Euro dobiega końca.

Tym samym zaczyna się pierwszy okres podsumowań kadencji Laty i początek przygotowań do wyborów w PZPN. Z tych powodów ludzi związanych z piłką w telewizji, radiu czy prasie nie brakuje. Tematów także. Jakie nowinki przyniosły nam ostatnie dni. Oto kilka przykładów.

Piechniczek. Z wywiadu z dinozaurem polskiej myśli szkoleniowej sprzed lat 30, mogliśmy się dowiedzieć, że Lato był dobrym prezesem. Zgadzam się z jednym tylko zastrzeżeniem. Lato był dobry dla Piechniczkowych interesów, bo z pewnością nie dla polskiej piłki. Jakieś 38 mln ludzi twierdzi, że Lato zgnoił polską piłkę i zgnoił piłkarskie środowisko, a Piechniczek twierdzi, że Lato to dobry prezes. Życzę Antoniemu w związku z tym dobrego samopoczucia i dalszych trafnych analiz z pzpnowskiego podwórka. Z ulgą przyjąłem deklarację, że Antoni wycofuje się z roli działacza po wyborach. Może on dotrzyma słowa chyba, że kłamie tak jak jego ulubiony prezes.

Listkiewicz. Michał przejrzał na oczy i powiedział prawdę o Olkowiczu. Ja go rozumiem. Wiem, co to być oszukanym. Różnica polega na tym, że ja zrezygnowałem z przywilejów członka zarządu i waliłem przez trzy lata prawdę o patologiach w PZPN, a Michał działał z boku na jakimś etaciku, aż puściły mu nerwy i walnął z grubej rury, co myśli. Lepiej późno niż wcale. Michał wypluł z siebie to, co go dręczyło i z pewnością odczuł ulgę, choć jak teraz przyznaje niepotrzebnie się otworzył.

Te jego wątpliwości, czy warto być szczerym w publicznych wypowiedziach są doskonale widoczne, gdy ktoś go pyta o prezesurę Laty. Gdyby za „pływanie” w wypowiedziach dawali olimpijskie medale. Michał z pewnością miałby kilka w stylu dowolnym. Jedno jest pewne. Listkiewicz to nie Piechniczek i nigdy mu z ust nie wyszły pochwalne brednie.

 

Mucha. Ministra też się wypowiada o PZPN i jego przyszłości. Tak jak ludzie mają wyrobione zdanie o prezesurze Laty, tak samo mają wyrobione o ministrze Musze. Wiedza pani Joanny o sporcie, jak wiadomo jest śladowa, ale jak wnioskuję z wywiadów przez nią udzielanych wiedza o sytuacji w środowiskach piłkarskich nie jest nawet mikroskopijna. Ona nie istnieje w ogóle. Mam taki apel. Jak chce pani pomóc polskiej piłce to niech pani do jesieni nie mówi nic, albo niech pani posiądzie elementarną choćby wiedzę o ludziach, ich planach i funkcjonujących układach. Pieprzeniem do kamer dyrdymałów największą krzywdę robi pani sama sobie, bo my sobie poradzimy i z Latą i ze zgnilizną, którą w PZPN nam zafundował.

 

Kurowski. Kilka tygodni temu pan Jacek przeprowadził wywiad z Grzegorzem Lato. Dwoił się i troił. Pocił i skręcał, by Grzesiu wypadł jak najlepiej. Delikatne pytanka, podpowiadanie odpowiedzi, głaskanie. Daleka posunięta ostrożność przy doborze tematów. Dla dziennikarza, który musiał Latę pokazywać w dobrym świetle, bo taki był interes telewizji publicznej, musiały to być katusze. Ot takie typowe perfumowanie gnojówki, z czego Kurowski wywiązał się bez zarzutu. Kilka dni temu, już po porażce na Euro metamorfoza dziennikarska. Wywiad ze Smudą to wywiad przeprowadzony w sposób grzeczny, ale zdecydowany. Nie było tematów tabu. Trafne mocne pytania obnażyły słabość psychiczno – mentalo – zawodową Franciszka Smudy. Po tym wywiadzie nikt z oglądających nie miał już najmniejszych wątpliwości, dlaczego polska reprezentacja skompromitowała się na Euro.

Ciekawy jestem, czy teraz, kiedy parasol ochronny nad Latą został złożony, dojdzie do rzetelnego wywiadu Kurowskiego z prezesikiem z Mielca. Czy zapyta go o ilość kopert w kasie pancernej, o zgodę UEFA na grę podczas Euro naszych „stranieri” z polskimi paszportami (afera wyższego rzędu), o umowy ze Sportfive i Nike, o zatwierdzenie nowego selekcjonera pod stołem i cały ten syf jaki Lato zgotował nam w PZPN-ie.

Pożyjemy zobaczymy.

