Cykliczne narady

Coś mi się wydaje, że spotkania w warszawskich kawiarenkach, działaczy związanych ściśle z PZPN-em, przybierają formę cyklicznych narad. Jedyna rzecz, która ich jeszcze różni to modyfikowane składy osobowe tych spotkań. Do tej pory ponowie spotykali się na dysputach korzystając z możliwości jakimi było np. rozgrywanie spotkań zespoliku Smudy w Warszawie, lub inna okoliczność wymuszająca przyjazd do stolicy. Tym razem skorzystano z okazji, że Słońce Polskiego Futbolu Grześ z Mielca udał się po raz kolejny za granicę. Momentalnie skorzystano z okazji i ośmiu panów zasiadło we wspomnianej restauracji.

O czym dyskutowali? Tym razem zastanawiali się, kto będzie kandydatem na prezesa na lata 2012 -2016. Ponieważ wymieniali swoje poglądy bez wiedzy Wodza Grzegorza, a nawet śmiem twierdzić w tajemnicy przed nim mniemam, że reelekcja tej persony nie jest brana pod uwagę. Osobiście w odróżnieniu od Laty znam składy osobowe tych spotkań i padające tam propozycje. Niektóre muszę przyznać są rozsądne, inne niedorzeczne, ale najciekawsze jest to, że przywoływane nazwisko Lato wywołuje uśmiechy jak nie politowania, to szczerego rozbawienia.
Z powodów oczywistych i tym razem nie ujawnię nazwisk osób uczestniczących w tym ostatnim spotkaniu. Niech Lato się sam domyśla.
Ja już wiem, on jeszcze nie, że już do niedawna szerokie grono osób odwróciło się do niego plecami, szukając swojego miejsca w polskiej piłce tuż po Euro. Grzesiu w swej głupocie nie dopuszcza takiej myśli do siebie. Dalej myśli, że ma poparcie, że rządzi (choć to słowo zawsze go przerastało), a tu ludzie na rok przed wyborami skreślili go definitywnie i to na całej linii. Można się było zresztą tego spodziewać. Dwa i pół roku temu ostrzegałem Latę przed takim scenariuszem. Mówiłem, że zostanie sam. Udawał, że nie słyszy, albo faktycznie miał zamknięty umysł na życzliwe rady. Dzisiaj mamy sytuację, że wszyscy w Polsce wiedzą, iż Lato jest bez szans tylko najbardziej zainteresowany tkwi w niewiedzy.
Co mu zostanie po tych latach. Wspomnienia gwizdów i buczenia na stadionach, artykuły wytykające głupotę, album zdjęć z kielichem w dłoni, poplamione spodnie koło rozporka i kilka milionów na koncie wydartych z konta z naszego stowarzyszenia.
Tak jak na meczach ligi hiszpańskiej macha się białymi chusteczkami, tak i jemu pomachają delegaci na zjeździe wyborczym w 2012 r.. Podejrzewam, że nie zrozumie tego gestu, dlatego tłumaczę, że nie będą to pozdrowienia tylko znak do opuszczenia sali i to w podskokach.

Zakup obcokrajowców do polskiej reprezentacji

Lato w czasie swojej kadencji spróbował zrobić kilka rzeczy. Dwie godziny po głosowaniu w wyborczy wieczór w 2008 r. oznajmił, że zrobi Euro z Niemcami, dwa lata później organizował mecz z Libią w Rzeszowie, a dwa tygodnie temu w tajemnicy przed wszystkimi (nawet przed Mosadem) podkradał państwu Izrael zawodnika, podczas poufnej rozmowy w Krakowie z Maorem Meliksonem.

