Teatr

Teatr mój widzę ogromny – pisał Wyspiański

Cyrk widzę ogromny – chciałoby się napisać obserwując to, co dzieje się w PZPN. Nie ma przy tym znaczenia, czy mówimy o rzeczach błahych, czy o zasadniczych.

Zarząd PZPN – od bardzo, bardzo dawna nie spotyka się w pełnym składzie. Tendencja, że przestają na spotkania przyjeżdżać jego członkowie trwa już od ponad roku. Absencja 4-5 osób to już norma. Tego co referuje Bugdoł, (bo Lato widocznie nie potrafi się wysłowić) wysłuchuje trzy, cztery osoby, a reszta spędza czas w sąsiednich pomieszczeniach na rozmowach prowadzonych w różnych konfiguracjach personalnych. Głowę daję, że w tych malutkich grupkach też się rozmawia o piłce, aczkolwiek trochę w innym tonie, niż przy oficjalnym stole. Tak zdecydowane podziały w samym zarządzie PZPN muszą mieć wpływ na funkcjonowanie i oficjalny negatywny wizerunek związku, pomimo (ha, ha, hi, hi) wprowadzenia nowego logo. Pocieszające jest to, że z tych kuluarowych rozmów prowadzonych poza plecami Laty, Kręciny, Bugdoła, Piechniczka i jeszcze kilku innych zatwardziałych w swym doczesnym myśleniu, może urodzić się jakaś nowa jakość, oczywiście przy dużej pomocy z zewnątrz obecnego układu.

Na dzień dzisiejszy ryba psuje się od głowy. Nie ma dnia byśmy nie stali się świadkami kolejnej kompromitacji, skandalu czy wręcz działań sprokurowanych totalną głupotą, których głównymi bohaterami są zaufani Grzegorza Lato, bądź on sam.

Pomijając w tym momencie sprawy zasadnicze – politykę finansową, amatorszczyznę w prowadzeniu reprezentacji narodowych, w tym także tej pierwszej, itd., itp. – ostatnie dni przyniosły dwa wydarzenia, z których nie wiadomo, czy bardziej trzeba się śmiać, czy też usiąść i zapłakać.

Skandal sędziowski na meczu ŁKS Łódź z Sandecją w Nowym Sączu. Nie będę przeceniał w tej chwili o winie czy niewinności potencjalnych winnych, czy pokrzywdzonych. Obraz jaki rysuje się jednak przed oczami, czytając doniesienia medialne z tego wydarzenia, jest niecodzienny. Wyzwiska ze strony sędziego pod adresem zawodników. Zablokowanie się w szatni sędziów wraz z przedstawicielem PZPN przed dziennikarzami. Ucieczka z obiektu przed przybyciem policji, delegata PZPN na tym meczu Edwarda Potoka, to obrazki jak z filmu. Delegat jak kapitan na statku, powinien zejść z pokładu ostatni. Potok, by nie świadczyć o przebiegu zdarzeń uciekł ponoć pierwszy. Daję stówę za możliwość przeczytania raportu delegata z tego wydarzenia.

Kolejny delegat na meczu Znicz Pruszków – Pelikan Łowicz zakwestionował numer 88, na bluzie bramkarza Witolda Sabeli. Jak podał dziennik „Fakt” według delegata z ramienia PZPN, liczby te mają symbolikę nazistowską. Delegat dopatrzył się, że ósma litera w alfabecie to H, a litera pierwsza to A, czyli bramkarz miał na koszulce HH (wg. tłumaczenia delegata -heil Hitler). Osiemnastka zaś oznacza AH (w kolejnym tłumaczeniu – Adolf Hitler).

Nie ma sensu komentować tych intelektualnych wyczynów. Proponuję jednak panu delegatowi rozwiązanie zagadki, z którą od dziesięcioleci nie mogą sobie poradzić literaturoznawcy i pomniejsi czytelnicy, a której poświęcono niezliczoną ilość publikacji, artykułów i interpretacji. Nie wiadomo bowiem – co lub kogo – miał na myśli Adam Mickiewicz używając liczby 44 w Dziadach.

Nad ludy i nad króle podniesiony;
Na trzech stoi koronach, a sam bez korony;
A życie jego – trud trudów,
A tytuł jego – lud ludów;
Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,
A imię jego czterdzieści i cztery.

Miejmy wiarę, że już niedługo zagadka ta znajdzie swoje rozwiązanie. Delegat PZPN z pewnością dokona właściwej interpretacji pod warunkiem, że taki numer zobaczy na koszulce któregoś z piłkarzy obserwowanego przez siebie spotkania piłkarskiego.

 

„Bez przebaczenia”

Ten wywiad przeprowadzony przez Filipa Stachowskiego ukazał się w majowym wydaniu czasopisma „Futbol”

„Bez przebaczenia”

Kazimierz Greń, szef kampanii wyborczej Grzegorza Laty w 2008 roku, były członek zarządu PZPN, dziś pierwszy oponent prezesa, kierujący Podkarpackim Związkiem Piłki Nożnej, rozpoczął intensywne poszukiwania nowego kandydata na włodarza polskiej piłki.

Ostatnio jakoś cicho o Panu?

Może to i lepiej, że cicho jest, ale jak to mówią, to cisza przed burzą. Ta burza wcześniej czy później na pewno nastąpi. I myślę, że praca, którą wykonuję, a o szczegółach nie chciałbym teraz mówić, przyniesie efekty.

Skoro nie chce Pan mówić o szczegółach, to nasza rozmowa nie ma sensu.

Licho nie śpi. Po co przedwcześnie odkrywać karty? Dawać przeciwnikowi atuty do ręki. Na pewno są ludzie, którzy chcą zmian, podobnie jak ja. To nie jest osamotniony Kazimierz Greń. Ja już nie mówię o opinii publicznej, która w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach deklaruje, że chce zmian w Polskim Związku Piłki Nożnej, ale o ludziach ściśle związanych z polską piłką.

Tego pragnienia zmian jakoś teraz się nie wyczuwa. Cicho o tym ostatnio w mediach.

Uważam, i nie boję się użyć tego słowa, że został założony parasol polityczny nad PZPN. Widać to było choćby na ostatnim zjeździe, kiedy okazało się, że nikt nie chce zawirowania przed Euro 2012. Ja też nie chcę zawirowania. Bardzo chcę mieć Euro w Polsce. Żeby w miarę sprawnie przebiegło, żeby reprezentacja Polski odniosła sukces, czego chłopakom z całego serca życzę. Rozumiem, że w pewnym momencie ten parasol został rozłożony, ale nie rozumiem pana Giersza, bo on już nie jest dla mnie ministrem. Pana Giersza nie rozumiem, bo gdy ktoś łamie statut PZPN, to on, jako organ nadzorujący, powinien wskazywać, że bilans nie został przyjęty zgodnie ze statutem do trzydziestego czerwca, że nie było indywidualnego głosowania absolutorium na osoby, tylko głosowanie en block, czego nie ma w statucie. Powinien upominać, żeby takich rzeczy nie robiono na zjeździe. A pan Giersz, dla mnie nie jest ministrem i już nie będzie, boi się chyba własnego cienia, bo nie podejmuje żadnych działań.

Nie boi się Pan tak otwarcie o tym mówić?

Czy ja się nie boję? Ja już mam trochę lat. Próbowano mi głowę ściąć. Rzucono na mnie wszystkie służby. Pana Kamińskiego, panią Piterę, CBA, prokuraturę. Miałem jedenaście prokuratur na głowie. Byłem w pewnym momencie na kolanach, i to są fakty, na które mam dokumenty. Przetrzebiono mój dom i moje życie rewizjami. Wchodzono z bronią, w kominiarkach. Przesłuchiwano mnie, mojego syna, moją rodzinę. Miałem telefon na podsłuchu. Więc czego mam się teraz bać? Nie wiedziałem, że mam taki interesujący życiorys. Co mi mogą wobec tego dzisiaj zrobić? Niech robią! Mogą to powtarzać piąty, dziesiąty raz. Chciano zrobić ze mnie złodzieja. Nie udało się. Nieudacznika. I też się nie udało. I z tych kolan wstałem. Jest takie powiedzenie – co cię nie zabije, to cię wzmocni. I jestem jeszcze mocniejszy niż byłem. Ale nikomu nie życzę, tego co przeżyłem. Kiedy szedłem na pocztę latem to ubierałem kurtkę i czapkę, bo cały byłem roztrzęsiony, gdy odbierałem przesyłki i widziałem na nich – Prokuratura Tarnobrzeg, Prokuratura Okręgowa Rzeszów, Prokuratura Rejonowa Rzeszów. Tarnobrzeg. Jasło, Stalowa Wola, itd., itd. Panie na poczcie patrzyły, czy ja jeszcze chodzę z tymi pismami i po co chodzę.

