Mistrzostwo dożywotnie

Na Mistrzostwach Świata w Val di Fiemme Justyna Kowalczyk w narciarskim sprincie zdobyła szóste miejsce. Sukces, czy porażka?

W obliczu tego pozornego dla mnie dylematu, przychodzi mi na myśl refleksja, jak to łaska kibiców na pstrym koniu jeździ.

Pamiętam taki okres w karierze Adama Małysza, już utytułowanego w końcu sportowca, w którym nic mu nie wychodziło. Przegrywał z kretesem konkurs za konkursem. W kraju podniosła się fala krytyki. Personalnej krytyki naszego Mistrza. Trzeba było mieć charakter, by to wytrzymać. Małysz dał radę. Zmienił trenera, zacisnął zęby i na przekór tysiącom malkontentów wrócił na szczyt.

Justyna też miała swoje „Waterloo” w Soczi. Nieprzewidziany spadek formy, odległe miejsca. Historia się powtórzyła. Wielu już zaczęło głosić koniec jej wspaniałej kariery.

W tych obu przypadkach (Adama i Justyny), życie napisało swoją kolejną wspaniałą historię. Historię zbudowaną na charakterze, dyscyplinie i mądrości tych wspaniałych osób. Ludzi gór, jak kto woli.

Dzisiaj biegała w eliminacjach z najlepszymi czasami i co z tego, że upadła.

Dla mnie osobiście, Justyna od jutra może biegać tyłem, z kieliszkiem szampana w ręce i tak już na zawsze pozostanie Najlepsza. Ona i Adaś oczywiście.

Ktoś kiedyś powiedział takie mądre słowa: „Praktyczny człowiek pusty pojemnik napełnia, pełny opróżnia, a jak coś go swędzi to się w tym miejscu drapie”.

Czuję się praktycznym człowiekiem. Postawiłem sobie kilka celów w życiu i praktycznie je zrealizowałem w 100 procentach. Stawiam sobie następne. Sporo z nich związane było z piłką.

Na wiele sobie w życiu pozwoliłem z jednej strony, zdolny byłem do poniesienia wielu wyrzeczeń z drugiej. Ktoś kiedyś położy na jednej szali moje dobre uczynki, na drugiej te złe i choć nie do mnie należy ich ocena, jestem dziwnie spokojny o końcowy wynik.

Działam w sporcie, czyli w obszarze życia, który kreuje zwycięzców i przegranych. Ci drudzy albo się godzą z porażką albo nie. Umieć przegrać to nie dar od Boga, to cecha, którą każdy (nie tylko sportowiec) może w sobie wypracować, bo umiejętność porażki to synteza charakteru i inteligencji.

Jacek Kmiecik (dziennikarz?) nie umie przegrywać. Mało tego. Choć wybił gong kończący ostatnią rundę, on dalej na oślep macha rękami, gryzie, kopie, pluje a wszystko to się dzieje w ringu, w którym już nie ma …… przeciwnika.

To niemądre postępowanie, wręcz szalone.

Kmiecik od pewnego czasu począł obrażać ludzi, którzy z woli delegatów na Zjazd PZPN przyjęli na siebie misję odbudowy jakości i znaczenia polskiej piłki. Czyni to nazywając siebie dziennikarzem. Wykształconym dziennikarzem. Tymczasem bełkot meneli pod budką z piwem bywa bardziej strawny w swym przekazie od tego, co wychodzi z nadwyrężonej przez alkohol kmiecikowej głowy. Co ciekawe lista obrażanych osób stale rośnie. Przed wyborami „opluwał” z reguły tylko kandydata na prezesa Z. Bońka, by po wyborach złą wolę przypisywać już wszystkim innym, dzięki którym PZPN normalnieje z dnia na dzień.

W stosunku do każdego (obojętnie, kim by był) stosuje tę samą technikę. Obrazić, pomówić i przedstawić w niekorzystnym świetle, posiłkując się na dodatek kłamliwymi faktami.

Kmiecik szczególnie upodobał sobie moją skromną osobę. Z powodu braku jakichkolwiek argumentów,notorycznie przedstawia w krzywym zwierciadle mój życiorys. Brakuje tylko, by cofnął się jeszcze do czasów, gdy chodziłem do przedszkola i by opisywał, co ulepiłem mojej pani z plasteliny z okazji Dnia Kobiet. Generalnie mówiąc oszczerstwa i kłamstwa to broń, która ma mnie zwalić z nóg i poniżyć w oczach tych, którzy mu dadzą wiarę. W oczach osób, które dadzą wiarę tak naprawdę nomen omen człowiekowi sfrustrowanemu, zakompleksionemu, o bardzo słabym charakterze i jeszcze mniejszej moralności. O takich przymiotach jak etyka ta powszechna i ta zawodowa można zapomnieć.

