Startujemy od zera

Futsal. Jedna z odmian piłki nożnej ciesząca się w świecie sporą popularnością. Ma to swoje praktyczne uzasadnienie. W halach gra w piłkę setki tysięcy amatorów w różnym wieku, od dzieci począwszy na nawet zaawansowanych wiekowo oldbojach skończywszy. Dziś już nikt nie zliczy ile w Polsce odbywa się turniejów klubowych i amatorskich. W ligach gminnych, miejskich, środowiskowych, zakładowych, komercyjnych gra setki tysięcy chłopaków, dziewczynek, mężczyzn czy kobiet. Piłka halowa to dzisiaj sport powszechny.

Cztery lata temu staliśmy już na progu u bram światowego futsalu. Graliśmy jak równy z równym z zespołami Rosji, Serbii, Włoch. Z szacunkiem podchodziły do spotkań z naszą reprezentacją takie kraje jak Portugalia, czy Hiszpania. Było, minęło. Ostatnia kadencja nie była łaskawa, także dla tej odmiany piłki. Polecieliśmy na łeb na szyję w rankingach. Ponieśliśmy kilka kompromitujących porażek i to o zgrozo nawet organizacyjnych. Ogólny marazm płynący z PZPN-u udzielił się także piłce klubowej. Sukcesy Clearexu na europejskich parkietach przeszły do historii.

Startujemy od zera. Przed nami dwa towarzyskie spotkania z Mołdawią. Nasz przeciwnik to jedna z wielu europejskich drużyn, która dopiero buduje fundamenty pod profesjonalną piłkę halową.

To dobry przeciwnik na początek reaktywacji futsalu w Polsce.

Podkarpacie po czterech latach dostało przywilej zorganizowania meczu i wywiążemy się z naszej roli bez zarzutu.

Korzystając z okazji serdecznie zapraszam wszystkich sympatyków tej wspaniałej widowiskowej dyscypliny. Przyjeżdżajcie całymi grupami i dopingiem pomóżcie naszej reprezentacji zrobić wynik i uwierzyć, że mogą „rządzić” w przyszłości na futsalowych parkietach nie tylko Europy.

Spotkania w Okręgu Jarosław

Kolejne robocze spotkania z klubami odbyły się w okręgu Jarosław. W sobotnie popołudnie w Jarosławiu, a w niedzielę w Przeworsku.

Podsumowanie jesiennej rundy, sprawy bezpieczeństwa, dyskusja nad codziennymi problemami funkcjonowania Okręgu to wiodące tematy.

Poza programem spotkań, nie mniejszym zainteresowaniem cieszyły się relacje prezesa K. Grenia, takie „od kuchni” z wyborów w PZPN.

Przemiłym akcentem było też losowanie upominków w postaci sprzętu AGD i kompletu strojów, jakie ufundowała jedna z jarosławskich hurtowni.

Upominki prezesom wygranych klubów Wiraż Chłopice i Polonia Korczowa wręczył prezes Okręgu Mieczysław Golba.

Uatrakcyjniać trzeba na boisku, nie przy stoliku

Praktycznie nie ma roku, by ktoś nie wyszedł z nowatorskim pomysłem mającym na celu reorganizację rozgrywek piłkarskich. 2012 rok także nie pozostał wolny od takich zamierzeń. Pojawiły się takie w samym Kierownictwie Ekstraklasy, a upublicznił je sam prezes spółki Bogusław Biszof.

W swych wypowiedziach zastrzega się, by tych pomysłów nie podciągać pod żadne reorganizacje, czy reformy. Tłumaczy to próbą uatrakcyjnienia rozgrywek.

Jestem dwoma rękami, za przedstawianiem pomysłów, nowych bądź alternatywnych rozwiązań, by sportowy poziom ligowej piłki poszedł znacząco w górę.

Nie byłoby postępu w świecie w żadnej dziedzinie bez ścierania się poglądów, wymiany doświadczeń, „burzy mózgów”, prób, ryzyka, odwagi.