Dla Grzegorza Lato i po trosze dla selekcjonera Smudy nie ma świętości, honoru, zdrowego rozsądku. Czym jest dla nich pojęcie Reprezentacji Narodowej? Dla nich to jeszcze jedna drużynka, z jaką mieli do czynienia w swoim sportowym życiu. Dla nich to kolejna drużynka, dzięki której chcą zbić swój prywatny kapitał. Smuda marzy o przedłużeniu kontraktu selekcjonera i nawet nie odstrasza go fakt, że spuścił Polskę do czwartego koszyka. Lato z drużynki o nazwie Polska, chce uczynić kartę przetargową na rzecz swojej przyszłej reelekcji.
Obaj panowie z uporem maniaków (dla własnych celów) przebierają w barwy narodowe coraz to nowych piłkarzyków z kontynentu. Z orzełkiem na piersi biegają po boiskach ludzie, którzy nie potrafią mówić w ojczystym, czyli polskim języku. Na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego nie bije im mocniej serce i do oczu nie cisną się łzy wzruszenia. Takich sportowców Polaków próbują przemycić do Reprezentacji Narodowej Lato i Smuda.
Ocknął się nawet po trzech latach potakiwania senator RP Piechniczek. Piechniczek sowicie wynagradzany miesiąc w miesiąc pieniędzmi stowarzyszenia z pewnością za zasługi sprzed 30 lat, bo konia z rzędem temu, kto pokaże choć jedną konstruktywną rzecz jaką zrobił dla dzisiejszej piłki na przestrzeni ostatnich 3 lat. Patrzcie ludzie. Kolejny, który na rok przed wyborami zaczął krytykować sposób postępowania tak hołubionego do tej pory Laty. Im bliżej wyborów przybywa ich jak grzybków po deszczu, ale suma sumarum to dobre zjawisko.
Piłkarze jak to piłkarze szukają swojej zawodowej szansy. Znalazł ją Olisadebe, znalazł ją Roger, tylko Polska na dłuższą metę niewiele z tego miała.
Lato przesadził wiele razy. Podjął dziesiątki głupawych decyzji dla futbolu, kierując się w swym postępowaniu prywatą wyższego rzędu. Cel przez te wszystkie lata wyznaczała mu mamona. Nie odbiega od tego poziomu i tym razem.
Standardy tworzenia Reprezentacji Narodowej są wyznaczone przez historię, dumę, patriotyzm. Dlatego protestuję, by jakiś tam Lato i jakiś tam Smuda występowali przeciwko tym wartościom.
Lato miał pecha, że w czasie jego gry w reprezentacji w bramce zamiast Janka Tomaszewskiego, nie stał jakiś Polak z Konga, bo przynajmniej nikt by mu dzisiaj prawdy w oczy nie mówił.

Pokorny Łukasz Piszczek

W maju 2006 roku Łukasz Piszczek, młody człowiek i młody zawodnik popełnił życiowy błąd. Pięć lat później sąd rejonowy we Wrocławiu, skazał Łukasza za udział w korupcyjnym procederze na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz 150 tys. zł grzywny. Miesiąc później Wydział Dyscypliny PZPN wymierza Piszczkowi karę półrocznego zawieszenia.
Łukasz Piszczek przyjął obie wymierzone kary z pokorą, ale nie dane mu było odbyć ich w spokoju.

