Wybory do władz w Warmińsko-Mazurskim ZPN 2008

W maju 2008 roku odbyły się wybory do władz w Warmińsko-Mazurskim ZPN.

Po kilku miesiącach na wniosek Jana Banaszczyka jednego z działaczy sportowych zostało wszczęte śledztwo w sprawie nieprawidłowości podczas zjazdu wyborczego. Jego zdaniem w zjeździe wyborczym brali udział ludzie, którzy nie mieli do tego prawa. W wielu przypadkach delegaci nie pochodzili z wyborów, ale byli wskazywani na zasadzie „prezes wyznaczył przez poklepanie po plecach”. Banaszczyk zarzucił też, że głosowały osoby, o których nie mówi nawet statut związku.

- Prowadzone dochodzenie zaczyna potwierdzać stawiane zarzuty – mówił wtedy Piotr Dziekoński, prokurator wydziału śledczego prokuratury okręgowej. – Z naszych ustaleń wynika, że większość delegatów nie miała umocowania prawnego. Podejrzenia te potwierdziły się w prowadzonym przez nas postępowaniu wyjaśniającym. W tym celu przesłuchaliśmy blisko 200 osób. Okazało się, że dobór kandydatów, którzy decydowali o wyborze władz związku był często przypadkowy.

Wczoraj Sąd Okręgowy w Olsztynie podtrzymał wyrok sądu I instancji stwierdzający sfałszowanie wyborów. Tym samym wyrok się uprawomocnił. Nie można nad tym przejść do porządku dziennego. Prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz ma teraz podstawę prawną, by do związku wprowadzić kuratora i ogłosić ponowne wybory. Przypomnę, że podczas zjazdu w PZPN jesienią 2008 W-M ZPN reprezentowało trzech delegatów, przy czym dzisiaj już można napisać, że nielegalnie wybranych delegatów.

 

Tym samym wybory na prezesa PZPN z 2008 roku należy uznać za nieważne. Grzegorz Lato i pozostałe władze także Komisja Rewizyjna pełnią swoją funkcję bezprawnie.

 

Lato wygrał z Kręciną w pierwszej turze jednym głosem, więc trzech nieuprawnionych głosujących na sali obrad miało bezpośredni wpływ na to rozstrzygnięcie.

Ponieważ oczywistym jest, że nie ma prawa głosować ani jeden nielegalnie wybrany delegat, obecne władze z prezesem na czele powinny być natychmiast odwołane. Drugim krokiem powinno być zwołanie Nadzwyczajnego Zjazdu Wyborczego.

Premier Donald Tusk, minister sprawiedliwości i niewidomy na wszystko co się w PZPN dzieje Giersz powinni zareagować NATYCHMIAST, czyli już dzisiaj. Nie pozostaje nic innego tylko zaapelować do wszystkich kompetentnych instytucji państwa polskiego, by czuwano, aby nikt nie odważył się dokonywać prób manipulowania i naciągania prawa. Mamy liczne przykłady, iż w razie pojawienia się wydarzeń, niekorzystnych dla Laty i jego nielicznej świty, w PZPN zaczynają się próby, przedziwnych interpretacji przepisów i paragrafów.

Teraz są możliwe tylko dwa wyjścia.

W PZPN nastąpią wymagane prawem zmiany, Euro odbędzie się bez przeszkód i wygra sport i praworządność.

Druga opcja jest dla decydentów mniej radosna. Jeżeli nie będzie żadnej reakcji ze strony kompetentnych organów państwowych, Euro się wprawdzie odbędzie, ale przegra i sport, i prawo. To najgorsze z możliwych rozwiązań dla wszystkich. Wybór należy do wymienionych powyżej.

ŻADNA IMPREZA SPORTOWA, nawet Euro nie może się stać parasolem ochronnym nad ludźmi bezprawnie sprawującymi swe funkcje.

Zaznaczam, że piłkarskiemu świętu oczyszczenie atmosfery w PZPN i postawienie praworządności nad machlojami może tylko pomóc, lecz nigdy zaszkodzić.

