Za nami kolejny finał Pucharu Polski.

Wygrała Legia, przegrał Ruch, ale wnioski z takich zawodów powinni wyciągnąć wszyscy. Kluby wnioski sportowe, organizatorzy organizacyjne, a cała reszta wnioski ogólne z tym, że politykom nie powinno zabraknąć tych długofalowych. Dlaczego politykom? Dlatego, że ich nie zabraknie na meczach Euro. Może przesadzam z tymi „politykami”, ale wydarzeń na kieleckim stadionie nie powinien zlekceważyć przede wszystkim ani prezydent RP, albo pasjonat piłki premier Tusk.

Mam na myśli przyśpiewkę o piłkarskiej związkowej centrali, która na stałe zagościła na polskich stadionach, a za przyczyną prezesa PZPN umocniła swoją pozycję w kibicowskim repertuarze. Wątpliwą będzie miał przyjemność oglądania widowiska piłkarskiego premier Tusk, czy prezydent Komorowski, którzy zasiądą w loży koło zacnych polityków z Grecji, Czech czy Rosji i spotkają się z pytaniem „a szto ani piejut”. Nie wiem czy w politycznej loży będzie obecny również prezes Lato, ale tak sobie myślę, że było by to mało polityczne towarzystwo.


Ja przestrzegałem, wiele instytucji w Polsce co do działalności Laty w PZPN w ostatnich latach. Może w dalszym ciągu ktoś się nad działalnością prezesa PZPN, tą oficjalną i tą pokątną zastanawia, może nie. Kibiców charakteryzują inne cechy niż polityków. Kibic reaguje natychmiast i ma dobrą pamięć. Lato też reaguje zwykle natychmiast, ze wskazaniem na pochopnie. Od kibiców różni go tylko to, że pamięć ma krótką, a już na pewno wybiórczą.

Przeanalizujmy jeden z możliwych scenariuszy na podstawie wydarzeń na kieleckiej arenie.

Lato wychodzi wręczać medale zawodnikom, a zgromadzeni kibice zaczynają gwizdać. Ci ze Śląska i ci ze stolicy. Na kogo gwizdali, na zawodników?

Nie, gwizdali na człowieka o którym mają wyrobione zdanie. I teraz wyobraźmy sobie jak zareaguje widownia kiedy podczas Euro spiker przedstawi VIP –ów przybyłych na stadion. Już mam w uszach jej reakcję, gdy po nazwiskach Tusk i Lato pojawia się gwizd i buczenie, które znamy z kieleckiego stadionu. Komu w ten sposób wyrażą dezaprobatę? Premierowi? Z pewnością nie, ale

„słupki” polecą, oj polecą, o czystym ludzkim wstydzie już nie wspomnę.

Czy pan prezydent i premier pozwolą, by taki scenariusz ujrzał światło dzienne, by stał się częścią piłkarskiego święta, nie wiem. Ja swoje zrobiłem, czyli przestrzegłem.

W tym przypadku piłka jestpo drugiej stronie i jeszcze dziś można z nią zrobić wszytko z golem samobójczym włącznie.

