Informacja

Dziękuje wszystkim za aktywne uczestnictwo, komentarze i dyskusje, niestety z braku czasu nie mogę odpisywać bezpośrednio na Wasze wiadomości.

„Żółtko” dla Biszofa

Jednym z wielu niepisanych praw, przestrzeganych wśród uczestników oficjalnych spotkań zarządów spółek, stowarzyszeń i innych podmiotów, jest prawo do dyskrecji. Za dobry ton się uważa, utrzymywanie przebiegu posiedzeń w tajemnicy, by na światło dzienne wychodziły tylko oficjalne decyzje, stanowiska, orzeczenia, postanowienia.

To dobry i mądry obyczaj stosowany do niedawna także w PZPN. Do niedawna, bo złamał go wiceprezes związku Bogusław Biszof. Czym się kierował komentując publicznie stanowiska członków zarządu po głosowaniu nad reformą rozgrywek nie wiem, ale chwały mu to nie przynosi.

Pragnę zapewnić pana Biszofa, że sam potrafię zadbać o przekaz swoich wypowiedzi i pozwoli pan Prezes, że sam będę decydował, które z nich upublicznię i w jakiej formie. Osobistego sekretarza mi nie potrzeba, poza tym nie mogę dopuścić, by interesy spółki zarządzanej przez pana Biszofa ucierpiały z powodu zajmowania się prezesa moją skromną osobą.

Sprowadzając zaistniałą sytuację do wymiaru piłkarskiego, oświadczam, że Prezes Biszof zasłużył naswój pierwszy żółty kartonik.

Reorganizacja rozgrywek ekstraklasy

Reorganizacja rozgrywek ekstraklasy została przegłosowana na posiedzeniu Zarządu PZPN.Trzeba mieć świadomość, że wielu z niektórych z głosujących za tą „reformą”, głowy za jej powodzenie by nie dało.

Od początku miałem swoje zdanie na temat sztucznego majsterkowania przy obecnym systemie rozgrywek i go nie zmieniam. Nasza piłka, szczególnie nasza piłka, wymaga rozwiązań sprawdzonych w najlepszych ligach tego świata, a nie eksperymentów z wielką niewiadomą na końcu.

Mleko się rozlało i ktoś je pościera. Czas pokaże, kto miał rację. Główny konstruktor tych zmian Bogusław Biszof, czy ja, krytykant tych nieprzemyślanych według mnie przemian.

Pośpiech,tak z reguły,wskazany jest przy łapaniu pcheł. Co było, zatem przyczyną tak wielkiego pośpiechu przy wdrażaniu tych, na kolanie wymyślonych przemian?

Jeżeli prawdą jest, że prezes Zarządu Spółki Ekstraklasa Bogusław Biszof zarabia w spółce 80 tys. zł miesięcznie, to pośpiech przy wdrażaniu tej reformy, można tłumaczyć chęcią wykazania się jakimkolwiek działaniem.

Będę chyba wyrazicielem opinii większości klubów, jeżeli powiem, że Spółce Ekstraklasa przydałaby się pompa napełniająca kasę, a nie kurek, którym wyciekają środki finansowe. Szczególnie teraz, gdy tak wiele klubów w zapisach licencyjnych ma na swoich stronach dopisek „niestabilna sytuacja finansowa”.

Pewnie nie tylko ja, ale i inni śledzący zmiany zachodzące w naszej piłce, chętnie zapoznaliby się z raportem, ilu sponsorów swoją aktywnością pozyskał prezes Biszof. Jakimi środkami wspomogli naszą centralną ligę rozgrywek. Coś mi się wydaje, że byłaby to bardzo krótka lektura o ile było by coś w ogóle do czytania.

Domeną ekipy poprzedniej kadencji była maksyma „czy się stoi, czy się leży kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie się należy”. W samym PZPN-ie nową jakość widać, ale w spółce Ekstraklasa jakoś nieszczególnie.

Moim skromny zdaniem, gdyby prezes Biszof bardziej skoncentrował się na swoich zadaniach (suto opłacanych), wynikających z podjętych na siebie obowiązków, a mniej na komentarzach dotyczących rzeczy mniej istotnych, miało by to chyba lepsze przełożenie dla rozwoju naszej piłki.

 

Kazimierz Greń: Taka reforma ligi nie przejdzie

Uważam, że nie ma szans, by reforma rozgrywek Ekstraklasy w obecnym kształcie zyskała akceptację PZPN. Omawialiśmy inny projekt, a pod innym mamy się podpisywać?! To tak, jakbym chciał się żenić z blondynką, a przed ołtarzem zjawiłaby się czarna – twierdzi członek zarządu futbolowej centrali Kazimierz Greń (51 l.) SE.pl

Przypomnijmy: w pierwszej wersji reformy spółka Ekstraklasa zaproponowała 30 kolejek sezonu zasadniczego, a po nich podział na grupy – mistrzowską i spadkową (po osiem drużyn), w grupach podział punktów zdobytych w sezonie zasadniczym na pół, a następnie rozegranie siedmiu dodatkowych meczów. Po proteście większości klubów nadzorująca rozgrywki Ekstraklasa S.A. wycofała się z zapisu o podziale punktów. To z kolei nie podoba się PZPN-owi, który musi przegłosować zmiany, by reorganizacja ligi zaczęła od przyszłego sezonu obowiązywać.