Po wyborach

Po wyborach do Podkarpackiego ZPN w 2004 roku wraz z nowo wybranym zarządem postanowiliśmy w pierwszej kolejności wyczyścić atmosferę w związku i to wyczyścić dosłownie. Stare pokoiki wynajmowane od ROSiR-u w przewiązce przy Pułaskiego, zostały zastąpione nowymi przy Al. Wyzwolenia, a panujący zwyczaj picia alkoholu i palenia w związkowych pokoikach przestał – delikatnie mówiąc – z dnia na dzień mieć miejsce. Są tacy, którzy do dzisiaj pamiętają rodzaj powietrza (zaduchu, czy raczej smrodu), jaki buchał ze związkowej siedziby.
Przypomniały mi się te czasy podczas lektury artykułu: ”Sportowi działacze piją na potęgę”, do którego link zamieszczam poniżej. Afer alkoholowych ostatnimi czasy nie brakowało. Nie wiem, czy za pocieszenie można uznać fakt, że „bohaterami” alkoholowych ekscesów są działacze, a nie sportowcy. Z pewnością nie, jeżeli sprawa dotyczy działaczy prominentnych, a zakrapiane balangi mają miejsce podczas pracy i w miejscach traktowanych jako publiczne. Nie muszę podawać nazwisk i przykładów, gdyż zna je cała, nie tylko sportowa Polska.
Mam niezłomną nadzieję, że za kilkanaście miesięcy wraz z wyeliminowaniem niezliczonych nieprawidłowości i wielu patologii niszczących nasz polski związek,uda się nam również uporać i z tym alkoholowym problemem.

http://www.sportfan.pl/artykul/28191/sportowi-dzialacze-pija-na-potege-mowimy-dosc-popierasz

Pojawia się i znika

Pamiętny 2008 rok. Wygrane wybory na prezesa PZPN. Kilka miesięcy później rozpoczęła się zmasowana nagonka na Podkarpacki ZPN i moją osobę. Kilkadziesiąt kontroli w jednym czasie przetrzepało kilka lat działania związku i kilkadziesiąt lat mojego życia. Sekretarzem związkowym był wtedy niejaki Hendrzak Andrzej, którego zawodowe korzenie sięgają instytucji wyrażającej się skrótem, SB. Wcześniej Hendrzakowi zaufałem zarówno ja jak i większość ówczesnego zarządu powierzając mu wspomnianą funkcję sekretarza.

Nie wiem z jakich źródeł Hendrzak dowiedział się o planowanych kontrolach, ale do dziś (choć dziś z uśmiechem politowania) wspominamy ten okres i zachowanie byłego sekretarza. Na czym ono polegało? Pewnego dnia Hendrzak wyszedł ze związku, powiedział do widzenia i…. więcej się już nie pokazał. Widocznie biedaczysko przestraszył się planowanej nagonki i postanowił uciec z tego okrętu. W swym milicyjnym umyśle nie przewidział faktu, że gdyby w Związku były jakiekolwiek nieprawidłowości, to nawet tak „znakomity” życiorys by mu nie pomógł przed poniesieniem ewentualnej odpowiedzialności.

W swej głupocie (potrafię się przyznać do błędu) w listopadzie 2008 namaściłem Hendrzaka jako swojego następcę na przewodniczącego komisji futsalu. Było to na spotkaniu w którym brał udział Lato, Bugdoł, Bednarek. Myślałem, że będzie kontynuował rozpoczęte przeze mnie dzieło, budowy potęgi polskiej piłki halowej, ale srogo się wszyscy zawiedliśmy. Futsal pod rządami Hendrzaka jak i cała dyscyplina pod rządami Laty uległy totalnej degradacji. Moja wiara w ludzi jest duża, ale Hendrzak odpłacił mi i całemu zarządowi Podkarpackiego ZPN inną postawą. Ot taką esbecką. Lato zresztą także.

Hendrzak znikł całkowicie z Podkarpacia, rozpłynął się we mgle. Jedyne informacje jakie o nim miałem, to nowinki medialne o kolejnych kompromitujących wydarzeniach w wydziale futsalu przy PZPN.