Zatem nie opłaciło się Panu zorganizować kampanii wyborczej Grzegorzowi Lacie, zważywszy na reperkusje jakie Pana dotknęły?

Powiem tak: ja już usłyszałem o tym o godzinie 16.15, kiedy bardzo przeżywałem wybory, może bardziej niż kandydat na prezesa, kiedy stałem godzinę przed salą, gdzie były liczone głosy. I odebrałem telefon od jednego z liderów SLD w Polsce z rejonu Podkarpacia, nie będę ujawniał nazwiska, żeby nie robić komuś reklamy, że człowiek, który dzisiaj jest marszałkiem rzucił torbą w szybę i kazał jechać do Wrocławia. Więc nie wygrał ten, kto miał wygrać. Czyli Zbigniew Boniek, który cieszył się największą popularnością i był akceptowany przez rząd oraz opinię publiczną. A okazało się, że wygrał ten, który miał najmniejsze poparcie. Przypomnę, co powiedziałem w Telewizji Polonia na żywo. Jacek Masiota był w studio w Poznaniu, a ja w studio w Rzeszowie. Ta łączona relacja odbyła się trzy dni po wyborach, w poniedziałek po Wszystkich Świętych. Powiedziałem tak: „Jeżeli Grzegorz Lato nie zmieni polskiej piłki to pierwszy stanę na barykadzie”. Proszę to sprawdzić. Jest to nagrane. Tak to właśnie powiedziałem. I tak też się stało.

Dosyć szybko się stało.

Fakt, szybko zostałem odstawiony. A może brutalniej – sprzedany, że przeproszę za ten kolokwializm. Pan Lato dogadał się z panem Kręciną…

Może dlatego, że miał Pan zastąpić Zdzisława Kręcinę na stanowisku sekretarza generalnego PZPN?

Ja myślę tak, że ten kto wygrywa, tak dzieje się w polityce i w sporcie chyba też, bierze ludzi, którzy najbardziej mu w wyborach pomogli. Nie ukrywam, że ten program, który po roku, a dokładnie mówiąc po dwóch latach napisałem i pokazałem panu Lacie, a on się tylko pod nim podpisał, otworzył mu drogę do prezesury.

Grzegorz Lato program podpisał, ale nie potrafił go dobrze odczytać.

Właśnie. Wszyscy pamiętamy ten show live. Robiłem z nim próby w jednym z hoteli w Rzeszowie. Ustawiłem mównicę po lewej stronie, przewidywałem, jak to mniej więcej będzie się odbywało. Zdzisław Kręcina miał handicap, bo to on decydował o wielu rzeczach, gdzie będzie mównica, kiedy zostanie wygaszone światło, itd., itd. To że nie potrafił pan Lato przeczytać tekstu to jedno, ale najgorsze jest, że nie zrealizował go w dziewięćdziesięciu pięciu procentach. To jest tak jak na okręcie, który powinien płynąć i osiągać cele. Ale on nie jest kapitanem, lecz majtkiem na tym pokładzie, bo kapitanem w polskiej piłce jest kto inny. Rządzi polską piłką od początku kadencji Laty Zdzisław Kręcina. Trzeba to sobie otwarcie powiedzieć. Ktoś może uważać, że Andrzej Placzyński, ale ja kiedyś powiedziałem w jednym z wywiadów, że on jest biznesmenem. Jego nie interesuje, takie przynajmniej jest moje zdanie, kto będzie prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej, czy ja czy „Bolek”? On tylko zabezpiecza swój biznes. I ja go rozumiem. Trudno mieć do niego pretensje, że dba o interesy swojej firmy kosztem PZPN. Gorzej, że w PZPN o interesy związku nie dbają jego włodarze. Nie do pomyślenia, żeby sekretarz był nad prezesem. Wprawdzie kiedyś sekretarz był najważniejszy, ale to było kiedyś, w partii. Partie polityczne jeszcze istnieją, ale nie ma PZPR. A w PZPN sekretarz z zarzutami prowadzi zjazd, jakby nigdy nic się nie stało. Udziela prawa głosu członkom zarządu, delegatom, a to jest przecież tylko pracownik związku.

Ministrowi Gierszowi to jednak nie przeszkadza.

Niestety, jeżeli pan Giersz siedzi w pierwszym rzędzie i udaje niewidomego, to nie można tego inaczej interpretować. Ostatnio na konferencji nie zdzierżyłem i zaproponowałem, by włożył okulary spawalnicze. Ślepy i głuchy. Nic nie widzę, nic nie słyszę. Najlepsza metoda pana Giersza na dzisiaj. Udaje, że nic nie widzi, nic nie chce. Cieszę się, że Janek Tomaszewski ma o nim podobne zdanie, jak wielu innych, którzy mówią, że to już jest Adam G.

Czy ten stosunek ministra do prezesa nie wynika przypadkiem z ich dawnych powiązań partyjnych?

Na trzysta procent! Ich nie można nie łączyć. Przecież razem byli w jednym ugrupowaniu, w SLD. Znają się z parlamentu. Gdy Lato był senatorem, to przez cztery lata kadencji raz zabrał głos. Zapytał, czy okno można otworzyć, bo jest gorąco. I w PZPN teraz też się tak, niestety, dzieje. Kiedy siadają w trzech i omawiają jakiś problem, to Zdzisiek się odzywa: „Ja bym zrobił to tak”, Antek na to: „Ja też bym tak zrobił”, a na końcu Lato patrzy na nich i wspaniałomyślnie oznajmia: „Ty, i jo tak myślołem”. Widać po tym dobitnie, kto rządzi tą piłką. Prezes powinien mieć pomysł. Powinien dążyć do celu. Wprowadzać zmiany. Ale jak się nie ma pomysłu, nie realizuje się programu, pod którym się podpisało, to trudno oczekiwać efektów.

Jakie więc najważniejsze punkty tego programu nie zostały zrealizowane?

Wszystkie, prawie wszystkie, dziewięćdziesiąt pięć procent! Nie sposób je teraz wymienić, choć sam je pisałem. Po co ja się pociłem nad tym programem, którego potrzebuje polska piłka, zgodnie z zapotrzebowaniem środowiska, związków piłkarskich, klubów, skoro mogłem napisać Lacie prosty program, w trzech punktach. Punkt pierwszy – chcę być prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej, punkt drugi – chcę mieć pięćdziesiąt tysięcy złotych pensji, a punkt trzeci – nic nie robić. To byłby najłatwiejszy program, który właśnie realizuje. Bo z programu, pod którym się podpisał, który pozwolił mu wygrać wybory, nic nie wykonuje. Ja to pokazuję na swoim blogu i jeżeli coś robi, to ja to zaznaczam. Na razie jednak działa odwrotnie do tego, co było założone. Zwiększył sobie pensję, o czym wszyscy wiemy. Z czterdziestu ośmiu pracowników w PZPN ponoć zrobiło się już dziewięćdziesięciu ośmiu. Siedziba kosztuje dwa miliony sto tysięcy złotych rocznie, a kluby wycofują się z rozgrywek, bo nie mają budżetu na rozpoczęcie sezonu. Ale to nikomu w związku nie przeszkadza. Pytam się więc, czy PZPN to jest coś innego niż klub C-klasowy, B-klasowy czy A-klasowy? Nie! To są właśnie kluby, które tworzą to nasze stowarzyszenie.

Zwiększając wydatki, PZPN może wspierać się pieniędzmi, które otrzymuje z UEFA na organizację Euro.