Szanując pomysły panów z Ekstraklasy pragnę zwrócić uwagę Panu Prezesowi, że jest on także członkiem Zarządu PZPN i na sprawy piłki winien teraz spoglądać z odrobinę szerszej perspektywy, niż tylko interesy Spółki, której prezesuje.

Popieram pomysł uatrakcyjnienia rozgrywek. Piłka jest dla ludzi, w tym konkretnym przykładzie dla Kibiców – Polaków i im też należą się wspaniałe widowiska sportowe. Za zadowoleniem z emocjonalnych przeżyć podczas meczu pójdzie wzrost sprzedaży biletów, pójdą zyski z reklam. Będzie łatwiej, bo będzie „bogaciej”.

Uważam jednak, że najkrótszą drogą do tego nie jest ilość (rozgrywanych meczy), tylko jakość. Wydaję się być sprawą oczywistą, że kibic, sponsor wolą jeden mecz na wysokim poziomie, niż dwa na kiepskim.

Szukając zatem pomysłów na podniesienie poziomu gry, osiągniemy zamierzenie nazywane dzisiaj uatrakcyjnieniem.

Pole do popisu jest szerokie. Trzeba znaleźć, wyszkolić wykonawców, czyli piłkarzy. System sprowadzania piłkarzy zza granicy, w Polsce nie wypalił, bo bariera finansowa jest nie do przeskoczenia. Sprowadzamy zatem piłkarzy tanich, prezentujących poziom sportowy taki jaki widzimy. Proponuję odwrócić proporcje. Szkolić tak, by np. w Wiśle Kraków odwrócić proporcje. W ostatnim meczu Białej Gwiazdy na 14 zawodników grało tylko 5 Polaków. W Legii przewodzącej w tabeli – dziesięciu. To daje do myślenia.

Siłą Zarządu PZPN jest różnorodność i fachowość. Nie wątpię ani przez chwilę, że uatrakcyjnienie rozgrywek w Polsce poprzez podniesienie poziomu gry polskich zawodników stanie się faktem, także dzięki działaniom Bogusława Biszofa.

 

Cierpliwości

Nie od razu Kraków zbudowano. Co nagle to po diable i jeszcze kilka innych powiedzeń można przywołać, by przypomnieć sobie, że nic się samo nie dzieje tak od razu.

Do czego zmierzam? Wybory do władz PZPN odbyły się trzy tygodnie temu, a niektórzy spodziewali się w ciągu kilku następnych dni spektakularnych zmian.

Przypomnę tym, którzy dzisiaj wygłaszają takie opinie, że jeszcze niedawno byli przeciwni wszelkiego typu rewolucyjnym zmianom, a wyraz ewolucja był najczęściej przez nich proponowanym sposobem na PZPN przyszłości.

Cóż z tego, że na zasyfionym stole, pokrytym obskurną ceratą, ktoś postawi złotą zastawę.

Dobry gospodarz, najpierw posprząta na tym stole, doprowadzi go do użytku i jeszcze uczciwie zapyta czyja to cerata, by po nie swoje ręki nie wyciągać, ani nie babrać się w czyichś brudach.

Nie inaczej ma się sprawa z naszymi piłkarzami grającymi w reprezentacji Polski. Oni też muszą się otrząsnąć po czteroletnim marazmie, jaki niezmiennie trwał wokół nich. Jeżeli ktoś myśli, że im się nie udzielał – organizacyjny bałagan, niekompetencje otaczających ich ludzi, ośmieszający związek prezes, afery orzełkowe, nieprzygotowane stadiony, zmieniające się koncepcje, mówiący dziwne rzeczy trener w dresie – to jest w grubym błędzie.

To, że zostali może nawet z odrobiną przypadku rzuceni na głęboką wodę, bo mecz z Urugwajem taki był, wyjdzie im i nam tylko na zdrowie. Urugwaj nie licząc spotkań na Euro, był najmocniejszym zespołem, z jakim przyszło zmierzyć się reprezentacji Polski z trenerem Smudą, jako selekcjonerem.

Cierpliwości drodzy Państwo, cierpliwości.

