Cieszyć się z przegranej

Grzegorz Lato to człowiek, który piastuje – niestety tylko z nazwy – funkcję prezesa PZPN. Objął ciepłą posadkę po Michale Listkiewiczu, którego ostatnia kadencja miała dwa oblicza. Z jednej strony polskie reprezentacje kwalifikowały się do najważniejszych imprez w Europie i świecie, z drugiej pomimo niezłej organizacji wewnętrznej w PZPN, korupcja zbierała swe żniwo na polu rozgrywek ligowych.

Lato obejmując urząd klepał się w pierś twierdząc, że to co dobre jeszcze ulepszy, a to co złe wypali ogniem sprawiedliwości. Życie pokazało, że zrobił wszystko jak mówił, z tym że odwrotnie. Z korupcją walczy praktycznie tylko wrocławska prokuratura, bo ze strony Laty specjalnych posunięć nie widać, a to co się dzieje w kolegium sędziów woła wręcz o pomstę do nieba.

Strona organizacyjna związku legła w gruzach, a tej finansowej to już lepiej wcale nie poruszać.

Pozostał jeszcze aspekt sportowy. W tym właśnie temacie zabrał głos sam Lato wypowiadając kilka dni temu w telewizji znamienne zdanie, cytuję:

- Odbiliśmy się od dna.

To fizyczne zjawisko odbicia argumentował wygraną z piątym garniturem Argentyny 2:1 i ….. porażką z Francją 0:1.

Wnioski nasuwają się same. Lato sam przyznaje, że polska piłka stoczyła się za jego kadencji na samo dno. Drugi wniosek jest taki, że Słońce Polskiego Futbolu uważa, iż porażka 0:1 jest sukcesem, który świadczy o twórczej pracy wymienionego na rzecz rozwoju piłkarstwa. Takie myślenie trudno nazwać indolencją. Tu należałoby użyć znacznie mocniejszego słowa.

Obowiązek

PZPN nałożył na kluby I i II ligi obowiązek wystawiania w rozgrywkach ligowych, odpowiednio jednego i dwóch, zawodników młodzieżowych (do lat 21) szkolonych w Polsce.

Ten sztywny zapis uspokoił sumienia tych, którzy biorą szmal w piłkarskiej centrali i muszą się czymkolwiek wykazać, ale jednocześnie spowodował niezadowolenie wśród tych, którzy w praktyce poniosą konsekwencje tego nakazu.

Jeszcze liga nie nabrała tempa, a już pojawiła się liczna grupa trenerów, którzy krytykują formę tego przepisu. Trener Sasal wypowiada się w tym temacie nawet w dość mocnych słowach: – To kpina, że PZPN swoimi decyzjami nakazie gry młodzieżowców sprawia, że lepsi od nich nie mogą wykonywać swojego zawodu i muszą siedzieć na ławce.

Ciekawe, jak dogłębna była analiza plusów i minusów tego zamierzenia. Ciekawe na ile niedoszkoleni (bo system szkolenia w Polsce zszedł do podziemia 3 lata temu) młodzieżowcy podniosą poziom rozgrywek ligowych i na ile te rozgrywki pomogą im samym. Osobiście jestem całym sercem za szkoleniem i ogrywaniem młodzieży, ale czy nakazowe postawienie sprawy załatwia ten problem, śmiem wątpić.

Są sposoby, by pogodzić wodę z ogniem z korzyścią dla całości problemu, ale ponieważ i tak nikt w PZPN nie słucha dobrych rad, szkoda się produkować.

Lacie prezesikowi z bożej łaski i tak niewiele zależy nad rozwiązaniem jakiegokolwiek problemu nękającego piłkę. Lato dzisiaj zresztą żyje nie problemami i ich rozwiązaniem tylko kolejną wycieczką do Brazylii. Grzesiu ma w dalekim poważaniu konstruktywne innowacje z kilku powodów. Po pierwsze nie ponosi żadnej odpowiedzialności ( ani finansowej, ani moralnej) za straty i porażki jakich PZPN stale doświadcza, po drugie nikt go z żadnych zadań nie rozlicza.