Są dwie spółki, rządowa i PZPN-owska, przy której zatrudnionych jest już ponoć ponad sto pięćdziesiąt osób. Rozumiem, że taka spółka powinna być stworzona, ale rok przed Euro. A ona istnieje już ponad dwa lata i pytam się, co robi? Spółka rządowa, owszem, buduje stadiony. Obiecanych autostrad wprawdzie nie będzie, dworce PKP też nie powstaną, a tylko stare mają zostać wyremontowane. Całe szczęście, że przynajmniej te stadiony na Euro oddadzą. Cały Mielec, choć przepraszam mieszkańców Mielca, jeśli poczują się urażeni, bo chodzi mi jedynie o najbliższych Grzegorza Laty, już się kłóci o miejsca w lożach dla rodziny. Co do rodziny, to ja mam ją w domu, a reszta, to są jedynie moi koledzy, z którymi współpracujemy w piłce. O rodzinie mówił kiedyś Vito Corleone w „Ojcu Chrzestnym”, więc słowo to niezbyt dobrze mi się kojarzy. Spieranie się więc o loże, gdy nie są jeszcze wykończone, jest według mnie chore. Tu trzeba się martwić nie o loże, lecz o reprezentację Polski, by osiągnęła na Euro jak najlepszy wynik. Żeby nam, Polakom, dała największą radość. Żeby nie śpiewano i gwizdano na stadionach „j… PZPN”. Nie oszukujmy się, stadiony, które powstaną na Euro to jest wyłącznie sukces rządu. PZPN na ich budowę nie dał przecież grosza.

Ale bez PZPN nie byłoby w Polsce Euro.

To jest sukces Michała Listkiewicza i Adama Olkowicza. To trzeba sobie jasno powiedzieć. To nie jest sukces Laty. To nie jest sukces mój i wielu ludzi, którzy dzisiaj są przy piłce.

Należy jednak oddać prezesowi Lacie, że umiejętnie się ustawił.

O tak, to jest mistrzostwo świata! Za to, że się nic nie robi mieć pięćdziesiąt tysięcy, złotą kartę i latać po całej Europie, to każdy by chciał z prawie czterdziestu milionów Polaków. No, bo kto by nie chciał. Tylko głupi by nie chciał!

Pan też miał możliwość wygodnego życia w PZPN, ale się z tego wypisał.

Tak! Nie powiem, że chciałem być sekretarzem generalnym związku, ale chciałem być w szeregu, który realizuje zmiany w polskiej piłce. W 2004 roku pokazałem działaczom Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej swój program. Czym ja mogłem ludzi przekonać? Raz ich można oszukać. W 2008 roku, gdy kończyłem kadencję pokazałem, że ten program został zrealizowany nie w dziewięćdziesięciu pięciu procentach, ale ponad sto procent więcej jeszcze zrobiliśmy. Nie Kazimierz Greń, ale zarząd. Oczywiście, musi być lider, który będzie parł do przodu, lecz musi mieć wsparcie zarządu. Jeżeli nie ma lidera, to się stoi w miejscu. Jeżeli nie ma kapitana na boisku, to drużyna gra słabo. I tak, niestety, dzieje się w Polskim Związku Piłki Nożnej. Na Podkarpaciu przekonałem ludzi tym, że chciałem zmian. Myślałem, że podobnie będzie w PZPN. Że Lato będzie realizował ten program. Przecież on się pod nim podpisał. Gdyby tego nie zrobił, to rozumiałbym, że to nie jest jego program. On do tego programu przekonywał. Mówił, że jeżeli będzie w PZPN, wygra wybory, to nie będzie Kręciny, nie będzie Piechniczka, nie będzie Engela. To mówił ludziom, delegatom na spotkaniach, na które woziłem go po całej Polsce.

To może Pan teraz tym ludziom spojrzeć prosto w oczy?

Nie mogę. Na wyborach w 2004 roku, gdy po raz pierwszy wchodziłem do zarządu PZPN, dostałem trzeci wynik w Polsce. Sto siedem głosów, a Antoni Piechniczek, który był czwarty, dostał tych głosów sto pięć. I mówienie Laty, że dzięki niemu dostałem się do zarządu jest kolejnym kłamstwem. Ten człowiek buduje swoją pozycję wyłącznie na kłamstwie. Bo przecież Lato nawet nie wiedział, że podczas wyborów w 2008 roku, gdy on został prezesem, dostałem najwyższy wynik spośród wszystkich kandydujących – czterdzieści osiem głosów. Prezesa i wiceprezesów nie liczę, bo oni byli wybierani oddzielnie. On dopiero w Mielcu, jak wysiadał z busa, zapytał się mnie, cytuję: „Kto wloz do zarządu?”. To mu powiedziałem kto „wloz” i mu pokazałem, ile kto miał głosów. „Aha, zdzwonimy się i jedziemy razem do Warszawy” – odpowiedział. Potem okazało się, że Grzesiu był w Warszawie tydzień, a ja dalej w Rzeszowie. A Zdzisiek już mu apartament przygotował, złotą kartę, poukładali klocki i wszystko pozałatwiali.

Już na samym początku prezesury wystawił Pana do wiatru.

Zapłaciłem za naiwność i łatwowierność. Ostatnio próbował mnie wykluczyć z podkarpackiej piłki. Wysłał list do sześciuset czterdziestu ośmiu klubów przeciwko mnie, z informacją, że działam źle, łamię statut, itd. Zarząd Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej napisał list do pana Laty z pytaniem, gdzie my łamiemy statut, bo może o czymś nie wiemy. Poinformowano też prezesa PZPN, że zarząd Podkarpackiego Związku nie spotka się z nim, gdy w spotkaniu nie będzie uczestniczyć prezes Kazimierz Greń. My nie musimy się lubić, nie musimy się kochać, ale trzeba rozmawiać, gdy coś robimy nie tak. Nigdy do tego spotkania nie doszło i boję się, że nie dojdzie. Miesiąc przed wyborami na prezesa PZPN, kiedy razem byliśmy w Płocku, zadzwonił do mnie Tomasz Jagodziński i powiedział, że jestem sprzedany. Nie uwierzyłem. Sądziłem, że „Jagoda” mnie wypuszcza, bo chciałby ugrać coś jako kontrkandydat w tych wyborach. Ten telefon nie dał mi jednak spokoju. Poszedłem więc do Grześka i poprosiłem, żeby za dwa dni przyjechał do Podkarpackiego Związku na dziesiątą rano. „A po co, nie dam sobie rady” – próbował się wykręcić. „Grzesiu, nie ma cię, to ja już więcej nie jadę, dwa razy trzeba jeszcze objechać kraj, ale nie pojadę” – zapowiedziałem. Przyjechał o dziesiątej. Zaprosiłem, bez jego wiedzy, piętnaście osób najważniejszych, według mnie, dla podkarpackiej piłki, wiceprezesów, ludzi z sądu koleżeńskiego i jego najlepszego przyjaciela – Jana Domarskiego, który nie wiem, czy dzisiaj jest tym najlepszym przyjacielem nadal. Zadałem mu w ich obecności dwa pytania: Czy jak dostaniesz propozycję na wiceprezesa i będziesz musiał mnie odsunąć, to zrobisz to? Czy jak wygramy wybory, to razem idziemy na całość? Odpowiedział tak: „Jo przyjociół nie zdradzam”. I te piętnaście osób to słyszało. Nie powiedział mi tego w cztery oczy, tylko przy świadkach, których sobie zabezpieczyłem. Więc ci ludzie w Podkarpaciu wiedzą, kto to jest Grzegorz Lato. On oszukał też ich. Nie tylko mnie. My, jako Podkarpacki Związek, najbardziej żeśmy zaryzykowali. Każdy mógł dać trzy poparcia. Klub pierwszej, drugiej ligi i związek wojewódzki. My żeśmy dali tylko jednemu kandydatowi jako związek. Mimo że o to poparcie prosili nas Zbyszek Boniek, Kręcina, Jagodziński, daliśmy je Grzegorzowi Lacie. Stalowa Wola mogła dać trzy. Tak jak niektórzy to zrobili i czekali, kto wygra wybory i wtedy mogliby przypomnieć: „Myśmy z tobą byli”. Najbardziej ryzykowaliśmy, gdyby wybory wygrał ktoś inny. A Grzegorz Lato tak podziękował Stalowej Woli, że dziś jest w bardzo trudnej sytuacji. Podkarpacki Związek przez dwa i pół roku jego kadencji nie dostał nic. I nie dostanie…

A nie sądzi Pan, że prezes się mści na Podkarpaciu tylko z Pana powodu?