Trzymam kciuki za Latę

Porażka polskiego piłkarstwa na Euro bardzo mocno dotknęła pseudo prezesa Grzegorza Lato i sporą część zarządu PZPN. Smutek i przygnębienie to zdecydowanie negatywne emocje.
Jak można temu przeciwdziałać?
Fachowcy twierdzą, że najlepszym antidotum na depresję jest praca i rozrywka. W tym kierunku postanowiono pójść w kierownictwie PZPN i zabezpieczyć aktualnej władzy zarówno jednego jak i drugiego oczywiście w odpowiednich proporcjach. I o tych proporcjach dzisiaj słów kilka.
Praca.
W środę zbiera się na swym posiedzeniu zarząd, za które Grzesio wypłaci jego uczestnikom po 2000 zł. kieszonkowego. Wir odpowiedzialnej pracy i twórczych decyzji oraz ekwiwalent finansowy powinien w jakimś stopniu zneutralizować uczucie depresji po laniu na Euro. To sprawdzony sposób. W trakcie minionych czterech lat, Lato poprawiał w ten sposób może nie tyle kondycję polskiego futbolu, ale na pewno samopoczucie jednostek z futbolem związanych.
Obrady trwać będą całych kilka godzin w środowe popołudnie, w jednym z wykwintnych hoteli w Sękocinie Starym i będą z pewnością męczące, a przypominam, że głównym celem tego spotkania jest klepnięcie piechniczkowego pomysłu na selekcjonera oraz poprawa zdrowia psychicznego uczestników obrad.
Dla tych panów, którzy podniosą rączkę za kandydatem dinozaura polskiej myśli szkoleniowej z musu, a nie z rozsądku, przewidziano kolację dla poprawy humoru, gdyż jak przypominam zarząd ma postawić na nogi, a nie powalić na kolana. Co kuriozalne zdanie o powalaniu na kolana i stawianiu na nogi nie dotyczy polskiego futbolu, tylko samopoczucia uczestników tej terapii psychicznej. Tak więc ci sfrustrowani laniem na Euro i wyborem nowego selekcjonera zostaną przyjęci na uroczystej kolacji i w tym miejscu zaczyna się druga część terapii, czyli…
Rozrywka.
By zachować prawidłowe proporcje rozrywka będzie trwać tyle DNI, ile GODZIN trwała praca. Ponieważ obrady zostały przewidziane na godzin pięć, wszyscy chętni oraz ci najbardziej potrzebujący terapii członkowie zarządu będą mogli rehabilitację psychiczną po Euro i wyborach selekcjonera prowadzić do poniedziałku 2 lipca. Program jest dość atrakcyjny. Dwa dni baletów w hotelu. Wiem, że baletów wysokich lotów. Lotów na wyższym poziomie niż ten prezentowany przez smudną drużynkę na Euro. Nie znam programu, ani menu szczegółowego, ale znam płatnika. Szczodrego płatnika, zwłaszcza przed wyborami w PZPN. To Lato, Bugdoł i sekretarz p.o. Baryło.
W kolejnym dniu atrakcja w postaci samolotu czarterowego, którym wraz najbliższymi (tymi całkiem oficjalnymi i tymi całkiem nieoficjalnymi) przygnębieni, przemęczeni czteroletnią kadencją panowie udadzą się drogą powietrzną do Kijowa. Tam prosto do hotelu, potem na stadion, jedni na mecz inni do baru przy lożach VIP (same zawody można także oglądnąć na monitorze telewizora) i tak minie niedzielny wieczór i podejrzewam większa część nocy. Hotel, śniadanko, samolot, powrót.
Powrót, do czego?
Dla realistów, do codzienności. Dla pragmatyków do punktu wyjścia, do szarej rzeczywistości, do beznadziei, do piłkarskiego bagienka, w jakie za kadencji Laty zmieniło się nasze piłkarstwo.
Moje samopoczucie poprawia fakt, że powyżej opisana terapia nie jest potrzebna wszystkim członkom z obecnego zarządu PZPN. Kilku myśli bez wspomagania kolacjami, biletami na mecze i kieszonkowym za posiedzenia. Mam też świadomość, że za cztery miesiące wybory w PZPN, czyli szansa na zaoranie ugoru i powyrywanie chwastów z pola, na którym gospodarzył Lato.
Istnieje też prawdopodobieństwo, że 5 godzin pracy i 5 dni baletów może odnieść odwrotny skutek od zaplanowanego. Teoretyzując, może się wydarzyć tak, że terapia skończy się nie tylko kacem fizycznym, ale też moralnym. Ponieważ nie chcę się mądrzyć posłużę się definicją medyczną, do czego może doprowadzić depresja, a nawet przygnębienie. Otóż, ta choroba czyni spustoszenie w uczuciach, emocjach, kontaktach międzyludzkich, opanowuje wolę i może popchnąć do samozagłady.
Jeżeli przyjmiemy, że dojdzie do samozagłady jednostek w imię odbudowy wielkości polskiego futbolu, to jestem za i trzymam kciuki za Grzesia i jego towarzyszy podróży. Trzymam mocno i gwarantuję, że nie puszczę.

Kto poniósł porażkę podczas Euro?

Na tak postawione pytanie śmiem odpowiedzieć, że wszyscy. Dlaczego? Bo wszyscy chcieli, żeby polska reprezentacja cokolwiek ugrała na tym turnieju. Zawodnicy chcieli odnieść zawodowy sukces i przejść do historii. Trener też. Kibice, bo utożsamiają się z biało-czerwonymi. Ja również jestem w tym gronie. Grzegorz Lato, poprzez wynik chciał mieć alibi za stracone cztery lata i carte blanche przed jesiennymi wyborami w PZPN. Problem tkwi w tym, że wszyscy są przegrani, a winnych nie ma. Jeżeli ma być tak, że cała wina spada na Smudę, to ja się z tym nie zgadzam. Poniósł zawodową porażkę podczas Euro, ale obwinianie tylko jego byłoby nadużyciem. Smuda zrezygnował z dopełnienia kontraktu do końca sierpnia, bo nie wytrzymał psychicznie. Ciekawe jak się zachowa w sprawach finansowych. Weźmie pieniądze za blamaż i nieprzepracowane miesiące, czy nie, ale to jest jakby inny temat.