Lato, nawet gdyby się przez miesiąc nie pokazał w pracy przy Bitwy Warszawskiej i tak skasowałby ponad sto tysięcy złotych. On nie jest rozliczany ani ze swojej pracy, ani ze swoich obowiązków, ani ze skutków wynikających z jego nieróbstwa. Pomimo 170 tys. miesięcznego dochodu nie jest rozliczany jeszcze z jednej rzeczy. Ze złotej karty (bez limitu), która przynosi mu też spory zastrzyk dóbr tego świata w każdym miesiącu.

Kiedyś Julia Pitera znalazła jakiemuś posłowi nieuzasadniony wydatek wielkości kilograma śledzi. Nie śledzi na razie wydatków Laty, ani wspomniana Pitera (bo niby z jakiej racji), ani przewodniczący komisji rewizyjnej Hańderek (choć powinien), ani nikt inny.

Do czasu, aż bezkarność i głupie nakazy przestaną na dobre obowiązywać w PZPN.

Włodek Smolarek

Pan Włodek Smolarek został kilka miesięcy temu zatrudniony w PZPN na jakąś tam umowę, za nie byle jakie pieniądze, jako skaut. Miał działać na rynkach zachodnich i wyszukiwać, no właśnie – kogo, lub czego?

Dokładnie nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie, bo w kadrach narodowych jakoś nie przybyło Smolarkowych odkryć, ani w sferze osobowej, ani w sferze szkoleniowej.

Pan Włodek za to z napastnika czyli agresora, przemianował się na obrońcę czyli…. adwokata PZPN. Daje temu wyraz w całej rozciągłości w wywiadzie, udzielonym dla portalu „Weszło”.

Miałem przy lekturze tego tekstu trochę gimnastyki, gdyż na wskutek jego treści albo przecierałem oczy, albo wytrzeszczałem gały (ze zdumienia), albo łapałem się za głowę.

Kilka przykładów wyrwanych z pana Włodka ust.

Tak o problemie szkolenia młodzieży wypowiada się człowiek, który w PZPN zajmuje się koordynowaniem młodzieży przy reprezentacjach.
- Ale nie ma żadnego problemu! To wy, dziennikarze coś sobie ubzduraliście, wymyśliliście jakąś głupotę. Kto w tym kraju ma niby problem ze szkoleniem?

 

Dziennikarz wyjaśnia.

Wszyscy. A odpowiedzialny jest za to PZPN.
- PZPN? Nie, na pewno nie…

 

I w dalszej części wini kluby, że nie szkolą tak jak w Feyenordzie., mówiąc m.in.:

- Za to, że kluby sobie nie radzą, to kto jest odpowiedzialny? PZPN?

Kolejnymi winnymi marnego szkolenia w Polsce są trenerzy, którzy według obserwacji Smolarka są niewyrozumiali i wręcz krzyczą oraz upokarzają najmłodszych adeptów piłkarstwa.
W dalszej części pan Włodek przeszedł sam siebie mówiąc iż:
- PZPN przekazuje klubom pieniądze na młodzież, ale często jest tak, że są one wykorzystywane w inny sposób. Na uregulowanie długów, na zapłacenie pensji zawodnikom pierwszego składu.

 

Chciałbym, żeby mi pan Smolarek pokazał choć jeden dokument, który potwierdzi jego słowa. Na dzień dzisiejszy informuję skauta Smolarka, że Lato okroił o ponad 15 % dotacje na młodzieżowe drużyny reprezentujące wojewódzkie związki. Zamiast na szkolenie młodzieży, z tych pieniędzy Lato wypłaca sobie pensję i panu Smolarkowi także. A co udało się Smolarkowi w ramach tych wypłat osiągnąć? Oto co sam mówi na ten temat:

Ostatnio byłem w Holandii, znalazłem ciekawego 16-latka, którego poleciłem Władkowi Żmudzie. Wierzę, że się sprawdzi. Obserwuję młodzież i za granicą, i w Polsce.