No i trzeba być właśnie naprawdę głupim, żeby tylko dlatego karać związek. Bo on może nie lubić Kazimierza Grenia i nie chcę, by do mnie z bukietem róż przyszedł, przepraszał mnie czy ja jego. Nie! Nasze drogi się rozeszły. I zapewne nigdy się nie zejdą. Ale gdyby był mądry, to powinien dać mecz na Podkarpacie, to panowie macie, to, to i to. „Ja Grenia mam gdzieś, ale wam pomagam”. On tego jednak nie robi. Nic nie robił jako senator i nie zrobi jako prezes. Głęboko wierzyłem w to, że polską piłkę zmieni. Chciałem być przy nim, chciałem brać pieniądze za wykonaną pracę. Nie ukrywam tego. Nie mówię, że nie. Niektórzy biorą pieniądze, ale nic nie robią.

Został Pan, mówiąc brutalnie, wykolegowany.

Oszukany! Taka prawda. Nie tylko ja, ale i delegaci.

Pan, uważany za największego cwaniaka, który ograł całą Polskę, by zrobić z Grzegorza Laty prezesa PZPN, nie poznał się na najbliższej sobie osobie?

Tak, bo nie znałem go na tyle dobrze. Spotykaliśmy się jak była gala piłkarska, dziesiątka najlepszych sportowców południowo-wschodniej Polski. Mieliśmy zawsze wspólny stolik. Grzegorz Lato z małżonką, ja z żoną i Janek Domarski, siedział senator czy poseł. I to były nasze kontakty. Nie odwiedzałem się z nim w domu, jak Janek Domarski. Popili, spali, gadali w Mielcu czy Rzeszowie. Nie, co to to nie. Nie byliśmy aż takimi kumplami. Tomek Jagodziński chciał, żebym był jego szefem kampanii. Są na to świadkowie. Ale do mnie przemówiło jedno. Że Lato to jest piłkarz ze znakomitym nazwiskiem. Tych sukcesów jako piłkarza nikt mu nie zabierze. Boję się, że w historii Polak długo nie będzie królem strzelców mistrzostw świata. Ale jako polityk czy działacz to kompletne zero. A właściwie mniej niż zero, jak z tej piosenki Lady Panku.

Nie można jednak zaprzeczyć, że prezes nie stara się przynajmniej ocieplić wizerunku PZPN.

Milion czterysta za PR, na który dzisiaj wydaje PZPN, to daj Boże zdrowie. Pieniądze łatwo się roztrwania. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale gdy Grzegorz Lato przejmował związek, to w kasie było sześćdziesiąt milionów, a dzisiaj jest ponoć dwadzieścia. Boję się, że do końca kadencji ta studnia może być pusta. A trzeba pamiętać, że było jeszcze prawie dwadzieścia milionów, które Urząd Skarbowy musiał zwrócić PZPN po przegranej sprawie z Eugeniuszem Kolatorem. Pieniądze rozchodzą się w szalonym tempie. Jeżeli sprzątaczka zarabia w PZPN cztery i pół tysiąca, to łatwo sobie wyobrazić, ile zarabiają inni. Gdy jako członek zarządu pytałem o zarobki, nigdy nie dostałem odpowiedzi. Ilu ludzi jest tam zatrudnionych? Nie dostałem informacji do dzisiaj. I gdyby teraz zapytać o to siedemnastu członków zarządu, to boję się, że sześćdziesiąt-siedemdziesiąt procent nie wie, ile kto zarabia i jaką ma pensję. Ja przypuszczam, że ten ma piętnaście, inny szesnaście czy dwadzieścia. Słyszę, że pani rzecznik ma trzydzieści. A pierwsza propozycja była czterdzieści tysięcy miesięcznie. To za takie pieniądze naprawdę można twarz wystawiać.

Grzegorz Lato jednak potrafi zadbać o swoich znajomych.

Najpierw jednak dba o siebie. Gdy pytałem go: „Grzegorz, kiedy robimy zmiany?”, to odpowiadał niezmiennie: „Wytrzymaj ciśnienie”.

Może trzeba było wytrzymać?

Ale to ciśnienie było już rok, półtora i nic się nie zmieniało. Jak się wygrywa wybory, to powinno się ruszyć od razu, z kopa. A jeżeli się nie ruszy, to potem już nic się nie zrobi. On na okrągło tylko ta sama śpiewka: „Wytrzymaj ciśnienie”. To ja się w końcu zapytałem: „A co ja jestem w łodzi podwodnej?”. Ileż można to wytrzymywać? Zaskoczyła mnie ostatnia uchwała o powołaniu zespołu do strategii rozwoju piłkarstwa polskiego, w którego skład weszli członkowie zarządu PZPN. Jeżeli ktoś w zarządzie nie ma wizji rozwoju piłki, to nie powinien w ogóle znaleźć się w tym zarządzie. To jest niepotrzebne dublowanie funkcji. Albo inaczej – to jest zespół rozwoju strategii obronienia stołków za półtora roku. Chyba tylko po to gremium zostało powołane. A nie do żadnej strategii rozwoju polskiej piłki. Bo jeżeli ta strategia nie została opracowana przez dwa i pół roku, to i w nadchodzące półtora nie zostanie stworzona.

Zmiany w PZPN mogą nastąpić jedynie w przypadku przegranych z kretesem przyszłorocznych mistrzostw Europy. Dobry wynik Polski na Euro 2012 tylko umocni obecną ekipę. Kibicuje więc Pan reprezentacji Polski?

Z całego serca. I życzę jak najlepszego wyniku. Byłem na trzech mistrzostwach świata i mistrzostwach Europy. Za swoje pieniądze, zaznaczam. Mam ponad sto sześćdziesiąt meczów reprezentacji na swoim liczniku, towarzyskich czy o punkty. Jeżdżę i będę jeździł za biało-czerwonymi. Obojętne, czy będę działał w piłce, czy nie. Życzę im jak najlepiej. Ale przy takiej organizacji ci chłopcy nie dadzą rady. Bo jeżeli w polskiej lidze w jednej kolejce gra teraz stu siedmiu obcokrajowców, to jest dziesięć i pół drużyny na szesnaście. Zaledwie trzech Polaków wychodzi w podstawowej jedenastce mistrza Polski – Lecha. Z całym szacunkiem dla tych obcokrajowców, ale to jest czwarty czy nawet piąty garnitur zawodników z zagranicy…

Prezes Lato jest za ograniczeniem liczby obcokrajowców w polskich klubach.

To ja powiem panu Lacie – nigdy nie ograniczy tej liczby. Bo jesteśmy w Unii Europejskiej, on może nie być, bo stanął na jakimś etapie, i nie ma u nas i nie będzie limitu zatrudniania piłkarzy z zagranicy.

Prezes jednak chce dla naszej piłki dobrze.

On całe życie chce dobrze, dwa i pół roku, ale nic mu nie wychodzi, oprócz tego, że włosy mu z głowy wyszły.

Nie za to go kochaliśmy.

Kochaliśmy go. Akurat nie wszyscy go chcieli kochać. Bo przypomnę, że Lato dostał tylko pięćdziesiąt siedem głosów na zjeździe.

Albo aż pięćdziesiąt siedem.

No, to mogło być aż, bo zapewniło mu wygraną w pierwszej turze. Dzisiaj to gdybanie, że jakby miał pięćdziesiąt sześć, to by nie wygrał. Jeden głos zadecydował. Mój. I to jest nieszczęście dla polskiej piłki, że zaangażowałem się w kampanię tego człowieka z Mielca. Wróćmy jednak jeszcze do limitu obcokrajowców w klubach – Lato nie może ograniczyć ich liczby, ale może zebrać prezesów klubów i postarać się namówić ich do niepisanej umowy wystawiania załóżmy pięciu rodzimych piłkarzy w meczach, promowania talentów. Ciężko jednak wyobrazić sobie, by wszyscy dotrzymali słowa, bo jeśli grają o wynik, o mistrzostwo, europejskie puchary czy też utrzymanie w lidze, to będą wystawiali jak im się podoba, dziesięciu, a nawet jedenastu obcokrajowców w składzie, byleby tylko osiągnąć zamierzony cel.

Komu teraz zamierza Pan zrobić kampanię, by wysadzić z siodła Latę?