Uważam, że trzeba rozliczyć ostatnie dwa i pół roku pracy tego selekcjonera pana, choćby tylko po to, by uniknąć w przyszłości popełnionych przez niego błędów. Nie bez znaczenia jest tu tzw. element finansowy. Gdyby Lato zachował rozsądek w tym temacie – bo nie zachował go w żadnej innej sytuacji podczas swojego pobytu w PZPN – kontrakt Smudy jak i zawodników wyglądałby zupełnie inaczej. Taki kontrakt powinien zawierać w sobie elementy motywacyjne. Tylko głupcy płacą za nic. Ciekawe jak do swej pracy podszedłby Smuda ( i czy w ogóle by podszedł), gdyby Lato zaproponował mu 100% tego, co dostał dziś, ale 90% kwoty uzależnił od wyniku, czyli np. wyjścia z grupy. Podejrzewam, że przy tak postawionych warunkach, selekcjonerem zostałby ktoś inny i przypuszczam, że z lepszym skutkiem.
Ponieważ Grzegorz Lato w swych prezesowskich działaniach nigdy nie skalał się myśleniem twórczym, dziwię się, że przez miniony okres nie miał wsparcia intelektualnego od innych wiceprezesów, także od dinozaura polskiej myśli szkoleniowej Piechniczka. Wsparcia w tak ważnym dla narodu temacie, jak sukces drużyny narodowej podczas Euro. Piechniczek jeszcze jest wiceprezesem, ale zapomina, że jego odpowiedzialność za kompromitację w grupie A na Euro, dotyczy tak samo jak Latę i Smudę, bo wszyscy panowie do kupy razem akceptowali chore działania w reprezentacji. Piechniczek przez cztery lata był bardzo, ale to bardzo oględny w komentowaniu szaleńczych decyzji pseudo prezesa. Ba, cztery lata trzymał gębę na kłódkę, a jak już się odezwał to słowami obrony krzywdzonego przez opinię społeczną i dziennikarzy nieszczęśliwego Grzesia. Nawet teraz, gdy Euro obnażyło do bólu słabość Smudy i naszej (s)kopanej, Laty, zarządu z Piechniczkiem włącznie, ten ostatni wykazuje się niecodzienną postawą graniczącą ze śmiesznością. W wywiadzie u Moniki Olejnik, potrafił uciekając z ocen dotyczących G. Laty, przeskoczyć nawet na osobę Jana Pawła II. Kuriozum. Ten Piechniczek, którego nie stać z jemu znanych powodów (z pewnością finansowych) na obiektywną ocenę działań inteligenta z Mielca, dzisiaj wyskakuje z inicjatywą uszczęśliwienia piłkarskiej Polski swoją kandydaturą przyszłego selekcjonera, jakim ma zostać M. Fornalik. Powód? Bo to trener ze Śląska. U Piechniczka to podstawowe kryterium, czego dowody mieliśmy już dziesiątki razy. Ja myślę, że miejsce zameldowania to niekoniecznie koronny argument.
Czas biegnie nieubłaganie. Za dwa miesiące pierwszy mecz z Czarnogórą, zaraz potem Mołdawia, Anglia i …. wybory w PZPN. Nic nie mam do Fornalika. Jako potencjalny selekcjoner (nie trener, tylko selekcjoner) ma swoje zalety, ale nie jest wolny i od wad, o czym nie wolno zapominać. Twierdzę tylko, że ani Piechniczek, ani stary zarząd, ani skompromitowany Lato nie mają prawa obarczać nowych władz w PZPN swoją personalną wizją pracy na stanowisku selekcjonera, tym bardziej, że ŻADNEJ racjonalnej wizji nie mieli przez minione cztery lata. Przypominam, że to podczas ich kadencji polska reprezentacja bujała się w rankingu FIFA niedaleko Watykanu. Może stąd wynikają piechniczkowe skojarzenia podczas wywiadów, aczkolwiek przypominam, że cudu podczas Euro nie było.
Nieudaczników pozbywa się i wymienia zawsze i wszędzie. Pora tę zasadę wprowadzić także w Polskim Związku Piłki Nożnej. Nie może być tak, by dotychczasowi nieudacznicy, grabarze piłki w Polsce, tacy jak Lato, Bugdoł, Piechniczek zostawiali po sobie spuściznę w jakiejkolwiek postaci.
Rozwiązań na ten moment jest wiele. Jednym z nich mógłby być np. Henryk Kasperczak. Wiedza, praktyka, inteligencja gwarantują racjonalne rozwiązania jesienią, a o tym, co dalej, niech zdecydują przyszłe władze, bo to one będą odpowiadać za wyniki. Piszę, na przykład Kasperczak, bo w odróżnieniu od Piechniczka nie sądzę, by ktoś miał monopol na cokolwiek. Są jeszcze przecież Leńczyk, młodzi Probierz, czy Skorża, ale ich się nie bierze pod uwagę z powodów niewyartykułowanych. Panowie z obecnych władz już zresztą wynegocjowali najgorszy z możliwych terminarz gier w eliminacjach, gdyż przypominam, że trzy ostatnie mecze gramy na wyjazdach. Może już wystarczy uszczęśliwiania kogokolwiek przez tych panów, także w temacie reprezentacji.
Dlatego radzę Piechniczkowi, by wziął sobie album ze zdjęciami i podniecał się byłymi sukcesami oraz polską myślą szkoleniową sprzed 30 lat wśród historyków futbolu. Grzegorzowi Lacie natomiast, by zabrał z gabinetu swoje popiersie przywiezione z Kanady, napoczętą półlitrówkę oraz resztę nieznanych opinii publicznej kopert z szafy pancernej i znikł po wsze czasy z oczu, za horyzontem wspomnień lat bezpowrotnie straconych.

List otwarty do klubów piłki nożnej

Szanowni Państwo! Działacze, właściciele, sponsorzy, zawodnicy, trenerzy, kibice!