Na stwierdzenie, że ma ciepłą posadkę w PZPN, odpowiada:
- Ja tak nie uważam. Co to znaczy ciepła posadka? Jeżdżę, oglądam młodych zawodników w kraju i za granicą. Ciężko pracuję, jak każdy człowiek.

I jeszcze o ratowaniu polskiego futbolu.

- Ratuję! Ratujemy wspólnie z zarządem PZPN.

Tak postrzega i lansuje obraz polskiej piłki skaut zarabiający kilkanaście tysięcy miesięcznie wypłacanych z budżetu PZPN.

Nie będę tego komentował. Jest to po prostu bezcelowe.

Ulga

Kilka dni temu Wisła, a teraz Śląsk Wrocław odetchnął z ulgą po pierwszej rundzie gier eliminacyjnych. Gratulacje.

Zawodnikom i trenerom Śląska szczególnie, za odporność, hart, ambicję i wiarę. Trzeba mieć charakter, by po nokaucie w pierwszych pięciu minutach podjąć walkę i odwrócić (dwukrotnie w czasie tego meczu) losy awansu.

Dodajmy, że Śląsk grał to spotkanie na wyjeździe. Nie wiem jaki procentowo miał wpływ na grę Mili i spółki doping wrocławskich kibiców, ale nie ma to przecież żadnego znaczenia. O przepraszam ma. To dowód, że nie wolno nawet myśleć o zakazie wpuszczania na stadiony kibiców drużyn przyjezdnych. Taka lekcja wypływać musi z obserwacji tego spotkania. Z całym szacunkiem dla gry piłkarzy, idę o każdy zakład, że gdyby nie kibice na stadionie w Szkocji, efekt tej konfrontacji byłby z pewnością inny.

Piłkarze grają o punkty, grają dla siebie – to prawda. Ale bezspornym faktem jest, że piłkarze grają przede wszystkim dla kibiców. Atmosfera trybun to tlen dla zawodników. Z trybun czerpią sens gry, gdy ta nieraz się nie układa. Zza bramek płyną dodatkowe pokłady energii, gdy zaczyna brakować sił. Do bocznej linii biegną piłkarze po strzeleniu bramki, by podzielić się swą radością i tam kierują swe kroki po skończonym meczu podziękować za wsparcie.

Dotyczy to także reprezentantów Polski.

Szkoda, że Lato ma tych kibiców w dupie.

Gratulacje

Przez ostatnie kilkadziesiąt miesięcy, niezmiernie rzadko miałem okazję pochlebnie wyrażać się o wydarzeniach w polskim futbolu. Z tym większą radością gratuluję całej drużynie Wisły awansu do drugiej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Z pełną świadomością nie używam słowa „sukces”, bo na to słowo jest chyba za wcześnie, ale zapewniam, gratulacje za wynik w dwumeczu ze Skonto są całkowicie szczere.

Nie było Wiśle łatwo, ale nie zapominajmy w jakich warunkach, atmosferze grają polskie zespoły.

Używając biologicznych porównań można powiedzieć, że każdy organ, element działa sprawnie, gdy cały organizm jest zdrowy. Ja zdaję sobie sprawę, że łatwiej byłoby o dobre wyniki, gdyby polski futbol jako całość funkcjonował jak należy. Niestety. Futbol w Polsce jest trawiony ciężką chorobą, na którą na razie poszukuje się lekarstwa, choć diagnoza jest już postawiona. Rodzaj wirusa jest znany, trwają tylko poszukiwania leku na jego usunięcie z organizmu.

Tym większe słowa uznania dla Wisły, że w takich warunkach zewnętrznych, jeszcze przed sezonem przeszli tą pierwszą przeszkodę na drodze do celu, jakim są rozgrywki w europejskiej elicie.