Jest kilku kandydatów. Trzech, czterech, którzy spokojnie mogliby wygrać przyszłoroczne wybory. Byleby tylko żaden z nich nie odwrócił się później plecami do ludzi, jak zrobił to Lato. Na razie nie wiem, kogo będę wspierał. Nikt z tej czwórki nie określił się, czy będzie startował. Żaden z nich nie poprosił mnie jeszcze o pomoc. Czekam, przyglądam się, prowadzę rozmowy. Czy za półtora roku będę prezesem wojewódzkiego związku czy nie, to jeśli ktoś z nich zwróci się do mnie na pewno mu pomogę, żeby wygrał wybory i doprowadził do zmian. Chciano mnie ostatnio przesunąć na margines, co się jednak nie udało. Panie Lato, nie udało się panu mnie zneutralizować! W Podkarpaciu wiedzą, kim pan jest. Był pan znakomitym piłkarzem, ale jako działacz nie nadaje się pan nawet do Stali Mielec. Nie chcą pana w swoim dawnym klubie! Ostatnio dali temu wyraz kibice. Po powitaniu spikera podczas meczu piłkarzy ręcznych Stali z Vive Kielce mieleccy fani zaskandowali: „Grzegorz Lato, jesteś szmatą”. Prezes po trzech minutach opuścił halę. Przykre. Mógł przejść do historii też jako wybitny działacz. Wiedziałem, że nie ma predyspozycji do zarządzania związkiem, ale powinien otoczyć się ludźmi, którzy znaliby się na rzeczy i mu pomogli. Na to liczyłem. Bo wiedziałem, że we dwóch nie damy rady. Dobierzemy sobie ludzi, a zwłaszcza prezes. Ogłosi konkursy na menedżerów, dyrektorów, fachowców, którzy wiedzą jak zarabiać pieniądze, jak wprowadzać innowacje, by federacja funkcjonowała jako świetnie prosperująca i nowocześnie zarządzana firma.

Prezes Lato przejął PZPN po Michale Listkiewiczu, który zostawił po sobie mocno skostniały związek. Niemożliwe jest wskrzeszenie trupa.

Ale przy tych wszystkich słabościach Listkiewicza, to przynajmniej trzykrotnie za jego kadencji świętowaliśmy awans do mistrzostw świata i Europy. Listkiewiczowi zarzucano, że lata po Europie i świecie, a Lato przecież jeszcze więcej lata. Jeżeli go nie ma w biurze, to przynajmniej powinien mieć zastępcę, który dobrze pokieruje związkiem.

Może Lato lubi latać?

Jeśli tak, to niech lata za swoje pieniądze. Bo jaki pożytek z jego lotów ma Polski Związek Piłki Nożnej? Żaden. Czy kluby C klasy, B klasy czy A klasy, które borykają się z płatnościami, badaniami lekarskimi, PIT-ami, mają coś z tego, że Lato lata po świecie? Nic! A takich klubów jest sześćset czterdzieści osiem na samym Podkarpackim. Wiemy, że Lato jest prezesem. I tyle. A my potrzebujemy pomocy. PZPN powinien też pomagać dołom. Choćby niwelować skutki powodzi. Po dwa czterysta pięćdziesiąt złotych zapomogi przekazał każdemu klubowi. I nikt nie wiedział na co te pieniądze wydać? Czy kupić sprzęt, buty, czy też spożytkować te fundusze na renowację boiska? Kluby dostały po równo, jak w PZPR. Jeden stadion był więcej zniszczony i trzeba było tam dać przykładowo dziesięć tysięcy, a przez inny tylko woda przez szatnię przeszła, więc może starczyłoby tylko tysiąc pięćset złotych. Lato zwołał konferencję, ogłosił, że daje pieniądze. Kluby zaczęły dzwonić, gdzie te pieniądze. A okazało się, że pieniądze przyszły dopiero po trzech miesiącach. Ja bym zrobił to inaczej – najpierw pieniądze dał, a potem dopiero to ogłosił. Nie mówiąc o tym, że nawet pensję swoją na pomoc powodzianom bym oddał. Bo trzeba mieć rozum, a nie miejsce na rozum.

Nie obawia się Pan, że znowu może obstawić złego konia?

Nigdy nie ma gwarancji. Nie zamierzam uchodzić za najmądrzejszego i nieomylnego, bo takim nie jestem. Chciałbym, żeby polska piłka wybrała prezesa, który nie przyjdzie do PZPN jedynie dla pieniędzy i stagnacji, ale naprawdę będzie zmieniał jej wizerunek, nawet od wyprowadzenia sztandaru do nazwania związku Polską Federacją Futbolu. Nie tylko obiecywał, lecz realizował te obietnice.

Po co od razu zmieniać nazwę związku, która może niezbyt dobrze się kojarzy, ale ma jednak za sobą dziewięćdziesiąt lat tradycji.

Nazwa, faktycznie, nie jest najważniejsza. Najważniejsze są zmiany w polskiej piłce. To co dobre – trzeba zostawić. Co złe – nie bać się poodcinać.


Szanowny Pan

Sekretarz Generalny Zdzisław Kręcina

 

Panie Sekretarzu, Podkarpacki Związek Piłki Nożnej zwraca się z prośbą o przyznanie po 5 wejściówek VIP-owskich na mecz Polska – Argentyna, który odbędzie się w Warszawie 5 czerwca 2011 r.. Proszę również o podobną ilość biletów na mecz Polska-Francja (9 czerwca) dla prezesów Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej. Proszę również nie zapomnieć o wjazdówce na stadion i na catering w ramach równego traktowania wszystkich działaczy wojewódzkich związków w Polsce. Chciałbym Panu zaznaczyć, że jest Pan pracownikiem PZPN, a my jako członkowie płacimy regularnie składki i mamy prawo wymagać od Pana kilku zaproszeń na towarzyskie mecze naszej reprezentacji.

Stadion w Warszawie liczy kilkadziesiąt tysięcy miejsc i z pewnością dla
5 przyjaciół Grzegorza Laty znajdą się krzesełka w loży VIP. Przypomnę, że działacze podkarpackiego związku jako jedyni udzielili poparcia Grzesiowi Lacie przed wyborami w 2008 roku.

Z niecierpliwością będziemy oczekiwać na przesyłkę
z Warszawy, która niebawem powinna nadejść, gdyż chcielibyśmy się już spakować i wyjechać w daleką podróż.

Ze sportowym pozdrowieniem.

 

Prezes

Podkarpackiego ZPN

Kazimierz Greń

Zaproszenie

Prezes Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej otrzymał zaproszenie. O dziwo. Cóż w tym takiego dziwnego? Zaproszenie przyszło bowiem z PZPN, a podpisał je ktoś w imieniu Ryszarda Niemca oraz sekretarz Kręcina. Ostatnimi czasy często przeglądałem mapę administracyjną Polski, by upewnić się, czy w naszym kraju jeszcze istnieje województwo podkarpackie, czy zostało ich już tylko piętnaście. Przyczyną tej niepewności, było traktowanie przez władze PZPN naszego wojewódzkiego związku jak powietrze, a właściwie jak nieświeże powietrze. Niespodziewanie, ni z gruszki ni z pietruszki, przychodzi pismo zapraszające prezesa do udziału w sesji wyjazdowej Wydziału Piłkarstwa Amatorskiego, które odbędzie się 10 -12 czerwca w Ostródzie.

Przed wyborami w 2008 r. Lato obiecywał, że prezesi związków, którzy nie wejdą w skład Zarządu PZPN, będą zapraszani na jego posiedzenia. To w ramach obiecywanej transparentnej polityki stowarzyszenia. Mieli brać udział również w posiedzeniach Wydziału Piłkarstwa Amatorskiego podczas jego spotkań, czyli w przybliżeniu raz na trzy miesiące. To teoria. W praktyce te obietnice okazały się KOLEJNYMI KŁAMSTWAMI Laty, który z pomocą w tym wypadku Bugdoła, zrobił sobie kolejny raz, jak to się potocznie mówi „kibel z gęby.

Powraca pytanie, jak mam traktować to zaproszenie. Znając metody (nie zasady, bo takowych nie posiadają) jakimi kierują się w swoich postępowaniach Lato i Kręcina, daleki jestem od uznania tego zaproszenia jako wyrazu szczerości i dobrych intencji. To zapewne jakaś kolejna gierka z podwójnym dnem, czymś w podtekście wymuszona.

Co innego można myśleć, gdy po dwóch latach milczenia, znienacka, szesnaście miesięcy przed wyborami w PZPN, prezes Podkarpackiego ZPN otrzymuje zaproszenie na oficjalne posiedzenie ważnego w związku wydziału.

Prywatnie mam dylemat. Pakować się i jechać, czy nie.

