Finansowy i wyborczy kabaret

- Witam panów. Rudziu prowadź.

Tym słowami Laty Grzegorza rozpoczynała się większość posiedzeń Zarządu PZPN. I Rudziu prowadził, a Lato jak to ma w zwyczaju siedział i cmokał. Zaufanie Laty do Rudka było duże. Nie przeszkadzało Grzesiowi tempo reakcji i pracy wiceprezesa ds. finansowych, które najwłaściwiej charakteryzuje powiedzenie: „dziś pytanie, jutro odpowiedź”.

Wiara we własne siły była też nieobca bezkrytycznie do siebie podchodzącemu śląskiemu „baronowi”. Poczucie nieomylności, przeplatało się częstokroć w otoczeniu Laty z poczuciem bezkarności. I tak też było w przypadku Bugdoła. Być może ten element spowodował, że do PZPN wkroczy kontrola Urzędu Skarbowego. Szczegółowa kontrola.

Myślenie, że tylko Wach, Wojcieszak, Kręcina mają monopol na „prawdę”, wykładnię i interpretację przepisów w tym przypadku się nie sprawdziło i postawiło Rudolfa, delikatnie mówiąc w głupiej sytuacji. Milion złotych (w przybliżeniu) podatku od wynagrodzenia Smudy, odprowadzony do niewłaściwego Urzędu Skarbowego, obciąża Rudolfa Bugdoła i obnaża jego niekompetencje. Kolejny przykład kabaretu, tym razem finansowego w PZPN.


Czy to wykroczenie skarbowe będzie w jakiś sposób skutkować dyscyplinarnie? Czy pokontrolne protokoły, jeżeli wykażą inne nieprawidłowości przekreślą Rudolfa w oczach kończącego się prezesa Lato? Z pewnością nie, bo Rudek to ostatnia nadzieja Laty na drugą kadencję. Z jego polecenia Rudek po raz kolejny wystartował w wyborach do śląskiego ZPN. Sobie tylko znanymi sposobami opanował dwa okręgi, których głosy przesądziły o przegranej Jana Ozgi, oponenta Laty na Śląsku. Cel swój Rudziu osiągnął, ale czy na tym zyska Lato, nie byłbym taki pewny. Bugdoł trzyma z Niemcem i to Rychu jest dla Rudzia nadzieją. Nie Grzechu, tylko Rychu.

W tym rozdaniu duet Niemiec – Bugdoł chcą zasiąść do finałowej rozgrywki i może dla Laty zabraknąć miejsca przy ich stoliku. Oni już mają w głowach pomysł na konserwowanie starego układu w PZPN. Stare zasady z mądrzejszym od Laty prezesem, to ich pomysł na kolejne cztery lata. A piłka? Piłka ma się sama obronić, bo ludzie piłkę kochają.

Wszystkie te przesłuchania kandydatów to taki Niemcowy kabaret, na który wszyscy dają się niestety nabierać, bo decyzje personalne już zapadły, ale to temat na inną opowieść o związkowej teraźniejszości.

 

Leć wysoko nadziejo

Kampanie wyborcze na kandydatów powoli nabierają tempa. Jedni się rozpędzają, inni hamują. Na ten przykład taki Lato. Kampania przerosła go już na stracie, bo jak się zorientował, ile trzeba wydać (z kasy PZPN) i nie być pewnym wyniku, powoli wymięka. Lato już zaczął robić kampanię za pzpenowskie pieniądze (wycieczka do Tallina), ale co zrobi Grzesio, jak Hańderek poprze kandydata seniora Niemca (a zrobi to, jak zobaczy w tym swój interes) i mu wytknie parę wydatków z prywatą w tle. Oj będzie źle.
Hańderek też marzy o kolejnych czteroletnich wczasach w PZPN, dobrze opłacanych wczasach, dlatego mocno trzyma się tego, który go po główce głaszcze, czyli Ryśka (z klanu) Niemca i czasami mu podpowiada, niekoniecznie mądre rzeczy.

A Rysiek w całym swoim rozpędzie, namaścił się na głównego rozdającego (nie wiem czy z racji wzrostu, czy z racji innych racji) i zorganizował przesłuchania delegatów w … Warszawie.

Te przesłuchania żywcem przypominają wybór Fornalika na selekcjonera. Zaproszono kilku, by zrobili sztuczny tłok i dwóch takich (co chcą rąbnąć księżyc, czyli siebie i Latę), którzy mają ewentualnie wygrać, by skończyć to, czego jeszcze nie udało się zniszczyć do tej pory.