Zadaję sobie retoryczne pytanie. Czy mam się kopać z przysłowiowym koniem, a właściwie już nikomu nieprzydatną chabetą?

Jestem człowiekiem praktycznym, jestem też człowiekiem skutecznym. Ci, którym nie było ze mną po drodze próbowali różnych manipulacji moim życiorysem i dla kilku skończyło się to przegranymi sprawami w sądzie. W tym gronie oprócz polityków i sterowanych przez nich służb są także dziennikarze, którzy myśleli, że chamską manipulacją słowem można, ot tak od ręki, zniszczyć każdego człowieka i jego dorobek.

Jeżeli Kmiecik na dodatek myśli, że będzie kierownictwu podkarpackiego związku dyktował, kogo mają zapraszać w charakterze gości, czy uczestników swoich inicjatyw, to się chyba z kimś, albo z czymś na główki pozamieniał.

Nie dam Kmiecikowi satysfakcji. Za bardzo się cenię i za bardzo cenię mój życiowy dorobek, by wdawać się w gierki z człowiekiem, którego cechują zachowania małe i podłe. Za bardzo cenię obecne kierownictwo PZPN, którego działania Kmiecik w chamski sposób deprecjonuje.

Będę w piłce robił swoje, co zadeklarowałem słowem a wypełniam czynem od kilkunastu lat i ani kmieć, ani cieć nie sprawi, że zejdę z raz obranej drogi.

XI Gala Piłkarska Podkarpacka NIKE ‚2012

Od jedenastu lat na Podkarpaciu honoruje się ludzi piłki statuetkami nazwanymi mianem Podkarpackiej NIKE i obdarza tytułem „Najlepszego Roku” w sześciu kategoriach: Młodzieżowca, Odkrycia, Trenera Wychowawcy Młodzieży, Trenera, Drużyny i Piłkarza.

Ten plebiscyt połączony z Galą Piłkarską to prawdziwe święto sportu na Podkarpaciu. Pomimo tego, że przez ostatnie cztery lata spotykaliśmy się wyłącznie we własnym gronie, znaczenie wyróżnień nie spadło na wartości a wręcz przeciwnie. Każdy z wyróżnionych podkreślał radość z nominacji a dowodem jak cenne to wyróżnienie niech będzie fakt, że przez te lata każdy z laureatów przybywał osobiście na Galę, niejednokrotnie przerywając zgrupowania sportowe, bądź przyśpieszając swój powrót z zagranicznych wojaży.

Wspomniałem o izolacji piłkarskiego Podkarpacia w ostatnich czterech latach. Pomysłów na uatrakcyjnienie piłkarskiego święta nigdy nam nie brakowało. Niestety sytuacja, w jakiej były prezes PZPN postawił swoich przedwyborczych sojuszników z naszego województwa sprawiła, że postanowiłem nie zapraszać gości z zewnątrz, by nie stawiać ich w kłopotliwej sytuacji.

Boleję nad tym, że nawet w tym wymiarze relacje sportowe i koleżeńskie były postawione na głowie, ale prawo zemsty za kontakty z „wyklętym regionem” było realizowane w praktyce z wielką konsekwencją. Tamte czasy jednak minęły. Bezpowrotnie. Czasami jeszcze tylko jakiś piesek warknie w obronie tamtej rzeczywistości, ale nie ma to żadnego znaczenia.

XI Gala Piłkarska świeciła wielkim blaskiem, a wyróżnieni sportowcy i trenerzy z Podkarpacia mogli otrzymać tak upragnione statuetki z rąk wspaniałych ludzi, którzy sławili polski sport także poza granicami tego kraju. Zaproszenie na Naszą Galę przyjęli wszyscy zaproszeni.

Nie tylko wyróżnieni mieli swoje pięć minut. Dla wielu podkarpackich działaczy, sponsorów, zawodników, obecnych na Gali (a było ich blisko 200 z terenu całego województwa) możliwość rozmowy, zrobienia sobie zdjęcia, zdobycia autografu, czy wspólnej zabawy było niejednokrotnie pierwszą a być może nawet jedyną okazją w życiu.

Nasi wspaniali goście: prezesi Boniek, Koźmiński, Placzyński, Padewski, trener Fornalik, piłkarze Dziekanowski, Iwan, Kłos, Majdan, Świerczewski, artyści Torzewski i Gąssowski oraz mistrz świata pięściarz Michalczewski stworzyli niesamowitą atmosferę wspólnoty podczas tego wieczoru.