Z jednej strony jestem niezmiernie ciekawy omówień kilku punktów z programu sesji, z drugiej dobrze znam kulisy spraw, które będą tam poruszane.

Przykładowo Lato i Kręcina przez godzinę mają omawiać, jak napisano: – Aktualne problemy działalności władz PZPN.

Konsternacja. Z bieżących komunikatów, wypowiedzi, wywiadów udzielanych przez tzw. władze, nigdy nie wynikało, by były jakiekolwiek problemy z bieżącą działalnością rządzących. Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? Czyżby oficjalnie prezentowany wizerunek związku to atrapa?

Prelegenci we wspomnianych osobach, będą o powyższych problemach mówić według programu godzinę. To długo, czyli widać tych problemów jest sporo. Ciekawe jeszcze jest, ile minut zajmie słuchaczom Lato, a ile Kręcina. Według funkcji, Lato powinien referować 50 minut, Kręcina góra dziesięć. Znając życie proporcje będą inne. Osobiście obstawiłbym bez większego ryzyka u bukmachera na proporcje: Lato 3 minuty (wraz z powitaniem przybyłych, uśmiechami i machaniem ręką), a pracownik Kręcina 57 pozostałych minut.

Moja pewność bierze się stąd, iż podstawowym problemem władz PZPN jest fakt, iż jak mówią już półoficjalnie sami działacze z Bitwy Warszawskiej, Grzegorz Lato nie potrafi dokładnie wyrażać swoich myśli. Zainteresowanych odsyłam do artykułu na temat meczu Polska-Zambia w Przeglądzie Sportowym, w którym przytoczono tą wypowiedź.

W programie znalazły się również wnioski z wyroku Sądu Rejonowego w Olsztynie, omawiane aż przez dwóch panów dyrektorów. Żeby się owi dyrektorzy nie męczyli, ani sami, ani słuchaczy, podpowiem jeden wniosek, który powinien uciąć dyskusję i dać uczestnikom sesji dodatkową wolną godzinę. Moja rada-wniosek: przeprowadzać wybory zgodnie z prawem. To wszystko.

Intrygujące też może być wystąpienie rzeczniczki Olejkowskiej, która będzie ….. oceniać (jak napisano w programie) samą siebie relacjonując obecność problematyki terenowej w prowadzonym przez nią systemie informacji wewnętrznej. To z pewnością będzie niezwykle twórcza i obiektywna oceno-prelekcja. Gdyby to była relacja z pewnych działań, ale ocena?

Ponieważ organizatorzy zakładają sobie możliwość zmian tematyki obrad, być może będą jeszcze jakieś niespodzianki.

Szczere zaproszenia się przyjmuje. Nad tymi z podtekstami trzeba się pochylić z zastanowieniem, choć faktem jest, że w tym gronie mam wielu, wielu przyjaciół, a zdecydowana większość zaproszonych tam prezesów oraz członków wydziału jest moimi dobrymi kolegami dla których osobiście oraz dla ich pracy mam wielki, szczery szacunek.

Lista kłopotów

Lista kłopotów (na własne życzenie zresztą), władz PZPN (nielegalnych zresztą), tylko z ostatnich tygodni jest długa.

Wymieńmy te najważniejsze.

Brak przeciwnika dla pierwszej reprezentacji zaplanowany na dzień 5 czerwca. Odmówiła Lacie cała Europa z Cyprem na czele. Za ciężkie pieniądze znaleziono chętnych z Argentyny, grających tu i tam, m.in. w Legii Warszawa, czyli jak zwał tak zwał, ale przy argentyńskim potencjalnie to taki siódmy garnitur.

Drugi mecz zaplanowany na 9 czerwca zakontraktowano na stadionie w Gdańsku, którego …. nie ma. Mało tego. Ten dzień nie jest terminem wyznaczonym przez UEFA, stąd skład ekipy znad Sekwany może wielu zaskoczyć. In minus oczywiście.

Całości chaosu dopełniła informacja o cenach biletów na oba te spotkania. Wejściówki wysokości od 80 do 250 zł przyprawiały o zawrót głowy, choć w końcu wycofano się z tego absurdalnego pomysłu, zmniejszając ceny blisko o połowę. Groziło to kolejną kompromitacją w sytuacji, gdy kibice zwyczajnie w świecie oleją dopingowanie naszej drużyny z trybun. Czy faktycznie przyjdą, to się jednak dopiero okaże.

Lato w swojej „karierze” prezesa już posmakował takiej sytuacji. Tłumaczono wtedy, że to stan pogody – śnieg i niska temperatura – zdecydował o absencji kibiców na trybunach, co było wierutnym kłamstwem. Kibice zaprotestowali przeciw tragicznemu w skutkach prowadzeniu kadry narodowej i wielu innym nieprawidłowościom w zarządzaniu związkiem.

Cóż błyskotliwego usłyszymy teraz? Kręcina coś „inteligentnego” z pewnością wymyśli.

Efektem takiego bojkotu może być sytuacja, że wprawdzie nikt nie zaśpiewa Grzegorzowi jego „ulubionej” stadionowej przyśpiewki, ale drugiej strony próba ratowania pzpn-owskiej kasy, pieniędzmi z kieszeni kibiców spali na panewce.

Problemów nie brakuje, a czym zajmuje się Lato w tym czasie? Zaangażował się mianowicie, osobiście w organizację meczu Polska – Zambia, który to miał się odbyć jesienią na jednym z rzeszowskich stadionów. W tym celu przybył w miniony piątek do Rzeszowa wraz z Kręciną i człowiekiem kadry Pleśniewskim, by omówić z władzami miasta i województwa szczegóły tej egzotycznej konfrontacji. Wodzirejem w tym gronie był niejaki Brzostowski, były działacz piłkarski z okresu wczesnego Gierka, który widocznie postanowił na stare lata zaistnieć jeszcze na futbolowej scenie. Problem w tym, że u Brzostowskiego jedyne co się zmieniło przez te minione 40 lat, to etykiety na butelkach. Po prostu „Bałtyckiej” już nie produkują.

Czym zakończyło się to spotkanie na szczycie. Lato obiecał pomoc w organizacji meczu i się zmył po 40 minutach dyskusji. Kręcina z Pleśniewskim doczekali w klubowej salce przy stadionie do godziny odlotu samolotu do Warszawy, po czym pomachali skrzydłami stolicy Podkarpacia.

Trzech panów z piłkarskiej centrali poświęciło dla tej idei swój tak cenny czas. Dzisiaj mówią półoficjalnie, ale mówią, że: – Grzegorz Lato jak to już wcześniej bywało nie potrafił dokładnie wyrazić swoich myśli i stąd ta wpadka.

Po dwóch i pół roku, wreszcie w PZPN-ie zauważyli, że ich guru nie potrafi wyrażać swoich myśli. Choć drugiej strony lepiej późno niż wcale.

Piłkarska Zambia zajmuje 89 miejsce w rankingu FIFA,

a ich reprezentacja na mecz z Polską, którą tak promował Brzostowski ma składać się ponoć w większości z księży misjonarzy. To jakaś paranoja, że Lato z Kręciną osobiście zaangażowali się w omawianie szczegółów takiego spotkania. A gdzie umowa ze Sport Five, przecież to ich chleb. Coś mi się wydaje, że ci panowie już całkowicie stracili zdolność pojmowania rzeczywistości, jeżeli dali się wpuścić w przysłowiowe maliny, jak dzieci, niejakiemu Brzostowskiemu z pięknej podkarpackiej Dębicy.

Jeżeli na rok przed Euro, Polska reprezentacja naprawdę potrzebuje grać dużo i to z dziwnymi zespołami, proponuję jeszcze takie mecze. Polska – Chiny, Polska – Ukraina i Polska – Podkarpacie Oldboys Team. Chińczyków skrzykniemy z polskich placów budów, Ukraińców może podrzucić Brzostowski z dębickiego targowiska, a oldboje też mogą przetestować myśl taktyczną trenera Smudy. A co! Sprawdzić trzeba wszystkich, Adamiaków i biedronkę i stonkę. Czyż nie tak?

Dwie rzeczy

Są dwie rzeczy na świecie, które nie mają końca. Wszechświat i ludzka głupota, z tym że co do tego pierwszego to nie mam pewności – powiedział Albert Einstein.

Potwierdzenie na słuszność tych słów można na co dzień zauważyć w PZPN. Bezmyślność, granicząca z głupotą w polskim związku piłkarskim to norma. Jak inaczej ocenić decyzje Laty i ludzi przez niego powołanych do organizowania spotkań naszej kadry.