– Polska piłka by na tym nie ucierpiała, jeżeli wprowadzenie reformy zostałoby przesunięte o rok. Projekt zostałby dopracowany, dogłębnie skonsultowany z klubami, nic nie byłoby robione na chybcika. W mojej prywatnej opinii, jeśli już wprowadzać reorganizację, to polegającą nie na podziale na grupy, ale na zwiększeniu ligi do 18 zespołów, gdzie dwa ostatnie by spadały, a trzeci od końca grałby baraż o utrzymanie z trzecią drużyną I ligi – twierdzi Greń. – Popatrzmy, gdzie obowiązuje podział na grupy – na Cyprze, w Grecji i w Belgii. Czołowe ligi Europy jakoś z tego systemu nie korzystają. U nas było już to przerabiane w sezonie 2000/2001 i po roku się z tego projektu wycofano. Po co wracać do tego, co się nie sprawdziło? – pyta bliski współpracownik Zbigniewa Bońka.

– Szczerze mówiąc, nie wiadomo, jakie będą dalsze losy reformy. Zrobiliśmy referendum i daliśmy Ekstraklasie SA zgodę na reprezentowanie klubów w rozmowach z PZPN. Na razie właściciele klubów ciągle się wahają, jakie stanowisko zająć. Czekamy, jakie ustalenia zapadną na spotkaniu władz spółki z zarządem związku – powiedział nam prezes Ruchu Chorzów Dariusz Smagorowicz (45 l.).

Według naszych ustaleń w tej chwili większość klubów jest za zmodyfikowaną reformą (podział na grupy bez odejmowania połowy punktów), a przeciw jakimkolwiek reorganizacjom – zaledwie cztery zespoły. Ostateczne decyzje w sprawie reformy mają zostać podjęte na posiedzeniu zarządu PZPN 22 maja.

 

Brunetka zamiast blondynki

Obecny pomysł reformy to tylko zgniły kompromis.

W czwartek szefowie Ekstraklasy usłyszą od prezesów PZPN, że reforma rozgrywek nadaje się do… kosza. Dowiedzą się, że sam zamysł na pewno był dobry, ale sprawę fatalnie rozegrano z klubami, na czym z pewnością ucierpiał wizerunek ligi.

Oczywiście, w sprawie reformy zarząd PZPN oficjalnie wypowie się za dwa tygodnie, lecz już teraz prezes Zbigniew Boniek na nieformalnym spotkaniu powie swojemu wiceprezesowi Bogusławowi Biszofowi (który zarazem kieruje ligową spółką) oraz Marcinowi Animuckiemu z zarządu Ekstraklasy i stojącemu na czele Rady Nadzorczej Maciejowi Wandzelowi, że nad projektem trzeba jeszcze popracować. A to oznacza jedno: wprowadzenie go w życie już od następnego sezonu, czyli w pośpiechu, nie ma sensu. Bo teraz mamy tylko zgniły i wciąż kwestionowany kompromis.

Dzielenie ligi na dwie grupy, ale bez dzielenia punktów po sezonie zasadniczym? Na to Boniek się nie godzi, tym bardziej że inne były deklaracje podczas grudniowego spotkania, gdy władze ligi prezentowały założenia reformy na zarządzie PZPN. – To tak, jakby ktoś umówił się na ślub z blondynką, a potem do ołtarza przyszła jakaś brunetka – obrazowo przedstawia problem Kazimierz Greń z zarządu PZPN. W18-osobowych władzach związku przeciwników chaotycznej modyfikowanej reformy jest więcej: Roman Kosecki, Andrzej Padewski, Cezary Kulesza. Liczebnie to wciąż mniejszość, ale ważna jest nie liczba niechętnych działaczy, a jakość ich głosów. Mówimy o ludziach wpływowych, którzy potrafią zmienić poglądy kolegów. W razie czego zostanie wzięty też pod uwagę głos selekcjonera kadry Waldemara Fornalika i dyrektora sportowego PZPN Stefana Majewskiego, którzy też krzywią się na majstrowanie przy rozgrywkach, choć do tej spory ze swoim głosem „na nie” specjalnie się nie obnosili.

Na spotkaniu ktoś z ligi pewnie rzuci argument, że to Ekstraklasa zarządza rozgrywkami, więc PZPN powinien tylko jej pomysły życzliwie zaakceptować. Taką uwagę Boniek zbędzie pobłażliwym uśmiechem, a jeśli będzie w dobrym humorze, grzecznie przypomni: z definicji to narodowy związek odpowiada za kształt ligowych rozgrywek. Tak jest na całym świecie.

Aby nie było wrażenia, iż nic się w polskiej piłce nie zmienia, może da się na poczekaniu wymyślić jakąś lichą namiastkę reformy, na przykład baraż między 14. drużyną ekstraklasy a trzecią 1. ligi. Na początek dobre i tyle.

Antoni Bugajski