 

Można

Za nami pierwszy mecz reprezentacji Polski po wyborach nowych władz PZPN. Przyznam, że nie był to organizacyjny spacer, tylko raczej zabawa w straż pożarną. To zresztą nie jedyny „ból głowy”, jaki pozostawiła obecnemu kierownictwu związku poprzednia ekipa.

Najważniejsze, że organizacyjnie wszystko przebiegło zgodnie z planem. Mecz planowany na Gdańsk odbył się w Gdańsku. Trzeba było dostosować murawę, to ją wymieniono. Można?

Trzeba było zapełnić stadion, to zadano sobie trud i po zgłębieniu tematu dostosowano ceny biletów do rynkowych możliwości nabywców. Można?

Ktoś kompetentny pamiętał o jubileuszowym występie Roberta Lewandowskiego. Można?

Dziennikarze nie mieli problemów z akredytacją. Nareszcie zgodnie z zasadami przyzwoitości „weszli” także ci z Weszlo.com i nikt decyzji o akredytacji nie weryfikował zawartością poruszanych na portalu tematów. Taki w końcu ich zawód, by chwalić, ganić i wszystko jest w porządku, jeżeli tylko te opinie mają potwierdzenie w faktach, a nie są tylko sztuką dla czyjegoś interesu. Można?

W VIP- roomie nie zabrakło gorzały (to też nowość) i nie było widać słaniających się na nogach notabli.

Zarząd PZPN po raz pierwszy od iks lat nie był schowany w wydzielonym pokoiku, tylko jego członkowie oglądali spotkanie wraz z kilkusetosobową grupą zaproszonych gości. Można?

Jedna rzecz się tylko nie zmieniła. Fantastyczna postawa i doping kibiców, pomimo niekorzystnego wyniku.- Polacy nic się nie stało – to przyśpiewka budująca i zawodników, i sztab szkoleniowy, i samych kibiców.

Przepraszam, jedna rzecz u kibiców uległa zmianie. Po raz pierwszy od sześciu lat nikt nie śpiewał o mało przyzwoitej czynności na „j” wykonywanej na PZPN-ie. Dedykuję to wszystkim tym, którzy uważali, że tylko tytuł mistrzów świata może spowodować zmianę kibicowskiego repertuaru. Byli w błędzie i dobrze, że zjazd wyborczy zrezygnował z usług większości z tych panów.

Można? Można.

PS.
Pragnę jeszcze zapewnić piłkarzy, że z każdym trzeba powalczyć i MOŻNA to zrobić.

Wygrana cieszy

Nigdy nie przypuszczałem, że choć w minimalnym stopniu będę miał kiedyś wpływ na zakłady bukmacherskie. Podczas wyborów do PZPN, zupełnie niechcący przeżyłem jednak przygodę, która zachwiała kursami w skali kraju.

Do tej pory, w tym moim krótkim, niekrótkim (jak kto woli) życiu, nie miałem do czynienia z obstawianiem zakładów. Kursy, wygrane za bramkę do przerwy, podpieranie się remisem to hasła, z którymi wielu wiąże nadzieję na poprawienie swojej sytuacji finansowej, a jak wielu się to udaje trzeba by chyba szukać w jakichś statystykach.

Nie wiedziałem, powiem Państwu szczerze, szczerze Państwu powiem jak poprzedni prezes, że wybory do władz PZPN miały również swoje notowania w tego typu zakładach.

Ktoś sobie zadał wiele trudu, by Potokowi czy Kręcinie przyporządkować stawkę odpowiednią do ich wyborczych szans.

Bo tak. Najpierw się oblicza współczynnik procentowy, biorąc pod uwagę marżę bukmacherską. Potem następuje szacowanie prawdopodobieństwa, a na końcu ustalanie kursu według jakiegoś tam wzoru.

Może spałbym ostatniej, przedwyborczej nocy spokojnie, gdybym był świadomy, że akcje Bońka w tych wyliczankach stoją dość wysoko, czyli za postawioną złotówkę zdecydowanie mało płacą. Na swoje nieszczęście nie wiedziałem i snu zażyłem tyle, co nic. Rano pojechałem do jednej z telewizji i nie wiedząc, że słowa wypowiadane przed wejściem do właściwego studia już są rejestrowane, proponowałem jednemu z delegatów zakład o milion złotych, że Zbyszek Boniek wygra te wybory.

