Pożegnanie z Grzesiem cz. II

Lato nie zrezygnował. Lato nie zebrał wymaganych 15 rekomendacji i w sensie prawnym stał się wyborczym powietrzem. Tak jak nie umiał z honorem piastować urzędu, tak nie umiał z honorem odejść.

- W ostatniej kadencji udało nam się wprowadzić wiele reform i zmian. Jestem przekonany, że zaprocentują one w przyszłości. Zostawiam Związek w doskonałej kondycji finansowej, więc mam nadzieję, że moja ciężka praca na rzecz futbolu nie pójdzie na marne. – to fragment z pożegnalnego oświadczenia Grzegorza Laty.

Ile obłudy i fałszu w tym zdaniu i w tej postawie.
Cóż dzisiaj mógłbym Lacie powiedzieć? Jak zwykle prawdę.
Cztery lata temu wykonałem tytaniczną pracę, by zrobić z Grzegorza Lato prezesa. Od trzech lat wykonuję tytaniczną pracę, by uratować PZPN od ludzi takich jak on, od ludzi jego pokroju.
Lato miał wybór. Dotrzymać przedwyborczych ustaleń w stosunku do programu, mechanizmu działania i ludzi. Wybrał drogę hańby. Dziś ma splamiony honor i jest samotny.
Gdyby zachował tylko odrobinę rozsądku, lojalności czy honoru, reelekcja byłaby formalnością. Ale nie tylko o funkcję prezesa tu chodzi, czy o obraz na pzpnowskiej ścianie. Cieszyłby się Grzegorz szacunkiem ludzi, a tego nie kupi za żadne pieniądze. Nawet za te zgromadzone w szafie, na kontach polskich i być może zagranicznych banków. Dzisiaj odrobiny szacunku nie ma nawet u tych, którzy pod rączkę prowadzili go wprost w sam środek bagna. Nie darzy go szacunkiem Placzyński (ma swój biznes na głowie), nie darzy Kręcina (nazwał go burakiem), nie darzy już Bugdoł z Piechniczkiem (na pytanie, czy Lato powinien kandydować odpowiedzieli „nie wiemy”). Nie ma szacunku w świecie polityki. Rozpłynęli się we mgle„przyjaciele” z PSL-u, bo tak ich nazywał. Strach pytać, co sądzą o jego osobie kibice.
Trzy i pół roku temu napisałem do Grzegorza szczery i przyjacielski list z jednym przesłaniem: – Opamiętaj się Grzegorz, póki nie jest za późno. Opamiętaj się Grzesiek, póki można jeszcze tak wiele uratować.
To był mój ostatni kontakt z towarzyszem drogi, drogi jak się okazało prowadzącej prosto w przepaść. Lato wybrał Kręcinę i inną świtę.
Jak skończył? Dzisiaj spełniły się prorocze słowa z tego listu. 25 września piłkarska Polska przestała odbierać od niego telefony. Został sam. Zhańbiony.
Ja od trzech lat staram się budować nową drużynę, nową jakość. Mamy szansę wygrać, bo nasze intencje są czyste. Chcemy normalności w sporcie i w pracy na jego rzecz. Chcemy wyników na miarę naszych możliwości (dużych) i ambicji (jeszcze większych). Mamy pomysły i ludzi do wykonania tego zadania.
Czekamy tylko na mandat zaufania, zielone światło i symboliczny rozkaz od delegatów na październikowym Zjeździe. Do roboty.

Pożegnanie z Grzesiem cz. I

25 września to już historyczna data w dziejach polskiej piłki. Największy szkodnik interesów PZPN, jaki szefował tej organizacji, odchodzi w niesławie.

Cztery lata temu, prowadzony za rączkę Grzegorz Lato wygrał wybory. Nie minęły dwa tygodnie, by tę rękę zaczął kąsać (moją rękę), a ponadto dał sobie nałożyć smycz, na której był prowadzony cztery lata.

Po roku odszedłem, ale nie spocząłem. Zbyt wiele mnie kosztowała zdrada przez Latę ideałów, z jakimi szliśmy do wyborów w 2008r. Zacząłem publicznie mówić i pisać o patologiach, jakie za przyczyną Laty zaczęły mieć miejsce w piłce.

Grzegorz L.reagował, a jakże, lecz zamiast wyciągać wnioski, wybrał inną drogę.