Odliczamy dni do Euro

Za 40 dni Euro, po turnieju za 90 dni wybory w PZPN, a Lato (bo to on się podpisał pod kolejną uchwałą) postanowił się wziąć do roboty. Pomiędzy zabraniem się do pracy, a zrobieniem czegoś logicznego występuje niekiedy przepaść. Tak również jest w przypadku, który chcę opisać. 29 marca uchwałą nr III/50 powołano Zespół Roboczy ds. opracowania zasad powoływania zawodniczek i zawodników do reprezentacji narodowych Polski.
W skład tego zespołu weszły następujące osoby: Piechniczek, Matusiak, Bednarek, Hendrzak, Engel, Bartnik, Baryło i Wachowski.
Piechniczka należałoby powoli zwalniać z obowiązków, bo jego wiek dawno przekroczył nawet limit jaki wyznaczył tuskowy emerytalny zamach na 65 – latków. Matusiaka i Bednarka także, gdyż wiem że i tak nic nie zrobią w tym bezsensownym na dodatek zespole, bo czeka ich walka o utrzymanie pozycji w swoich związkach wojewódzkich. Hendrzakowi, byłemu kapitanowi SB ds. księży, też należałoby oszczędzić cierpień psychicznych, bo od czterech lat ma problem ze skompletowaniem sensownej piątki na potrzeby futsalowej reprezentacji. O innych nie wspomnę, trochę z grzeczności, trochę z rozsądku.
Nasuwa się pytanie o jakie zasady w tej uchwale chodzi. Jeżeli jej twórcy mieli na myśli te sportowe i te organizacyjne to wzięli się do dzieła rychło w czas.
Już przed podjęciem prac mogę przypuszczać jak nowatorskie będą rozwiązania tego zespołu. Jeżeli nestor tego gremium Piechniczek podejdzie do tego problemu, tak jak w jednej z gazet ustosunkował się do palącego problemu kart zdrowia, to już jest wszystko jasne.
Oto stanowisko wiceprezesa PZPN dotyczące gorącego problemu badań lekarskich, (wybrane cytaty):
Kiedy ja miałem kilkanaście lat ……………….
Wtedy chodziło się do lekarza internisty, który mierzył nam ciśnienie, sprawdzał tętno oraz robił podstawowe badania wysiłkowe. To był dobre.
Jeśli idzie o koszty, to na pewno są one problemem.
Kiedyś jako radny sejmiku ……….. .
Wtedy walczyło się o to ….. .
Wiem, że nie inaczej będą wyglądały prace w nowo powołanym zespole roboczym, jeżeli tylko one kiedykolwiek ruszą.
Wstanie Antoni i zacznie tymi słowy:
– kiedyś…..
– ja dawnymi czasy …..
– u nas wtedy ……..
I na tym skończy się dyskusja. Zespół pochyli główki, skrobnie protokół-historię praktycznych rozwiązań sprzed czterdziestu lat i ruszy do kasy.
O jak dobrze, że jesień zaczyna się tam, gdzie lato się kończy, a to już tak niedługo.

Raport komisji w składzie Antkowiak, Nowak, Potok

Doczekaliśmy chwili, że zaczynają się dziać rzeczy kiedyś niewyobrażalne. Miało to miejsce na ostatnim posiedzeniu Zarządu, ale nie tylko.

Komisja w składzie Antkowiak, Nowak, Potok w swoim raporcie o kartach kibicach nie zostawia suchej nitki na przedsięwzięciu pilotowanym i promowanym przez Latę.
Głośno poczęli mówić: ta inicjatywa jest szkodliwa dla PZPN.
Przy okazji powróciła sprawa umów ze SportFive i nareszcie zaczęły przeważać opinie, że zapisy w tych umowach zabezpieczają przede wszystkim interesy jednej strony i nie jest nią PZPN. Bo czy podział zarobionego miliona złotych pół na pół promuje Polski Związek Piłki Nożnej? Z pewnością nie, a są zapisy np. o tak zwanym „hospitality” (wpływy z lóż biznesowych), które pozbawiają PZPN jakichkolwiek wpływów z tego tytułu.
Jeżeli Lato tak przeczytał umowę ze SportFive, jak oświadczenie na zarządzie, to nie ma się co dziwić, ze samowolne jej podpisanie naraziło PZPN na straty. Wielomilionowe.
I nareszcie ktoś to w zarządzie PZPN zaczął zauważać poza Masiotą i Lachem.
Jeżeli blokujący w pewien sposób Lacha, Ryszard Niemiec wypowiada się pozytywnie o Masiocie to zaczynamy mieć nową jakość w naszym związku.
A co do oświadczenia. Grzesio wydukał z kartki kilka niewiele wnoszących do sprawy zdań i ze spuszczoną głową, powoli pojechał do domu, bo ma o czym myśleć.
Czy wymyśli jakimi sposobami dokonać renegocjacji szkodliwych dla PZPN umów? Wątpię, chyba że użyje siły argumentów podobnych do tych, którymi jego przekonano do złożenia podpisów. Bo czymś go chyba przekonano. Lato już mówi, że rozwiązanie tej umowy będzie trudne, ale tak to już jest, gdy działa się bezmyślnie. Przypomnę, że podpisał je samowolnie, więc niech teraz osobiście to odkręca.
I jeszcze jedna sprawa. Parę dni temu, po raz pierwszy oficjalnie zaczęto mówić o dwóch frakcjach w polskiej piłce. O reformatorskiej i konserwatywnej (choć tą drugą określa się jako tzw. beton, z którą to nomenklaturą specjalnie się nie zgadzam). W ten sposób w języku publicznym pojawił się podział, o który walczyłem siedem długich lat. Osobiście sądzę, że w PZPN pojawiły się trzy opcje, a nawet cztery, bo Lato jeszcze w związku jest, z tym że on już dzisiaj nie reprezentuje nikogo. Przyjdzie czas, że ten temat pozwolę sobie rozwinąć szerzej.