Tak jak jestem optymistą odnośnie zreformowania PZPN, tak życzę pozytywnego, a zarazem bojowego nastawienia przed konfrontacją z następnym rywalem jakim będzie Liteks Łowecz. Zapewniam Wiślaków, że trzecia runda będzie jeszcze trudniejsza od drugiej, ale każda wygrana potrzebuje poświęcenia. Białą Gwiazdę na takie poświecenie z pewnością stać.

A co do PZPN to powiem, że jeżeli dla ratowania życia trzeba nieraz dokonać amputacji, nie wolno się wahać. Nie wolno się wahać także wtedy, kiedy woła o prawo do życia cały polski futbol.

Tym panom już dziękujemy

Wielokrotnie ujawniałem kulisy przyznawania licencji przez PZPN. Dlatego bez zdziwienia przeczytałem w jednej z gazet o problemach – tym razem – Podbeskidzia B.B.

Klub, który wyłożył ponad 200 tys. w modernizację stadionu i ma zgodę policji na organizowanie imprez sportowych ma problem oczywiście z … PZPN. No oczywiście nie z całym. Więc z kim? Kto w takim razie będzie najbardziej bruździł? Tradycyjnie Bińkowski i Starczewski, a być może jeszcze ktoś inny ustawiony przez nich z Wydziału Bezpieczeństwa. O ile Smulski z komisji licencyjnej do tych złośliwych i upierdliwych specjalnie nie należy, to ”szefostwo” WB tradycyjnie będzie postępować według przyjętego ponad dwa lata temu klucza. Przypominam na czym on polega. Panowie z WB zamiast sformułować listę niedociągnięć i po ich usunięciu podbić stosowny dokument, jeżdżą do upatrzonych klubów po kilka razy, czepiając się zwykłych pierdół. Przykłady można mnożyć, bo czego na przykład może brakować na obiekcie w 2011 roku, kiedy w 2010 spełniał wszystkie warunki licencyjne, zgodne z zasadami bezpieczeństwa widzów i zawodników. Zwykłej kosmetyki. Wielokrotne czepianie się zwykłych głupot budzi podejrzenie, że chodzi tu tylko i wyłącznie o wyciąganie pieniędzy. Dlaczego? Bo za każdy wyjazd panowie przedstawiają wielosetzłotowe delegacje do rozliczenia.

Korzystając z parasola ochronnego Laty i jego cichego przyzwolenia, stracili już całkowicie poczucie przyzwoitości, a zarządzający obiektami cóż. Jak chcą grać, a chcą, muszą ponosić koszty na eliminowanie wyimaginowanych niedociągnięć i opłacanie wszechmocnych panów ekspertów.

Państwo w państwie. Takie formy traktowania klubów to również jest powód, by winnym tych poczynań powiedzieć krótko:

– Panom już dziękujemy.

Kolejny skorumpowany piłkarz w kadrze Smudy?

Takim tytułem opatrzona była informacja w jednym z portali internetowych. Dowiadujemy się z niej, iż F. Smuda w Polsacie Futbolu poinformował, że jest zainteresowany powołaniem do kadry, zawodnika Śląska Wrocław – Marka Gancarczyka.

Fakt, że na tym zawodniku ciążą dość poważne zarzuty korupcyjne, nie robi na trenerze Smudzie żadnego wrażenia. To nie pierwszy przypadek, że Franz robi sobie z przysłowiowej gęby cholewę.

Kadencję Smudy charakteryzują dziwne rozstania i dziwne powołania. Trener bez zasad to trener bez autorytetu. Czy można zbudować silną reprezentację, bez tego przymiotu, śmiem wątpić.

Wielu pamięta wypowiedź Smudy z 2009 roku wydrukowanej w czasopiśmie „Polski The Times” w której zdecydowanie deklarował, że z „umoczonymi” zawodnikami mu nie po drodze.

