Niech piłka łączy

Trzy i pół letni koszmar snu nocy letniej odszedł w mrok historii. Bezpowrotnie. Październikowy zjazd miał zdecydować, czy zafundujemy sobie podczas nowej kadencji powtórkę z rozrywki, czy tchniemy nowe życie w dogorywającą materię związku.

Na dzień dzisiejszy jestem pewny, że dokonano właściwych wyborów. Ocenę tę buduję nie tylko na moich obiektywnych przemyśleniach. Potwierdzają ją także ogólnospołeczne nastroje, zapoczątkowane już przez zebranych w Sheratonie i to nie tylko delegatów, ale także gości zjazdowych i przedstawicieli mediów.

Każdy z pretendentów do funkcji prezesa przybył na salę obrad wraz ze swoją historią (czyt. życiorysem) i co oczywiste z planami na przyszłość, które zamierzał wcielać w życie. Szczęściem dla naszej piłki jest fakt, że te plany były łatwe do rozszyfrowania. Nawet forma wystąpień programowych w niektórych przypadkach utwierdziła zebranych w swych przekonaniach i ocenach.

Samo głosowanie, (choć tajne) praktycznie przebiegło według założonego planu, choć nie ukrywam kilku delegatów, już na początku zagrało wbrew regułom fair play. Na szczęście bez specjalnych konsekwencji, także dla nich.

Nasuwa mi się ciekawe spostrzeżenie, że w tych wyborach tak praktycznie nie ma przegranych.

Nowy prezes ma pomysły na rozwój klubowej piłki, w tym także na zmiany w szkoleniu.

Wypowiedzenie słów: – PZPN to szesnaście związków wojewódzkich, a nie piętnaście – powinno uspokoić wszystkich, także tych, którzy potencjalnie czują się przegranymi, a kiedyś dokładali swoje pięć groszy do izolacji Podkarpackiego ZPN. Uspokoić, ale chyba także trochę zawstydzić. Pod. ZPN mnie miał łatwego życia z byłym prezesem, któremu niejednokrotnie zgodnie i dzielnie wtórowało kilku panów z południa Polski z jednym z kandydatów na czele, wspomaganym przez dwóch innych prezesów.

Kiedyś Ryszard Niemiec, był wyrazicielem opinii, że warto być z Greniem. Ja się nie zmieniłem. Robiłem to, co uważałem za słuszne. Ryszard Niemiec za to zmienił zdanie i począł traktować mnie jak wroga.

Stoję na stanowisku i mniemam, że także większość podkarpackiego środowiska piłkarskiego podziela moje zdanie, iż na pewne wydarzenia należy opuścić zasłonę milczenia i zapomnienia. Mamy okazję zrobić coś wspaniałego, więc słowo WYBACZAMY niech będzie kluczem do otwarcia nowego rozdziału w dziejach PZPN.

Pod kierownictwem Zbigniewa Bońka, niech hasło „Piłka nas łączy” nabierze właściwego znaczenia.

Dziennikarz opłacony. Boniek prezesem.

Nie mogłem inaczej zatytułować poniższych zdań, które zrodziły się pod wpływem tekstu zamieszczonego na jednym z portali. Tekstu zadaniowego, nie informacyjnego.

Zapytałem zaprzyjaźnionego dziennikarza, skąd czasami w mediach biorą się kłamliwe teksty. Odpowiedź była krótka i racjonalna: – Z powodu pieniędzy, albo z powodu głupoty.

No i mam dylemat, głupi ten dziennikarz, czy chciwy, jeżeli kłamie na zamówienie. A właściwie to jego problem, z którym będzie się musiał uporać i prywatnie i zawodowo.

Prostuję zatem wyłowione kłamstwa zawarte w tym tekście.

Ad rem.

– Boniek nie jest załamany, a wręcz przeciwnie, jest bardzo pozytywnie pobudzony. Ma ku temu powody. Wykonałem wczoraj kilkadziesiąt telefonów, wiem co się w Polsce mówi i na tej podstawie wiem, że Boniek wygra. Sam, z Koseckim, obojętnie, ale wygra.

– Na warszawskim spotkaniu „baronów” nie było ośmiu, tylko cztery związki, ( reszta trzyma z Bońkiem).