Staliśmy się, tej nocy na balowej sali monolitem ludzi, których połączyła miłość do piłki. Wielki artysta Marek Torzewski sam od siebie, z własnej inicjatywy, wykonał z właściwą sobie ekspresją i klasą mini recital, porywając do wspólnej zabawy całą salę. Naszych gości próżno było szukać przy przygotowanych dla nich miejscach. Zapraszani, byli w każdym zakątku sali. Okazali się wspaniałymi towarzyszami krótszych bądź dłuższych rozmów a piłka nie była jedynym poruszanym tematem. Bawili się z Nami, którzy przez lata podziwialiśmy ich sportowe reprezentacyjne i klubowe wyczyny. Odniosłem wrażenie, że piłkarskie Podkarpacie przez tych kilka godzin zawładnęło na stałe cząstką ich serc.

Ta noc na zawsze pozostanie w mej pamięci. Laureatom jeszcze raz gratuluję, a tym, którzy ich oklaskiwali po raz setny DZIĘKUJĘ.

Asy pozostały w roli bezpiecznika

Debata w Piłce Nożnej „Plus” z Kazimierzem Greniem:
Asy pozostały w roli bezpiecznika

Kazimierz Greń jest niezwykle barwną, ale i ważną personą w środowisku piłkarskim. Pomagał wygrać wybory najpierw Grzegorzowi Lacie, a później zorganizował zwycięską kampanię obecnie panującemu Zbigniewowi Bońkowi. Tyle, że poprzednikom Zibiego nie szczędzi dziś przykrych uwag.

Przede wszystkim pragniemy podziękować, że mimo wielu zajęć związanych z obradami zarządu PZPN znalazł pan czas, by odwiedzić redakcję „PN”.
- Uważam, że należy nieco odwrócić sytuację – mówi kurtuazyjnie Greń. – To ja dziękuję za zaproszenie i zaufanie.

- Może na początek kilka słów o sobie. Jak wyglądała pańska dro­ga życiowa, a przede wszystkim jak pan trafił do piłki?
– Grałem kiedyś w piłkę, ale może to zbyt mocno powiedziane. Ja na boisku stałem, bo grali przede wszystkim zawodnicy formatu choćby Zbigniewa Bonńka czy Grzegorza Laty. Przygodę z piłką zaczynałem w Resovii i zakończyłem ją na drugiej drużynie, bo przyplątała się kontuzja łąkotki. Później losy rzuciły mnie do USA, a po powrocie założyłem własny klub o nazwie Rzeszowiak, który zresztą funkcjonuje do dziś. W 2000 roku kandydowałem do sądu kole­żeńskiego w Podkarpackim Związku Piłki Nożnej. I tak się wszystko zaczęło. Trzy lata później koledzy zaproponowali mi, bym kandydował na prezesa związku regionalnego. Wygrałem, i tak powoli zacząłem wkraczać w piłkar­skie struktury. W maju tego samego roku ówczesny prezes związku Michał List­kiewicz zaproponował, bym poprowadził zjazd PZPN. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nawet go zapytałem, czemu zawdzięczam ten za­szczyt, bo uważałem, że jest wiele osób bardziej ode mnie rozpoznawalnych Ostatecznie podołałem zadaniu i spędziłem przy mikrofonie ponad 15 godzin Wtedy też po raz pierwszy kandydowałem do zarządu PZPN. Uzyskałem wtedy bodajże trzeci wynik, za mną był nawet Antoni Piechniczek. W kolejnych wyborach zrobiłem nawet pierwszy wynik, ale szybko, bo już we wrześniu 2009 roku, zrezygnowałem. W obecnych natomiast wyborach zadeklarowałem jasno, że jeśli Zbigniew Boniek nie zwycięży, nie będę siebie widział w zarządzie. Stwierdziłem to publicznie, w telewizji.

- Trzeba przyznać, że trochę miesza pan w tej polskiej pitce. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że w pewnym momencie związał się pan z Grzegorzem Lato, a nawet wygrał dla niego wybory. Jak to się robi?
To żadna tajemnica. Mam wykształcenie zarówno socjologiczne, jak i politologiczne. Uczyłem się od najlepszych. Nie chwaląc się, byłem odpowiedzialny za kampanię Aleksandra Kwaśniewskiego. Nie ogólnopolską, ale w moim regionie. Wychodziłem na przykład na scenę w Kolbuszowej, a zatem w jaskini Iwa, bo wiadomo, że stamtąd pochodzi Marian Krzaklewski, wówczas największy rywal mojego faworyta. Było uroczyście, zapowiadałem występy słynnego zespołu rockowego Smokie. Tyle tytułem ciekawostki. A ja wygrać wybory? Te ostatnie – mam na myśli zwycięstwo Zbigniewa Bońka – były zdecydowanie najtrudniejsze. A to dlatego, że środowisko piłkarskie nie było jednolite. Wyłoniły się różne frakcje, zarówno w otoczeniu ekstraklasy, klubów pierwszoligowych, jak i w poszczególnych związkach regionalnych. Wywalczenie wygranej Laty w poprzednich wyborach też nie było łatwe, ale mimo wszystko skala trudności była mniejsza.