– Człowiek popełnił błędy i musi za to odcierpieć. Takich ludzi nie żałuję. Ja mam jasne stanowisko w tej sprawie – jeżeli popełnili błędy, to takich ludzi w piłce być nie może! W piłce trzeba być uczciwym i trzeba uczciwością wygrywać, bo inaczej oszukujemy wszystkich ludzi. W Polsce oszukujemy 40 mln. rodaków. Ja jestem przeciwko, zawsze będę walczył z korupcją! Inny już nie będę! I jeżeli w moim zespole pojawi się kolejny taki piłkarz, to trudno – jego wina, musi cierpieć i musi odejść! A chociażby to był sam Ronaldinho! – tak mówił przed dwoma laty Smuda.

Co się zmieniło od tamtego czasu? Chyba tylko to, że czasu do Euro coraz mniej, a drużyny jak nie było tak nie ma.

Są za to nerwowe posunięcia, które niczego dobrego naszej narodowej drużynie nie wróżą. Niestety.

Szkolenie sędziów w Spale

Wubiegłym tygodniu odbyło się szkolenie sędziów w Spale. To kolejna okazja do przyjrzenia się z bliska działaniu Eksztajna i pociągającego za sędziowskie sznurki Hańderka. Ten duecik to skompromitowana do cna para pseudo działaczy.

Pisałem ostatnio o ich ostatnim „wyczynie”, czyli zakazie używania przez sędziów podczas meczy urządzeń do porozumiewania się na odległość. To kompromitująca decyzja, która została podjęta wbrew tendencjom panującym w tym temacie w UEFA i FIFA.

Smaczku temu zdarzeniu dodaje fakt, iż Eksztajn publicznie wypowiadał się, że zakaz został wydany przez Kolegium Sędziów. To nieprawda. Uzyskałem ostatnio informację, że za tą decyzją nie stoją członkowie kolegium, tylko Eksztajn z Hańderkiem. Ujawnił to dobrze zorientowany, jeden z członków zarządu, któremu nie ma powodu by nie wierzyć. Widać, że stary układ „dobrze” funkcjonuje, a Eksztajn i Hańderek dali kolejne dowody, że należą do „Rodziny” Laty. Ładnie i dwuznacznie brzmią często wypowiadane przez Latę słowa: – Jesteśmy wielką Rodziną – i ta jego muzyczka z Ojca Chrzestnego w telefonie.

Egzaminy w Spale to był taki teatrzyk na pokaz.

Taka sztuka dla sztuki. Od dwóch lat dość celnie z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem typuję kto spadnie i kto awansuje wśród sędziów. Postanowiłem tę zabawę kontynuować. Za kilka dni napiszę kilka nazwisk i przy świadkach umieszczę je w zalakowanej kopercie. To będą moje typy, kogo Eksztajn z Hańderkiem będą forować i windować, a kto zostanie pogoniony z ligi. Robią tak co roku, to dlaczego teraz ma być inaczej. Po sezonie 2011/2012 otworzymy tę kopertę i zobaczymy czy popełniłem jakiś błąd. Według nie tylko mnie, te egzaminy i całoroczne obserwacje i oceny, to nic innego tylko taki pic na wodę – fotomontaż.

Widzą to wszyscy, tylko tak jak za starych czasów, kiedy handlowano meczami na potęgę, mało kto chce mówić o tym głośno. Wśród sędziów rośnie jednak wielkie niezadowolenie, czemu nie ma się co dziwić. Żeby dwóch ludzi przy błogosławieństwie prezesika Laty niszczyło opinię całego środowiska. Pocieszam się, że to już nie potrwa zbyt długo.

Bez czego nie może się odbyć mecz piłkarski?

Gdyby takie pytanie postawić w ankiecie do teleturnieju „Familiada” z pewnością padły by odpowiedzi typu: bez piłki, zawodników, bramek, sędziów, boiska, przepisów gry.