– Boniek nie uciekł z hotelu, tylko pojechał do Bydgoszczy na spotkanie z delegatami.

– Bugdoł to może sobie przesunąć papcie koło łóżka, a nie spłatę długu ekstraklasie.

– Z delegacją I ligi, spotkanie grupy Bońka dopiero się odbędzie i Listkiewicz nie jest jego organizatorem, ani stroną.

– Prezes Antkowiak z Poznania nikogo nie zdradził, tylko sam został zdradzony przez Niemca, Bugdoła i Potoka.

– Kręcina nie ma co scedować, bo na sali nie dostanie, ani jednego głosu.

To wyłowione kłamstewka, mające osłabić najsilniejszego w tej chwili z kandydatów.

Kłamstewka, które mają umocnić tych, którzy szykują polskiej piłce powtórkę z rozrywki, czyli „Lato bis”.

Naród popiera Bońka. Delegaci wybierają prezesa. Dobrze, że na te sympatie i decyzje nie będą mieć wpływu teksty zrodzone z głupoty, lub chciwości.

Zmienić oblicze(a) PZPN

Dni, które pozostały do wyborów możemy już liczyć w godzinach. Pozwolę sobie przypomnieć fakt, że sformułowanie „będziemy wybierać kierownictwo (władze) PZPN” jest dużym uproszczeniem. Właściwiej należałoby powiedzieć, wybieramy LUDZI, którzy będą sprawować kierownicze funkcje. Jak je będą sprawować można się tylko domyślać, ale mamy wystarczająco dużo danych o tych osobach, by nie głosować w ciemno, To nie są osoby anonimowe. Mają swoje zalety, mają swoje słabości. Mają kompetencje do pewnych zadań, bądź nie. Tak samo jest z posiadaniem celu, planu, chęci, sił i pomysłów.

Dla mnie największym niebezpieczeństwem dla PZPN nowej kadencji jest fakt, że mają też tzw. przyzwyczajenia, o których Cyceron napisał: „Przyzwyczajenie, jest drugą naturą człowieka”, w tym także różne brzydkie nawyki.

Oto, kolokwialnie nazywając „stary” PZPN.

O talentach, kompetencjach, aktywności, skuteczności, zaangażowaniu, pomysłach, wiarygodności, osiągnięciach tych osób podczas minionej kadencji, nie będę pisał. Wszyscy je znamy, ja także.

Dlatego ze zdziwieniem, także z pokorą poszanowania zasad demokracji, obserwuję zakusy (na szczęście dla PZPN, marginalnej części delegatów), by „NOWY” PZPN wyglądał tak:

Myślę, że komentarz jest tutaj zbędny. Na co kogo stać wiemy. Czego, po kim oczekiwać także.

Kto naprawdę kocha piłkę, powinien poszukać rozwiązań bezpiecznych, dających realną szansę na zmiany. Pomimo, że wybór jest ograniczony ilością kandydatur, widzę rozwiązanie na lepsze jutro polskiej piłki. Zdecyduje rozsądek delegatów.

Jedyny ratunek dla PZPN, to zmienić jego oblicze.

Pieprz w żurku

Ostatnie dni mocno nadszarpnęły pozycją towarzysza oficera Potoka. Spotkania przedstawicieli klubów, czy związków wojewódzkich przy okazji meczu reprezentacji, zmieniły diametralnie wyborczą mapę Polski. Bez uszczypliwości. Kandydat Edward Potok został z kilkunastoma głosami, trzech związków i góra pięcioma z klubów. Te dwadzieścia nie wystarczy na zwycięstwo nawet w drugiej rundzie, a nawet nie wystarczy – o ironio – na porażkę z tzw. honorem, którego wielu panom zresztą brakowało podczas minionych czterech lat.

Dla Edwarda Potoka porażka w wyborach, to nie tylko przegrana o prezesurę. Zresztą trzeba sobie zadać pytanie, czy on faktycznie o nią walczy. Śmiem twierdzić, że nie. On prezesurę gotów oddać nawet Koseckiemu, o ile ten będzie taki naiwny i da się wsadzić na minę. Początek Koseckiego w tym układzie, to koniec Romana Koseckiego takiego, jakiego znaliśmy do tej pory.

To, o co walczy eks towarzysz pułkownik?