- Poza pracą w centrali prezesuje pan we własnym regionalnym związku. Czy pobiera pan z tego tytułu jakieś wynagrodzenie?
Nie zamierzam niczego ukrywać, jestem w Podkarpackim ZPN na etacie i otrzymuję 4 tysiące złotych miesięcznie. W porównaniu do innych regionów nie jest to suma szokująca, znam przypadki, gdzie wynagrodzenie jest ponad trzykrotnie wyższe. Nieskromnie powiem, że pracuję bardzo ciężko, niekiedy kilkanaście godzin na dobę. Niemal zaraz po zakończeniu naszego spotkania wracam na własne śmieci, czeka mnie spotkanie w Dębicy, a kolejne w Jarosła­wiu. Nie narzekam jednak, lubię to, co robię. Gdyby tak nie było, dawno bym się wycofał. Dodam jeszcze, że wielu prezesów związków regionalnych pra­cuje na etatach. Bo dziś nie może być tak, że szef struktur regionalnych przyj­dzie dwa razy w tygodniu do pracy na kilka godzin. Wiele rzeczy trzeba dopil­nować. Mój związek pod względem liczebności klubów, których jest ponad 600, jest trzeci w Polsce. Szkoda tylko, że z naszą jakością sportową jest trochę gorzej. Na chwilę obecną nie mamy żad­nego przedstawiciela ani w ekstraklasie, ani w pierwszej lidze. Natomiast niektóre kluby borykają się z poważnymi problema­mi natury organizacyjnej – choćby Stal Rzeszów, Resovia czy Siarka Tarnobrzeg. Niektórzy żartują, że zajmuję się obecnie piłką bardziej masową niż wyczynową i do pewnego stopnia jest to prawda. Mam nadzieję, że uda się przywrócić stare, do­bre czasy, gdy mieliśmy trzy kluby w ekstraklasie – Stal Mielec, Siarkę Tarnobrzeg i Stal ze Stalowej Woli. Kiedyś miałem na­wet sympatyczne dylematy – zbliżała się kolejka ligowa, a ja z kolegami dziennikarzami zastanawiałem się, na który mecz mam się wybrać.

- Wróćmy na chwilę do Laty. Niektórzy żartują, że pan urodził go jako prezesa PZPN. Jak się poznaliście?
- Poznałem go dawno, gdy jeszcze rozgrywaliśmy w regio­nie mecze w oldbojach. Były to imprezy na wzór Orłów Gór­skiego. Brałem na mecze znanych w przeszłości piłkarzy, jak Jurek Podbrożny czy Leszek Pisz. Był Janek Domarski, i w pierwszej kolejności Lato. Jeździliśmy po województwie. Piłkarze dostawali jakieś wynagrodzenie, ale ja akurat nie. Dla mnie było zaszczytem, że mogę wystąpić w towarzystwie by­łych gwiazd. I tak się poznawaliśmy, następnie spotykaliśmy się na wszelakich balach i jubileuszach. Bywaliśmy tam z żo­nami, ale wbrew niektórym opiniom nigdy nie byłem u Grze­gorza w domu. Czasami przyjeżdżałem po niego samochodem albo odwoziłem, ale progu nie przekroczyłem nigdy. I na tym właściwie polegała nasza znajomość, przyjaciółmi nigdy nie zostaliśmy. Kiedyś jednak do mnie przyjechał i poprosił, bym w wyborach popierał jego, jako człowieka z regionu. Urodzo­nego – co prawda w Malborku – ale do dziś mieszkającego, dlatego postanowiłem być blisko niego. Niczego konkretnego w zamian nie oczekiwałem, nie stawiałem żadnych wa­runków. Ale nie miałem, bo nie mogłem mieć przecież świadomości, jakie sprawy przybiorą później obrót. W naszej wspólnej związkowej bajce nie mia­ło być na przykład pana Zdzisława Kręciny i jeszcze innych osób. I dlatego w pewnym momencie stwierdziłem kategorycznie, że z tego układu odchodzę, choć wielu kolegów z Podkarpacia odradzało mi ten krok. A ja nie chciałem już tych splendorów i garniturów, tych wyjazdów i obłudy. Zależało mi wy­łącznie na dobru polskiej piłki. Powiedziałem jednak, że kiedyś do centrali wrócę, na co wielu pukało się znacząco w czoło. Nawet dość długo.

- A gdyby o pomoc zwrócił się do pana Boniek w poprzednich wybo­rach, zwycięskich dla Laty, miałby pan dylemat?
- To sytuacja hipotetyczna, wcale tego przecież nie uczynił. Miał swój sztab, swoich pomocników….