Niemiec poprosił, zatem kandydata Jesionka. Co w tej chwili można napisać o tym kandydacie? Pewnie nic.
Drugi zaproszony to Olechowski. Polityk i tu można by było skończyć, gdyby nie to, że ten kandydat o futbolu wie tyle, ile Rosjanin o ruskim pierogu, czyli wie, że jest. Ponadto A. Olechowski jak wspomniałem to polityk (wyeliminowany rękami Tuska), a każdy wie, że w PZPN polityków nikomu nie potrzeba, ani tych z północy, ani tych z południa. Dla Niemca to jednak doskonały kandydat na takie spotkanie.
Zaprosił Bońka, chociaż Zbyszek nie ogłosił publicznie, by brać go pod uwagę. Romka Koseckiego – reprezentanta Polski, bo nie wypadało inaczej no i Grzesia Lato, z którym jak wspomniałem Niemiec wiąże nadzieje na „lepsze jutro” polskiej piłki. „Gdyby głupota mogła unosić , ktoś by tu latał jak gołębica” – można by tu parafrazować wypowiedź klasyka dr. Strosmajera.

Co zebrani mogą się dowiedzieć od Laty. Albo kłamstw, albo analizy degrengolady w PZPN, a może Grzesio przyśle Olejkowską, bo jej wiele rzeczy przez usta przechodzi, choć nie uchodzi. Boję się tylko o jedno, by Niemiec nie przygotował Lacie odpowiedzi na kartce, bo spotkanie może się przeciągnąć do późnych godzin wieczornych z prozaicznego powodu, jakim jest u Grzegorza tempo poprawnego odczytywania tekstu. No cóż. Jak się Lato zbłaźni, to Niemiec sam siebie przesłucha i pofrunie ratować polski futbol przy pomocy koalicji małopolsko – śląskiej z Bugdołem na czele, który kiedyś masował w ruchu, tzn. w Ruchu Chorzów, a ostatnio stawiał na nogi finanse PZPN, nie wiedząc nawet, gdzie i za kogo płaci się w Polsce podatki. I mamy czterech do brydża. Etyka Niemca, speca od finansów (tych lewych dla Górnika Zabrze, także), Bugdoła, Hańderka vel Hańberka i Grzegorza Lato, o którym już ani słowa, bo mi się zainfekuje laptop.
Kogo Rysiek (z klanu) nie zaprosił, bo po co.
Stefana Ankowiaka, Jacka Masioty, Ryszarda Czarneckiego, Tomasza Jagodzińskiego, ani Gienka Nowaka, który już Kijowie pokazał Bugdołowi poprzez klapy marynarki, co myśli o jego ruchach w PZPN. Pewnie ci panowie nie pasują do Niemcowej układanki, a na dodatek mogliby powiedzieć coś mądrego, a to według niektórych polskiej piłce niekoniecznie jest potrzebne.
Im mniej logiki, tym łatwiej o finansowe wyniki (mawiał pewien sprytny finansista), a czego przykłady mieliśmy w związku przez ostatnie cztery lata.

Nie dziwcie mi się zatem, że ja się dziwię Ryszardowi Niemcowi, iż produkuje w imieniu skompromitowanych ludzi kolejną konserwę, zamiast zachowywać się godnie i na dwa miesiące przed wyborami otworzyć puszkę Pandory na której widnieje etykieta z napisem PZPN.
Dictum sapienti sat (est). Adresat tej maksymy nie odbiera poczty.

Różne oblicza Ryśka z klanu

Zakończył się proces wyłaniania nowych władz w wojewódzkich związkach piłkarskich i w konsekwencji delegatów na zjazdy PZPN, w tym ten kluczowy, bo wyborczy.

Gratuluję wszystkim prezesom wyboru, a szczególnie tym nowym, a miało to miejsce w czterech województwach. Nowi prezesi to szansa, na lepszą jakość w polskiej piłce. To szansa na zmiany, bo tych polski futbol potrzebuje jak powietrza. Nawet nie świeżego, zwykłego. Lato ze swoją świtą, Piechniczkami, Bugdołami, Hańderkami tak zdusił polskie piłkarstwo, że tylko natychmiastowa reanimacja może przynieść jakiś pozytywny skutek.

Lato, jako prezes, czy jako śmieszny kandydat na prezesa także pośpieszył z życzeniami. W jednym z województw, wpraszał się nawet na wizytę do miejscowego Urzędu Marszałkowskiego, ale musiał cmoknąć w klamkę i z opuszczoną głową odejść powoli.