Posiedzenie Zarządu PZPN

Odbyło się kolejne posiedzenie Zarządu PZPN. Odbyło się w ciszy medialnej, a szkoda. Szkoda bo po raz pierwszy w kadencji obecnych władz było konstruktywne.

Panowie z zarządu na sześć miesięcy przed wyborami zrozumieli, w jakim gównie się znaleźli za przyczyną prezesa związku.

Piszę zrozumieli, choć mam nieodparte wrażenie, że fakt iż poruszają się po grząskim gruncie przez te wszystkie lata nie był im obcy. Z przykrością jednak stwierdzam, że akceptowali ten stan rzeczy.


Dzisiaj się to zmienia. Zaczęli mówić językiem, żywcem zapożyczonym z mojego blogu.

- Panie Lato, wsadził nas pan w niezłe gówno,

- panie Lato, musi pan natychmiast renegocjować umowy ze Sport Five,

- panie Lato nie ma pan prawa podpisać żadnego dokumentu bez naszej wiedzy – dało się słyszeć na sali.

Skąd ja to znam. Setki razy o tym pisałem i mówiłem i do tej pory mój „krzyk” pozostawał bez echa.

Może do pewnej refleksji pobudziło panów z zarządu pytanie na które Lato nie dał odpowiedzi, a które brzmiało: – Panie Lato, co się stanie jak za tydzień czy dwa dostanie pan prokuratorskie zarzuty? Pytanie to pozostało bez odpowiedzi. Nie chce przesądzać o czyjejkolwiek winie, ale na mój rozum niewinny człowiek powinien się obruszyć, oburzyć na tak postawione pytanie. Niewinny człowiek chyba reaguje inaczej niż zareagował Lato. Lato milczał, a powinien głośno i wyraźnie zapewnić wszystkich, że taki scenariusz jest niemożliwy, gdyż nigdy nie popełnił nic z tych rzeczy które się mu zarzuca.

Tymczasem Kulikowski przekazał przed posiedzeniem kilku panom z zarządu kolejne taśmy, twierdząc, że materiały na nich są jeszcze obszerniejsze niż te, które były opisane w Super Ekspresie.

Na dzień dzisiejszy Lato milczy, zarząd myśli co zrobić z tym pasztetem, a ja mam czyste sumienie. Ja spełniłem swój obowiązek informując na bieżąco o tym o czym wiedziałem i o tym co widziałem. Była to wiedza dla wielu niewygodna, ale dzisiaj nadszedł czas, że PRAWIE wszyscy zaczynamy mówić jednym głosem.

Spędzanie wolnego czasu

Na początek usprawiedliwienie. Mój spadek aktywności na blogu nie jest spowodowany przesileniem wiosennym, ani brakiem tematów, tylko zwyczajnym brakiem czasu. Przyszło mi nadzorować organizację I Ogólnopolskiej Olimpiady dla Młodzieży w Sportach Umysłowych. Jest to przedsięwzięcie może nie na skalę zbliżającego się Euro, ale zapewniam, że równie ważne dla wszystkich parających się na co dzień rywalizacją w brydża, warcaby czy szachy.