Aż tu nagle, kilka dni temu Hedrzak pojawił się na podkarpackiej ziemi, wychodząc z cienia jak Afrodyta z morskiej piany. Pojawił się i to w jakich okolicznościach. Zaczął ze swoim byłym oponentem, (a dzisiaj chyba druhem niedoli) odwiedzać kluby i przekonywać do …. . No właśnie do czego? Co chce zaoferować obecnym prezesom klubów były niezweryfikowany pracownik SB, który miał w swej opiece księży. Może chce taką samą opieką otoczyć prezesów klubów. Może chce ich przekonać do powrotu praktyk sprzed 8 lat, gdy handel i ustawianie meczy było normą. Może chce ich przekonać, że uchwały podejmowane przez Latę (za które kasuje miesięcznie bajońskie sumy) służą klubom. Może pracuje tym sposobem na swoją reelekcję w PZPN i kilka tysięcy złotych miesięcznej wypłaty za spuszczenie futsalowców do trzeciej dziesiątki w Europie. Należy zadać pytanie, gdzie pan „byłeś” przez ostatnie trzy lata i jakiemu panu „służyłeś” panie Hendrzak. Na czym polegała pańska praca na rzecz Podkarpacia i klubów z tego regionu. W czym przejawiała się pańska pomoc. Odpowiedź jest prosta i jednoznaczna. Historia pokazała, że działalność zawodowa i ta poza zawodowa (broń Boże społeczna) działacza Hendrzaka prędzej czy później, ale zawsze kończy się kompromitacją. Trzeba przyznać, że jednego mu nie brakuje, tupetu i bezczelności, ale w tym środowisku to norma.

Kto będzie miał okazję niech go wypyta o te szczegóły. Ja nie mam takiej okazji, bo Hendrzak to takie uosobienie postaci z piosenki, której słowa brzmiały: - Pojawiam się i znikam, pojawiam się i znikam.

Afera samolotowa

Wrócę do afery samolotowej z Kręciną w roli głównej.Człowieka można poznać po jego zachowaniach w warunkach odmiennych od tych codziennych.W przypadku Kręciny najprostszym wyjściem wydawałoby się stwierdzenie: – Dałem ciała, sorry. Ale nie. Zamiast nazwaćrzecz po imieniu, Zdzichu kręcił jak tylko mógł. Sam wyszedłem, usnąłem,chrapałem, nie piłem, wypiłem – co pytanie inna wersja. Zresztą co się dziwić, kiedy na co dzieńkręci w PZPN jak tylko może.

Jedna ze Zdziskowych wersji brzmiała nawet dość poważnie,kiedy stwierdził, że myślał iż został aresztowany. Zwykłemu normalnemu człowiekowi,który ma czyste sumienie, taka myśl nie przyjdzie przez głowę, nawet wtedy, gdy znajdzie się w niecodziennejsytuacji. Co zatem ma do ukrycia, czego się boi Zdzisław Kręcina z PZPN?

Innym działaczem, nie do końca ujawniającym szczegóły swoichcodziennych, niefrasobliwych poczynań w PZPN jest Grzegorz Lato, nazwany przezsekretarza generalnego pod wpływem szczerości po prostu „burakiem”. Grześ pytany przez przedstawicieli mediów oróżne sprawy tłumaczy się pobytem na urlopie. Nie przeszkadza mu to jednakjeździć po podkarpackiej ziemi (i nie tylko) służbowym samochodem, tankowanymza związkowe pieniądze. Kręcina może po pijaku latać za związkowe, to czemuLato nie może jeździć za kasę z tej puli na urlop. Prawda, panie przewodniczącyHańderek? Jak znam życie to pytaniepozostanie bez odpowiedzi. Innych Hańderek rozlicza, a prezesa i sekretarza nie?Widocznie: – Róbta co chceta – to naczelna dewiza przewodniczącego komisjirewizyjnej PZPN.

Tu, aż się prosi zacytować Jana Tomaszwskiego, co niniejszymczynię.

– Oni w dupie mająpolską piłkę, mają gdzieś to, iż w rankingu FIFA lecimy na łeb, na szyję. Apotem wszyscy się dziwią aferom w polskiej kadrze. Przecież ci wszyscy piłkarzebiorą przykład z panów prezesów. Kompromitacja goni kompromitację – uważaTomaszewski.

I jeszcze jeden wymowny cytat.

- Z tym burakiem tosię zgadzam, bo większego buraka niż Lato chyba nie znam. Michała mi trochęszkoda, ale sam sobie zasłużył, ….. , bo wyhodował sobie żmiję na własnej piersi – dodajeTomaszewski.

Ocieplacz II

Temat ocieplacza wizerunku związku powrócił jak bumerang.