Edward Potok walczy o pieniądze, jakie były jego udziałem z tytułu zarządzania Ekstranetem, 7000 czy 8000 miesięcznie (w tym blokowania, ciekawych ofert z tym względzie) oraz z tytułu prowadzenia administracji gimnazjów sportowych, na administrowanie których, PZPN wydawał ponad 150 tys. rocznie. Edward Potok przeniósł biuro do Łodzi, zatrudnił dwie panie, wskazał hurtownię sportową i …. proszę sobie resztę dośpiewać.

Ponieważ kandydat, o którym mowa, jest biegły w rachunkach i z pewnością do dwudziestu umie liczyć, już wyobrażam sobie jak się poczuł, gdy stwierdził, że na więcej głosów, nie ma co liczyć.

Kiedyś już przeżył mały horror. Podczas wyborów do związku wojewódzkiego ślizgnęła mu się prezesura, biednymi 7 głosami. Takie ma płk. Potok poparcie w łódzkiem.

I to, co teraz napiszę zakrawa na małą sensację. Jeżeli tow. Edward ma się tak dobrze to po co wysyła w teren swoistych emisariuszy i poprzez nich szuka innych rozwiązań, polegających na ofercie przyłączenia się do innej (silniejszej!) opcji. Kilku delegatów ma przecież w swoim związku i te głosy stawia jako kartę przetargową w przedwyborczych układankach.

Sam miałem zapytanie od Edwarda Potoka, czy byłoby dla niego miejsce w ekipie reformatorów. Po krótkim namyśle przytaknąłem, z zastrzeżeniem, że warunkiem jest odcięcie pępowiny od matek (ojców?) karmiących, czyli Bugdoła, Niemca i Hańderka. Wtedy owszem, możemy rozmawiać o szczegółach.

A co na to druhowie z Katowic i Krakowa? Nie wiem, ale z pewnością nie mają uchachanych buzi. Oni też tracą wszystko. Może nie wszystko, bo „twarz” już stracili dawno.

Moim skromnym zdaniem, gdyby inicjatywa Edwarda była spowodowana refleksją, nad problemami PZPN, nad próbą zmiany stylu zarządzania piłką w Polsce, byłbym w stanie w pozytywny sposób popatrzeć na tą spektakularną zmianę poglądów.

Cóż, jeden pieprz w żurku zawsze jest do przełknięcia.

Jeżeli jednak to gra, tylko i wyłącznie o własne interesy, znowu jest mi smutno. Cholernie smutno.

Wielka Gęba, czy Zbyszek Koźmiński

Wielka Gęba, taki przydomek został nadany Zbigniewowi Koźmińskiemu w czasach, gdy był rzecznikiem prasowym związku.

Czy przydomek, który do niego wtedy przylgnął jest aktualny, czy nie, pokaże czas. W każdym bądź razie Zbyszkowe rewelacje przekazywane w formie proroctw na razie nie znajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości.

W sierpniu przepowiadał wygraną Laty tymi słowy: - Jeżeli będzie rozpiździel i „baronowie” się nie dogadają, to Lato wygra. Jego ludzie go poprą. Może liczyć na 30-40 głosów.

Jak wszyscy wiemy, Grzegorz L. nie zdobył nawet 10 rekomendacji (przy wymaganych 15) i został wygumkowany (to takie modne teraz słowo) jeszcze przed zjazdem, a przepowiednie Koźmińskiego okazały się warte funta kłaków.

Teraz Koźmiński karmi nas kolejnymi wizjami i warto im się przyglądnąć głębiej, nie powierzchownie.

Po pierwsze –może ma rację, czy po drugiej – może ma pobożne życzenia.

Koźmiński w ostatnim „Cafe Futbol” przepowiada narodzenie koalicji Kosecki –Potok- Kręcina.

Jeżeli ma rację, było by to największe skurwysyństwo w dziejach PZPN. Jeżeli traktować je jako pobożne życzenia, to z pewnością podyktowane są kolejnymi obietnicami stanowisk, w tym przypadku wiceprezesury dla syna Koźmińskiego, Marka.

Koalicja w wymienionym składzie, ludziom, którzy chcą reformować piłkę w związkach wojewódzkich i ludziom, którzy chcą budować silne, prężne, zamożne kluby nie mieści się w głowie.