Zastanawia mnie ciekawość prezesa PZPN o tym jak spędzam czas. Ostatnio składał mu relację pt. „co porabia Greń” Andrzej Hendrzak zawiadujący piłka halową. Obaj panowie zamiast skrobać się po głowach, dlaczego w hali gra się tak marnie jak na trawie, dyskutują na mój temat. Czuję się zaszczycony i mile połechtany troską „przyjaciół” o moje sposoby na spędzanie czasu.

Okazją ku temu było posiedzenie Zarządu PZPN na którym Hendrzak prezentował relację z porażek futsalowców.

Śpieszę zatem donieść, że Olimpiada tak jak ja ma się dobrze, Lato wraz ze swoim informatorem tak jak polska piłka mają się ciulowo, a swoje obowiązki olimpijskie wykonywałem korzystając z urlopu wypoczynkowego.

Lacie i Hendrzakowi tylko radzę, że jak chcą coś wiedzieć na mój temat, to nie muszą knuć pod toaletą. Wystarczy zadzwonić i zapytać. Odpowiem.

Informuję w związku z powyższym, że pomimo licznych obowiązków nie zapominam o PZPN i o jego przyszłych losach.

Sędziowanie

Gdyby nie to, że cała polska piłka (organizacyjnie i sportowo) leży na przysłowiowych łopatkach, można by napisać, że jej pietą achillesową jest sędziowanie. W jednym felietonów wyczytałem zdanie: Sędziowie przez lata pracowali na fatalną opinię – i ja się podpisuję pod tak sformułowanym stwierdzeniem. Dodam tylko jedno. Ktoś tym sędziom stworzył warunki do takich, a nie innych zachowań. Ktoś im dawał pole do popisu. Więcej. Przecież ktoś zatrudniał tych, którzy tolerowali ten niezrozumiały stan rzeczy. Mało. Gdzież z boku toczyło się wrocławskie śledztwo, a na boiskach w dalszym ciągu obserwowaliśmy pasmo niekończących się błędów. Dziwnych błędów. Niezrozumiałych błędów. Pochwalić muszę Zarząd PZPN, który w końcu dorósł do pewnej decyzji. Decyzji, że jedno zardzewiało kółko z tej machiny zostało usunięte. Szkoda, że tylko jedno. Być może dlatego nie było słychać walenia ręką w stół przez właścicieli, bądź prezesów krzywdzonych klubów. Dla nie znających tematu dodam, że mam na myśli usunięcie Eksztajna. Usunięto trybik, ale silniczek go napędzający ma się dobrze, a nad całością dalej czuwa może nie cała, ale z pewnością pół główki prezesa, bo resztę zajmują mu taśmy i w mikroskopijnej części Euro. W bardzo mikroskopijnej.

Dlatego przez Zbigniewem Przesmyckim wielkie zadanie. Jak ugasić ogień trawiący dobre imię organizacji sędziowskiej, a równocześnie rozpalić ogień przemian, a chociażby nadziei na trwałe przemiany. Nadziei, bo wiadomo, że do jesieni, do wyborów niewiele może zrobić choćby bardzo chciał.

Chcę jeszcze tylko dodać, że na Podkarpaciu został już złamany kręgosłup zła w temacie panów z gwizdkiem, a właściwie należałoby napisać w temacie panów, którzy nimi sterowali. Móc to chcieć, nie na odwrót.

Uważam, że właściwa przyczyna zła leży nie po stronie tych, którzy biegają po murawie, tylko tych którzy wskazują palcem, kto ma po tej murawie biegać. Nikt mnie nie przekona, że facet z gwizdkiem na boisku chce zrobić i robi z siebie idiotę na siłę.