Konsekwencje tego zakładu, (do którego zresztą nie doszło) okazały się brzemienne w skutkach dla całej obstawiającej w kolekturach Polski. Gdy poszła w eter informacja o tym wydarzeniu, na skutek pytania dziennikarki na antenie o ten zakład, punkty ponoć w całej Polsce zawiesiły przyjmowanie zakładów na wynik wyborczy Zbyszka Bońka.

W tym miejscu muszę przeprosić wszystkich, którzy liczyli na mniejsze, bądź większe zyski związane z wyborami, ale na pocieszenie dodam fakt, że niedługo wszyscy możemy zostać zwycięzcami, za przyczyną nowego prezesa PZPN

Bo cóż może bardziej ucieszyć kibica jak nie wygrana. Oczywiście wygrana nie kilku, kilkudziesięciu, czy kilkuset złotych, tylko wygrana polskiej reprezentacji, czego sobie i Państwu gorąco życzę.

Minuta relaksu

Minęły ledwo dwa tygodnie po wyborach w PZPN, a atmosfera wokół piłki stała się jakby inna, czyli cieplejsza. Tak wręcz samoistnie.

Pierwsze posiedzenie Zarządu także odbyło się w spokojnej, merytorycznej atmosferze. Ruszamy naprzód. Po zmiany.

Świat także goni. Dla zdrowia radzę, przynajmniej na kilka minut wyhamować i oddać się relaksowi pięknej piosenki, a to że jej pierwszy wers brzmi „Na spacer pójdę z psem na smyczy” jest już w chwili obecnej niewiele znaczącym szczegółem. Miłych wrażeń. Spokojnego dnia.

Za szybą

Na spacer pójdę z psem na smyczy
Na ławce w parku zakurzę fajkę
Nie kupię kwiatów na wyczekanym skwerze
Więc nie dzwoń do mnie, kiedy będę stary.

Dokończę swą najnowszą książkę
Na chandrę znów będę za twardy
Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę
Nie dzwoń do mnie, kiedy będę stary.

Patrz na mnie
Spieszyć się nie należy
I ze wszystkiego otrząsać się jak pies.

Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę
Nie dzwoń do mnie, kiedy będę stary.

Idziemy w dobrym kierunku

Członek zarządu PZPN Kazimierz Greń przyznał, że był pod dużym wrażeniem podczas pierwszych obrad tego gremium za kadencji nowego prezesa Zbigniewa Bońka. – Wszystko zostało przygotowane profesjonalnie. Widać, że idzie ku dobremu. Dzisiaj nie było mowy o pensji zarządu i prezesa – powiedział.Kazimierz Greń /Marek Biczyk /Newspix.plKazimierz Greń/Marek Biczyk /Newspix.pl

Pierwsze posiedzenie nowego zarządu odbyło się w środę w Warszawie. Jego członkowie okazali się bardzo zdyscyplinowani. W przeszłości często wychodzili w trakcie obrad zarządu, rozmawiali z dziennikarzami, tymczasem w środę od rana nikt nie opuścił sali.
W Warszawie odbyło się pierwsze posiedzenie nowego zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej. – Niektóre rzeczy są na pewno do zmiany – powiedział nowy prezes piłkarskiej centrali Zbigniew Boniek.
– Jest dwanaście nowych osób (w 17-osobowym gronie, nie licząc prezesa). Chcemy, żeby to naprawdę inaczej wyglądało niż dotychczas. Oczywiście nie będziemy unikać mediów. Ja nie zmienię frontu. Jeśli stanie się coś złego, to będę o tym mówił. Podobnie jak o dobrych rzeczach – zaznaczył Greń, prezes Podkarpackiego PZPN, który zasiadał w zarządzie również w latach 2004-2009.
- Co się zmieniło? Widzę dużo młodych osób w zarządzie, to mnie bardzo cieszy. Nowością są m.in. kartki z nazwiskami przedstawicieli zarządu, nikt nie musi szukać swojego miejsca. Profesjonalnie przygotowano dla nas konkretne dokumenty, wiele innych rzeczy też zostało dopiętych na ostatni guzik. Widać, że idzie ku dobremu – zaznaczył Greń.Czy to znaczy, że teraz – w przeciwieństwie do poprzednich lat – nie będzie żadnych spierających się frakcji w PZPN?