Miliony ludzi podziela pogląd, że z Latą jest wstyd się pokazać publicznie, choć jeszcze są tacy, którzy mają interes wchodzić z nim w konszachty. Znam przynajmniej jednego marszałka o takiej postawie.

Wracając do wyborów. Osobiście szanuję każdy wybór, choć w kilku przypadkach jest on zastanawiający. No cóż, każdy będzie chodził w takiej sukmanie, jaką sobie sprawił.

W Małopolsce prezesem po raz kolejny wybrano Ryśka Niemca. I pewnie słusznie, bo to człek światły i doświadczony. Nie dziwi też towarzystwo, jakie towarzyszyć będzie Rysiowi na zjeździe w Warszawie, a szczególnie Hańderka vel Hańberka, jednego z bohaterów książki Ryszarda Forbricha. Dziwi za to akceptacja tego człowieka przez kol. prezesa Niemca. Prezes Niemiec ma dar mówienia w różnych miejscach, różnych rzeczy na ten sam temat. Bywając w Warszawie przyjmował postawę nr 1, na spotkaniach poza Warszawą postawę nr 2, w rozmowach telefonicznych charakteryzowała go postawa nr 3, a podejrzewam, że w szczerych rozmowach ze Zbyszkiem Lachem ujawniało się kolejne oblicze starego-nowego prezesa Niemca. Czy Niemiec jest graczem. Po części pewnie tak, ale znaczonymi kartami, czyli z pewnością cechuje go postawa daleka od pojęć etyki.

Oto cytaty z wypowiedzi Ryszarda Niemca (zamieszczonego w wydawnictwie Konspekt 1/2005) podczas dyskusji, zorganizowanej z okazji jubileuszu 20-lecia Studium Dziennikarskiego AP.

– Zgadzam się w pełni z Ryszardem Kapuścińskim, że dziś, gdy wszyscy uczą dziennikarskiego warsztatu, nikt nie uczy etyki.

– Reprezentuję gazetę, która po dziś dzień płaci rachunek za to, co zrobili z nią politycy. Ogromne szkody poczyniła weryfikacja roku ‘82, która wycięła w pień najzdolniejszych dziennikarzy. I pro domo sua.

Wypowiadając takie słowa i idąc ręka w rękę z byłym dziennikarzem Hańderkiem, współpracującym warsztatowo z krakowskim SB przeciwko ludziom Solidarności, traci całkowicie wiarygodność. Gdzie Niemiec się uczył w takim razie etyki, którą tak szafuje na prawo i lewo.

Ryszard Niemiec na salonach cytuje Homera (w oryginale), czym wzbudza aplauz. To jednak tylko sprytny kamuflaż. Tak naprawdę pokazuje przez całe swoje życie, że to raczej dzieła Lenina wywarły na nim piętno nie do ukrycia zresztą.

Nie inaczej Ryszard Niemiec postępuje na starcie kampanii wyborczej do wyborów w PZPN. Przyjął postawę komsomolską. Postawę żywcem zerżniętą z radzieckiej organizacji młodzieżowej.

Świadczy o tym towarzystwo, metody, a także wiecznie przywoływana fasada etyka.

Gdyby przełożyć teraz wiarygodność Niemca na wyborcze deklaracje, propozycje koalicji i inne obiecanki-cacanki proponuję uważać, by się ktoś nie obudził z przysłowiową ręką w nocniku.

 

Chwała czy biznes

Nie ma chyba lepszej fuchy w Polsce niż posada selekcjonera reprezentacji w piłkę nożną w minionych czterech latach.

Jak pokazała historia (tak ukochana przez selekcjonera Antoniego), w przypadku Smudy jak i Fornalika (obu namaszczał selekcjoner Antoni – pewnie miał w tym jakiś prywatny interes) pierwszym tematem były …. pieniądze. Ja wiem, że o pieniądzach trzeba rozmawiać, bo są one ważne, nawet w kontekście wyrównania szkód moralnych wynikających z wściekłości kibiców po przegranych meczach. Myślę jednak, że wielkość kwot deklarowanych do wypłaty przez związek, powinna być adekwatna, do jakości pracy wyrażanej wynikami sportowymi. Inaczej dochodzimy do absurdów.