Impreza stulecia, jaką było dla Polski Euro 2012 skończyła się dla polskiej reprezentacji kompromitacją.
Przez ponad trzy lata, Euro było tarczą ochronną dla wszelkich nieprawidłowości mających miejsce w Polskim Związku Piłki Nożnej. Za tą tarczą kryła się prywata, niekompetencje, naginanie dla własnych potrzeb zapisów statutu, niejednokrotnie wręcz dyktatorskie zapędy prezesa Lato wynikające z samowolnych decyzji. Przykładem mogą być samowolnie podpisywane umowy, nawet te strategiczne dla PZPN, czy przywłaszczenie biletów na mecze polskiej reprezentacji należnych jednemu ze związków wojewódzkich. Euro przysłoniło nawet udokumentowany przypadek, przyjęcia korzyści majątkowej przez Grzegorza Lato. Tłumaczenie schowaniem koperty z pieniędzmi do szafy pancernej na pół roku, przyćmiewa swą wymową najbardziej znane z baśni braci Grimm.
Powyższe przypadki destrukcyjnych działań Laty, także tych z reprezentacją nie umknęły opinii publicznej. Statystyki były nieubłagane i jednoznaczne. 97% społeczeństwa było i jest przeciwnych przeciwko całej tej chorej sytuacji w piłce.
Niestety. Poczynania Grzegorza Laty, Rudolfa Bugdoła i Zdzisława Kręciny (do czasu), spotykały się z aprobatą części członków zarządu lub z bierną postawą innych, także z terenu. Nie słyszałem głosów protestu, a nawet skromnych uwag od działaczy formatu Piechniczka, Olkowicza, Niemca i wielu innych.
W lożach honorowych podczas Euro nie brakowało rodzin zauszników Laty, zabrakło natomiast ludzi, którzy dla piłki i reprezentacji zrobili wiele dobrego w swoim życiu. Myślę o byłych reprezentantach takich jak Dziekanowski, Świerczewski, Hajto, Lubański, Kasperczak i innych.
2012 to ważny rok. To rok wyborów w związkach wojewódzkich, okręgach oraz w PZPN. Państwo będziecie decydować, komu powierzyć mandat budowniczych przyszłości polskiej piłki.
Jak są to groźne wybory dla nielicznych zwolenników Grzegorza Lato i stylu sprawowania władzy przez ludzi jego pokroju, niech będą przykłady z Podkarpackiego i Podlaskiego ZPN. Tam zaobserwowaliśmy pierwsze (nieudane na szczęście) próby ingerencji w samorządność i niezależność związków wojewódzkich. Nieudane, bo mądrość delegatów na zjazdach wzięła górę.
Apeluję! Zacznijcie zmieniać polską piłkę u siebie, na swoim terenie. Wybierajcie ludzi, którzy mają odwagę głośno powiedzieć dość, dla obecnej sytuacji.
Nie jest to trudne. Opcja reprezentowana przez skompromitowanego prezesa Grzegorza Lato poniosła wyborcze porażki już m.in. w Radomiu, Częstochowie, Tarnowie, Żywcu, Legnicy.
Przypomnę. Odbieramy coraz więcej sygnałów z okręgów i podokręgów z całej Polski, artykułujących coraz głośniejsze niezadowolenie. Płyną te głosy z województw: mazowieckiego, małopolskiego, zachodniopomorskiego, wielkopolskiego, podlaskiego, łódzkiego i wielu innych. Z nadzieją i radością obserwujemy oficjalną krytykę czteroletnich rządów Laty i spółki w Małopolsce i na Śląsku, czyli w województwach mających sporo głosów na wyborczym Zjeździe PZPN. Rośniemy w siłę. Polska piłka potrzebuje nowych ludzi, nowych sił, nowej jakości i Państwo jesteście w stanie naszej piłce to dać.
Klęska na Euro powinna w znacznym stopniu przyśpieszyć proces odnowy, ale zmiany musimy wprowadzić od dołu, systemowo. Przyłączajcie się do frakcji reformatorskiej, bo tylko w niej pozostaje nadzieja na lepsze jutro naszej dyscypliny.
Dzisiaj mamy prawo i narzędzia, by powiedzieć dość obecnej sytuacji w swoich klubach, terenach, powiatach, okręgach. Musimy to zrobić, by jutro mieć prawo do zmian systemowych poprzez realny wpływ na władze w Polskim Związku Piłki Nożnej.
Zróbmy, to dla dobra całej dyscypliny. Zróbmy to dla przyszłości futbolu w Polsce.
Kazimierz Greń