Mecze na klepiskach, szatnie w kontenerach, to już zaczyna być standard. Tak się pracuje w PZPN na rzecz kadry narodowej w ciągu ostatnich dwóch lat. Przyzwolenie na to daje Lato, nie wali ręką w stół Piechniczek, nie dziwi to Engela, nie oponuje Smuda, ma to gdzieś Kręcina.

Brygada do tych zadań stworzona przez Latę albo nie czyni nic, albo podejmuje decyzje nawet nie lekkomyślne, lecz wręcz idiotyczne.

Działacze ani z PZPN, ani ze Sport Five np. przed meczem w Kownie nie pofatygowali się sprawdzić warunków gry i treningu na Litwie. Gra na klepisku była jednak powodem do głupawych tłumaczeń wyniku sportowego, a właściwie jego braku.

Francuzi mogli przysłać swoją komisję, by sprawdzić w jakich warunkach przyjdzie się zmierzyć ich reprezentantom w Gdańsku. To jest dobitny przykład francuskiego profesjonalizmu i amatorszczyzny w polskim wydaniu. Cóż Francuzi zobaczyli na gdańskim obiekcie na 20 dni przed meczem. Brak dróg dojazdowych, na trybunach beton, w sercu areny zamiast zielonej murawy kupy brudnego piachu i zadowoloną, aczkolwiek bezmyślną minę Laty.

Kto przy zdrowych zmysłach i z jakich powodów zakontraktował mecz na stadionie, którego nie ma.

W Polsce istnieje – i to nie podobno – system licencyjny. By drużyna dostała zgodę na rozgrywanie meczy musi spełnić szereg wymogów. Jak się to ma do drużyny narodowej?

Jakie wymogi spełnia gdański obiekt wie chyba tylko Lato i ci którzy bez oporu przekonali go decyzji o rozegraniu tam meczu. Głupota karmiła się głupotą i co gorsze karmi się nadal. Kompromitacja najwyższego rzędu.

Jest w Polsce wiele stadionów na których można było spokojnie rozegrać to spotkanie. Z korzyścią dla kibiców, ale przede wszystkim z korzyścią w wymiarze sportowym dla polskiej reprezentacji. Bo to dobro kadry powinno być celem nadrzędnym. Tak się mi wydaje i wiem że mam rację. Inaczej jednak uważa Lato i spóła. Dla nich atmosfera w jakiej podejdą do gry piłkarze nie ma znaczenia.

Wieść gminna niesie, że kolejnym ratownikiem naszej kopanej ma być Włodzimierz Lubański. Jak ten wielki sportowiec i zacny człowiek chce pozmieniać to, co wymaga natychmiastowej poprawy w polskim związku, tego nie wiem. Pan Włodzimierz powinien zdać sobie sprawę, że na darmo będą jego starania, wiedza, kompetencje jeżeli nie zmieni się sposób myślenia zarządzających polską piłką. Obserwując ponad dwuletnią totalną degrengoladę futbolu w naszym kraju coraz bardziej dochodzę do przekonania, że tutaj bardziej potrzebna jest medycyna, niż nowa uczciwa twarz ze świata sportu. Ja będę panu Lubańskiemu kibicował, dla dobra naszej drużyny, decyzję jednak podejmie sam pan Włodek. On zdecyduje czy warto swoją pozycję i swoje nazwisko kłaść na jednej szali, gdy na drugiej leży coś nieskończonego w myśl maksymy światowej sławy fizyka.

Widmo bankructwa

Przed nami kolejne dwa mecze naszej reprezentacji. Mecze, które powinny być świętem futbolu. Świętem, które łączy wszystkich polskich kibiców, bo gra drużyna narodowa, nasza drużyna.

Analizując ostatnie decyzje władz PZPN odnośnie tych spotkań dojść można tylko do jednego wniosku, nie ma atmosfery święta , tylko kolejnych kompromitacji i skandali.

Jak bowiem rozumieć kontraktowanie meczy przygotowujących naszą reprezentację do ME, gdy jeden mecz (z Argentyną) jest typowym spotkaniem z przypadku, drugi (z Francją) ma się odbyć na placu budowy, a nie na stadionie piłkarskim, a na oba spotkania ustalono horrendalnie wysokie ceny biletów.

Sportowa strona tego dwumeczu obnaża całkowitą nieudolność organizacyjną PZPN w dzisiejszym składzie osobowym. W federacji argentyńskiej się śmieją, że chłopaki z ich paszportem zagrają sobie w gałę w Polsce, a ich kasę zasili okrągła sumka w euro. W federacji francuskiej łapią się za głowę, kto i z kim i w co tu pogrywa, bo z futbolem ta gierka ma niewiele wspólnego. Łagodzić sytuację ma ponoć cieszący się nad Sekwaną sporym szacunkiem Włodek Lubański. Dostał dobry pasztecik na początek współpracy.

A skąd pomysł na takie drogie wejściówki z którego się w końcu wycofano. Na ten pomysł wpadli geniusze Lato i Kręcina z kilku powodów

Podstawowym wydaje się być próba ratowania finansów związku. Chęć do uzupełnienia sporych braków w związkowej kasie pieniędzmi pozyskanymi z kieszeni kibiców okazał się silniejszy od zdrowego rozsądku. Może zabrzmi to niewiarygodnie, ale ostatnie doniesienia o niewywiązywaniu się ze swoich płatności przez PZPN musi budzić niepokój.

Powstałe zacięcia finansowe spowodowały spore opóźnienia w przelewach na kadry wojewódzkie dla wszystkich szesnastu związków wojewódzkich. 16 razy 140 tys. należnej dotacji daje całkiem sporą kwotę. Taka zapaść finansowa ma miejsce po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. To groźny sygnał i czerwone światło dla władz związku.

Budżet PZPN to nie jest studnia bez dna. Niewłaściwa polityka finansowa związku doprowadziła do tej sytuacji. Prawdopodobnie blisko sto w większości zbędnych etatów, 50 tys. pensji prezesa, 35 tys. sekretarza. Setki umów zleceń, czynsz, zewnętrzne firmy współpracujące (sic!) czyszczą finanse związku bez litości. Lato im jednak na to pozwala. Jaki budżet mógłby to wytrzymać. Żaden, więc nie dziwi, że po kryzysie w kadrach narodowych, przychodzi kolej na kłopoty reprezentacji wojewódzkich. Trzeba zatem szukać innych rozwiązań mających na celu ratowanie budżetu, choć z pewnością cięcia w wydatkach administracyjnych będą ostatnimi na liście możliwych.

Dobrze że czas płynie nieubłaganie i w związku z tym czas zmian nadchodzi nieuchronnie. Zmian i rozliczeń. Tego Lato do spółki z Kręciną mogą być pewni.

Kibice różnych kategorii

Polski Związek Piłki Nożnej uprzejmie informuje. Takim zdaniem zaczyna się oficjalne pismo PZPN, w którym podano ceny biletów na najbliższe mecze międzypaństwowe naszej kadry. Ceny, których wysokość nie tyle zwala z nóg, ile wywołuje szczery śmiech na ustach potencjalnych nabywców tych wejściówek.

Nie tylko wysokość kwot, ale o dziwo same sformułowania w tym piśmie odstraszają od zakupu tych biletów.

W całym świecie do tej pory na wszelkiego typu imprezy, oferuje się bilety do różnych sektorów i różnicuje ceny ze względu na lepszą, bądź gorszą widoczność na mający się odbyć spektakl, także sportowy.

Geniusze z PZPN postanowili zabłysnąć inną nomenklaturą dystrybuując bilety.

Mniemam, że to podpisany pod pismem Kręcina, mający zapewne akceptację Laty, zdecydował się podzielić na kategorie kibiców.

Kategoria, to rzeczownik z definicji sugerujący – między innymi – jakość od znakomitej po beznadziejną. Widowisko może być którejś tam kategorii, ale cena biletu albo on sam?