Na przeszkodzie temu stanął bowiem sam Grześ Lato, który przed nazwiskiem karze sobie do dziś pisać prezes, szumnie nazywany trenerem reprezentacji Franciszek Smuda (który zrobił z dumy narodowej zespolik nie drużynę) i człowiek mający postawione zarzuty, sekretarz PZN Kręcina Zdzich.
Ci panowie zaczęli Łukasza namawiać, by się odwołał od związkowego wyroku. Namawiał go więc Lato, który przed wyborami zarzekał się, że problem korupcji załatwi w pół roku. Namawiał go Smuda, który zarzekał się, że jego reprezentacja będzie drużyną złożoną z zawodników o czystych papierach, no i namawiał Kręcina, którego postawy nie skomentuję, bo prędzej czy później zrobi to jakiś prokurator.
Po pierwszych namowach Łukasz deklarował, że nie będzie się odwoływał. Poświęcił grę w reprezentacji Polski (albo w zespoliku Smudy, jak kto woli), gdyż wyżej postawił swoje dobre imię. Cóż się zatem takiego stało, że zmienił zdanie. Można tylko domniemywać. Wchodzi w grę kilka możliwości, a wśród nich strach przed zakazem gry w klubie. Myślę jednak i nie jestem w tym odosobniony, że Łukasz odwołał się, gdyż uzyskał zapewnienie, że to odwołanie zostanie załatwione pomyślnie. Kto go zapewnił? Na pewno nie portier z Bitwy Warszawskiej. Tego jestem pewien.
Stało się tak , jak można było przewidywać, że się stanie. Związkowy Trybunał Piłkarski zmienił karę WD i skazał Łukasza na rok dyskwalifikacji w zawieszeniu na trzy lata i 150 tys. złotych, na wybrany dom dziecka. Kapitalne było stwierdzenie przewodniczącego ZTP Głowackiego, który stwierdził, że kara dla Piszczka została tym wyrokiem zaostrzona.
Nie ma co dalej rozwodzić się nad tym tematem, zastanawiam się tylko jeszcze nad jednym. W jakiej formie i z jakich pieniędzy zostanie przez uczestników tej prawnej farsy wypłacona zasądzona darowizna, bo idę o każdy zakład, że konta Łukasza ona nie zuboży. Czy będzie to ekstra premia, czy nagroda, a może pieniądze przeleje ktoś trzeci. Może się kiedyś tego dowiemy.

PS.
Piszczka namawiał również do złożenia odwołania prokurator związkowy Wojciech Petkowicz , który powinien stać na straży uczciwości i być wzorem w walce z korupcją w PZPN. Oto mamy pełny obraz czym dla zarządzających PZPN-em jest eliminowanie zjawisk korupcyjnych z polskiego futbolu.

,,Spowiedź Fryzjera”

Przeczytałem książkę, do lektury której zachęcam wszystkich. Nie wiem czy „Spowiedź Fryzjera”, bo to wydawnictwo mam na myśli, to wypadkowa wyrzutów sumienia, czy cyniczna próba podsumowania mało chlubnego okresu w historii polskiej piłki.

Było nie było, Fryzjer opisuje korupcyjne mechanizmy działające przez wiele lat w polskiej piłce i wymienia w tej książce wielu ludzi. Z nazwiska i imienia oraz funkcji. Co ważne dla czasów obecnych, wymienione są tam także osoby, które dzisiaj pełnią wysokie funkcje w PZPN, w zarządzie, komisji rewizyjnej , a także funkcje prezesów związków wojewódzkich. Samo nazywanie przewodniczącego Komisji Rewizyjnej PZPN Hańderka mianem „Hańberka”, daje czytelnikom tej książki sporo do myślenia. Ma swoje miejsce na jej stronach także Grzegorz Lato i jego ksywka „Babunia”. Jest wiele osób jeżeli nie w treści, to na także wiele mówiących fotografiach. Ciekawe o czym rozmawiali z Ryśkiem podczas tych spotkań, bo coś mi się wydaje, że nie o finansowych kłopotach klubów sportowych.
Jak odbierają treść tej książki sami ci, którzy są w niej wymienieni. Nie wiem. Intrygujące jest tylko, jak ci ludzie się czują czytając o sobie. Niektórzy mówią, było minęło. Inni nic nie mówią. Kolejni twierdzą, że dopóki Wrocław daleko nie mają sobie nic do zarzucenia. Właściwie ile osób, tyle postaw. Oficjalnych postaw. Ciekawe czy w swoich domach, stojąc przed lustrem czy oprócz strachu odczuwają coś w rodzaju dyskomfortu, a może nawet wstydu.
Co najciekawsze sam autor Ryszard, też nie czuje się szczególnie winnym zaistniałej w piłce sytuacji.
Jak do tej pory jedyną osobą, która publicznie miała odwagę powiedzieć – „Dzieje się wielkie zło” – był człowiek, o którym już dziś zapomniano, a który został potraktowany przez środowisko nie jak prekursor uzdrowienia sytuacji, tylko jak zdrajca. Nazywał się Piotr Dziurowicz.
Ja pamiętam o tym człowieku.
Do książki, a właściwie do jej wymowy jeszcze powrócę.