Jeżeli zostaną do sędziowania dopuszczeni ludzie faktycznie najlepsi, a nie ci z klucza, zadowoleni będą wszyscy. Zawodnicy, kibice, a także przyszły prezes PZPN. Ci odsunięci z rozsądku, będą mogli sobie za to pogwizdać na trybunie na palcach. Pogwizdać tak jak do tej pory – bezkarnie.

Migawki z wizyty Michela Platiniego

Całą Polskę obiegły migawki z wizyty Michela Platiniego wizytującego stadiony na których toczyć się będzie rywalizacja podczas Euro. Zaintrygował mnie widok pani minister Muchy, która towarzyszyła szefowi UEFA, aczkolwiek jak cień przesuwał się koło nich Lato Grzegorz.
Jeżeli pani minister zdecydowała się pokazywać w towarzystwie człowieka, który mówi o procentach, człowieka który w tajemnicy trzyma miesiącami w sejfie nie swoje pieniądze, człowieka którego zawodzi pamięć – to musiała mieć w tym jakiś ukryty cel.
Nie posądzam pani minister o schlebianie człowiekowi z amnezją dotyczącą „transakcji” finansowych. Być może widok Muchy i Laty przy boku Platiniego to gra polityczna, która miała za cel pokazać jedność, zwartość i braterstwo, które to przymioty miały symbolizować sukces imprezy pt. Euro. Jeżeli tak to ok. Niech będzie. Chociaż zrozumienie tego faktu przychodzi mi z niemałym trudem.
Ja osobiście nigdy nie pozwoliłbym sobie na spacery z człowiekiem pokroju Laty.
Publiczne, ani pokątne, do których byłem zresztą namawiany. Po cichu i nie za darmo.
Może prywatnie pani Mucha podziela mój pogląd. Mam nadzieję, że tak, ale widocznie stanowisko zobowiązuje co sprawia, że nie jest panią swoich poczynań.
Jak oceniać w takim razie członków zarządu, którzy nie grożą nawet paluszkiem Grzesiowi?
Ośmiu z nich wiedziało o nagraniach Kulikowskiego. Ba nawet je słuchali kilka miesięcy przed sławnym 30 listopada AD 2010. I co? I nic. Milczeli.
Tak więc Droga Pani Minister, niech się Pani czuje usprawiedliwiona, a opinia publiczna niech się nie podnieca próbą „odstrzelenia” prezesa PZPN, bo myśliwi na razie dokarmiają zwierzynę, widocznie po to, by uczta była jesienią bardziej syta.