Działaczy podkarpackiego związku zaczęto usuwać z wydziałów i komisji. Na marginesie dodam, że nie wszystkich. Dla kilku przytakiwaczy z Podkarpacia, mniejsza o nazwiska, aprobujących grześkowy styl postępowania nie zabrakło miejsca. Innych relegowano. Mojego syna, sędziego piłkarskiego w chamski sposób, bezpodstawnie zdegradowano do niższej ligi.

Przez trzy lata na wnioski i polecenie Laty byłem wielokrotnie karany finansowo przez Wydział Dyscypliny. Za co? Za prawdę, którą do dzisiaj jestem w stanie poprzeć stosownymi dokumentami.

Grzegorz L. miewał pomysły różnego kalibru do próby zawieszenia podkarpackiego związku w prawach członka włącznie.

Stanął murem za Mazurem, moim kontrkandydatem w wyborach wojewódzkich. Skończyło się to nokautem 126:10.

Jeszcze raz z tego miejsca dziękuję wszystkim za zaufanie, za głosy na zjeździe wyborczym.

Laty teoretycznie już nie ma. Ja jestem, a wraz ze mną moje ideały.

Niewielu było ludzi, którzy trzy lata temu mnie wsparli na drodze upominania się o polską piłkę. Z roku na rok ich przybywało. Dziękuję dziennikarzom za wsparcie i uwiarygodnianie piórem, czy słowem moich racji.

Dzisiaj otrzymuję telefony z całej Polski z gratulacjami za wytrwałość i skuteczność w piętnowaniu patologii w PZPN.

Dziękuję, ale nie to jest najważniejsze. Dziś Laty nie ma, ale pozostał problem, kto po nim posprząta. Kandydatami zostało pięć osób, wygra jeden i dla polskiej piłki najlepiej by było, gdyby z Latą łączyło go nie więcej niż polskie obywatelstwo.

Nie wstydźcie się swoich decyzji

Oto pierwsze dane, nieoficjalne wprawdzie, o ilości rekomendacji udzielonych poszczególnym kandydatom:

Zbigniew Boniek – 25

Roman Kosecki – 30

Edward Potok – 22

Stefan Antkowiak – 15

Zdzisław Kręcina – 17

Czekam z utęsknieniem na wynik Grzegorza L.

We wtorek o północy mija termin składania rekomendacji na prezesa PZPN. To ważna data. Zbieranie rekomendacji, a właściwie ich udzielanie to pierwsze sito nastrojów, sympatii, a przede wszystkim oczekiwań w stosunku do kandydatów.

Pomimo, że słabość odchodzącego prezesa wyzwoliła chęci ubiegania się o tę funkcję u wielu panów (tych poważnych pretendentów i tych trochę egzotycznych), śmiało można było przewidzieć, że wymagane 15 poparć zdoła zebrać niewielu.

Moim skromnym zdaniem i nie tylko moim, wiedza, jaka od północy stanie się dostępna dla sekretarza generalnego Baryły i prawnika PZPN Wacha powinna zostać upubliczniona.

Jakie związki i jakie kluby zaufały jakim ludziom.

Coś mi się wydaje, że rzeczy, które powinny być oczywiste, dla niektórych podmiotów staną się wstydliwe. Pomyślmy. Każdy uprawniony może udzielić trzech rekomendacji. Cóż złego w tym, że zarządy związków i klubów mówią otwarcie, że po drodze byłoby im z tym, tym i tym panem. Problem zaczyna się wtedy, gdy oddaje się mandat zaufania w ręce osoby skompromitowanej publicznie, ale tym należało się martwić przed faktem wypełnienia stosownego dokumentu.

Nie chcę przesądzać o fakcie utajniania tej wiedzy przed opinią publiczną, ale jeżeli coś takiego nastąpi, będzie to kolejny przykład negatywnych zachowań w PZPN.

Znając życie, ta wiedza i tak przeniknie do zainteresowanych, jak nie oficjalnie, to drogą pantoflową. Sygnałem dobrej woli zmieniającego się PZPN byłoby, gdyby właśnie został wydany oficjalny komunikat w tej sprawie.

Inaczej media mają otwartą drogę do dywagacji i newsów na pierwszą stronę typu: klub (związek) X poparł Zdzisława Kręcinę (bądź Grzegorza L.) na funkcję prezesa PZPN i wstydzi się do tego przyznać.

My ze swojej strony dokładamy wszelkich starań, by tego typu dylematy przeszły do historii, a po 26 października PZPN był transparentnym i twórczo pracującym związkiem.