BYLE DO STYPY

W całym świecie panuje jedna zasada. Najpierw jest pomysł na dzieło, potem szuka się wykonawcy, potem jest praca twórcza, a na końcu zapłata za dobrze wykonaną pracę. Taka zasada obowiązuje w całym świecie we wszystkich dziedzinach życia i gospodarki. Wyjątkiem jest PZPN, a właściwie kilku panów reprezentujących na zewnątrz to stowarzyszenie. Popatrzmy na układ pomiędzy prezesem Lato i trenerem Smudą. Tak na marginesie, takim Lato jest prezesem, jak Smuda trenerem i vice versa.
Lato ma chorą pensję w stosunku do swoich kompetencji, wykonywanej pracy i odpowiedzialności z tym związanej, a Smuda miał chory kontrakt w stosunku do swoich umiejętności i osiągniętych wyników na każdej płaszczyźnie, czyli sportowej, organizacyjnej i szkoleniowej.
Ciekawy, który z tych panów zapłaciłby, choć złamanego szeląga firmie budowlanej, gdyby spartoliła zamówiony przez nich dom. Który z nich dałby złotówkę za nieświeży obiad w restauracji? Sami zarabiają kwoty idące w miliony, choć dom, do którego Lato się wprowadził cztery lata temu doprowadził do ruiny, a po kucharzeniu Smudy cały naród dostał obstrukcji i bierze go na wymioty. Nie przeszkadza to obu panom kasować gaże o wysokości idącej w setki tysięcy, a nawet miliony złotych i głupio się przy tym uśmiechać do kamer.
Ja mówię dość takiej sytuacji, dość tej patologii. Znam Latę nie od dziś i mogę przytoczyć dziesiątki przykładów jego zachowań, świadczących o tym, że to człowiek bez śladów honoru. Myślałem, że Franciszek Smuda, choć w tym elemencie ludzkich postaw różni się od swojego pryncypała. Wygląda na to, że poczucie winy za kompromitację podczas Euro trzymało go tylko dwa dni. Podobno ten człowiek o postawie tchórza (nie wyszedł z drużyną swych marzeń do kibiców) chce dalej niszczyć dobro narodowe, jakim jest reprezentacja, do końca swojego kontraktu, czyli jeszcze przez dwa miesiące.
Lato od czterech lat olewa wszystkich. W pierwszej kolejności członków Zarządu PZPN, delegatów na zjazdy PZPN, całe środowisko piłkarskie w tym miliony kibiców. O politykach nie wspomnę, bo sami mu do dupy włażą, nie patrząc czy ma to większy sens czy nie. Smuda podejmując decyzję o pozostaniu na stanowisku selekcjonera zwyczajnie kpi z całego narodu.
Jeżeli Franek (bez sensu pisać Franciszek), ma ochotę pobawić się piłkarzykami, niech poprzebiera ich w zielone portki, nazwie drużyną im. Grzegorza Laty i niech sobie kopie na tuskowych orlikach. Ja protestuję, by drużyna przez niego prowadzona z namaszczenia Laty, nosiła miano narodowej, występowała w biało-czerwonych trykotach z orłem na piersi. Z piłkoptakiem mogą się obnosić gdzie tylko chcą, a nawet mogą go sobie naszyć tam, gdzie nie widać w lustrze, jak się stoi przodem. Zielone stroje z wymienionym piłkoptakiem mogą wręczać każdemu, kto łapy po nie wyciągnie, niezależnie od paszportu, korzeni, umiejętności. Protestuję, by towarzyszył tej drużynie Mazurek Dąbrowskiego, bo to pieśń zwycięzców, narodu walecznego, pracowitego i uczciwego.
Obaj (Lato i Smuda) wypowiedzieli zdania o jednoznacznej wymowie: – Nie wyjdziemy na Euro z grupy odchodzimy.
Obaj dzisiaj mają czelność wypierać się swoich słów. Nie będę pisał o honorze, bo to słowo jest obce tym panom i przerasta ich wyobraźnię.
Dochodzą mnie słuchy, by łagodzić nastroje tam w samym środku związku, Lato szykuje wycieczkę dla członków zarządu PZPN i najbliższych poklepywaczy. Wycieczkę chyba ostatnią, ale jedną z tych atrakcyjniejszych, bo do Kijowa na finał mistrzostw. Do specjalnego samolotu wsiądzie Lato wraz z poklepywaczami i ich rodzinami i polecą delektować się europejskim futbolem na żywo. Nie wiem czy znajdzie się w nim miejsce dla Michała Listkiewicza, ale jak słyszę o jego propozycji zmian w PZPN bez rewolucji i ścinania głów, to sobie myślę, że ma miejsce tuż koło pilota.
Lacie życzę miłych wrażeń na ukraińskiej ziemi, smacznego i trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość. Smudzie wnikliwych obserwacji z taktyki, przygotowania fizycznego i mentalnego finalistów. Mogą mu się przydać w budowaniu smudnej drużyny.
Obu panom przypominam, że na końcu każdej drogi jest stypa.

PRZYSPAWANY

Cztery lata temu, Grzegorz Lato wypowiedział znamienne słowa: – Jak przez pół roku nie uda się zapoczątkować zmian w PZPN, odejdę. Wtedy już zresztą nie o raz pierwszy po wyborach, zrobił sobie z przysłowiowej gęby, przysłowiową cholewę. Rok temu Lato ponownie deklarował: – Jak nie wyjdziemy z grupy na Euro, podam się do dymisji. Jeżeli ktoś oczekuje, że ten człowiek dotrzyma słowa, należy do grupy tych najbardziej naiwnych. Lato jest przyspawany do swoich przywilejów.
Dzień po przegranym meczu z Czechami pękł nadmuchany przez niektórych balon. Dostaliśmy prezent od UEFA, i prezent od losu w postaci najsłabszej grupy. Okazało się, ze to wszystko za mało.
Za fasadą upstrzoną patriotyzmem i komercją TVP, kryło się całe bagno PZPN, dzieło Grzegorza Lato – prezesa. Dzieło, które pomogli mu po części stworzyć Kręcina i Bugdoł. Bagno, które wielu tolerowało, bo jak inaczej nazwać postawę Piechniczka, Niemca, Olkowicza i kilku innych panów z samego Zarządu PZPN. Korzystał Lato do woli z parasola ochronnego z napisem Euro.
Kontrakt z telewizją publiczną sprawił, że owijano gówno w papierek i wmawiano nam, że to cukierek. Bo rozsądek wyparł biznes i karmiono się nadzieją, że może się jakoś uda. Nic się nie udało.
Czy można było uniknąć druzgocącej porażki i kompromitacji? Z pewnością, ale nikt nie chciał nawet dać naszej drużynie szansy.
O wpadkach Smudy, decyzjach personalnych i decyzjach sportowych, można by napisać książkę. Nie chcę tego dziś komentować. Portal Weszło od dwóch lat obnażał błędy i brak kompetencji tego pana. Puszczano to mimo uszu, traktując to jak złośliwości, a była to według mnie tylko troska o nasze wspólne dobro. Uzasadniona troska, jak się w sobotę okazało.
Drużyna złożona z piłkarzy wygodnych, została pozostawiona sama sobie w meczu otwarcia. Zadowalanie się remisami. Destrukcyjne ustawienie zespołu na mecz z Czechami, nie miało prawa przynieść pozytywnego wyniku. Piłkarze pojechali do strefy kibica podziękować za doping. Smudy, który był tak dumny do soboty ze swojego dzieła, zabrakło. Dlaczego? Czego się wstydził? Reakcji tłumu? To zachowanie niech będzie odpowiedzią na wszystkie niejasności związane z tą drużyną, jej formą i wynikami. Stop, wystarczy.
– Mam wspaniały kontakt z drużyną – mówił Lato przed Euro. Nikt tego nie dementował, choć nawet ja na tym blogu pisałem (na podstawie prywatnych rozmów z zawodnikami), że to kłamstwo. Nikt tego nie przyjmował do wiadomości.
- Współpraca na linii drużyna – PZPN, układała się dramatycznie – mówi dziś kapitan Błaszczykowski i dobrze, że mówi, choć akurat dziś jest już za późno.
Przegraliśmy, bo drużyna została potraktowana przedmiotowo i instrumentalnie. Reprezentacja miała być narzędziem, przykrywką dla prywatnych interesów. – Po Euro określę się, czy będę ponownie kandydował – mówił Lato. Liczył, że wyjściem z grupy przesłoni całą swoją kompromitującą kadencję. Przeliczył się.
Dzisiaj, zarówno Lato jak i cały Zarząd powinni się podać do dymisji. Byłby to symbol wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny. To byłaby męska postawa, ale by tak postąpić trzeba mieć jaja. Trzeba być na tyle uczciwym, by wymagać także od siebie, nie tylko od innych. Nie może być tak, by przegrani byli zawodnicy i naród, a wina tych, którzy doprowadzili do tej sytuacji rozmyła się w bliżej nieokreślonym czasie.
Euro trwa, ale mam nadzieję, że parasol, który tak długo chronił Grzegorze Lato został złożony. Nadszedł czas rozliczeń i czas poniesienia odpowiedzialności.
Mowa, że Lato i Smuda czynią cuda
To jest kłamstwo i obłuda
Przestańmy udawać, że nic się nie stało. Stało się. Niedługo rozpoczynają się eliminacje do mistrzostw świata. Jak ktoś się łudzi, że obecna ekipa z Latą na czele może nam dać cień szansy na sukces w tych eliminacjach, jest naiwny jak dziecko. Dowód? Jak mamy się koncentrować na odnowie zespołu, kiedy Smuda mówi, że kontrakt mu wygasł z ostatnim meczem, a Lato mówi, że Smuda ma pracować do końca sierpnia w myśl zapisów w kontrakcie. Czy w takiej atmosferze można stworzyć drużynę z mentalnością zwycięzcy? Przestrzegam, że nie.
Liczę, że media, a szczególnie dziennikarze z telewizji publicznej pomogą naszej piłce i zaczną nazywać rzeczy po imieniu. Wręcz apeluję o to. Macie przecież panowie misję do spełnienia, przynajmniej ciągle o niej słyszę.
Przyspawani w Polskim Związku Piłki Nożnej po kompromitacji na Euro 2012 powinni przejść do historii.