Smuda na ten przykład zarobił ponad 5 milionów złotych, czyli PZPN zapłacił mu po 2 i pół miliona za każdy z dwóch nic nikomu niedających punktów. Jakby Lato umiał liczyć i przewidział tą matematykę, to by go chyba krew zalała, że znalazł się ktoś, kto w PZPN zarobił więcej od niego, oprócz oczywiście Zdzicha Kręciny, bo jego w PZPN to chyba nikt długo nie przebije w tej materii. Smuda do dziś ma czelność stawiać się w pozycji szkoleniowca pełną gębą, a tych, którzy śmieli mu stawiać warunek wyjścia z najsłabszej grupy mistrzostw, uważa za dyletantów futbolowych. Ostatnio podniósł główkę po raz wtóry, twierdząc, że Fornalik korzysta z JEGO drużyny. W 90 % z JEGO drużyny. Po laniu w Tallinie schował głowę między kolana, da Bóg na dłużej.

A Fornalik. Ten ma komfort zapewniony przez protektora Antoniego, ma wynegocjowany kontrakt, ma drużynkę po Smudzie i ma dobre samopoczucie.

Nie ma za to postawionego celu (przynajmniej w kontekście wynagrodzenia), nie ma pomysłu i nie ma kręgosłupa. Dał sobie już w pierwszy dzień narzucić wszystko i wszystkich, łącznie z dyrektorami od biznesu i świeżego powietrza wokół kadry (odpowiednio Paśniewski i Rząsa). Ponieważ biznes będzie się nakręcał, a wynik sportowy niekoniecznie to z tym świeżym powietrzem też może być różnie.

Fornalik, który w przeciągu kilku dni, kilkakrotnie już zmieniał zdanie na temat ustawienia drużyny i taktyki, przeprosił się z pomysłem zatrudnienia Jacka Zielińskiego, asystenta Smudy.

Nie będę fałszywie skromny i przypomnę, że byłem zdania iż to Jacek Zieliński powinien (warunko, tymczasowo) poprowadzić kadrę ze względu na początek eliminacji i jesienne wybory w PZPN. Byłaby zachowana wtedy naturalna ciągłość pracy z kadrą, ale to było zbyt inteligentne rozwiązanie dla selekcjonera-historyka i prezesa z Mielca.

Co by nie było, chłopaki grajcie na Fornalikową chwałę, bo chętnie pojadę na Mundial do Brazylii (za swoje pieniądze – zaznaczam), pod warunkiem jednak, że atmosfera w Rio będzie wolna od mieleckiego powietrza.

Piotr Świerczewski: w PZPN panuje komunistyczna demokracja

Zawsze podziwiałem Piotra jako piłkarza, a teraz widzę, że należy mu się kolejna porcja szacunku. Za co? Za trafne analizy piłkarskiego „światka” i odwagę, bo znam takich, którzy myślą jak Piotr, a zachowują się tak jak zawodnik na ławce rezerwowych. Niby gra, choć nie gra, ale na liście płac figuruje. Oto wypowiedź Piotra Świerczewskiego dla futbol.net.


Źródło: futbolnet.pl

Dziś w roli recenzenta działalności PZPN.
PZPN jest jak Rosja. Każdy delegat ma prawo do głosowania i z niego korzysta – głosuje na siebie. Ewentualnie na opcję zapewniającą mu pozostanie przy stołku. Panuje tam… komunistyczna demokracja. Jeśli premier Tusk nie zrobi z tym porządku, nikt go nie zrobi. Będziemy ciągnęli tę baśń Grzegorza Laty w stylu „my żeśmy doli”, „wicie”, „mocie” itd.…

Nawet ludzie na ulicy zaczepiają mnie i pytają: – Panie Piotrze, co zrobić z Polskim Związkiem Piłki Nożnej?

A ja nie wiem. Jeden kibic powiedział, że tam to tylko bombę wrzucić. Może w październiku obejdzie się bez tego… Zmiany muszą nastąpić, chociaż nie cały PZPN należałoby wyrzucić. Są tam normalni ludzie. Wstyd mi, że opinia o związku jest aż tak szargana, chociaż nie dzieje się to bez przyczyny. Sam reprezentowałem go jako piłkarz.