Podkarpacki Związek Piłki Nożnej, nie wstydzi się swoich decyzji i chyba jako jedyny w Polsce, umieścił w tej sprawie stosowny komunikat na swojej stronie internetowej.

Czekamy na kolejnych odważnych.

Odnowa, czy od nowa

Jeden z dwóch niechlubnych bohaterów „taśm prawdy” uzyskał wymaganą ilość rekomendacji na prezesa PZPN. Takie przynajmniej słuchy krążą o Zdziśku Kręcinie. Jeżeli to się potwierdzi, to warto się zastanowić, komu zależy na podtrzymaniu starych układów w PZPN. Opublikowanie listy „dobroczyńców” Kręciny będzie bardzo wymowne, a jest to nieuniknione. Moim skromnym zdaniem, pozytywną opinię Zdzichu mógł dostać tylko od tych, którzy mu coś zawdzięczają, bo czym ten były sekretarz mógł przekonać do swojej osoby. Na pewno nie programem odbudowania poziomu sportowego piłki i poprawą wizerunku PZPN. W to chyba nikt by nie uwierzył, gdyż na taki program z pewnością nie stać ani Zdzisia, ani Grzesia.

Osobiście nie wpadam w panikę. Kręcina poparcia na kandydata może ma, ale głosów na sali mieć nie będzie zbyt wiele. Dlaczego? Bo jeżeli Kręcina wspomógł nieformalnie jakiś klub za czasów swojego sekretarzowania, to siłą rzeczy musiał zaszkodzić innemu. Takie budowanie „przyjaźni” za związkowe pieniądze, rodzi siłą rzeczy też niezadowolonych i to w dwójnasób. Jeżeli Hańderek próbował namawiać Ryśka z Klanu, by dać rekomendację Kręcinie, to spełniał swój dług wdzięczności za kilkunastodniowe „wczasy” w Antalyi w Turcji, gdzie przebywał na zgrupowaniu sędziów ekstraklasy. Hańderek przy namaszczeniu Kręciny, moczył dupsko w basenie, twierdząc, że sprawdza zasadność wydatków podczas tego sędziowskiego zgrupowania. Czy przyszła pora na oddanie długu?

Siedemnaście poparć. Ile w nich szczerości, a ile układu. Kogo Kręcina ma w kieszeni, a komu się pomylił zwrot „odnowa” ze stwierdzeniem, „od nowa znów to samo”? Przyjdzie pora, by odpowiedzieć na te pytania.

Kilka rzeczy przewidziałem. Przewidziałem porażkę Ryszarda Niemca w głosowaniu na kandydata na wiceprezesa ds. piłkarstwa amatorskiego, przepowiadam porażkę Kręciny w wyborach. Porażkę, dotyczącą nawet nie wyboru na prezesa, ale porażkę, która wyeliminuje go raz na zawsze z piłkarskiej centrali.

Lato się skończyło

Najczęściej ostatnio zadawanym mi pytaniem jest to, kogo poprę na prezesa PZPN. Koseckiego, Bońka czy kogoś innego. Odpowiem przewrotnie. Proszę pytać kandydatów, który z nich spełni oczekiwania, jakie my stawiamy przed przyszłym prezesem PZPN. MY, bo głosował będzie nie sam Kazimierz Greń, tylko liczna grupa osób, w skład której wchodzą delegaci podkarpaccy, wielu delegatów innych związków wojewódzkich i klubów, a także przedstawiciele trenerów, sędziów, piłki kobiecej i futsalu. MY, czyli ludzie, którzy mówią wyraźnie: – Chcemy prawdziwych, rzetelnych i dogłębnych reform w piłce. Ja to mówię od ponad ośmiu lat, inni krócej, ale łączy nas jedna idea. Zmiana wizerunku na wszystkich frontach działania PZPN.

Kogo poprę? Tego, który NAM zagwarantuje przeprowadzenie tych zmian. Tego, który będzie miał program tożsamy z NASZYMI oczekiwaniami, wizję i chęci zmian. Tego, który wystąpi otwarcie przeciwko temu układowi, który szkodził Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej w minionych latach.

Doszły mnie słuchy, rozpowszechniane prze niektóre media, że jakoby biorę rozwód po włosku z jednym z kandydatów. Pragnę zdementować te plotki. Żeby wziąć rozwód najpierw trzeba wziąć ślub, a ja o takowym nic nie wiem. Te rewelacje, to są zwykłe prasowe dywagacje niczym bliżej nieuzasadnione chyba, że specjalnie fabrykowanymi plotami, mającymiza cel wprowadzać w błąd i mącić ludziom w głowach.