- …i przegrał sromotnie, w cuglach wygrał Lato. W którym momen­cie zorientował się pan, że wywalczył zwycięstwo dla człowieka, który ostatecznie nie został dobrym sternikiem PZPN? Kiedy pan zaczął te­go żałować?
- Bardzo szybko. Praktycznie już po dwóch miesiącach. Wygraliśmy, wróciliśmy do domów busem, była radość i kwia­ty. W Mielcu pod jego domem pożegnaliśmy się i ja mówię: cześć, czekam na twój telefon. Mijał tydzień, ale aparat mil­czał, więc nawet pomyślałem, że może się zepsuł. I wtedy za­dzwoniła jakaś dziennikarka telewizyjna z Warszawy z zapro­szeniem do programu. Ja jej na to, że muszę skomunikować się z Latą, to może przyjedziemy razem. I wtedy dowiedziałem się, że Grzegorz już od kilku dni bawi w stolicy. Głupio mi się zro­biło i wtedy nastąpiło pierwsze tąpnięcie. Co innego miało być – pełna współpraca, a wszystko potoczyło się inaczej. Po kilku tygodniach poprosiłem Grzegorza o wyjaśnienia. On na to: uspokój się, wytrzymaj ciśnienie. ]a na to, że ciśnienie trzeba wytrzymywać, ale co najwyżej na pokładzie zanurzonej łodzi podwodnej. Rozejrzałem się po związku i co zauważyłem? Kręcina jest, jeszcze innych ludzi Lato zatrudnia, pewnie wal­czy z bezrobociem – pomyślałem sobie. Nagle w PZPN pracu­ją 104 osoby, chyba zbyt wiele. Córka w pokoju, w drugim syn z córką, tato z synem i tak dalej. No wszystko fajne, ludzi huk, ale żeby jeszcze jakieś kompetencje mieli. Nie mam nic prze­ciwko rodzinom, ale wymagam, żeby jeszcze coś konstruktyw­nego wnosiły do pracy.

- Kogo się wtedy słuchał Lato?
- Powiedzmy sobie wprost – Zdzisława Kręciny i Andrzeja Placzyńskiego, którzy namieszali mu w głowie.

- Kiedy zaczął być pan rozczarowany nie tylko ko­niunkturalizmem Laty, ale i posunięciami w roli szefa związku?
- Już odpowiadam, dokładnie w październiku 2009 roku, a wniosek nasunął mi się w stołecznym hotelu Novotel. Wtedy stwierdziłem, że zostałem oszukany. Uważałem, że w polskiej piłce potrzebne są zmiany, Grzegorz zadekla­rował natomiast publicznie, że jeśli tych zmian nie uda mu się szybko przeprowadzić, to po roku odejdzie. Ale jeszcze wcześniej, bo już tydzień po wyborze, zaprosiłem go na Podkarpacie i wręczyłem mu szablę, mó­wiąc przy tym: – Grzegorz, tnij tą bronią wszystko, co złe w naszym futbolu. Dokonaj dobrych zmian. On wszedł na mównicę i stwierdził: – Naszej piłce trzeba nie rewolu­cji, ale ewolucji. Zapytałem go zatem, o co chodzi z tą ewolucją, bo nic z tego nie rozu­miem. On na to, że też nic nie rozumie, ale Zdzisek kazał mu tak mówić. Jest to chyba najlepsza ilustracja do tego, co faktycznie wówczas w związku się działo.

- Jak się pan czuł w momencie, gdy został obwołany największym oszoło­mem w polskiej piłce? Jakoś też właśnie w tamtym okresie.
– Bolało, momentami nawet bardzo. Ale to już przeszłość. W 2009 roku postanowiłem, że zrobię wszystko, by tego człowieka, który oszukał mnie – ale nie tylko mnie – od tej funkcji odsunąć. Nie myślałem w tym mo­mencie o własnej karierze – proszę to z całą mocą zaakcentować. Zacząłem szukać jakie­goś wyjścia z sytuacji, a takim oknem na świat okazało się prowadzenie błoga. Na początku było 20 wpisów pod każdym tekstem, dziś ta liczba dochodzi do pięciuset. Wiem, bo mam licznik. Dzięki internetowym kontaktom jesz­cze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, jak wygląda sprawa finansów w związku. Wiedziałem już również, jak niekonsekwentnym człowiekiem jest Lato. Jeśli zapowiada w pewnym momencie – i jest to udokumentowane, że o koleją kadencję nie będzie się ubiegał, a później się z tego wycofuje, to zna­czy, że coś jest nie w porządku. To tak, jakby ktoś poszedł do kina, nie dostał biletu, a potem się z tego cieszył, bo podobno film jest słaby. I opowiadał, że sam w porę zrezygnował z zakupu wejściówki, choć jej już w kasie nie było. Lato nie umiał się nawet przyznać, że od środowiska piłkarskiego po czterech latach rządów dostał czerwoną kartkę. Nie tego się spodziewałem po królu strzelców mistrzostw świata, zapewne jedynym w historii, jakiego mieliśmy w Polsce. I tego akurat nikt Grzegorzowi nie zapomni. Bo piłkarzem był fanta­stycznym, kilkaset razy lepszym niż prezesem PZPN. Jednym z najlepszych, ja­kich w życiu widziałem.