Budowanie polskiej reprezentacji

Do Euro pozostało już niespełna dziewięć miesięcy. To już ostatni okres cementowania drużyny pod względem sportowym, taktycznym i osobowym.
W budowaniu polskiej reprezentacji nie można się dopatrzyć finalizacji żadnego z tych czynników, a wręcz odwrotnie. Praca z zespołem ciągle jest nielogiczna, podejmowane decyzje kretyńskie, bo niezrozumiałe. Gdyby wszystko to działo się za czasów późnego Gomułki z pewnością podciągnięto by to pod sabotaż.
Nie dotarł do mnie żaden przekaz, który logicznie uzasadniłby wyjazd do Korei. Cel sportowy? Finansowy? Milczy Smuda, milczy Olejkowska, milczy dyrektor ds. komunikacji (czy transportu, do końca nie wiadomo) Rząsa, milczy Paśniewski (Sportfive), milczy Lato. Mówi za to Błaszczykowski: – Nie rozumiem celu sportowego tego wyjazdu.
Wymowne rzeczy stwierdza także członek zarządu Zbyszek Lach, ale o tym za chwilę.
Śmieją się z tego wyjazdu fachowcy, dziwią się kibice. Więc po co ta wycieczka?

Zostały dwa wytłumaczenia. Albo Smuda chce w Polakach zaszczepić azjatycki styl gry (jeżeli tak, to dlaczego głośno o tym nie mówi), albo Lato chce zwiedzić Koreę i z Kręciną posmakować tamtejszych drinków. Wyjazd reprezentacji to doskonała okazja, by zrobić to za związkowe pieniądze, a nie te prywatne. Tak na marginesie przyjrzymy się dobrze, kto tym razem zabierze się z pzpn – owskim biurem turystycznym na tą eskapadę.
Prosto z atrakcyjnej turystycznie Korei, nasi działacze ciągną piłkarzy do Niemiec na mecz z Białorusią, bo w Polsce nie ma stadionów w Lubinie, Kielcach, Gdańsku, Poznaniu, Krakowie, Warszawie. To kolejny szczyt głupoty.
Nie wiem w co gra (na pewno nie w piłkę) Andrzej Placzyński, ale uwłacza swojej niewątpliwej inteligencji mówiąc: – Bo taki podpisaliśmy kontrakt z TVP. Część meczów musimy rozegrać na wyjeździe. Oczywiście, że mniej na tym zarabiamy (?), ale …. musimy się trzymać warunków kontraktu. Koniec cytatu.
Podobno chodzi o koszty produkcji sygnału.
Policzmy zatem koszty organizacji, wynajęcia stadionu, ochrony i sygnału z Niemczech i z Polski. Policzmy wpływy z biletów z reklam tam i u siebie. To co mówi Placzyński to są bzdury. Co stoi na przeszkodzie, by Sportfive pokrył koszt sygnału z Poznania. Co stoi na przeszkodzie, by renegocjować umowę z TV, bądź wprowadzić jakiś aneks w imię wyższego celu jakim są ME. Zbliża się szybkimi krokami impreza, na którą czeka cały piłkarski świat, a nasza reprezentacja jest w powijakach. Włóczy się ją po świecie zamiast ogrywać tam, gdzie te mistrzostwa się odbędą czyli w Polsce i na Ukrainie, bo jak wyjdziemy z grupy to kto wie, kto wie.
Unia Europejska funkcjonuje już od kilkunastu lat, a tu dalej ktoś pieprzy o jakichś granicach.
Smuda bredzi o tłumach na stadionie w Niemczech i o tym, by darmo nie ciągać polskich zawodników grających w Niemczech do Polski na mecz. O zgrozo. Smuda mówi te słowa wiedząc, że dzień wcześniej będzie tymi zawodnikami grał w Azji. Coś mi się wydaje, że Franz chyba za często konsumuje kolacje z Kręciną.
I jeszcze obiecane słowo o zarządzie PZPN.
Oto wypowiedź członka tego gremium, bardzo ekspresyjnego pana Zbigniewa Lacha: – To jedno wielkie nieporozumienie. Cztery dni wcześniej reprezentacja gra mecz w Seulu z Koreą Płd.. Tam się na pewno nie wybiorę. Zaskoczyła mnie wiadomość o tym, że z Białorusią zagramy w Niemczech. Nie wiem co kryje się za kulisami, więcej dowiem się na zebraniu zarządu. Po dalekim wyjeździe do Azji nie wracamy do siebie tylko jedziemy do Niemiec. To byłoby zrozumiałe, gdyby finały mistrzostw Europy miały się odbyć właśnie tam. Choć nie wiem po co w ogóle taki rywal jak Białoruś, to sadzę, że podobne mecze powinny być rozgrywane u nas. Taka polityka prowadzenia drużyny jest po prostu dziwna.
Takie jest oficjalne stanowisko jednego z członków Zarządu PZPN.
Czyli od trzech lat nic się nie zmieniło. Dalej zarząd jest traktowany jak piąte koło u wozu i o wszystkim dowiaduje się po czasie. Tak było także z umową z firmą Sportfive, którą Lato podpisał bez zgody zarządu PZPN. Lach mówił o tym z mównicy zjazdowej tymi słowy: – Nie widzieliśmy tej umowy panie prezesie, tylko jej roboczą wersję.
Na mój gust, zresztą nie tylko mój, Zarząd powinien akceptować każdy plan i każde zadanie jakie ktoś w PZPN będzie realizował. Także Franciszek Smuda. A co pokazuje praktyka. Panowie z zarządu stawiani są za każdym razem przed faktem dokonanym. Ja na to nie wyraziłem zgody dlatego odszedłem. Z honorem, z podniesionym czołem i czystym sumieniem.