Uchwała w związku z biletami na mecze Euro

24 stycznia 2012 roku Zarząd PZPN podjął uchwałę o przyznaniu poszczególnym związkom wojewódzkim biletów, będących w ich gestii, na poszczególne mecze reprezentacji Polski w Warszawie i we Wrocławiu.
Podkarpackiemu ZPN przypadło 318 wejściówek. Zwracam uwagę na fakt, że Zarząd PZPN przyznał te bilety związkom wojewódzkim, co zostało precyzyjnie określone we wspomnianej uchwale i w załączniku do niej.
Kolejny raz okazało się, że uchwały zarządu dotyczą wszystkich, tylko nie prezesa PZPN.
Grześ Lato przywłaszczył sobie wspomniane bilety na mecze, będące (w myśl zapisów wspomnianej uchwały) własnością Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej.
Dotarło do nas pismo w którym czytamy, że Grzegorz Lato pozbawia Podkarpacki ZPN biletów, a ich dystrybucją zajmie się specjalna komisja powołana osobiście i jednoosobowo przez pana prezesa.
Wygląda to na kolejny przypadek złamaniu prawa w PZPN, przez Grzegorza Lato z mocno prawdopodobnymi elementami korupcyjnymi w tle.
Grzegorz Lato postawił się ponad prawem, bezprawnie powołując jakąś dziwną komisję ds. rozdziału biletów. Pomimo, że uchwała dotyczyła 16 związków wojewódzkich, tego typu zamach na własność związkową został dokonany przez Grzegorza Lato tylko na Podkarpaciu.
Ponieważ ta komisja nie ma żadnego umocowania w prawie, a ma rozprowadzać bilety nie będące jej własnością można więc rzec, że trafią one na czarny rynek.
Próby zasłaniania się Urzędem Marszałkowskim nic Lacie nie dały, gdyż do Pod. ZPN wpłynęło pismo od marszałka województwa, w którym stoi czarno na białym, iż urząd z tą inicjatywą nie ma nic wspólnego i żadnymi biletami nie dysponuje.
Któż zatem będzie handlował biletami zawłaszczonymi z podkarpackiego związku. Grzegorz Lato osobiście (choć nie miał ku temu żadnych uprawnień) powołał komisję w składzie:
- Edward Brzostowski – były prezes PZPN, jak podał prasa skazany wyrokiem sądu za fałszowanie faktur,
- Janusz Kowalski – człowiek zatrudniony w magazynie PZPN w Warszawie,
- Jan Domarski – który nie jest członkiem Pod. ZPN, ani nie jest powiązany z działaniami naszego związku w jakikolwiek sposób,
- pracownik delegowany przez Marszałka Województwa Podkarpackiego – w sytuacji, gdy marszałek województwa kategorycznie zaprzecza, jak zresztą wspomniałem, by miał coś wspólnego z tym przywłaszczeniem,
- Marek Hławko – wiceprezes Pod. ZPN, – który nic nie wie powołaniu go do jakiejkolwiek komisji przez Grzegorza Lato, i oświadcza, że nie zamierza brać udziału w pracach komisji nie mającej umocowania w prawie, czyli nielegalnym tworze powołanym przez łamiącego prawo prezesa PZPN, która wprowadzać będzie w obieg przywłaszczone bilety.
Komentarz pozostawiam Państwu, a w przypadku stwierdzenia złamania prawa niech się Grzesiu tłumaczy tam, gdzie jak twierdzi nic na niego nie mają.
Chyba na razie.

Autor: Hubert Zdankiewicz/Polska The Times Data publikacji: 04.04.2012

Greń: Prędzej polecę w kosmos, niż Lato będzie prezesem na następną kadencję

Mimo starań opozycji Grzegorz Lato nie został odwołany. Szanse na reelekcję ma jednak niewielkie. W otoczeniu obecnego prezesa PZPN słyszy się co prawda głosy, żeby jeszcze go nie przekreślać. Wygląda to jednak bardziej na zaklinanie rzeczywistości niż realną ocenę jego szans w wyborach nowych władz związku, które odbędą się 26 października.

- Prędzej ja polecę w kosmos, niż on będzie prezesem na następną kadencję. Zapomnijcie o Lacie, jego już nie ma. Mam nawet wątpliwości, czy dostanie wystarczającą liczbę poparć, by w ogóle wystartować w wyborach - mówi Kazimierz Greń, prezes Podkarpackiego ZPN i jeden z najbardziej zaciekłych przeciwników obecnego szefa polskiej piłki (kandydaci muszą uzyskać minimum 15 głosów spośród delegatów związków regionalnych, klubów ekstraklasy i I ligi). – Każdy może z nim teraz wygrać, ktokolwiek to będzie – zapewnia Greń.
Nawet jeśli trochę przesadza, to nie da się ukryć, że szanse na taki scenariusz są więcej niż średnie. Chętnych do objęcia rządów też ostatnio przybyło.
- Wydawać by się mogło, że ten nieudany pucz na zarządzie zniechęci ludzi do walki z prezesem, tymczasem jest dokładnie na odwrót – mówi nam członek władz PZPN (podczas niedawnego posiedzenia opozycja chciała przyśpieszyć wybory, ale wniosek w tej sprawie nie został ostatecznie nawet zgłoszony do porządku obrad). – Lato myśli, że wygrał, bo jest taki mocny. Tak naprawdę jednak wygrał, bo już zaczęła się kampania wyborcza. Uratował go Niemiec [Ryszard, prezes Małopolskiego ZPN – red.]. Bynajmniej nie z sympatii, bo on również stracił już dawno złudzenia co do prezesa. Również nie ze względu na zbliżające się Euro 2012. On po prostu nie chciał, żeby Masiota za bardzo urósł w siłę, a to na jego konto poszedłby w pierwszej kolejności taki sukces. Dlatego przekonał Lacha i Malinowskiego, by nie popierali wniosku i opozycji zabrakło szabel – dodaje.