– Czy jest pan dziś dumny ze znajomości z Grzegorzem Kulikow­skim? Cokolwiek by powiedzieć, wybierał pan z nim wspólnie Latę, by później, również razem, próbować go obalać.
- Nigdy z tego nie byłem dumny i nie będę. Kilka razy pytałem Latę podczas zwycięskiej kampanii, czy zna Kulikowskiego-tego od późniejszych słynnych taśm. Za każdym razem odpowiadał, że daje za niego głowę i nazywał go przy­jacielem. Tymczasem wyszło, jak wyszło. Dziś coraz więcej trupów wypada z szaf, choćby kwestie związane z wykupem działki pod budowę nowej siedzi­by związku. A wracając do taśm, mówiłem o wszystkich brudach i nieprawi­dłowościach znacznie wcześniej. Ale dopiero wtedy, gdy sprawa się upublicz­niła, zaczęto dawać wiarę moim słowom i dopiero wtedy stałem się człowie­kiem wiarygodnym, a nie wspomnianym oszołomem. Bo wcześniej wszystko zamiatano pod dywan. Było Euro, Euro i jeszcze raz Euro. A gdyby ktoś zabił podczas Euro, to czy nie byłby ścigany i ukarany? Święto piłkarskie świętem, ale o ważnych sprawach nigdy nie należy za] pominąć. Dziś prokuratura nie tyle wszczyna nowe postępowania, ile wraca konsekwentnie do dawnych nieprawidłowości. Sprawdza billingi, rozmowy, połączenia. Sprawdzi też taśmy Kulikowskiego. Ale ja przez ostatnie lata właściwie nie komunikowałem się z nim, podobnie jak bardzo rzadko przekraczałem progi PZPN. Jeśli już, to chodziłem na obrady Komisji Dyscypliny. A właściwie – byłem wzywany i karany finansowo. Niesłusznie, ale do dziś nie wiem nawet, czl te pieniądze zostaną mi oddane. Ostatnio na tę komisję zaprosiłem się sam. I powiedziałem do członków, którzy pracują również w nowej kadencji – popatrzcie w lustro. Ja na razie mogę to robić i nie wymiotuję. Ale czy wy aby na pewno też? Na mnie nakładane były kary tylko za to, że mówiłem prawdę. O działce i innych podejrzanych umowach. Zapadła cisza, a ja po prostu opuściłem towarzystwo. Teraz piłka jest po ich stronie, przecież te kary można jeszcze anulować…

- Jak pan myśli, czy taśmy Kulikow­skiego ujrzały światło dzienne w całości?
- Na pewno nie. Jak go znam, mogę po wiedzieć, że on jest przemocnym graczem i rzucił na szalę walety, może króle, ale as] trzyma u siebie. Dla własnego, jak to się mawia w pewnych kręgach, bezpiecznika.

- Był pan w strukturach komisji zajmującej się nabyciem działki pod siedzibę? Zdążył się pan umoczyć w tej sprawie?
- Znalazł się nawet jeden dziennikarz, który stwierdził, że jestem w sprawi działki zamieszany. Powiem wprost – jak państwo wiedzą, 30 października 2009 roku złożyłem rezygnację, natomiast działka została kupiona raptem półtora roku temu. To co ten dziennikarz wypisuje? Nie pozwolę, by ktoś posługiwał się nieprawdą i bezkarnie szargał moje dobre imię, już podjąłem stosowne kroki w tej sprawie. Mnie po prostu wtedy już nie było w tej komisji, gdy dochodziło do czynności związanych z kupnem tego terenu. Po prostu przewidziałem, co się może zdarzyć. Powiem nawet więcej, nie interesowała mnie pewna propozycja… Ta siedziba na pewno nie miała kosztować pięćdziesiąt, ale dobrych sto milionów złotych.

– Ale tak z ręką na sercu. Czy zajmując się kampanią Laty nie zda wat pan sobie sprawy z tego, że nie stanowił najlepszego materiał na prezesa?
-Jeździłem z nim na spotkania. Do Gdańska czy Opola. Potwierdzam, że wiele spraw musiałem poruszać zamiast niego. Ludzie się jednak zmieniają, dojrzewają do pełnionych stanowisk. Miałem nadzieję, że tak będzie w przypadku Grzegorza. Myliłem się.