Lato bezwolna marionetka

Tylko pilot szybowca, albo lotniarz w czasie wykonywania swoich obowiązków bujają w obłokach. O przepraszam. Do tego zacnego grona trzeba także zaliczyć prezesa PZPN. Bo czym się ten człowiek zajmuje na co dzień.
Po pierwsze prawie nigdy go nie ma w siedzibie związku. Mówiło się, że Michał Listkiewicz był wielkim nieobecnym, bo często bywał za granicą. Pomiędzy Michałem, a Grzesiem z Mielca jest tylko taka różnica, że bez wiedzy tego pierwszego nic się w związku wydarzyć nie mogło, a ten drugi nie wie o niczym co się w związku wydarza.
Michał kierował, a Grzesiem kierują. Listkiewicz miał zawsze gotowy plan działania, a Lato działa zawsze według czyjegoś planu.
Wniosek. Lato to bezwolna marionetka, bez pomysłów, planów a także bez jakiejkolwiek siły sprawczej.

Jeżeli nie spełnia się jako ustawodawca, to może pełni funkcję wykonawczą. Też nie, bo gdy
Lato pojawi się już na obradach zarządu to i tak uczestniczy w głosowaniach z góry zaplanowanych przez innych. Nawet obrady prowadzi za niego Bugdoł, ale wynika to z kilku powodów, a lenistwo z którego słynie (Grześ oczywiście) nie jest tym najważniejszym. Lato po prostu nie umie się wysławiać, to co się będzie biedaczyna miesiąc w miesiąc systematycznie ośmieszał przed kolegami.
Funkcja reprezentacyjna. Oficjalne wystąpienie w poplamionych gaciach, libacje alkoholowe dokumentowane zdjęciami w gazetach, blokada informacyjna dla mediów to obraz tylko niektórych zachowań prezesa Grzegorza Lato na przestrzeni ostatnich 3 lat. Tak Grześ z Mielca reprezentuje Nasz Związek w Polsce i za granicą. Blamaż podczas wyborów do władz UEFA nie może zatem dziwić.
Działalność w obszarach sportowych.
Prezes PZPN zamiast na mecze wyjeżdża na „łykendy”. Ostatnio był w Polańczyku nad Soliną, gdzie Jego Wysokość Prezes miał na stołówce, tak na stołówce swój stolik, by być z dala od tak zwanej gawiedzi. Inne spędza w Mielcu, a niedawno wyrwał się na mecz… Orłów Górskiego do Rymanowa. Pojadł, popił, pospał. Takich przykładów można mnożyć.
Co z tego ma polska piłka. Nic.
Lato zamiast troszczyć się o dobro reprezentacji Polski, obserwować zawodników w piątki, soboty, niedziele czy środy, rozmawiać, analizować, sugerować, dzielić się swoimi spostrzeżeniami woli pojeść, popić, pospać co zresztą z lubością czyni.
Lato na mecze nie chodzi, bo na stadionach na niego buczą i gwizdają.
Lato nie zmienia się od lat, chyba że na wadze. Jako senator lubił pojeść, popić, pospać. Nie rzucał pomysłami, głosował jak kazali, nie był tak jak dzisiaj i z tych samych powodów zbyt reprezentatywny. Ponieważ działalność Laty jako senatora nie była tak szkodliwa społecznie jak działalność Laty jako prezesa PZPN, omijała go przyjemność oglądania swoich zdjęć w mało chlubnych sytuacjach w mediach, jak to ma miejsce dzisiaj.