Faktem jest, że cztery lata temu zostałem oszukany przez Lato G., nie tylko ja zresztą. Cała polska piłka także. Zrobię wszystko, żeby tym razem nas to nie spotkało ani od człowieka z Rzymu, ani z Krymu, a na pewno nie z Mielca.

A na kogo zagłosuję? Chyba nikt nie ma wątpliwości. Dla naszej piłki dobrze, że nie mają takich wątpliwości ludzie tworzący grupę, która ma wspólny cel, zmienić PZPN.

http://www.youtube.com/embed/68NaVmD0vLU?feature=player_detailpage

Komunikat

Zarząd Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej do dnia 21 września udzielił rekomendacji na funkcję Prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej dwóm kandydatom: Zbigniewowi Bońkowi i Romanowi Koseckiemu (kolejność alfabetyczna).

Obaj kandydaci zadeklarowali przeprowadzenie dogłębnych reform w Polskim Związku Piłki Nożnej, których efektem ma być znaczące podniesie poziomu sportowego piłki nożnej w Polsce oraz odbudowanie dobrego imienia Związku w oczach opinii publicznej.

Droga na autostradę

W ubiegły piątek w hotelu Sheraton odbyło się spotkanie prezesów związków wojewódzkich. Miano na nim wyłonić i wyłoniono kandydata na kandydata, na wiceprezesa ds. piłkarstwa amatorskiego. Zgłosiło się trzech chętnych do objęcia tej funkcji: Ryszard Niemiec (nieoficjalny kandydat na prezesa PZPN) – Małopolski ZPN, Jan Bednarek – Zachodniopomorski ZPN i Andrzej Padewski – Dolnośląski ZPN.

W I turze na 16 oddanych głosów przy jednym nieważnym, R. Niemiec otrzymał 3 głosy (oj malutko, malutko), a pozostali kandydaci po 6.

W drugiej turze wygrał Jan Bednarek kładąc na łopatki A. Padewskiego 10:6.

To są suche fakty i liczby, ale też trzeba sobie zdać sprawę, że wyniki głosowania nie wzięły się z sufitu. Wyniki tego głosowania, to nie wynik sympatii, czy antypatii, tylko wypadkowa działań, rozmów, strategii poszczególnych prezesów. Przyznam nieskromnie, że przewidziałem ten wynik w 100% już dwa dni wcześniej. Napisałem je na kartce, pokazywałem kolegom i mam świadków, że trafiłem bezbłędnie. Miałem ułatwione zadanie, gdyż uczestniczyłem, bądź byłem organizatorem większości spotkań, na których ten temat był omawiany. Zdradzę część tej przedwyborczej kuchni. Spotykali się ze mną ci, którzy chcieli się spotykać. Uzgadniali to, co chcieli uzgadniać i zagłosowali tak, jak chcieli zagłosować. Czy wynik tych przedwyborów mógł być inny? Oczywiście, ale tylko wtedy, gdyby do takich ustaleń doszło kilka dni wcześniej. Proponowałem wymianę poglądów prawie wszystkim. Niektórzy z tej propozycji nie skorzystali.

Ten wewnętrzny sukces Bednarka, nie jest zapewniam, sukcesem ekipy Laty. To suwerenna decyzja prezesów związków wojewódzkich, do których Lato nie ma żadnego dostępu.

Pamiętajmy, głosowanie to wyłoniło tylko kandydata na wiceprezesa. Ta osoba obejmie tę funkcję, która dostanie odpowiednią ilość głosów na sali, 26 października.

Niektórzy muszą zrozumieć, że nadchodzą nowe czasy w PZPN. Muszą zrozumieć, że jeżeli chcą odegrać jakąkolwiek rolę w naprawie polskiej piłki, to muszą to jasno powiedzieć już dzisiaj. Kilku innych musi pojąć, że nie zawładną jednoosobowo wszystkiego i że nie mają monopolu na obsadzanie funkcji i stanowisk według własnego widzimisię. Jeżeli ktoś myślał, że już dzisiaj macokolwiek poukładane, to już się powinien wyprowadzić z błędu. Ten wynik powinien dać wiele do myślenia tym, którzy już czuli się panami sytuacji w PZPN kolejnej kadencji.

Tym, którzy się zapatrzyli ślepo w „panów wszechmogących”, mogę tylko poradzić, iż droga, którą tamci proponują, prowadzi donikąd. To ślepa uliczka.