– Uważam, że wcale nie jest dobrze, gdy wszyscy mówią tak samo. Można wówczas zabrnąć w ślepy zaułek. Musi być merytoryczna „burza mózgów”. Jest sporo nowych osób w zarządzie, liczymy na ich pomysły i współpracę. Może dzisiaj mieli małą tremę, ale to nie znaczy, że nie zabierają głosu. Przecież mamy różne głosowania i każdy podejmuje decyzję tak, jak uważa – powiedział Greń.

Nowy zarząd nie zadecydował na razie w sprawie budowy swojej siedziby w Wilanowie (umowę podpisały poprzednie władze). Obecnie piłkarska centrala wynajmuje pomieszczenia w budynku przy ul. Bitwy Warszawskiej. Podjęto natomiast kilka decyzji personalnych. Nowym sekretarzem generalnym związku został Maciej Sawicki, szefem Wydziału Dyscypliny Mikołaj Bartosz, a rzecznikiem dyscyplinarnym – Adam Gilarski.

– Poruszaliśmy trudne tematy, była prezentacja wizualna nowej siedziby. Ale nie możemy skupiać się tylko na tym, jest wiele innych spraw. Przecież trwają rozgrywki Ekstraklasy, pierwszej i drugiej ligi. Mamy mecze futsalu, piłki kobiecej, zgrupowania reprezentacji itd. Dzisiaj nie było mowy o pensji zarządu i prezesa. Mieliśmy jedenaście punktów obrad, a proszę zobaczyć, jak długo to trwało. Od razu po obradach poszliśmy na konferencję prasową – zakończył prezes Podkarpackiego ZPN.

Kolejne obrady zarządu zaplanowano na 12 grudnia.

materiał ze strony Interia.pl

Złapaliśmy się za głowę, gdy zobaczyliśmy stan związku…

Cztery lata temu szef Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej Kazimierz Greń był ojcem sukcesu wyborczego Grzegorza Laty. Szybko jednak zawiódł się na swoim kandydacie. Teraz poparł Zbigniewa Bońka. – Po pierwszym posiedzeniu zarządu bez wątpienia nie jestem rozczarowany nowym prezesem – mówi nam Greń.

Kazimierz Greń

fot. Newspix

– Trochę złapaliśmy się za głowę, gdy po raz pierwszy zapoznaliśmy się z faktycznym stanem związku. Mówiłem o tym wcześniej głośno i wyraźnie. Cieszę się, a bardziej mam pewną satysfakcję, że teraz okazało się to prawdą, a przecież za moje słowa wiele razy byłem karany przez Wydział Dyscypliny – mówi w rozmowie z Eurosport.Onet.pl Greń.

– W tej chwili jest sporo pożarów, które trzeba na bieżąco gasić. Nie możemy się jednak skupiać tylko na jednej sprawie. Mam na myśli budowę nowej siedziby. Dzieję się naprawdę dużo rzeczy, jest piłka kobieca, rozgrywki futsalowe, gra Ekstraklasa.

– Bez wątpienia ludzie w nowym zarządzie to osoby z którymi można znakomicie współpracować. Każdy ma pomysł, co już na pierwszym naszym zebraniu było widać. Jest dużo młodych, którzy mają wizję i chcą zmian w polskiej piłce. Nie boją się o tym mówić. Nie jestem zawiedziony nowym prezesem. Gdy szefem związku został Grzegorz Lato, szybko to, co mówił okazało się nieprawdą. Nie wypełniał obietnic wyborczych złożonych delegatom. Z tego, co teraz widzę w przypadku Zbigniewa Bońka, to tak nie jest.

