto podyktuje wysokość kary, którą ostatecznie ogłosi Komisja Dyscyplinarna.

Publicznie Boniek ograniczył się dotąd tylko do wyrażenia zadowolenia – bodaj trzykrotnie wraca do tego wątku w ostatnim wywiadzie (czy nie za często?) – że opozycję tworzą ludzie pokroju Ryszarda Niemca, Edwarda Potoka i Witolda Dawidowskiego. Znów nie ma w tym przypadku, bo akurat wspomniany tercet publicznie nie waha się stawać w obronie działacza z Podkarpacia. Co oznacza, że tzw. grupa z Uniejowa, która doliczyła się 44 szabel podczas nieformalnego konwentu w tej miejscowości, stanie – pewnie nawet na czerwcowym walnym zgromadzeniu – za odstrzelonym już przez media przychylne prezesowi PZPN (i totalnie już utrąconym w ich mniemaniu) Greniem. Zapewne dojdzie do eskalacji sporu, który dotąd był toczony w kuluarach, a być może nawet przerodzi się on w otwarty konflikt na czerwcowym zjeździe sprawozdawczym. Zatem Boniek – jak na szczwanego lisa przystało – kuje żelazo póki gorące i stara się od tego towarzystwa jak najmocniej zdystansować. Od udziału Grenia we własnej zwycięskiej kampanii też już zresztą zdążył sprytnie się odciąć. Nic tylko czekać, aż wróci – nośny w kampanii – podział na środowiskowy beton i tak zwanych reformatorów…
Adam Godlewski

Boniek wykrywa spisek

Ryszard Niemiec

image1

Prezes Boniek udzielił tysiąc sto pięćdziesiątego ósmego wywiadu „Przeglądowi Sportowemu”, w którym zaliczył mnie do grona… spiskowców, knujących przeciwko niemu. To nieczysta insynuacja. W opozycji do jego wizji i metod zarządzania polską piłką, w wolnych chwilach od pomieszkiwania w Rzymie, działam nie od dziś. Zawsze z otwartą przyłbicą, korzystając z uprawnień, gwarantowanych przez konstytucję RP i obowiązujący statut PZPN.
Zgłaszam zdania odrębne, krytykuję niektóre poczynania władz, którymi kieruje pan Boniek. Z trybuny zjazdowej, nie zza węgła. Kiedy mówię, sala cichnie… Korzystam też z możliwości ujawniania dezaprobaty w przekazach medialnych. Podpisuję się pod swoimi sądami, a kiedy dochodzi do bezpośredniej debaty, przedstawiam racje prosto w oczy. Aby miotać epitetem spiskowców (nielegałów?) w kierunku moim i kolegów-szefów 10 regionalnych związków i przydać nam miano kopiących po kryjomu dołki pod Bońkiem, trzeba dużej pogardy dla faktów. Nie mamy nic do ukrycia, a łączy nas niezgoda wobec projektu nowego statutu PZPN, który Boniek forsuje od początku swych rządów. Już przed 2 laty projekt został skierowany na śmietnisko upadłych pomysłów, po miażdżącej go dyskusji na zjeździe PZPN. Kiedy 90 procent obecnych delegatów zmusza projektodawcę do wycofania dokumentu, to działa spisek?! Dziś ponowienie prób „uszczęśliwienia” środowiska tę samą piłkarską ustawą zasadniczą, potwierdza jedynie nasze obawy o chęć wprowadzenia w związku jedynowładztwa. Nic to, że korporacyjna mania, unicestwiająca stowarzyszeniowy model PZPN, sprowadzająca do zera rolę związków regionalnych, idzie w poprzek litery i ducha ustaw o sporcie i stowarzyszeniach. Pana Bońka zwykle… śmieszą regulacje polskiego prawa, takie chociażby zakazujące reklamowania nielegalnych zakładów bukmacherskich. Śmieszą, gdyż kwestionują legalność jego zarobkowania w tej szarej strefie! Śmieszy go też obywatelskie prawo, pozwalające czynnym politykom ubiegać się o godności we władzach PZPN, śmieszy go, że nie on mianuje prezesów wojewódzkich związków, a każdy przejaw sprzeciwu wobec jego kuriozalnych sądów uznaje za efekt „polskiego piekiełka”! Boniek już wie, że kolejne podejście do oktrojowania nowego statutu de facto spaliło na panewce w obliczu zdecydowanego oporu terenu. Dlatego w wywiadzie opowiada, że jemu na statucie nie zależy, a przecież nakazał intensywne posiedzenia komisji statutowej, liczne konsultacje, na których przekonywał do własnej wizji, udowadniał, jak okropny jest aktualny statut. Wiąże mu ręce w dziele zbawiania piłki i robienia w niej porządku. Byłby już dawno te święte cele osiągnął gdyby nie ci, okropni „Brutusowie” z terenu – spiskujący z nożem w zębach, przeciwko Cezarowi! A najbardziej wraży spośród nich – niżej podpisany. Nie dość, że krnąbrny działacz, to jeszcze dziennikarz-niepotakiwacz. Co gorsza, nie handlujący biletami, nie dopraszający się o nie i programowo nie korzystający z turystyki za związkową kasę!

Źródło