Nie wpadam w minorowy nastrój, ani jakąkolwiek panikę, bo nie wierzę, w te rewelacje. Powodów jest kilka.

Zbigniew Boniek już zdementował rewelacje Koźmińskiego, że pod wpływem dogadania się tej trójcy on wycofuje się w środę z wyborów. Boniek idzie do końca by wygrać i bardzo dobrze.

Powód drugi jest taki, że przynajmniej do czwartku nie uwierzę, iż jedna strona z tej domniemanej trójcy byłaby tak nierozważna (by nie rzec głupia) i dała się wrobić w tak chory i niebezpieczny wizerunkowo triumwirat. Ja wiem, że Potokowi do Kręciny może być blisko, ale żeby Koseckiemu do tych dwóch panów?

Kosecki przecież jest w bardzo dobrej sytuacji. Łącząc się z Bońkiem biorą całą pulę w pierwszym rozdaniu i budują przy ogólnospołecznym aplauzie nową jakość na starych gruzach. W wieku 40 kilku lat, taki układ to dar od losu.

Jeżeli poseł Roman wylądowałby w układzie ze skompromitowanymi skądinąd ludźmi, w jeden wieczór „zapracuje” na opinię, na którą Lato, Potok, Kręcina, czy Bugdoł „pracowali” cztery lata.

Opinii publicznej obiecuję, że nie będzie musiała czekać do piątku, bo już w czwartek ujawnię, po jakiej stronie opowiada się poseł Kosecki i partia, którą reprezentuje, bo chyba nie działa wbrew woli nazwijmy to czynników politycznych. Roman Kosecki może przejść do historii w chwale, może w niesławie, jego wybór, z kim będzie siedział przy stole. Lato wybrał.

Za kilka godzin podzielę się swoją wiedzą na temat poczynań Potoka, bo z mojej wiedzy kandydat Edward rozmawia po cichu z innymi ludźmi, niż Zdzisław Kręcina, czy Roman Kosecki, czym szuka dla siebie alternatywnego miejsca.

Rewelacje Koźmińskiego tłumaczę sobie tak. To ostatnia próba odbudowania zaufania i elektoratu dla łódzko-śląsko-krakowskiego układu, który słabnie w oczach. Próba podjęta także na wskutek obietnicy funkcji dla syna.

Życie pokaże, a konkretnie delegaci zdecydują, czy Zbyszek pozostanie Koźmińskim, czy dołożą mu na kolejne kilka lat dawną ksywę Wielka Gęba.

Kosecki i Potok w terenie – czyli o tym, jak podróże rodzą problemy

Kandydaci na prezesa nie próżnują. Jeżdżą po kraju. Mówić, że jeżdżą i przekonują do swych racji byłoby jednak nadużyciem. U każdego z kandydata jednak z innego powodu.

Kosecki pojechał np. do Krakowa spotkać się z R. Niemcem i na Śląsk z Bugdołem. Zadaję sobie pytanie, po co? Przecież obaj ci panowie wspierają imć Edwarda Potoka, trzeciego z prezesów, który podobnie jak oni rozbija tzw. jedność związków wojewódzkich, w imię przejęcia dobrodziejstw, skrywających się pod szyldem PZPN.

Jeżeli Kosecki nie wie, albo jego doradcy nie wiedzą, z czym się kojarzą te nazwiska w kontekście minionej kadencji, to będzie miał duży problem, by zaistnieć poważniej w tych wyborach. Śląsko-krakowskie powietrze znane jest z tego, że raczej dobrze nie służy na samopoczucie. Zupełnie odwrotnie niż podkarpackie.

Czy ktoś da wiarę, że „Kosa” pojechał namawiać obu panów, by zmienili obiekt swoich wyborczych sympatii z Edzia na Romka? Raczej nie. Jeżeli zatem pojechał się układać, tzn. pohandlować stanowiskami, to już niedługo postaram się wszystkim przybliżyć tę potencjalną układankę, czyli kto i gdzie ma polski futbol uszczęśliwiać przez następne cztery lata. W ich założeniu oczywiście, bo w praktyce jestem pewien, że poniosą klęskę.