Przypomnę, że Lato proponował Grzegorzowi Mielcarskiemu posadę dyrektora reprezentacji Polski, ale słowem nie wspomniał, czym taki dyrektor miałby się zajmować. Poza jednym – ochroną kadry i PZPN przed mediami. Taka oferta dla srebrnego medalisty z Barcelony była nie do przyjęcia, choć wysokość gaży miała być ponoć odwrotnie proporcjonalna do zakresu obowiązków, których nigdy nie sprecyzowano.
Kolejnym kandydatem na posadkę wymyśloną przez papierowego prezesa jest Tomasz Rząsa. Rząsa może tę propozycję przyjąć bezkrytycznie i „dać” Lacie swoją twarz i nazwisko, albo odpowiedzieć sobie na pytania w stylu, czy chce być kojarzony z korupcją, pijaństwem, trwonieniem związkowych pieniędzy, łamaniem statutu, degrengoladą w piłce itd., itp.. Musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w zamian za kilkunastotysięczną pensyjkę wziąć na swój życiorys wszystkie ciemne strony pseudo działalności. Jeżeli myśli, że uda mu się rozdzielić te dwie rzeczy jest w głębokim błędzie. Skąd o tym wiem? Bo sam to przeżyłem. Gdyby możliwe było walczyć ze związkowymi patologiami od środka, do dzisiaj byłbym członkiem zarządu. Niestety. Musiałem wybierać, albo veto dla obecnych działań, albo rezygnacja z funkcji i wszystkich dobrodziejstw tego świata, jakie z tą funkcją są związane. Ja potrafiłem się określić, Mielcarski również. Każdy musi decydować za siebie. Są tacy, którzy będą robić za parawan dla prezesiny z Mielca, są tacy którzy nie będą.
Wszystko zależy tylko od jednej rzeczy. Jak ktoś sam ceni swoją osobę i co myśli na swój temat patrząc w lustro. Na szczęście dla polskiej piłki, jest jeszcze wielu, którzy nie mają z tym problemu.

Milczenie jest złotem, a mowa srebrem

Papierowy prezes z PZPN powinien wyciągnąć wnioski z tej mądrości ludowej i jak najmniej otwierać usta, szczególnie publicznie. Jeżeli nie zastosuje się do tej rady ciągle będzie się narażał na śmieszność. Podam może dwa przykłady z ostatnich dni, które o tym dobitnie świadczą.
Nie tak dawno Grzesio wręczał paterę prezesowi jednego z klubów, przy czym wszystkich zebranych uraczył takimi oto słowy:
– Przyjmijcie od rodziny piłkarskiej okolicznościowy… paterę.
Można by wprawdzie potraktować tę wypowiedź jako typowy lapsus, lecz nie było to jedyne Grzesiowe „przejęzyczenie” tego dnia.
Następne miało miejsce trzy godzinki później w innej już miejscowości, do której Lato przemieścił się służbowym samochodem, pomimo tego że przebywał w tym okresie na urlopie. Do tego tematu jeszcze powrócę. Podczas rozmowy o futbolu w wąskim gronie, Grzesiu wyraził się o mnie ni mniej, ni więcej tylko: – Greń to taka wsza. To była pewnie taka nerwowa reakcja na tle tego Kręcinowego buraka.
Co do mnie, pragnę zwrócić uwagę prezesowi Polskiego Związku Piłki Nożnej, że funkcja zobowiązuje, a nie mówi się wsza, tylko wesz i tego błędu nie możemy już składać na karb przejęzyczenia, tylko niedouczenia.

Dam zatem Grzesiowi przyjacielską radę. Jak nie „wesz” jak się poprawnie mówi, to „wesz” słownik i sobie przeczytaj. Jak cię nie stać, bo za mało zarabiasz, to „wesz” powiedz, a ja ci kupię i prześlę.

Tylko co to da? Bo mieć to za mało, trzeba jeszcze umieć z niego skorzystać.
Odniosę się jeszcze do wypowiedzi Laty wydrukowanej w jednym z podkarpackich dzienników. Lato po raz kolejny powiedział, że o mnie nie chce rozmawiać. W takim razie ja po raz kolejny zapytam, dlaczego tego nie powiedział trzy lata temu w lipcu, sierpniu, we wrześniu 2008 roku tylko teraz.
Lato wykorzystał mnie do „szpiku kości”, objął prezesurę, a o mnie począł się wyrażać w sposób jaki powyżej przytoczyłem.
Jeżeli ktoś chciałby taką postawę określić językiem Kręciny, mógłby bez zmrużenia oka powiedzieć, że takie zachowanie cechuje typowego buraka.