– Ale i dziś nie brakuje niepokojących sygnałów. Nieokreślona pensja nowego prezesa, jego obywatelstwo. Występy Zbigniewa Bonk w reklamach zakładów bukmacherskich. Czy nowemu zarządowi się podoba?
- Od wyborów minęły trzy miesiące i do tej pory odbyły się trzy zarządy. Nie było jeszcze rozmów na ten temat. Pamiętam jednak, że Lato na dobre jeszcze nie zaczął pracować, a już mówił, że powinno mu się podwyższyć wynagrodzenie. Powiedziałem wtedy – drogi Grzegorzu, nie zaczynajmy może od pensji, ale raczej od daleko idących zmian w polskiej pitce. Najpierw trzeba coś kreatywnego zrobić, a potem walczyć o podwyżkę. On na to: – No dobra, niech byndzie. Tak właśnie powiedział: byndzie. Mam wrażenie, że mógł to być pomysł Kręciny. Nikt przecież nie wiedział o tym, że trzy czwarte wyna­grodzenia prezesa trzeba będzie wypłacać sekretarzowi. Dlatego Kręcina z cie­nia mógł nakręcać całą tę sprawę.

- Czy Boniek pobiera związkowe pieniądze?
- Z tego, co wiem, na razie jeszcze nie. Dysponuje złotą kartą, a takie są w związku dwie – dla prezesa i sekretarza. Wolałbym, żeby miał pensję, bo wte­dy obyłoby się bez podtekstów i złośliwych komentarzy. On co prawda stwier­dził kiedyś, że nie zamierza pobierać pieniędzy, ale moim zdaniem wcale nie musiał tak mówić. On może zarabiać mniej pieniędzy od Laty, ale być może wychodzi z założenia, że najpierw warto pokazać kawałek dobrej pracy. Na ra­zie nie brakuje innych spraw, ciągle na tapecie jest siedziba, a nasza praca cią­gle przypomina chodzenie po polu minowym. Co rusz wyciągamy jakieś za­wleczki. To nie jest dobre nawet dla polskiego futbolu, bo jak długo mamy żyć przeszłością? Najwyższy czas, by pomyśleć o jutrze. Chcemy pokazać, że przy­szliśmy ze zmianami, z pomysłami, a nie tylko po to, aby być.

- Niemniej Boniek niedawno – i to w autoryzowanym wywiadzie – powiedział, że jego polskie prawo nie doty­czy. Chodzi o te reklamy. W kampanii wyborczej, pod­czas wizyty w naszej redakcji, zapowiedział, że się z tych reklam wycofa.
- Nie będę zmyślał ani improwizował. Nie jestem w tym te­macie na tyle zorientowany, by się autorytatywnie wypowia­dać. Może rzeczywiście warto na ten temat porozmawiać pod­czas obrad zarządu, ale trzeba by znać szczegółowo problem, jeśli w ogóle jest to problem. Na razie zajmujemy się innymi zagadnieniami. Od rana do wieczora.

- Czy bez pana pomocy Boniek zostałby prezesem?
– Trochę niezręcznie jest mi wkraczać w te obszary. Do pewnego momentu nie byłem pewien, czy ma być to Zby­szek Boniek. Jako osobowość on mi się bardzo podoba, ale od trzech lat mówiłem, że w związku niezbędne są zasadnicze zmiany. I nie wiedziałem, czy Boniek nie pójdzie z ludźmi, któ­rzy będą chcieć bronić starych układów. Czekałem zatem do końca, bo chciałem uniknąć kolejnej kosztownej pomył­ki. I sytuacji, w której zarzucano by Greniowi: niby chciał zmian, a poszedł pod rękę ze starą kapelą. Nie chciałem się dać wkręcić w złą sytuację. Prezes niby nowy, ale otoczył się opa­trzonymi twarzami. To by mi nie pasowało. Na szczęście Zby­szek od początku poszedł drogą reform.

- A czy nie boi się pan, że przyjdzie nowa brygada, która będzie kręciła własne lody? Na przykład zwolnie­nie Mirosława Dawidowskiego, trenera 16-latków, gdy ten powinien przygotowywać drużynę do ważnych za­wodów, może być takim złym przykładem. Nie ma pan obaw, że zaczyna się nowe kumoterstwo?
- Takie pytania padły ostatnio na zarządzie. To prawda, że w związku po­winna zapanować transparentność. Nie taka jak z tą nieszczęsną działką. Mó­wiono głośno o kupnie czy sprzedaży, ale nikt nie wspomniał, że naprawdę chodziło tylko o wieczystą dzierżawę. Że nie ma do niej dojazdu, że jakaś rura wystaje z ziemi. A co do trenerów wątpliwości były. Ale Roman Kosecki za to odpowiada i pod swoimi decyzjami się podpisuje. Po naszych pytaniach stwierdził, że za wszystko bierze pełną odpowiedzialność i ta wypowiedź jest nagrana i zaprotokołowana. A skoro on jest wiceprezesem do spraw szkolenia i stwierdził, że trenerów należy zmienić – w tym Dawidowskiego – to ja pod­niosłem rękę za. Dotąd nie miałem powodów, aby mu nie ufać.