Płk Edward odwiedził np. jeden ze związków na ścianie wschodniej. Celowo nie piszę który, bo jakie to ma znaczenie. Został przyjęty, wysłuchany przez kompetentne osoby w kontekście wyborów. I co? I przysłowiowe jajco. Według relacji, określenie „zderzyliśmy się z betonem” było najłagodniejszą recenzją wywodów pana kandydata na „uzdrowiciela” piłki w Polsce.

Nie wiem jak się buduje morale w wojsku, ale tow. Edward powinien zastosować po tym spotkaniu,jak najszybsze metody w tym względzie, by nie popaść w depresję. Co by nie było kolejne głosy, mówiąc kolokwialnie poszły się „paść”.

Reasumując, pasmo porażek, nerwowych nieprzemyślanych ruchów i raczej błędnych decyzji nie przybliża obu panom sukcesu wyborczego, ale czy to mój problem?

Boniek przyodziewa koszulkę lidera

Do wyborów tydzień. Nie będę czarował, że któryś z kandydatów miał do tej pory jakąkolwiek zdecydowaną przewagę. To się jednak zmieniło. Boniek w przedwyborczych sondażach, robionym, że tak powiem na wiarygodnej grupie respondentów, bo delegatach na zjazd, objął zdecydowane prowadzenie.

Przyczynę tego upatruję w dwóch elementach. „Zibi” jeździ tam, gdzie go zapraszają, nie szaleje, jest pragmatyczny i o dziwo nie mówi tego, co być może ktoś chciałby usłyszeć, ale przekonuje rzetelnymi w swej wymowie argumentami.

Z drugiej strony wyścig o prezesurę, ułatwiają mu swą postawą kontrkandydaci. Polska piłka drugiego dziesięciolecia XXI wieku jest trochę inna od wyobrażeń panów ze Śląska, Krakowa, czy Łodzi i jest inna od wyobrażeń polityków zaangażowanych w mniejszym lub większym stopniu w wybory w PZPN. Nawet takich polityków jak Cezary Kucharski.

„Zibi” nie rozdaje na prawo i lewo stanowisk i funkcji, jak czynią to inni, a przecież inteligentni ludzie wiedzą, że i tak, i tak ktoś będzie je musiał sprawować. Boniek może ma stadninę koni, ale nie uwłaczajmy jego inteligencji, że będzie pracował jak przysłowiowy koń. W takiej „firmie” jak PZPN sukces może wypracować sztab kompetentnych ludzi pod kierownictwem właściwej osoby.

I tego nie rozumie np. kandydat Potok, nakręcany przez Niemca i Bugdoła, przez co tracą poparcie i dobre notowania, bo kto przed wyborami weźmie w ciemno Potoka na prezesa, Bugdoła na I-go wice, Niemca na innego wice, Hańderka na szefa Rewizyjnej, a pozostałym przypadnie to, co pozostanie po tej oderwanej od rzeczywistości koalicji i dawaj dalej w beznadzieję znaną nam od czterech lat.

„Oni byli i gówno zrobili” –to hasło też nie jest bez wpływu na opinię o tej grupce.

„Zibi” ponadto mocno zweryfikował swoje poglądy sprzed czterech lat, na schemat organizacyjny piłki w Polsce, ma niezłe przemyślenia i nowe rozwiązania mające wprowadzić piłkę na nowe, szybsze tory wiodące po prostych, nie krętych drogach.

Nie wiem, czy Bońkowi dobrze by było do twarzy w żółtym trykocie lidera, ale powoli można mieć przemyślenia, że polskiej piłce Boniek jest w stanie nadać ludzką twarz.

Kupić można niewielu

Podróże kształcą. Wyjazd na mecz do Warszawy na Basen Stadion Narodowy, też był pouczający zarówno w płaszczyźnie estetyczno –emocjonalno- sportowej, jak i w zakresie wyborczych priorytetów i skonstruowania sprawnego kierownictwa związku po 26 października.

Spotkanie prezesów związków, które przy tej okazji miało miejsce, być może nie rozwiało wszystkich wątpliwości, co do strategii na sali obrad, czy szczegółowych rozwiązań wyborczych, ale znacząco zbliżyło stanowiska i w dużej części scementowało 2/3 wojewódzkich ZPN-ów.