Szacunek

Unia Racibórz wywalczyła Puchar Polski kobiet, rozgrywany na stadionie miejskim im. Henryka Reymana w Kutnie,zwyciężając z Pogonią Women Szczecin 2:0. Gole zdobyła w 35. minucie Anna Żelazko i w 64. minucie Agnieszka Winczo. Unia zatem reprezentować będzie Polskę w europejskich pucharach. Miało to miejsce w czerwcubr..

Dla piłkarek i działaczy Unii to powód do dumy tym bardziej,że powtórzyły swój sukces z ubiegłego roku, ale dla organizatora tego finału to niestety kolejny powód do wstydu. Nie wiem czy Lato poczuwa się do winy, ale nie delegować przedstawiciela PZPN na ten mecz i wysłać trofeum pocztą na adres klubu, zakrawa na kpinę. Określenie kpina to najłagodniejsze słowo jakie przychodzi mi na myśl.

W taki oto sposób Grzesio pokazał jaki ma szacunek do piłkarek, trenerów, działaczy i ich pracy. Ta forma okazania szacunku odnosisię również do sponsorów i kibiców.

Szkoda, że Grzesio nie kazał kupować kart po 32 zł wszystkim chętnym zobaczenia Raciborzanek w akcji.

Ponieważ nie jest to pierwszy dobitny przypadek lekceważenia przez Grzesia Rodziny Piłkarskiej, (o której tak dużo i tak często majaczy), jakiś koniec tego niechybnie nastąpi. Podejrzewam,że Grzesiu już dziś może się czuć w głębokim poszanowaniu.

Biletowy cyrk

W Polskę poszła wieść na temat nowych zasad nabywania wejściówek na mecze reprezentacji Polski. Pomysł polega na niczym innym, tylko na wyciągnięciu od polskiego kibica kolejnych i to dużych pieniędzy.
Co o tym świadczy. Pierwszym dowodem na taką tezę jest stworzenie Klubu Kibica Reprezentacji Polski. To twór powołany i całkowicie kontrolowany przez pomysłodawców tej akcji, czyli kogoś z PZPN. KKRP tak reprezentuje interesy kibiców, jak ja interesy dajmy na to opery śląskiej.
W myśl tej akcji bilety będą dostępne dla członków tego klubu, a członkostwo TRZEBA sobie wykupić za 32 zł. Nawet jak się skorzysta z prawa zakupu 5 wejściówek, ich potencjalni nabywcy także MUSZĄ się w klubie zarejestrować i ponieść nakazaną opłatę. Policzmy 32 złote razy 30 000, to daje milion złotych, czyli roczne dochody Laty, ściągnięte z ludzi ot tak z powietrza, za nic. Jak podano na stronach internetowych każdy kibic, który się zarejestruje i oczywiście zabuli, będzie miał pierwszeństwo w zakupie biletu. Za swoje pieniądze ma otrzymać kartę, na którą będzie oczekiwał do 14 dni. I w tym miejscu od razu widać, kto faktycznie kręci tym „klubem kibica”. Jeszcze nie wpłynęła pierwsza wpłata, a już rzecznik tego „klubu” imć pan Kalinowski mówi, że jeżeli ktoś nie otrzyma kart w tym terminie wystarczy, że poda jej numer, który będzie – jak mówi – akceptowany (?). Dla mnie powinien raczej być honorowany, ale to tak na marginesie.
Kalinowski, kogokolwiek nie reprezentuje (bo chyba kibiców najmniej) jeżeli się tak zarzeka już na wstępie, widocznie wie, że PZPN zalega z wydaniem blisko 100 tysięcy kart za pobrane już pieniądze w systemie ekstranet. To ciężkie miliony złotych. Trampkarze już weszli w wiek juniora, juniorzy zostali seniorami, a kart jak nie ma, tak nie ma. A gdzie pieniądze z tych kart, które wpłynęły na konto spółki zarządzającej ekstranetem? Przepite, czy wypłacone w ramach potężnych pensji i nagród? Bo to, że ani złotówka z tej puli nie zasiliła systemu szkolenia, nikogo przekonywać nie trzeba. Nikogo też nie zdziwi, jeżeli ani jeden grosik nie trafi do wydatków na sport, także z puli „Klubu Kibica”. A może Klubu Naciągacza Kibiców Reprezentacji Polski. Pomysłodawcom od ściągania pieniędzy (także pod płaszczykiem klubu kibica) widocznie to nie przeszkadza i sypią nowymi pomysłami, w których KARTA odgrywa wiodąca rolę.
PS.
Koszt wyprodukowania takiej ilości kart nie przekracza 2 złote za sztukę brutto. Kto w PZPN wykalkulował cenę na 32 złote pozostaje na razie tajemnicą prezesika z Mielca i imć pana Kalinowskiego.