Przed nami teraz pierwsze ważne wydarzenie za kadencji nowego zarządu, a więc spotkanie towarzyskie z Urugwajem w Gdańsku. Zmniejszono już ceny biletów i podjęto decyzje o zmianie murawy.

– Decyzja o interwencji w związku z problemami z trawą w Gdańsku była prosta do podjęcia. Nie chcemy, aby były jakieś problemy, dlatego interweniowaliśmy od razu. Na mecz trzeba pójść spokojnie i cieszyć się widowiskiem, a nie myśleć o tym, czy mecz się w ogóle odbędzie – zakończył Greń.

material ze strony Onet.pl

Wzór

Jerzy Janowicz, to po Małyszu, Stochu, Kubicy, siostrach Radwańskich, Lewandowskim kolejne objawienie w polskim sporcie. Osobiście boleję nad słowem „objawienie”.

Stąpam twardo po ziemi i doskonale zdaję sobie sprawę, że mało który kraj ma w elicie po kilku przedstawicieli wybranej dyscypliny. To przecież wypadkowa niesamowicie wielu czynników, w tym także tego finansowego. Wydaje mi się jednak, że w naszym kraju, bez szansy na zaistnienie przepada zbyt wiele czystej wody talentów.

Cechami charakteru, jakie posiada Janowicz, można by obdzielić jeszcze kilku innych sportowców. To niebywałe, żeby u jednego człowieka doskonale ze sobą harmonizowała niesamowita, ale pozytywna agresja z jednej strony i opanowanie, zwane potocznie „chłodną głową” z drugiej. Potężna siła przy serwisach posyłanych w stronę przeciwnika, wymiany z głębi kortu i wprost proporcjonalna do niej finezyjna technika (słynne już drop shoty, które wybiły finał z głowy Gillesowi Simonowi), to też przykład na uniwersalność Jurka. Janowicz to chodzący kalkulator i płaczący jak dziecko po zwycięstwie chłopak. Ile piękna i potęgi w tym człowieku, a tak niewiele brakowało, by znała go tylko najwierniejsza grupa sympatyków tenisa. Nie było przy jego rozwoju i promocji – państwa, nie było związku, nie było sponsorów. Dziś są wszyscy.

Jak się to ma do piłki? A tak, że w Polsce także przepadają talenty piłkarskie. Nie będę się teraz bawił w głębsze analizy, dlaczego tak się dzieje. Wiem jedno, nie wolno nam zmarnować ani jednego z nich. Może Hiszpanów, czy Brazylijczyków na to stać, nas nie.

Pozwolę sobie tylko wyjaśnić, co rozumiem pod słowem talent. To człowiek mówiąc kolokwialnie urodzony do piłki, ale także chłopak, który CHCE pracować. Talent to człowiek z mentalnością zwycięzcy. To facet, który płacze po zwycięstwie, a nie dlatego, że musi trenować 6 dni w tygodniu. To facet, który narzeka, że przegrał, a nie dlatego, że musiał grać 6 ważnych meczy pod rząd co trzy dni. To facet, który stawiana rozwój, a nie stawia się, że ktoś mu się każe rozwijać.

Janowicz – poznaliśmy go, jak grał osiem spotkań z czołówką europejską dzień po dniu przez osiem dni. Ostatnie spotkanie przegrał, ale pozostał moralnym zwycięzcą turnieju. W każdym meczu przebiegał dystans liczący ponad trzy, cztery kilometry. Nie słyszałem, żeby finałową porażkę usprawiedliwiał swoim ciężkim losem, czy kalendarzem rozgrywek.

Jak się to ma do ogólnie bardziej lub mniej znanych nam piłkarzy. Ile tam potu, ale ile żelu na głowach. Ile wymagań od siebie, a ile od zapisów w kontraktach.

W sporcie jak w przyrodzie. Musi panować harmonia i myślę, że już niedługo w Polsce żaden młody piłkarz o mentalności Janowicza, nie będzie musiał być zdany na łaskę, bądź niełaskę otoczenia, w jakim przyszło mu przyjść na świat.