Polskiej piłce czas wyjechać na autostradę.

Waterloo w Victorii

W stołecznym hotelu Sofitel Victoria zabrali się przedstawiciele Ekstraklasy i I ligi w celu zapoznania się z merytorycznymi propozycjami kandydatów na prezesa PZPN.

Tylko odwagą błysnął obecny, skompromitowany prezes Lato, stając oko w oko z przedstawicielami wiodących klubów w Polsce.

Niewiele było merytoryki w tej konfrontacji. W momencie, gdy przy Grzesiu brakuje osób drugich, którzy coś tam bąkną w jego imieniu (za pzpnowskie pieniądze, oczywiście), oczekiwać na jakąkolwiek wypowiedź, wypełnioną jakąkolwiek treścią, graniczy z cudem. I tak było w tym przypadku.

Straszyć zabraniem licencji, czy „wypadnięciem” z ligi było nie na miejscu, a pomysłów na związkowy żywot Lato nigdy nie miał.

Summa summarum nie znaleźli panowie wspólnej płaszczyzny do dyskusji. Kilka zduszonych w krtani niecenzuralnych słów, zakończyło ten nierówny pojedynek. Grzegorz Lato poległ.

Wiele na to wskazuje, że 15 wymaganych głosów to będzie bardzo wysoka poprzeczka dla człowieka, który przez cztery lata unicestwiał futbol w Polsce, a kosztem PZPN-u budował swoje prywatne imperium finansowe.

Pierwszą ofiarę czterolatki Laty już mamy, a właściwie drugą, bo trzeba też pamiętać o Kręcinie.

Obaj panowie próbowali przez trzy lata atakować Podkarpacki ZPN. Posunęli się nawet do pomysłu zawieszenia związku wojewódzkiego. Za co? Za mówienie prawdy, tej która wyszła na światło dzienne poprzez „taśmy prawdy” i tej, która była chowana nawet pod dywanem kilku instytucji mających w swych zadaniach stanie na straży przestrzegania prawa.

Pamiętam doskonale, że Kręcinie i Lacie wtórowali pośrednio i inni.

Kaziu, zamknij blog, bo zawalisz nam Euro. Kaziu bądź koleżeński i przestań pisać o tym, co się dzieje. Takich „rad” było sporo, tak jak i wielotysięcznych kar nakładanych przez Wydział Dyscypliny PZPN. Taka była polityka Grzegorza Lato i kilku „kolegów” w stosunku do mojej osoby i związku, który reprezentuję.

Zrządzeniem losu koniec tej nieszczęsnej kadencji, Waterloo tego skandalicznego układu znalazło swoje miejsce pod pięknym neonem warszawskiej Victorii.

Nieobecni nie dają licencji

Jeden z portali internetowych podał wczoraj informację o próbach zastraszania klubów przez Grzegorza Lato, który ma problem z zebraniem 15 rekomendacji. Czy dać temu wiarę? Myślę, że tak z dwóch powodów. Redaktor, który tę informację upublicznił, należy z mojej wiedzy do tych bardziej rzetelnych, a powód drugi to sam pretendent do stołka prezesa. Lato w mijającej kadencji robił rzeczy gorsze niż straszenie klubów odebraniem licencji. Problem w tym, czy tego ostatniego działania niezakwalifikować, jako szantażu. Nie mnie jednak bawić się w klasyfikację postępków Laty. Tym niech się zajmą kompetentne instytucje z prokuraturą na czele. Ja się tylko czuję kompetentny udzielić kilku rad przedstawicielom klubów, których Lato ponoć próbuje zastraszać.

Panowie macie w ręku skalpel, którym możecie przeciąć wrzód. Prawo, w tym zapisy statutu PZPN dały panom narzędzia, by bezboleśnie pozbyć się problemu, jakim dla polskiej piłki jest Grzegorz Lato. Sami już przed wyborami możecie wybrać, czy dać mu rekomendacje i się bać, czy raz na zawsze wyeliminować tego pana z waszego środowiska. Raz na zawsze, bo Lato jako trener czy działacz klubowy także nie podoła waszym wyzwaniom.

Niedługo się spotkacie w swoim gronie i będziecie dyskutować, na kogo postawić, kto wam da gwarancję rozwoju i spokojnej w miarę bezstresowej pracy. Poza tym pamiętajcie: NIEOBECNI NIE DAJĄ LICENCJI.