W podobnym gronie próbowali się spotkać twórcy opcji śląsko-małopolskiego- łódzkiego odłamu, którzy liderem samowładnie okrzyknęli płk. Edzia i w sile trzech województw lansują go wbrew woli pozostałych. Spotkali się jednak ze sporym rozczarowaniem wynikłym z odmowy przyjazdu, choć zaproszonych było chyba sześć ZPN-ów. Nie przybył nikt. Płk Edward widocznie nie jest z bajki pozostałych prezesów i wcale się nie dziwię, dlaczego.

Przecież, Bugdoł, Potok, Hańderek i po części Niemiec, przez ostatnie cztery lata mieli realny wpływ na to, co się działo w polskiej piłce. Mało tego, pomimo, że nie zadali sobie żadnego trudu by wnieść do PZPN-u jakiekolwiek pozytywy, to jeszcze na dodatek dawali przyzwolenie na to, co się działo. Sami rozkładali parasol ochronny nad działaniami Laty i Kręciny.

Czym dzisiaj chcą przekonać do siebie? Niczym innym jak obiecywaniem funkcji i stanowisk. Nie wiem czy Ryszard Niemiec wie (przypuszczam, że tak), ale Potok w większości rozmów z prezesami związków wojewódzkich jak z rękawa rozdziela wiceprezesury i inne przewodnictwa wydziałów i komisji. Pytam – kto mu dał takie kompetencje?

Od kilku z nich słyszałem zdecydowane: – A co oni myślą, że można mnie kupić? Co on myśli, że wystarczy mu stanowisk dla 70 delegatów? Śmieszny gość.

W odróżnieniu od tej Piłkarskiej Targowicy, wiele osób chce realnych zmian. Chce jak najszybciej puścić w niepamięć cztery lata śląsko – małopolskiej władzy w PZPN pod szefostwem człeka z Mielca.

Ponieważ na meczu Polska – Anglia byli przedstawiciele wielu klubów i z nimi też miałem okazję porozmawiać stwierdzam, że ten mecz wykreował też przegranych. Akcje Potoka poszły w dół, jak mi powiedział mój ulubiony delegat z Małopolskiego ZPN. Dziś już jestem pewny, że Piłkarska Polska nie będzie służyć, ani chodzić na pasku panów Niemców, Bugdołów, Hańderków, czy Potoków. Mamy swoje zdanie. Niewielu można kupić.

 

To ci dopiero uwieńczenie kadencji

Padało w całej Europie. W całej Europie rozegrano zaplanowane mecze, tylko nie w Polsce. Można by powiedzieć , że w PZPN nastąpiło rozprężenie związane z końcem kadencji , gdyby nie to, że cała kadencja Laty to potok nieszczęść.

Odpowiedź na pytanie, kto jest winny tego, co się wydarzyło jest banalnie prosta. Organizator i warto by ktoś się wypowiedział (nie sama Olejkowska) czy bardziej winny jest PZPN czy ktoś inny, kto w imieniu związku parafował stosowne umowy.

Jeżeli wina leży po innej stronie, to czekam na odszkodowanie za straty, jakie poniósł PZPN, łącznie z tymi moralnymi. Nikt nie zaprzeczy, że Polski Związek Piłki Nożnej takie odniósł, gdyż pół Europy słyszało skandowanie kibiców „złodzieje, złodzieje”.

Nie wyobrażam sobie, by tego typu imprezy nie wiązała precyzyjna umowa, o warunkach przygotowania obiektu do meczu piłkarskiego.

Nieprzewidziane przypadki się zdarzają wszędzie i wszystkim. W PZPN pasmo nieszczęść zaczęło się cztery lata temu i mam nadzieję, że zakończy się już 26 października.

 

Kto odda swój majątek w niepewne rączki?