I tak mija trzy lata w życiu Laty Grzegorza, w czasie których je, pije i śpi za pieniądze Polskiego Związku Piłki Nożnej. Jeszcze rok biesiady przed nim. Ostatni rok.

Lato wygwizdany

Sportowe widowisko ma to do siebie, że ludzie którzy przychodzą na zawody z reguły reagują dość emocjonalnie. Dostępnymi środkami wyrazu wyrażają nie tylko swoją radość i smutek, ale także sympatie i antypatie.

Od kilku tygodni tj. od czasu gdy zaczął się nowy sezon rozgrywkowy w każdym tygodniu jestem na kilku meczach w całym województwie. Jestem bo lubię i jestem bo dostaję zaproszenia. Chciałbym serdecznie podziękować tą drogą wszystkim kibicom za okazywane wszędzie wyrazy sympatii i aprobaty dla poczynań, które firmuję swoją osobą. Nie ma znaczenia czy jestem na stadionie w Krośnie, gdzie na trybunach zasiada 2000 kibiców, czy w mniejszych miejscowościach o procentowo mniejszej widowni. Wszędzie reakcje są jednakowe i obligują mnie do kontynuowania dzieła obnażania patologii i zaprowadzania ładu w polskiej piłce.
Często powtarzane słowa: – Panie prezesie powodzenia, niech się pan trzyma. Niech pan nie odpuszcza. Jesteśmy z panem, bo chce pan zmieniać naszą piłkę – potwierdzają słuszność obranej drogi przeze mnie i zarząd Podkarpackiego ZPN. Jeszcze raz wielkie dzięki.
Co widzimy z drugiej strony. Lato też czasami zapędzi się na jakiś stadion. Podczas meczu w Gdańsku powitały go gwizdy i buczenie 40 tysięcznej widowni.
Nie popieram wyzywania, ale nie da się ukryć, że ta przykrość spotkała Latę w rodzinnym Mielcu podczas meczu w piłkę ręczną Stal Mielec – Viva Kielce. Przykro było słuchać skandowania przez publiczność, pewnego obraźliwego zwrotu (nie przytoczę go), ale faktem jest, że takie zdarzenie miało miejsce. W hali oddziaływanie słów jest dużo mocniejsze więc Lato po kilku minutach uciekł ze wstydem z sali.
Podobny scenariusz miał miejsce także w Mielcu i też niedawno, gdy Lato przyszedł na mecz zorganizowany przez kibiców. Tu także po kilku minutach salwował się ucieczką .
Kiedyś, czyli 30 lat temu Lato swoją grą dawał ludziom radość. Dzisiaj obraz Laty postrzegany jako wypadkową jego postępowania, wyzwala takie a nie inne reakcje. Lato tym co robi, a właściwie tym czego nie robi, „pracuje” także na wizerunek innych działaczy, szczególnie tych z PZPN.
Lato już jako senator olał ludzi. Podczas wyborów na drugą kadencję, ludzie olali jego. Nic go to nie nauczyło. Teraz do tego olewania dołożył jeszcze polski futbol.
Niech się zatem nie dziwi, że i tym razem odejdzie w niesławie. Teraz już na zawsze.