Podobno Antoni Piechniczek powiedział kiedyś, że mi głowę utnie, czy coś takiego. Bać się, nie boję. Ale odpowiadał mu nie będę. To bez sensu. Ten pan nie ma żadnego honoru. Pamiętacie, jak nie dostał absolutorium? Przecież to znaczy, że mu nie ufają. I jakoś nie widzę, żeby odszedł. A sprawa jest jasna – nie ma zaufania, dziękuję. Nie będę z wami współpracował. U niego brakuje takich zachowań. Nie przeszkadza mu też, że przez szmat czasu niczego nie zrobił. Dla mnie to dziwne. Dwie dekady chowa się gdzieś w PZPN-ie i głosi jakieś dziwaczne tezy. „Trzeba wrócić do tego, co było 20 lat temu na AWF-ie” albo jeszcze lepsze: „Dajemy Waldemarowi Fornalikowi wolną rękę przy zatrudnianiu sztabu trenerskiego, ale sugerujemy, by byli to ten i tamten…”. Chore! Jak z pochodami pierwszomajowymi za komuny – nie były obowiązkowe, ale spróbowałeś nie przyjść…

Nie muszę tłumaczyć, że polskich działaczy już się nie da zmienić. Jest statut, wedle którego ciężko obalić władzę – na tym polega ta „demokracja”. W Rosji też panują rządy ludu, ale wszyscy wiedzą, jak one wyglądają. Władimir Putin nie może być prezydentem, to zostaje premierem, by zmienić prawo. Kandyduje po raz trzeci i wygrywa. Sami dopowiedzcie sobie, co będzie w związku.

Czy jestem zły na Piechniczka? Jestem. Po pierwsze – od lat psuje polski futbol. Wielka piłka reprezentacyjna kończyła się właśnie za jego czasów – tak uważam. Przejął ją i uciągnął kadrę z tego, co miał przyszykowane przez śp. Kazimierza Górskiego. I wszystko rozwalił. Potem nie było nic do Jerzego Engela. Przez 20 lat nasz futbol zamarł. On chciał coś zbudować, ale mu przeszkadzano. O Franciszku Smudzie powiem tylko jedno – opowiada, że przygotował Fornalikowi drużynę i bajdurzy. Nie, on ją taktycznie zdezorganizował. Mentalnie również. Atmosferę zburzył, a na koniec nazywał swój twór zespołem. A jaki to zespół? Większość naszych akcji ofensywnych brała się z chaosu.

Wracając do Piechniczka, za co jeszcze jestem jeszcze na niego zły – przez tego człowieka dzieciaki jeszcze przez 20 lat nie będą grały w piłkę. Wciąż im powtarzam: „Wy co najwyżej będziecie kopać, piłkarzami nie zostaniecie”.

Ale to nie ich wina. Taki mamy system szkolenia… Idę na kursy trenerskie, to powinienem mieć specjalizację. Albo zajmuję się dorosłymi, albo dziećmi. Jeśli wybieram seniorów, to szkolę się pod kątem prowadzenia drużyny seniorskiej. Tymczasem poszedłem na zajęcia i słuchałem o tym, że nie powinienem przeklinać i uczyłem się zabaw dla dzieciaków. Super, ale po co mi to? Nie jestem zainteresowany młodzikami, bo nie mam do nich cierpliwości.

Przecież w ten sposób tracimy czas. Ja też tracę, chociaż uparłem się – zrobię licencję w Polsce. Mam do odrobienia kilka godzin i czekam na wyznaczenie terminów. Jeśli w tym czasie dostanę propozycję pracy jako trener, podejmę ją. Będę menedżerem, bo nikt mi przecież tego nie zabroni. Przy okazji ominę prawo, ale po co to, skoro można normalnie? A gdy już będę musiał szybko zrobić licencję, też ją zrobię. Nie powiem, gdzie, ale mocno się zdziwicie.

Piotr Świerczewski

Informacja z Futbol News

Pisaliśmy już wielokrotnie o zamieszaniu wokół kontraktu Waldemara Fornalika. Negocjacje na linii PZPN – Ruch Chorzów trwały bardzo długo. Fornalik już zajmował się pracą w kadrze, a oficjalnie nadal był wpisywany do protokołów meczowych klubu z Chorzowa. W końcu poinformowano, że sprawy „papierkowe” zostały dopięte na ostatni guzik. Ale… No właśnie, pojawiły się informacje, iż władze polskiej piłki zapłaciły milion złotych odszkodowania „Niebieskim”.


Fornalik najdroższym transferem tego lata w Polsce!

firnalik

Ruch Chorzów otrzymał z PZPN milion złotych odszkodowania za oddanie do reprezentacji Polski trenera Waldemara Fornalika. To dotychczas najdroższy transfer szkoleniowca w polskim futbolu i jedyny, unikatowy „zakup” selekcjonera dokonany przez PZPN.