W realiach PZPN, mecz nadzorowany przez związek nie może się odbyć bez delegata i obserwatora. Te dwa elementy gry można jeszcze zrozumieć, gdyby nie fakt, że klucz w wydaniu Laty i przez niego namaszczonych do obsady meczy jest prosty jak konstrukcja cepa, a brzmi: bez TEGO delegata i bez TEGO obserwatora mecz się nie odbędzie. By być sprawiedliwym dodam, że znam wyjątki od tej zasady, ale są to niestety wyjątki potwierdzające regułę. To taka forma ochłapów dla całej reszty, dokonywana dla zaciemnienia prawdziwego obrazu tego zjawiska. Ci, którym przypadły resztki z pańskiego stołu Laty z pewnością przyznają mi rację.

Wszystkich dociekliwych szukającym potwierdzania tych słów odsyłam do protokołów meczowych z minionych dwóch sezonów ligowych.

80% procent wszystkich meczy zostało „obsłużonych” przez 20% delegatów i obserwatorów wytypowanych do tych zadań po 2008 roku, czyli 5 – 6-ciu jeździ cały czas, a pozostali z przypadku na załatanie dziury.

Powyższe należy tłumaczyć następująco: 20% delegatów i obserwatorów zakwalifikowanych po 2008 roku do tych zadań, przejęło do swych kieszeni 80% sumy zakwalifikowanej do wypłaty za wykonanie tych zadań. Dodam tylko, że co szczęsliwcy opłacani są z pieniędzy klubów, a nie z budżetu prezesika Laty.

Powyższy podział procentowy, nie wynika jakby się komuś wydawało z prawa Pareto, działającego w naszym świecie.

Ta statystyka to wynik (i tu kolejny cudzysłów) „sprawiedliwego” podział pracy i zysków z niej wynikających dokonana przez Latę Grzegorza, nielegalnie pełniącego funkcję prezesa PZPN.

Funkcje delegata i obserwatora podczas kadencji tego człowieka przestały pełnić swoją zakładaną rolę. Stały się elementem zapłaty, wyrazem wdzięczności dla spolegliwych osób. Dla pozostałych przydział meczu stał się formą szantażu. Będziesz potulny pojedziesz, jak nie to won.

Wysyłanymi na mecze delegatami z wydziału bezpieczeństwa są z reguły byli sędziowie i obserwatorzy.

Jak widać zastosowano podwójną ochronę tych, którym może się nóżka powinąć, a także foruje się tych tzw. układowych.

Według tego klucza delegatami nie mogą być ludzie, którzy nie patrzą z perspektywy sędziowania, czy z perspektywy interesów poza boiskowych.

Widać, że ze struktur PZPN pod wodzą Laty nie wyszły stare obyczaje.

Dla delegowanych panów to łatwe źródło dochodu. Nie muszą się szkolić, nie muszą zdawać egzaminów, by brać po 1000 zł za mecz. Cztery do sześciu wycieczek na stadiony w miesiącu – to minimum dla najwierniejszych – i kasa leci. A kluby za to płacą setki tysięcy złotych w sezonie.

Mówiąc z ręką na sercu, przed tymi panami jest tylko jedno zadanie. Nie, nie myślcie Państwo, że tym zadaniem jest obiektywna ocena sędziego, czy bezpieczeństwo na imprezie masowej. Tym zadaniem jest tworzenie gruntu pod obronę stołka dla Laty podczas nadchodzących wyborów.

Reasumując.

Zamiast:

– wysyłać na mecze kompetentnych ludzi,

– wysyłać funkcyjnych na mecze, które faktycznie takiej obsługi potrzebują,

– monitorować, czy wysyłani rzetelnie ze swoich obowiązków się wywiązują.

Ma miejsce:

– obsadza się mecze ludźmi wybranymi,

– robi się to bardzo często zupełnie niepotrzebnie,

– naraża się kluby na wydatki idące w setki tysiący złotych, trafiających do prywatnych kieszeni ludzi wskazanych przez Latę.

Do wąskiej grupy wybrańców, którzy zrobili na tym procederze majątki przez ostatnie trzy lata należą m.in. Hańderek zwany przez Frybrycha „Hańberkiem”, Starczewski, Bińkowski. To najczęściej powtarzające się nazwiska.