Związki wojewódzkie z mojej wiedzy nie zrobią wam psikusa i na Grzesia nie postawią. No może tylko dwa z nich. Tak z rozpędu i przez wzgląd na kokosy z lat minionych. Prezesi są podzieleni w swych poglądach i sami wystawiają swoich kandydatów, to po co im strup na zjeździe.

Ja osobiście zadeklarowałem, że prędzej zjem kartkę z nazwiskiem Lato, niż ją podpiszę i zwróćcie uwagę, nie boję się o tym mówić. Oprócz Laty wymienia się jeszcze kilka nazwisk, o których już teraz możemy powiedzieć, że nawet nie spróbują wyprowadzić polskiego futbolu z jaskini, do której nas wpędziły poprzednie władze związkowe. Jeżeli nie chcemy dreptać w miejscu, grać w ogonach europejskiej piłki, musimy z tej jaskini wyjść na zewnątrz. Musimy dokonać rewolucji tej kadrowej, ale przede wszystkim rewolucji mentalnej. Kto myśli w ten sposób, musi poprzeć, a docelowo wybrać człowieka, który nie tylko będzie w stanie tego dokonać, ale przede wszystkim będzie miał na to ochotę i odwagę. Bez tego nie posuniemy się ani o krok do przodu, a zapewniam, że cywilizowany futbol XXI wieku ciągle na nas czeka i polskie kluby mogą się do tego przyśpieszenia walnie przyczynić. Mocno wierzę, że będę świadkiem i to nie biernym tej przemiany.

Miszelu, przyślij pieniądze!

Prezes Grzegorz Lato z pewnością mocno przebiera nogami, sprawdzając wpływy bankowe, czy aby nie przyszedł przelew z UEFA za organizację Euro 2012. Spory procent z kilku milionów w twardej walucie, z pewnością by się przydał Grzesiowi na zakończenie „kariery” w PZPN. Kadencja się kończy, a tu extra kasy nie widać.

Miszelu, envoyez de l’argent – mógłby krzyczeć Grzesio, gdyby umiał po francusku, a Platini cóż, ma czas. Z pewnością jego służby dokładnie sprawdzają rachunki, skrupulatnie księgują i z pewnością nic nie umknie ich uwagi.

Osobiście popieram uefoską opieszałość, bo dla polskiej piłki ma znaczenie, czy pieniądze dotrą w październiku, czy w grudniu. Ma znaczenie, bo albo cała kwota zasili budżet PZPN, albo jego konto zostanie pozbawione jej lwiej części, która z pewnością pomnoży kilka prywatnych rachunków notabli PZPN bieżącej kadencji, pomimo tego, że przy Euro palcem w bucie nie kiwnęli. Oczywiście, nie liczę poświęcenia i wywołanego nim zmęczenia w VIP-roomach, podczas meczów na stadionach Polski i Ukrainy.

Lato wprawdzie ma swojego człowieka w UEFA, gdyż przedstawicielem europejskiej centrali ds., kontroli klubów piłkarskich jest Adam Giersz. Tak, ten sam, który jako minister od fikołków zamiast stać na straży zachowania praworządności w PZPN, zamiótł wiele pod dywan w swoim ministerialnym gabinecie. Giersz być może pomógłby w transferze nagrody z UEFA do PZPN (w tym do grześkowej kiesy), ale z całą pewnością tego nie uczyni, bo chyba ma rączki za krótkie.

Jako minister miał długie ręce. Nie zwykł odpowiadać na oficjalne pisma, w których od zarzutów łamania prawa i statutu w PZPN, aż się roiło. Czasami z ministerstwa wypełzła jakaś odpowiedź, wymordowana stylistycznie przez urzędnika z trzeciego szeregu i tyle. Giersz potrafił podejmować decyzje wbrew opiniom własnych, ministerialnych prawników, albo pytać prawników z PZPN, czy czasami nie pobłądzili w prawnych gąszczach przepisów i ich interpretacji. Ci oczywiście, nie przyznali się do żadnego błędu, bo jakby inaczej.

Giersz wylądował mięciutko w UEFA i teraz kontroluje kluby.

Niedługo na forum sejmowej komisji sportu ma wygłosić prelekcję pt. „Finansowe fair play w klubach piłkarskich w Europie”. Ja osobiście z ciekawością wysłuchałbym prelekcji o „Fair play PZPN pod kierownictwem Grzegorza Laty w stosunku do polskiej piłki. Fair play kontrolowanego przez ministra Giersza”.

Ale byłby ubaw.