Koszmarny sen

Miałem koszmarny sen. Obudziłem się mokry. Śniło mi się, że Lato w kolejnych wyborach został prezesem. Jeżeli tak by się stało, to dalej będę się musiał parać się twórczością na blogu, by nic z kabaretowej działalności Laty sportowemu społeczeństwu nie umknęło. Taka wizja to jednak dzięki Bogu tylko czysta fantazja. Jest praktycznie przesądzone, że już jest po „rządach” tego człowieka z Mielca. Ja pewnie prędzej w kosmos polecę (a zapewniam, że się nie wybieram) niż nastąpi ta tragiczna dla piłki reelekcja.


Praktycznie nie ma dnia, by piłkarska Polska nie została zaskoczona bardziej lub mniej dziwnymi, by nie rzec głupimi decyzjami.
Dziś kolejne przykłady. Miejsca rozgrywania meczy reprezentacji młodzieżowej Polski są przydzielane z dziwnego klucza. Z tego co wiem to z klucza układów i podziękowań za głosowanie na zarządach nawet wtedy, gdy głosowane punkty wręcz szkodzą piłce. Przykład. Mecz z Rosją został rozegrany w Kielcach u Mirka Malinowskiego praktycznie bez kibiców. Jak się gra zawodnikom w atmosferze pustych trybun nikomu mówić nie trzeba, no może z wyjątkiem Laty Grzegorza. Gdyby takie spotkanie odbyło się w mniejszej miejscowości, nawet na Podkarpaciu, trybuny pękałyby w szwach. Gwarantuję. Same korzyści dla zawodników, kibiców i dla dyscypliny. Ale po co. Mirek bierny, ale wierny dostał mecz o którym można tylko napisać, że się odbył. Przy pełnej widowni wynik też z pewnością mógłby być inny, a tak zadowolonych jest tylko dwóch Grzesio i Miro. Kolejny chory pomysł to rozegranie meczu młodzieżowej reprezentacji w listopadzie na Podlasiu u kolejnego członka zarządu. Znając realia klimatyczne będzie tam pewnie o tej porze będzie pewnie już tam śnieg, a już na pewno zimno i mokro. To też z pewnością przesądzi o braku frekwencji na tym spotkaniu.
Zamiast obdarzyć meczem jakikolwiek region z południa, gdzie jest jeszcze szansa na dobrą pogodę i pełne trybuny, rozdaje się mecze jak stare nikomu niepotrzebne zabawki.
Dobrze, że powoli dobiega kres tej zabawy.

Zapaść w polskim futsalu

Lato się kończy, więc siłą rzeczy na parkiety, by walczyć o ligowe punkty, trofea, awanse, sławę i profity powinni wyjść piłkarze halowi.
Nie chcę być złym prorokiem, ale coś mi się wydaje, że polski futsal spotkała zapaść na niebywałą skalę. Wiedziałem , że zaniedbania, zaniechania dotkną boleśnie piłkę, ale piłkę tą medialną, czyli graną na trawie.
Dzisiaj w Polsce jesteśmy świadkami upadku każdej odmiany piłki nożnej w jakiej zechciał konkurować świat.
Kiedyś wszedłem w układ z Michałem Listkiewiczem. Zobowiązałem się doprowadzić polską reprezentację w futsalu na wysoko punktowane miejsca w Europie i świecie i dotrzymałem słowa. Moim błędem było, że wziąłem sobie do pomocy człowieka, którego potem poleciłem na mojego następcę jako przewodniczącego wydziału futsalu .
Państwu zostawiam analizę statystyk, gdzie polski futsal był w 2004 roku, gdzie 2008, a gdzie jest dzisiaj.
Bez z fałszywej skromności przypomnę, że sukcesy reprezentacji pokrywały się z sukcesami drużyn klubowych np. Clirexu Chorzów. Nie będę przypominał nazwisk, ale po pierwszym zgrupowaniu, straciło za pijaństwo miejsce w kadrze kilku zawodników. W ich miejsce przyszli inni i zrobili wynik sportowy dla Polski, a przy tym odnieśli osobiste sukcesy. To historia. Ubłagałem Latę i Bednarka, by moje miejsce zajął Andrzej Hendrzak.
Nie wiem jak oceniają wyniki jego pracy odpowiednie komórki w PZPN.