Gdy przed zatwierdzeniem Fornalika na stanowisku trenera kadry, „baron” z Podkarpackiego ZPN, Kazimierz Greń, w wywiadzie dla weszlo.com upublicznił sprawę wypłacenia Ruchowi milionowego odszkodowania przez PZPN za zerwanie kontraktu pana Waldka z klubem, związkowi włodarze starali się bagatelizować sprawę.

Prezes Ruchu Chorzów, Dariusz Smagorowicz, już po selekcjonerskim namaszczeniu Fornalika, oczekiwał od zarządu PZPN „rozwiązania problemów prawnych”, czyli wypłacenia zadośćuczynienia Niebieskim za oddanie szkoleniowca do reprezentacji. Wiceprezesi PZPN Antoni Piechniczek (odpowiadający w związku za szkolenie) i Rudolf Bugdoł (do spraw finansowych), nota bene uczuciowo i niegdyś zawodowo związani z Ruchem (pierwszy był w klubie z Cichej piłkarzem i trenerem, drugi masażystą oraz wieloletnim działaczem), oficjalnie nie chcieli podnosić tego tematu i odłożyli go do załatwienia na później, kiedy sprawa przycichnie.

Kiedy na zebraniu zarządu PZPN, 2 sierpnia, Jacek Masiota zapytał prezesa Grzegorza Latę i Piechniczka o żądanie Ruchu rekompensaty za pana Waldka, obaj powiedzieli, że związek żadnego odszkodowania nie będzie płacił.

Przy okazji meczu Lech – Ruch na inaugurację rozgrywek Ekstraklasy w Poznaniu i kuluarowych rozmów działaczy obu klubów wydało się jednak, że milionowy ekwiwalent za oddanie Fornalika do pracy z drużyną narodową zasilił kasę chorzowskiego klubu.

Wypada więc tylko pogratulować prezesowi Smagorowiczowi i współpracownikom, że przy obecnej stagnacji na polskim mercato zmiana barw Niebieskich na Biało-czerwone przez „Waldka Kinga” za milion złotych była najbardziej spektakularnym i zarówno dochodowym ruchem transferowym tego lata. Nie wolno też zapomnieć o dużej w tym zasłudze chorzowskich „związkowców” Piechniczka i Bugdoła. Cóż, 250 tysięcy euro za 49-latka – większych pieniędzy nawet za dwa razy młodszych zawodników doprawdy nie dałoby się obecnie wycisnąć.

Jacek Kmiecik

Wielkość artysty można ocenić po uniwersalności jego sztuki.

Nie przypuszczam, żeby francuski pisarz, autor opowiadań i sztuk teatralnych, także rysownik, grafik, reżyser teatralny i filmowy, aktor, scenarzysta i scenograf Roland Topor przewidział kiedykolwiek, iż 26 października 2012 odbędzie się zjazd wyborczy w PZPN.

Patrząc na jego grafiki można stwierdzić, że choć ich symbolika jest wielopłaszczyznowa, daleki jestem od tego, by się doszukiwać podobieństwa do wydarzeń i postaci charakterystycznych dla polskiej piłki, choć w pewnym sensie nie byłoby to pozbawione sensu.

Ocenę pozostawiam innym, życząc by ich skojarzenia nie stały w sprzeczności z intencjami i przesłaniem artysty.

Jak jesteśmy już w temacie grafik, to jeszcze jedno słowo!

Od prezydenta Tarnobrzega w dniu 3 marca (wybory w Podkarpackim ZPN) otrzymałem karykaturę z przesłaniem na 26 października (wybory w PZPN).

Przeładowałem zatem broń ze ślepaków na ostrą amunicję i mam pewność, że moje działania w temacie wyborów nie okażą się „sztuką dla sztuki”, a wybór nowego prezesa będzie tym razem celnie trafiony.

Wspomożenie dla Antoniego

Z niedowierzaniem przyjąłem rewelacje podane prze portal futbol news, o nowej roli Piechniczka. Ten, piewca sukcesów polskiej piłki sprzed trzydziestu lat (swoich sukcesów) senator, wiceprezes kasujący, (za co?) kilkanaście tysięcy miesięcznie od czterech lat, wymyślił sobie z kolegami zapomogę(?), jałmużnę(?), która w konsekwencji ma uszczuplić związkowy budżet na ponad poł miliona rocznie.