Wśród kandydatów do schedy po Lacie nazwisko prawnika z Poznania pojawia się w pierwszej kolejności. Nieprzypadkowo, bo Jacek Masiota od dawna uchodzi za nieformalnego lidera opozycji w zarządzie PZPN. Gdy pod koniec ubiegłego roku wybuchła tzw. afera taśmowa (były współpracownik prezesa Grzegorz Kulikowski ujawnił nagrania sugerujące, że władze PZPN mogły dopuścić się korupcji), to właśnie na jego wniosek odwołany został ze stanowiska wieloletni sekretarz związku Zdzisław Kręcina.
Masiota na razie nie powiedział wprost, że chce zostać prezesem PZPN. – Kusi mnie to, ale na dziś moja odpowiedź brzmi „nie”. W ogóle za wcześnie na takie deklaracje. Ktoś, kto powie dziś, że chce kandydować, na pewno przegra wybory – mówi.
Niemniej to właśnie on uważany jest za jednego z najpoważniejszych kandydatów. Kolejnym jest właśnie Niemiec albo człowiek przez niego popierany. Tu na razie ścierają się dwie koncepcje. Początkowo szef Małopolskiego ZPN chciał zmontować koalicję, która pozwoli wygrać wybory Edwardowi Potokowi, szef Łódzkiego ZPN. Później pojawiła się koncepcja, by prezesem został Stefan Antkowiak, szef Wielkopolskiego ZPN. – Później Niemiec zaczął się jednak zastanawiać, czy sam nie powinien kandydować. Na dziś każda z opcji jest prawdopodobna. Najbardziej chyba ta z Antkowiakiem, choć ten jeszcze się nie zgodził – twierdzi nasz rozmówca.
Na nich jednak lista chętnych się nie kończy. Kandydować chce ponoć Tomasz Jagodziński. Były rzecznik PZPN, za kadencji Mariana Dziurowicza, startował już cztery lata temu, ale ostatecznie zrezygnował z walki o prezesurę. O powrocie do PZPN marzy również poprzednik Laty Michał Listkiewicz. Zarzeka się co prawda, że w innej funkcji, ale…
- Listkiewicz nie ma żadnych szans. Zwłaszcza teraz, gdy ma na tapecie sprawę karną [prokuratura zarzuca mu, że działał na niekorzyść wierzycieli Widzewa Łódź – red]. Słyszałem również kilka innych nazwisk, jak Eugeniusz Stanek, Janusz Jesionek i Roman Kosecki – mówi członek PZPN. – W tym wyścigu liczą się jednak tylko dwie frakcje. Reformatorska, którą reprezentuje popierany przez większość klubów ekstraklasy Masiota. I betonowa, czyli szefowie kilku największych regionalnych związków, którzy próbują się dogadać i wystawić wspólnego kandydata. Reszta to egzotyka – twierdzi.
Dodaje, że dużo będzie zależeć od tego, kogo ostatecznie poprze Greń, bo były szef kampanii wyborczej Laty nadal ma dużo do powiedzenia w tzw. terenie. Temu jednak najbliżej na razie do… Zbigniewa Bońka. Zadeklarował nawet na naszych łamach, że jest skłonny go poprzeć, jeśli zadeklaruje już teraz, że będzie kandydował. Boniek na razie jednak nie chce o tym słyszeć.
- Na dziś w ogóle mnie ten temat nie interesuje, myślę tylko o Euro. Zresztą o czym my mówimy. Przy obecnym systemie, gdzie o wszystkim decyduje dół, a nie góra, człowiek, który naprawdę chce coś zmienić w związku, nie ma szans – ucina temat były wiceprezes PZPN.