Tym sposobem Lato robi sobie wstęp do kampanii wyborczej ze środków finansowych klubów, które grają w ligach nadzorowanych przez PZPN.

Hańderek, czy Hańberek

Mistrz w przefarbowywaniu się – tak pisze o Januszu Hańderku książę Frybrych pseudo Fryzjer. Autor książki „Spowiedź Fryzjera” przypomina fakty z czasów, gdy Hańderek vel Hańberek – jak go w książce nazywa – szkalował ludzi współpracując z SB. Lato powierzył „Hańberkowi” kilka funkcji. Nie za darmo oczywiście.

„Hańberek” jest oficjalnie Przewodniczącym Komisji Rewizyjnej i obserwatorem, ale również nieformalnie super prezesem Kolegium Sędziów. Przy nim Eksztajn to ślepo wykonująca polecenia marionetka.

Pełniąc funkcję przewodniczącego KR, „Hańberek” nie widzi żadnych nieprawidłowości i uchybień w PZPN. Nie dostrzega przypadków łamania prawa i statutu, nie widzi nic złego w polityce finansowej związku, którego budżet wręcz topnieje w oczach. Kto wie, czy nie można by się nawet pokusić o zarzut wyprowadzania związkowych pieniędzy.

„Hańberek” ze swoją brygadą nie ocenia dziesiątek nikomu do niczego niepotrzebnych umów zleceń, o dzieło, premii i nagród.

„Hańberek” nie zadaje niewygodnych pytań, dlaczego brakuje pieniędzy na SPORT. Doświadczyła już tego młodzież ze związków wojewódzkich, doświadcza też tych „oszczędności” reprezentacyjna piłka kobieca. Brakuje już na zgrupowania i wyjazdy na mecze, a „Hańberek” milczy.

Za milczenie panowie z KR na czele z „Hańberkiem” pobierają nagrody z kasy związku.

Jakby było mało „Hańberek” i inni jeżdżą z naszymi reprezentacjami po świecie, chyba tylko na wycieczki, bo po co? Wygrzewają sobie kosteczki i udają, że tego całego gówna zwyczajnie nie ma.

Dodatkowe profity „Hańberek” czerpie z obserwacji, bo przecież pecunia non olet. Po co wysyłać młodych, prężnych, rozwojowych obserwatorów, kiedy można napychać „Hańberkową” kiesę. „Hańberek” to na dodatek bardzo wygodny obserwator, gdyż mieszkając w Krakowie bardzo często w tym mieście „dokonuje” swych obserwacji kasując za każdą tysiąc złotych. Jemu wolno, jemu się należy, on zasłużył.

Kolegium sędziów. Eksztajn został odkurzony przez „Hańberka”. Potrzebny mu był facet o służalczym charakterze, który przez kilka lat nie działał w strukturach, bo ustawa antykorupcyjna działa od 2003. Eksztajn dokładnie spełniał te warunki. Patrząc na styl w jakim pracuje dzisiaj przypuszczam, że gdyby działał w piłce w tamtym czasie pojechał by do Wrocławia jak wielu, wielu innych.

Jakie będą dalsze losy wymienionych panów pokaże przyszłość.

Wiele znaczyć będzie – i tu uwaga – od ustaleń prokuratury, która ostatnimi czasy wywiozła z PZPN dokumenty i protokoły sędziowskie. Twórczość „Hańberka”, Eksztajna i spółki pod wodzą Laty zostanie poddana wstępnej weryfikacji. Wiele z tych dokumentów dotyczyło awansów i spadków sędziów dokonanych w ostatnich tygodniach.

Krążą słuchy, że w PZPN zaczęły się wewnętrzne gry o wpływy. Pewnie to jest powodem, iż organy państwa powołane do kontroli praworządności zainteresowały się tym, o czym media trąbią już od dłuższego czasu.