Kompromitacja Kręciny

Zdzisio zabalował jak mało kto. Wódka jak to mówią jest dla ludzi, ale trzeba wiedzieć kiedy, z kim i ile. Zdzisio jak widać zapomniał przynajmniej o dwóch z tych prawideł. Przeholował na pewno z ilością i z tym „kiedy”, bo kompanów do gorzały nikt nikomu wybierać nie będzie. Wypita ilość zachwiała równowagą sekretarza i co gorsze dla niego popuściły mu hamulce przez co stał się wylewnie szczery. Podsumował stan osobowy swego chlebodawcy określając go jak podała TVN 24: – Grzesiek to burak. Kurwa.

Nareszcie Zdzisiu powiedziałeś prawdę.

Dostało się też Listkiewiczowi.

Kręcina zapomniał o jednym . Pracuje na umowę o pracę i jak każdego Polaka obowiązuje go zarówno kodeks pracy jak i ustawa o wychowaniu w trzeźwości. Pijąc (na umór) w pracy Kręcina, oprócz dobrych obyczajów naruszył obowiązki pracownicze i zapisy wspomnianej ustawy. W normalnej federacjo europejskiej czy światowej działacz-pracownik za takie zachowanie jakie miało miejsce na lotnisku we Wrocławiu, natychmiast by złożył rezygnację. Jeżeli nie to pracodawca (czyt. Lato) takiego podpadziochy, powinien natychmiast go zwolnić. Pamiętajmy, że Kręcina był w pracy, gdyż leciał samolotem za pieniądze naszego, także mojego stowarzyszenia, na dodatek klasą biznes. Ale jak znam życie nic mu się nie stanie, bo w dalszym ciągu Lato i jego świta czuja się bezkarni pod parasolem Euro 2012.

Chyba że lato poczuje się urażony tym porównaniem do buraka.

Nie wyciągnięto żadnych konsekwencji z przypadku Starczewskigo, który przemycał wódę na stadion przed meczem Polska – Francja. Nie wyciągnięto nawet wniosków. W towarzystwie Laty dalej się w pracy chleje. Starczewski wiceprzewodniczący wydziału bezpieczeństwa na obiektach piłkarskich, gdy ochrona kazała mu otworzyć bagażnik auta, zaczął nawet straszyć wypełniających swe obowiązki. Czuł się ponad prawem mówiąc: – Wy wiecie kim ja jestem. Mnie się nie kontroluje.

No i co się stało? Nic. Lato poklepał kompana Starczewskiego, który na ostatnim zjeździe postawił wniosek by absolutorium dla członków zarządu głosować en block, co jest zresztą niezgodne ze statutem.

Wracając do Kręciny. Tak, wódka rozwiązuje języki i wreszcie Zdzichu publicznie powiedział to, co do kolegów mówi od kilku lat. Mam na myśli tego buraka oczywiście.

Wielokrotnie ostrzegałem Grzegorza Lato przed Kręciną, informując go po przyjacielsku jakie Kręcina ma o nim zdanie. Lato w całej swej mądrości wolał zdradzić naszą przyjaźń popartą kilkumiesięczną przedwyborczą harówą i związał się chyba bardziej na złe niż na dobre z człowiekiem, który uważa go za buraka.

 

PS.

Lato nie zrobi nic, ponieważ Lato jest prezesem tylko na papierze.

Jak się zachowa Zarząd PZPN, który ma nie mniejsze kompetencje pokaże życie. (Moim zdaniem też nic.)

Jeżeli Kręcina zachowa swoją posadę, już słyszę jak na stadionach kibice intonują wzorem piłkarzy po meczu:

-Tak się bawi, tak się bawi Krę-ci-na. Tak się bawi, tak się bawi Krę-ci-na.