W co gra Lato?

Kiedyś grał w piłkę. Choć doceniam piłkarski Grześkowy sukces strzelecki, z utęsknieniem czekam na kolejnego piłkarza, który skopiuje ten wyczyn, bo to da gwarancję sukcesu polskiej reprezentacji w kolejnej imprezie wysokiej rangi. Tak długo zresztą oczekiwanego.

Z drugiej strony, w co gra Grzesio jest pytaniem nadal aktualnym, bo to, co robił na boisku było czytelne, a to, czym zajmuje się dzisiaj jest zrozumiałe, ale chyba tylko dla niego.
Domyślać się tylko należy, że Lato szykuje się do reelekcji swojej kompromitującej prezesury.
Wygląda więc na to, że Grzegorz Lato już po cichu rozpoczął swoją kampanię wyborczą. Uczynił to zresztą w swoim stylu, czyli w stylu „strasznie i śmiesznie”. Na wybory do Podlaskiego ZPN, wysłał swojego umyślnego, emisariusza, agenta – jak go zwał tak zwał – w osobie Animuckiego M., z listem, w którym stało, że ten Animucki z namaszczenia Grzegorza ma być PRZEWODNICZĄCYM ZEBRANIA NA ZJEŹDZIE SPRAWOZDAWCZO WYBORCZYM ZWIĄZKU WOJEÓDZKIEGO.
Na prośbę opozycji zebranie zaczęło się od odczytania listu prezesa PZPN Grzegorza Laty, który „rekomendował na przewodniczącego zgromadzenia” Marcina Animuckiego z zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej.
- Dziękuję za super list, ale tutaj jest Podlaski, a nie Polski Związek Piłki Nożnej! – grzmiał Witold Dawidowski. – Jestem członkiem zarządu PZPN, prezes Lato o niczym takim mnie nie informował. Jakaś szachta tu się odbywa! Co ma tutaj prezes Lato?! Jeszcze mnie nie odwołali, nikogo w teczce nie będziecie przywozić.
Prezes Dawidowski dał sobie radę z tą mini przeszkodą bardzo szybko. Animucki inteligentny w końcu człowiek szybko się zorientował, że obstawanie za pismem, które się dostaje z rąk Laty G. to błąd wyższego rzędu i pokornie przyjął werdykt niezależnego Zjazdu Wyborczego Podlaskiego ZPN.
Powyższy przykład to niedopuszczalna ingerencja w suwerenność niezależnego stowarzyszenia.
To był przykład działania otwartego. Atak na Podkarpacki ZPN to przykład działania skrytego. Krótko.
Samorządny Podkarpacki ZPN prawomocną decyzją Zarządu podjął uchwałę o przeprowadzeniu wyborów nowych władz w marcu 2012, po zakończeniu czterech lat swojej działalności. Wybory zostały przeprowadzone zgodnie z wszelkimi wymogami prawa, demokracji i dobrych obyczajów. Wyniki każdy zna. Grupa, dla której oparciem (ha ha), mentorem ( ha ha ha) był Lato, w tajnym głosowaniu poniosła porażkę 126:10. Pomimo moich próśb o tajne głosowanie, a po nim o powyborczy spokój, przegrana opcja nie odpuściła. Przegrana, bo oprócz demagogii i czczych obietnic nie miała nic do zaoferowania. I jeszcze jeden element. Na Podkarpaciu grupa namaszczona przez Latę, zderzyła się w konfrontacji intelektualnej z ludźmi, którzy chcą w piłce wprowadzać normalne, uczciwe zasady. Inne niż te, które obowiązywały w PZPN w ostatnim czteroleciu.
Przebieg wyborów przeanalizowały służby Prezydenta Miasta Rzeszowa, przeanalizował Sąd i wybory w całym swoim brzmieniu zostały zatwierdzone poprzez odpowiedni wpis do KRS.
Niestety. Ci, którzy zawierzyli w parasol ochronny z Warszawy, postanowili nie składać broni i ze ślepakami w lufach poszli polować na niedźwiedzie. Chcieli do swoich prywatnych celów wykorzystać aparat państwowy. O dziwo, na wyssane z palca doniesienie o nieprawidłowościach podczas wyborów, dała się nabrać jedna z prokuratorek.
Sąd wykazał się mądrością. Oddalił wniosek pani prokurator o unieważnienie uchwał zjazdowych.
Grzegorz Lato ingeruje w suwerenność wojewódzkich związków piłkarskich. To kolejne z całej serii kompromitujących działań tego człowieka. To także bardzo niebezpieczne zjawisko. Ponieważ Lato nosi się z zamiarem ubiegania się o ponowny wybór, fakty z Podkarpacia i Podlasia niech będą przestrogą dla innych związków wojewódzkich szykujących się do wyborów swoich władz.