Dla człowieka o dochodach Piechniczka, 5 tys, miesięcznie powinno znaczyć tyle, ile dla większości społeczeństwa 50 zł, raz na trzydzieści dni. Czyli niewiele.

Ale nie. Pazerność tego człowieka można dzisiaj śmiało porównać z pazernością jego pryncypała ze związku. O czymś takim jak wstyd, nawet nie wspominajmy. By nie być osamotnionym w żądaniach tego dożywotniego zasiłku, Piechniczek próby żądań dokonał wraz ze Streylauem i Łazarkiem.

Na dwa miesiące przed wyborami selekcjoner – historyk odkrył karty. Teraz mamy czarno na białym, jaka była jego rola w PZPN, dlaczego wspierał kompromitującego się na każdym kroku prezesa i dlaczego będzie go wspierał w nadchodzących wyborach.

Piechniczkowi tak zależy na piłce nożnej, jak wszystkim ludziom sportu na zeszłorocznym śniegu. To człowiek, któremu szmal zagłuszył rozsądek, bo nie chcę się posuwać do stwierdzenia resztki rozsądku. Przez cztery lata wziął z PZPN grubo ponad pół miliona złotych, a co dał w zamian?

Konia z rzędem temu, kto wyliczy mi chociaż trzy „prace” Piechniczka, które zmieniły obraz polskiej piłki. Na lepszy oczywiście. Gdyby ktoś się o to pokusił, to każda z nich byłaby warta ze dwieście tysięcy. Spokojny jestem o wynik tych poszukiwań. Twierdzę wręcz, że Piechniczkowi płacono za przychodzenie do związku, za bycie w nim. Prościej byłoby wyliczyć działania, które unicestwiały tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu i rok po roku futbol w Polsce. Rączka w rączkę, a właściwie z rączki do rączki z Grzesiem, dzisiejszym kolesiem.

Intencje każdej koalicji czy koalicyjki wyborczej, w której znajdzie się Piechniczek będą bardzo łatwe do rozszyfrowania. Gdyby jednak Piechniczek zdecydował się zachować neutralność byłaby to z pewnością największa zasługa selekcjonera-historyka dla polskiej piłki od trzydziestu lat. Ale chyba prędzej potwór z Loch Ness wyjdzie na brzeg, niż Antek zrezygnuje z darmowych obiadów.

Grzegorz Lato nie ma szans, by pozostać prezesem PZPN

Podczas igrzysk w Londynie temat nadchodzących wyborów w PZPN zszedł na dalszy plan, ale delegaci bynajmniej nie przespali tego okresu. Pod koniec lipca cześć szefów okręgowych związków ustaliła, że może poprzeć Zbigniewa Bońka, ale ten wciąż waha się, czy wystartować.

W międzyczasie swoje kandydatury zgłosili politycy – eurodeputowany PiS Ryszard Czarnecki i poseł Solidarnej Polski Mieczysław Golba.

– Niektórzy chyba chcą sobie nazwiska wyrobić, bo szans na udział w wyborach im nie daję. I pan i ja też możemy sobie chcieć, ale do startu w wyborach potrzeba piętnastu głosów poparcia w okręgowych związkach, klubach Ekstraklasy i pierwszej ligi – mówi Onetowi prezes Podkarpackiego ZPN Kazimierz Greń.

Kandydaci nie mogą jeszcze uzyskać pełnego poparcia, bo w siedmiu okręgowych związkach nie odbyły się wybory nowych władz.

– Można powiedzieć, że zaczął się wyborczy Tour de Pologne, ale uczestnicy jeszcze nie dostali rowerów. Pod koniec sierpnia wiele się już wyjaśni. Moim zdaniem na placu pozostanie czterech, góra pięciu kandydatów – mówi Greń, który w poprzednich wyborach poprowadził kampanię wyborczą Grzegorza Laty.

Jak wiadomo, obecny prezes PZPN będzie ubiegał się o reelekcję.

– Grzegorz nie ma najmniejszych szans na ponowne zwycięstwo, bo już nikt w okręgowych związkach nie pozwoli sobie, żeby PZPN podążał w tę stronę. Kto za niego? Odbyłem ostatnio kilka spotkań, może to będzie Jacek Masiota, może Zbyszek Boniek lub Roman Kosecki. Wiem, że w którymś momencie trzeba będzie zjednoczyć siły. Ja poprę kandydata, który da mi gwarancję zmian w PZPN, bo nie chcę, żeby skończyło się jak z Latą – mówi Greń.