– Za jakie pieniądze ci nowi trenerzy będą pracowali?
- Do tej pory wszyscy szkoleniowcy mieli 800 tysięcy złotych rocznie, a te­raz ta kwota ulegnie istotnej redukcji. Teraz budżet na ich wynagrodzenia bę­dzie wynosił 450 tysięcy.

- To chyba niezbyt wiele, jeśli weźmiemy pod uwagę premię przy­znaną kierowcy Grzegorza Laty.
-Widywałem go. Można to dosadnie określić. Kradzież w biały dzień, gdy wiadomo, ilu pieniędzy brakuje na choćby prawidłowe szkolenie młodzieży.

– Na czym – pana zdaniem – powinna polegać restrukturyzacja związku? Finansowa i personalna?
- Już o tym wspominałem. Pieniądze może nie są w życiu najważniejsze, ale ważne na tyle, że czasami trzeba ludzi motywować. Ale po pierwszych dobrych efektach, a nie przed początkiem budowy nowego domu. Nie zapłacę z góry, jeśli wiem, że robota zostanie spaprana. Przy okazji niektórzy będą musieli odejść, a niektórzy już odeszli. Nie do pomyślenia jest, by pani, której zadaniem było wci­skanie dzwonka, zarabiała duże pieniądze. Związkowi nie przybyło podmiotów, lig i reprezentacji. Ale 104 osoby na ogarnięcie tego to było stanowczo za dużo.

- A ile teraz zarabiają ważni ludzie w związku? Choćby sekretarz generalny?
- Istnieją sposoby, by się tego dowiedzieć. Są to wartości bardziej wyważone niż poprzednio, dużo niższe. Ze zrozumia­łych względów o zarobkach pracowników związku nie mogę się wypowiadać. A i ludzie, którzy zostali w związku, dostali pisma z wiadomością o redukcji zarobków. I musieli się szybko zdeklarować – wyrażają zgodę czy nie.

- Czy w nowej strukturze Andrzej Placzyński będzie tak mocny jak podczas kadencji Laty?
- Myślę, że nie. Boniek nie da się przesuwać z lewej do pra­wej. A za Laty było ciekawie. Placzyński mówił do Laty: – Tak bym to zrobił. Kręcina: – Ja też bym tak zrobił. Rudolf Bugdoł jak wyżej. A Lato na to: – Wiecie, ja też tak myślałem od same­go początku! Z Bonkiem jest inaczej. Oczywiście słucha rad, ale to on podejmuje ostateczną decyzję. I tak powinno być.

- To jeszcze o siedzibie. Jaka jest pana koncepcja? Wynajem, kupno gotowego budynku czy budowa od podstaw?
- Najważniejsze, że sprawa tej działki została wstrzymana, bo według moich wyliczeń poszłoby ze 120 milionów złotych na budowę. Byłaby to najdroższa siedziba nowożytnej Europy. Teraz przyglądamy się Stadionowi Narodowemu i pomiesz­czeniom ulokowanym tuż obok tego obiektu. Kiedyś pojawiła się szansa nabycia siedziby położonej tuż przy Dworcu Cen­tralnym. Wymarzone miejsce, tuż przy hotelach. Wtedy chcia­no za nią 23 miliony złotych. Dodalibyśmy z siedem na remont i byłaby piękna własność. Ale Kręcina z Latą pokręcili nosami i stwierdzili: – Za mała klatka, Józek się nie zmieści. – Jaki Jó­zek? – zapytałem. Oleksy, do cholery? – No, Józek Blatter – pa­dła odpowiedź. Prawda, że fajna? Tylko, do cholery, ile razy może do Polski przylecieć Józek Blatter? Raz na pięć na lat?

– Czy gdyby Kazimierz Greń złożył kolejne oświadczenie, że rezy­gnuje z pracy w związku, znaczyłoby ono, że w centrali znowu zaczy­na źle się dziać?
- Jestem za bezwzględnym porządkiem i zapewniam, że nikt mnie nie za­knebluje, bo posłańców przynoszących złe wieści nie należy zabijać. Chcę rozmawiać, posiłkując się poważnymi argumentami. Mediów nie będę uni­kał. I jeszcze jedną rzecz prostuję. Nieprawdą jest, że Boniek zarządza związ­kiem na odległość, z perspektywy Włoch. A i taki wszystkowiedzący znalazł się wśród dziennikarzy. Wyjechał raptem raz po wygranych wyborach, a po­tem dopiero w okresie świątecznym. Krytykujcie, patrzcie nam na ręce, kontro­lujcie, ale nie szukajcie tanich sensacji.