Sport sportem, polityka polityką, a śledztwo trwa dalej.

Turniej turniejem, piłka piłką, ale wokoło także nie brakuje ciekawych wydarzeń poza stadionowych. Nie wiem, czy sprawy i sprawki Grzegorza Lato z ostatniego roku budzą tak powszechne emocje jak boiskowa rywalizacja, ale myślę, że u wielu jednak wywołują dreszczyk emocji. Wprawdzie ten niby prezes ciągle nadrabia miną twierdząc, że śpi spokojnie, ale myślę, że to zapewnienia trochę na wyrost. Prokuratura, która prowadziła śledztwo w sprawie przyjęcia przez pana Lato korzyści majątkowych, w pierwszej wersji miała zakończyć swe działania do 7 czerwca, czyli na dzień przed rozpoczęciem Euro. W tej chwili pod wpływem nowych okoliczności czas prowadzenia dochodzenia został przedłużony o kolejne trzy miesiące. To dobra wiadomość dla wymiaru sprawiedliwości, a kiepska dla bohatera tego postępowania. W tej sprawie, bowiem przesłuchano już wiele osób, ale na deser pozostały jeszcze te najważniejsze, Lato i Kręcina.

Myślę, że informacja o przedłużeniu śledztwa nie stanowiła specjalnej tajemnicy, dlatego przecierałem oczy ze zdumienia, widząc w loży VIP podczas inauguracyjnego spotkania człowieka zamieszanego w aferę taśmową, tuż obok prezydenta Komorowskiego i jego małżonki.
Jeżeli prezydentowi Komorowskiemu wypada się publicznie pokazywać w towarzystwie ludzi pokroju Laty, to dziwię się, dlaczego prezydenckie służby nie posadziły gdzieś nieopodal jeszcze Zdzicha Kręciny, Forbricha „Fryzjera” i jeszcze kilku sędziów piłkarskich znanych we Wrocławiu. Byłby komplet. Proszę mi tylko nie mówić, że Lato był gospodarzem, bo nie był. Gospodarzem w tym dniu i na tym stadionie był Michel Platini.
Myślę, że prezydenckie służby powinny zagwarantować prezydentowi i pierwszej damie towarzystwo na stadionie godne ich funkcji w państwie. Jeżeli widzę prezydenta RP ramię w ramię z człowiekiem, który bierze kopertę z pieniędzmi i jak mówi chowa ją na pół roku do sejfu, a potem się do tego przyznaje pod wpływem zewnętrznych materiałów go obciążających, to czegoś tu nie rozumiem. Czy to jest aprobata tego typu zachowań, czy tak daleko posunięta naiwność, czy może jeszcze coś innego? No i o czym prezydent mógł rozmawiać z Latą? Przecież nie o bańkach i procentach.
Lato mógł sobie na przykład usiąść koło marszałka z Podkarpacia Mirka Karapyty. Łączą ich wspólne interesy jak np. dystrybucja biletów na Euro. Obaj mają kłopoty z pamięcią i czasami z definiowaniem prawdy. Przecież marszałek zapewniał, nawet w Gazecie Wyborczej, że na Euro się nie wybiera, bo przynosi pecha, ale się wybrał. I po co? Pewnie ten remis z Grecją to przez pechowego samorządowca z Rzeszowszczyzny. Przynajmniej teraz Smuda i Lato mają, na kogo zwalić niepowodzenie Polaków w pierwszym spotkaniu.
I tak to jest jak się polityka miesza do sportu. Nikomu to na zdrowie nie wychodzi.