Szef Podkarpackiego ZPN nie jest jednak zaskoczony, że Grzegorz Lato ubiega się o reelekcję.

– Mało kto chce rezygnować z takiej posady, bo to są przecież wyjazdy, bankiety, limuzyny. Ja zrezygnowałem i lepiej mi po tej stronie barykady. Ludzie na dole, w okręgowych związkach, narzekają, ale kogo to obchodzi. Ważne, żeby skasować 50 tysięcy złotych pensji. Grzegorzowi zaszkodzili klakierzy, którzy mu kadzą, że jest najlepszym prezesem. I on w to uwierzył, zamiast uczciwie spojrzeć w lustro i się rozliczyć ze swojej kadencji – kończy Kazimierz Greń.

Wybory w PZPN odbędą się pod koniec października.

Rozmawiał Maciej Stolarczyk Onet

 

Złamiemy szlabany

Dziś PZPN jest przedsiębiorstwem obracającym sporymi pieniędzmi, pochodzącymi głównie z działalności komercyjnej. A prezes Lato nie do końca zna się na zarządzaniu – Tak miesiąc temu wypowiadał się Stefan Antkowiak, który 11 sierpnia ubiegał o reelekcję w wyborach na szefa Wielkopolskiego ZPN. Dodajmy z powodzeniem, chociaż miał kontrkandydata na tę funkcję w osobie młodego poznańskiego prawnika Michała Gniatkowskiego. Antkowiak wprawdzie wygrał znaczącą ilością głosów, ale faktu, że 1/3 delegatów postawiła na „nową twarz” nie można pominąć milczeniem. To sygnał z kolejnego województwa, że nowi ludzie są pomału zauważani przez środowisko piłkarskie, a to w kontekście potencjalnych zmian w skali ogólnopolskiej nie jest bez znaczenia.

Prezesowi Antkowiakowi serdecznie gratuluję wyboru, a jego słowa wypowiedziane przed miesiącem pragnąłbym widzieć w kategorii deklaracji, a nie pustych obietnic. Jeżeli Stefan Antkowiak nie popiera czterolecia firmowanego przez Grzegorza L. myślę, że 26 października stanie po właściwej stronie barykady i odda swój głos na reformy artykułowane dość wyraźnie przez frakcję reformatorską. Na prawdziwe reformy (oczywiście), nie zmiany kosmetyczne, do których już dzisiaj go namawiają. O ile Stefan Antkowiak będzie uosobieniem postawy: – Zależy mi tylko i wyłącznie na dogłębnych i rzeczywistych zmianach w PZPN – jestem po jego stronie.

Od razu uprzedzam, że gdyby Stefan dzisiaj użył słów : – Jestem gwarantem zmian w PZPN – wzbudziłby we mnie niepokój obijający się o niewiarę, nie w człowieka tylko w jego słabości. Może jestem łatwowierny. Może można mnie oszukać, ale tylko jeden raz. Okupiłem już swoją łatwowierność. Trzy lata brałem w dupę. Siebie nie żałuję. Żałuję polskiej piłki i sytuacji w jakiej się znalazła. Nie mamy czasu na kolejne błędy, pseudo doświadczenia, a już szczególnie na udawanie, że chcemy zmian.

Bo ja deklaruję, że w tym czteroleciu te zmiany w PZPN zostaną dokonane.

Problemu z właściwą decyzją myślę nie będzie miał nowy prezes Dolnośląskiego ZPN Andrzej Padewski, bo i tam 11 sierpnia dokonano wyboru nowych władz. Stosunek A. Padewskiego do poczynań Laty jest ogólnie znany. Za Padewskim zagłosowało ponad trzystu delegatów, co jest o tyle istotne, gdyż miał on kontrkandydata, o którym się mówiło w kuluarach jako o człowieku Grzegorza L.

Padewski cztery lata temu był zadeklarowanym przeciwnikiem kandydatury Laty, a ponieważ w tej kadencji dość z bliska obserwował wydarzenia w PZPN, jestem pewny, że tylko się utwierdził w swoich poglądach sprzed czterech lat.

Gratuluję więc gorąco sukcesu wyborczego panu Andrzejowi Padewskiemu i chętnie go powitam, już jako prezesa związku w rosnącej w siłę frakcji reformatorskiej.

Do końca sierpnia odbędą się wybory w pozostałych sześciu związkach wojewódzkich i po pierwszym września zaczniemy łamać szlabany zagradzające polskiej piłce wjazd na autostradę rozwoju i sukcesu.