Dla mnie sposób zarządzania piłką halową jest karygodny, co pokrywa się z opinią całego środowiska futsalowego. Walkower w Portugalii podczas eliminacji do Mistrzostw Europy nie zrobił na panach z PZPN żadnego wrażenia. Na fachowcach i kibicach futsalu odwrotnie, tylko że z nimi nikt się nie liczy.
Mało tego. Nie dość że Hendrzak zniszczył piłkę reprezentacyjną to jeszcze dołożył swoją rączkę, by rozwalić piłkę ligową.
Mówiłem setki razy Hendrzakowi, by nie wylewać dziecka z kąpielą. Nie wolno w warunkach polskich zakazywać gry zawodnikom na hali stawiając przed nimi wybór – hala albo trawa. Takie działanie sprawiło, że dzisiaj w ligach grają chłopaki z łapanki. Drużyny się wycofują. W sytuacji gdy zaczyna brakować drużyn i dobrych zawodników reprezentacja będzie jeszcze słabsza, bo reprezentacja zawsze była wypadkową siły ligi. Chcieli mają. Gówniane decyzje, dały gówniane wyniki, a sprawcy tego stanu rzeczy mają się dobrze. Dotknęliśmy bruku, sorry – parkietu.

Mirek Wrzesiński zrezygnował z prezesury w Zielonogórskim ZPN.

Nie tak dawno, bo przed kilkunastoma dniami podziękował także za członkowstwo w Wydziale Młodzieżowym PZPN. Rezygnacja Mirka nie stała się wydarzeniem medialnym, a szkoda bo zrezygnował kolejny rzetelny i uczciwy działacz. Z Mirkiem miałem dobry kontakt. Wiem, że chciał wiele usprawnić w wydziale młodzieżowym. Ale cóż, on jak i kilku innych, którzy chcieli coś zrobić w trakcie tej kadencji przekonało się, że przysłowie głową muru nie przebijesz ciągle ma się dobrze. Mirek miał wiele propozycji zmian w organizacji i funkcjonowaniu wydziału, ale to co przedstawiał na zarządzie trafiało do kosza. Nie pogodził się z tym i zrezygnował.
Przypominam sobie jak przekonywałem Mirka w Słubicach, by podczas wyborów oddał głos na Latę. Jego związek miał trzy mandaty i o te głosy zabiegałem, a nie było łatwo. Mirek miał wiele obaw, czy Lato autentycznie chce zmian. Nie wierzył w szczerość zapewnień Laty, jego dobre intencje i okazało się, że miał rację. Ostatecznie delegaci z zielonogórskiego w komplecie oddali na Latę swe głosy. Dziś pozostaje mi przeprosić. Drogi Mirku jesteś kolejnym oszukanym, tak samo zresztą jak ja. Dwa miesiące po wyborach stało się oczywiste, że ostatnią rzeczą jaką Lato zamierza dokonać, to przemiany. On wręcz zakonserwował wszystkie najgorsze rzeczy jakie niszczyły dobre imię związku i piłkarską jakość sportową w naszym kraju.
Ja odszedłem 3 lata temu, Ty teraz. Ja broni nie złożyłem do dziś i wygram walkę o przywrócenie dobrego imienia i wielkości Polskiego Związku Piłki Nożnej. Mam nadzieję, że i Ty jako osoba ze wszech miar kompetentna nam w tym pomożesz.