Potrzebny psycholog dla …. trenera

Wynik lepszy niż gra – z tą opinią premiera Tuska po meczu Polska – Grecja, nie sposób się nie zgodzić. Europejski zlepek trenera Smudy został do Euro przygotowany tragicznie. Trzeba się mocno modlić, by poprzednie zdanie można było odnieść tylko do pierwszego meczu. Z teoretycznie najsłabszą drużyną naszej grupy, nie mogliśmy sobie poradzić, nawet pomimo dwóch prezentów od sędziego w pierwszej połowie. Grający w dziesiątkę Grecy o mało nie wyszli na prowadzenie w tym meczu. Nie namawiam do totalnego narzekania i totalnej krytyki, ale udawanie, że nic się nie stało, że to wypadek przy pracy, byłby chyba najgorszym rozwiązaniem. Czekają nas zdecydowanie trudniejsze spotkania z Rosją i Czechami. Nasi zawodnicy, ani indywidulanie, ani zespołowo nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań. Pewnie za wcześnie na szukanie winnych, ale z niedowierzaniem słuchałem wypowiedzi trenera Smudy na pomeczowej konferencji. Używanie zwrotów w liczbie mnogiej typu: – Ustaliliśmy taktykę, przyjęliśmy założenia – wygląda mi przyspieszony proces rozłożenia odpowiedzialności za wynik, a właściwie za jego brak. Jeżeli po pierwszym meczu trener nie ma odwagi wziąć na siebie odpowiedzialności za wydarzenia na boisku, to niech konsekwentnie po naszym wyjściu z grupy (daj Boże) nie wypina klaty po ordery.
Na razie największym przegranym nie są zawodnicy, tylko sztab szkoleniowy. To nie piłkarze ustalali sobie dawki treningowe, taktykę i indywidualne zadania na boisku. Polski fizjolog profesor Zbigniew Jastrzębski, pracownik naukowy AWFiS w Gdańsku, tak ocenia przygotowanie zespołu: – Moim zdaniem przed mistrzostwami niewłaściwie zostały dobrane akcenty. Nie znam, co prawda obciążeń, ale obserwując skutki domyślam się, że zamiast treningów wytrzymałościowo-szybkościowych, skoncentrowano się na treningach siłowo-szybkościowych. Główny nacisk położono na wypracowanie siły eksplozywnej, czyli szybkości, zapomniano natomiast o wytrzymałości szybkościowej. Dlatego pod względem fizycznym prezentowaliśmy się słabo. Tyle profesor.
To przykre słyszeć, że trener bez matury, zarabiający setki tysięcy złotych, ma braki w definiowaniu podstawowych elementów treningowych.
Mecz nasi rozpoczęli z prawdziwym animuszem, ale jedna bramka okazała się na tylko poprawnie grających Greków niewystarczająca. Jeden zawodnik o wyglądzie pirata wyzwolonego, spowodował u trenera Smudy paraliż fizyczny i umysłowy. Ja się nie dziwię, że brak jakiejkolwiek reakcji na wydarzenia na boisku, udzielił się zawodnikom. Oni zostali zwyczajnie opuszczeni i pozostawieni sami sobie. Nikt z kilkunastoosobowego sztabu szkoleniowego nie wspomógł zagubionej drużyny.
Sparaliżowany trener przy ławce rezerwowych to niecodzienne zjawisko. Trzeba mieć tylko nadzieję, że w kolejnych meczach zobaczymy i ambicję, i świeżość, i pomysł na grę. Coś mi się wydaje, że psycholog zamiast poświęcać czas zawodnikom, powinien zająć się w pełnym wymiarze trenerem naszej reprezentacji.

SŁOWO PRZED EURO

Do Euro dwa dni, a ja nic nie piszę o turnieju, ale co by to dało. Żadna krytyka nie spowoduje dokończenie budowy autostrad, żadna pochwała nie zmieni poziomu organizacyjnego imprezy. Jak grają nasi reprezentanci z grubsza wiemy, ale co Smuda zrobił z każdym z nich przez ostatnie dni wie tylko on. Niewiadomą jak to w sporcie jest również forma naszych rywali. Cóż pozostało. Cierpliwie czekać, za później ocenić wydarzenia i wyniki. Bazą do ocen pozostaną raz szumne, raz przesadnie ostrożne, wręcz kunktatorskie wypowiedzi. Smuda dostał od losu już dwa dary. Przecudownie intratny kontrakt na prowadzenie „narodowej” i przecudownie szczęśliwe losowanie grup na Euro. No może zabrakło w grupie Andory, ale jak wiemy tej nie ma wśród najlepszych drużyn turnieju. Pomimo tego Smuda do naszych szans sportowych podchodzi jak jeż do jeża, czyli ostrożnie.
Co mnie cieszy? Postawa naszych chłopaków. Cieszy wiara we własne siły Błaszczykowskiego, cieszy sportowa złość Wawrzyniaka, cieszą wypowiedzi Obraniaka o dobrej atmosferze w drużynie. Te elementy mogą nam w konsekwencji przynieść tak przed wszystkich oczekiwany sukces.
Co mnie martwi? Niepokój Laty, przejawiający się tym, czy biedak podoła organizacji mistrzostw. Pragnę tego wielkiego działacza uspokoić, bo jeszcze do niego niestety nie dotarło, że organizatorem ME jest nie PZPN, tylko UEFA. Lato miał swój odcinek, na którym mógł się wykazać i ……… nie podołał. Przeszkodziły mu w tym jego cechy charakteru. Chciwość to nie zaleta. Miał podzielić pomiędzy piłkarskie środowisko kilkanaście tysięcy biletów i pomimo, że posłużył się Zarządem PZPN, skompromitował się po raz kolejny. Przywłaszczył sobie wejściówki należne Podkarpackiemu ZPN. W takim razie Lato niech raczej myśli o schowanych kopertach w kasie pancernej, o orzełku, którego zabrał Polakom z koszulek i o degradacji futbolu, a turniej i zmartwienia z nim związane niech zostawi Platiniemu.
A co ze mną? Mam się dobrze. Biało czerwonym, jak większość piłkarskiego Podkarpacia, z całego serca będę kibicował w strefach kibica, albo w domu. Pomacham siedzącym na trybunach, na miejscach należnych działaczom naszego związku, urzędnikom Podkarpackiego Urzędu Marszałkowskiego z marszałkiem Karapytą na czele oraz wybitnym działaczom z podrzeszowskiej gminy Krasne, którzy na co dzień i od święta, ciałem i duszą wspierają wybitnego prezesa Lato. Życzę im oprócz wrażeń, ostrości wzroku, bo w towarzystwie ich przyjaciela Laty mogą mieć z tym problem.
I jeszcze raz słowo o naszej drużynie. Niech gra z polotem i szczęściem. Niech wygra wszystko, co tylko możliwe, bo choć po jesiennych wyborach – mam nadzieję – polska piłka odżyje, każdy sukces jest nam potrzebny jak świeże powietrze, po cuchnącej kadencji obecnego prezesa.