Już nie pamiętam, ile razy w ciągu minionych trzech lat przyszło mi apelować w imieniu polskiej piłki o zdrowy rozsądek, czy też o podjęcie stosownych działań. Apelowałem do Laty, do członków zarządu, do delegatów, do prezesów związków wojewódzkich, do klubów i zwróciłbym się wyżej, ale po cóż Najwyższego mieszać w nasze ziemskie sprawy. Cóż z tego, że apele były w słusznej sprawie. Cóż z tego, że cieszyły się przychylnością i uznaniem większości, jeżeli decyzyjni w tych sprawach nie byli zainteresowani jakimikolwiek zmianami w żadnym zakresie. Lato, Kręcina, Potok, Hańderek, Bugdoł dobrze się czuli w tamtej rzeczywistości. Kraina mlekiem i miodem płynąca stała przed nimi otworem. Do wyborów zostało kilka dni. Zdaję sobie sprawę, że po wyborach albo znowu będziemy robić zmiany, albo przez kolejne cztery lata bezskutecznie apelować. Solą centralnej piłki są kluby ekstraklasy, I i II ligi i one najwięcej cierpiały na gnojeniu PZPN przez Grzesia i spółę,w tym poniekąd przez obecnego pretendenta do „tronu”, Potoka. Czy znajdzie się, choć jeden klub w Polsce, któremu nie odmówiono pomocy w postaci sponsoringu uzasadniając to postawą prezesa związku Grzegorza L.? Aferami, przekrętami i najgorszą z możliwych opinii? Idę o każdy zakład, że tak. Brak pozytywnego wizerunku Związku, zamykał do tej pory i będzie zamykał dalej drzwi do wielu potencjalnych sponsorów. Warto sobie zadać pytanie. Czy jeżeli do władzy dojdą ludzie, którzy kompromitowali się przy boku Laty, coś się zmieni? Odpowiedź jest jednoznaczna. NIE. NIC się nie zmieni, bo zmienić się nie może. Śląsko- małopolska Piłkarska Targowica z Potokiem na czele i z Kręciną w tle, nie zechce nic zmieniać, bo nie potrafi i co oczywiste nie ma w tym żadnego interesu. Nie rozumiem w takiej sytuacji postawy np. młodego człowieka, reprezentującego klub Wisłę Kraków, który według doniesień medialnych lobbuje za Kręciną i Potokiem, czyli starym układem, który szkodził także bezpośrednio klubowi, który płaci mu pensję. PARANOJA. Czytam, że Jacek Bednarz, bo o nim tu mowa wydzwania po klubach i namawia do głosowania na płk. Edzia, prawą rękę Laty G., (któremu się zresztą obiecuje funkcję doradcy prezesa w nowym rozdaniu – ha, ha, hi, hi, hura). Jeżeli ktoś nie wierzy, to płakał będzie po 26. Pan Jacek ma ponoć obiecaną funkcję Sekretarza Generalnego, 35 tys., miesięcznej pensji przez cztery lata i spokój, jako premię za wolność od pana Cupiała, wymagającego skądinąd szefa. Kolejny zaślepiony? Podejrzewam, że kluby lepiej by wyszły, gdyby delegaci zagłosowali na kogoś z duetu Boniek, Kosecki, a jak im Bednarza żal, to możecie panowie zrobić zrzutkę, ulżyć Cupiałowi i wziąć „prężnego” lobbystę Jacka na swój garnuszek. PZPN będzie się zmieniał, wam będzie łatwiej i Jackowi Bednarzowi też coś z tego skapnąć może. Szanowni Panowie! Prezesi klubów! Zaapeluję raz jeszcze, ale poprzez pytanie. Czy któryś z Was zatrudniłby w swoim klubie na stanowisko KIEROWNICZE, Edwarda Potoka? A może Zdziśka Kręcinę? Czy Powierzylibyście swoje duże pieniądze Rudolfowi Bugdołowi, bądź Ryszardowi Niemcowi skądinąd panom w wieku mocno zaawansowanym? Zastrzegam, nie mówię o kupowaniu meczów, tylko o zarządzaniu Waszym majątkiem. Widzicie. Nie, nikt z Was by tego błędu nie popełnił. U siebie w klubie nie, a niektórzy chcą z tych panów zrobić szefów całego Związku. Kupy to się nie trzyma i trzymać się nie będzie. Chcecie dać szansę sobie i polskiej piłce dokonajcie właściwych wyborów. Apelował będę do końca, a 26 zagłosuję za tym kandydatem, który da nadzieję, że Wasze kluby za kilka lat wbiją się głęboko, tak piłkarsko jak i finansowo w europejski futbol na najwyższym poziomie. Radzę zrobić to samo.