Cena może być wyższa, bądź niższa. Ceny nie można klasyfikować, ona ma sama w sobie swoją wartość. Idąc dalej tym tokiem myślenia czym różni się skrawek papieru od innego skrawka papieru, które to skrawki funkcjonują jako bilety na mecz. Czy można – analizując ten przypadek – zadrukowany papier podzielić na jakiekolwiek kategorie. Zdecydowanie nie. Na kategorie zawsze dzielone były miejsca, nie dokument upoważniający do jego zajęcia. Jeżeli tak, to jaki z tego płynie wniosek. Czyżby Lato z Kręciną zaczęli różnicować nabywców? W tym przypadku kibiców. Jeżeli tak to bardzo niegodziwy ruch. Zwykłe chamstwo.

Oto stosowny fragment pisma.

 

…… ustalono ceny biletów na mecze z ……..

 

  1. Polska – Argentyna

Kategoria I – 250 zł

Kategoria II – 190 zł

Kategoria III – 90 zł

 

  1. Polska – Francja

Kategoria I – 240 zł

Kategoria II – 160 zł

Kategoria III – 80 zł

 

Co Lato i Kręcina oferują nabywcom I kategorii, II kategorii i III kategorii.

Konfrontację z reprezentacją Francji oraz reprezentacją „C” Argentyny (nie mylić z kategorią III).

Obaj „działacze” przez malutkie „d” dążą ze wszystkich sił do tego, żeby oba stadiony podczas tych spotkań piłkarskich świeciły pustkami i są bardzo blisko osiągnięcia tego celu. Odpowiedź na pytanie z jakich powodów to czynią, nie powinna obserwatorom polskiej sceny futbolowej sprawić większych trudności.

Moje zdanie poznacie Państwo niebawem.

 

PS.

Do której kategorii można zaliczyć styl rządów Laty i Kręciny. Z pewnością nie lepszej niż siedemdziesiątej pierwszej.

Fundacja im. Kazimierza Górskiego

Fundacja im. Kazimierza Górskiego została założona pod koniec 2007 roku przez wnuczkę Kazimierza Górskiego – Berenikę Górską oraz jego syna – Dariusza Górskiego. Skupia wśród swoich członków wiele znanych osobistości m.in. byłego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Ponieważ trener Górski miał poczucie wielkiej misji, propagował walkę fair play, szacunek dla przeciwnika, wiarę w zwycięstwo oraz polską piłkę nożną, twórcy Fundacji chcieli, aby jego postawy zostały wdrażane poprzez różnego rodzaju działania. Celem Fundacji jest – jak informuje zapis na stronie internetowej – szeroko pojęta działalność w zakresie kultury fizycznej i sportu, w tym m. in. działalność wspomagająca rozwój wspólnot i społeczności lokalnych oraz działania na rzecz integracji europejskiej oraz rozwijania kontaktów i współpracy między społeczeństwami.

Jedną z inicjatyw jest projekt „Kibice w swoim mieście”, który pomyślany został jako akcja mająca przyczynić się do zorganizowania struktur zapewniających właściwą współpracę między Stowarzyszeniami Kibiców, a odpowiednimi władzami i organizacjami. W tym celu w trakcie zaplanowanych w ramach projektu warsztatów jest inicjowany dialog na poziomie kibice – instytucje. Co więcej, podczas ich trwania przedstawiciele stowarzyszeń kibiców zaznajomieni zostaną z mechanizmami działania demokratycznych władz, urzędów i organizacji. Równocześnie warsztaty te wpłynąć powinny na zmianę w postrzeganiu środowiska kibicowskiego dzięki pokazaniu jego zróżnicowania, zdefiniowaniu i prezentacji potrzeb oraz pozytywnych inicjatyw podejmowanych przez jego przedstawicieli. W ramach projektu zostanie również nawiązana współpraca z niemieckimi kibicami i organizacjami, co ma doprowadzić do inspirującej wymiany doświadczeń oraz dostarczenia sprawdzonych wzorców postępowania.

W kontekście ostatnich wydarzeń szczególnie tych w Bydgoszczy taka inicjatywa powinna być dość ważnym elementem w normalizacji zachowań na stadionach i wokół nich.

Na jedno z ostatnich posiedzeń członków fundacji był proszony, nie kto inny tylko Słońce Polskiego Futbolu – Lato. Czy skorzystał z zaproszenia? Oczywiście, że nie. Wygląda na to, że Latę nie interesują inicjatywy, które stawiają sobie za cel minimalizowanie agresji i propagowanie pozytywnych wzorców kibicowania.

Dlaczego Lato nie znalazł czasu, by zaszczycić swoją osobą to spotkanie. Może sam się kiedyś wypowie na ten temat, a na dzisiaj można przypuszczać, że nie znalazł czasu gdyż;

- wypadałoby zabrać głos w dyskusji, a z tym Słońce futbolowej centrali mógłby mieć

znaczny problem,

- udział w spotkaniach fundacji jest bezpłatny,

- na spotkaniach fundacji nie podaje się alkoholu.

Lato pisze do Tuska

szanowny Panie Premierze – tak odręcznym pismem rozpoczął Lato pismo adresowane do premiera RP, rozpoczynając przymiotnikowy zwrot grzecznościowy „szanowny” z małej litery. Nie pojmuję jak mogło do tego dojść. Czy to mania wyższości, czy Lato nie zna zasad pisowni i form grzecznościowych tego się pewnie nie dowiemy, ale takie lekceważenie adresata (każdego, nie tylko przecież premiera) musi być czymś spowodowane. Zostawmy ten problem samemu nadawcy i zajmijmy się treścią pisma.

Czterostronicowy wywód można skwitować krótko, to tekst o wszystkim i niczym. Wymowa pisma nie wnosi do tematu „Poprawa bezpieczeństwa na polskich stadionach” absolutnie nic nowatorskiego. Artykułowanie myśli o zastosowaniu pewnych rozwiązań, które przecież już dawno temu w pewnej formie zostały wprowadzone w odpowiednie ustawy i częściowo w życie jest typową sztuką dla sztuki.

Lato zaczął pismo od przypomnienia brzmienia ustawy Dz.U. z 2009 r. Nr 62, poz.54 ze zm. i na podstawie tej treści w drugim akapicie stwierdza, że PZPN – jako organizator finału PP w Bydgoszczy – wywiązał się z obowiązków, że przeprowadził zgodnie z warunkami, że zabezpieczył wymaganą liczebność, że odmówił tym którym musiał, że wystąpił do Policji. Reasumując wychodzi na to, że organizator (PZPN) nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za incydenty na stadionie Zawiszy.

– Jeżeli tak, to skąd się na stadionie wzięły transparenty o niesportowej treści. Skąd wzięły się race i petardy. Spadły z nieba. Kto za to odpowiada?

Organizator wynajmuje ochronę i ponosi odpowiedzialność za jej działania lub zaniechania. Jeżeli ochrona na bramie dopuściła do wniesienia zakazanych przedmiotów tzn. była niekompetentna lub dysponowała zbyt małymi środkami, by wypełnić rzetelnie swój obowiązek. Wniosek: odpowiada za to organizator, w tym wypadku delegat ds. bezpieczeństwa M. Starczewski i jego przełożony Lato.

– Skąd za bramką podczas wykonywania rzutów karnych wzięli się kibice. Jeżeli już się tam przemieścili, dlaczego nie było w tym momencie żadnej reakcji ze strony organizatora, tylko bramkarz Kotorowski zamiast skupić się na obronie „jedenastki” kątem oka patrzył, czy ze strony kibiców drużyny przeciwnej nie zagraża mu niebezpieczeństwo. To również mogło wypaczyć wynik zwodów. Gdzie wtedy był Starczewski i Lato? Co myśleli? Niech się dzieje co chce? Dlaczego już wtedy organizator nie podjął kroków zgodnych z rozsądkiem i procedurami, tylko Lato wypisuje brednie w liście do premiera.

– Jaką karę poniesie organizator wskutek wulgarnych przyśpiewek kibiców na początku meczu. Wszyscy znamy przykłady karania klubów ligowych kwotami rzędu kilku, kilkunastu tysięcy złotych za odśpiewanie podczas meczu ligowego słynnego „j…ć PZPN”. Co to za prawo i metoda jego stosowania, egzekwowania, gdy za to samo wykroczenie jeden płaci, a drugi nie. Jeżeli PZPN sam na siebie nie nałoży kary finansowej za to zachowanie kibiców (kuriozalne prawda?), to mniemam, że przestanie takie kary nadawać również na kluby, w tym nie ukrywam rzeszowską Stal. Tak na marginesie to poradzę panom Lacie i Kręcinie, że jedyną drogą by kibice przestali skandować ten tekst jest zmiana postrzegania adresatów tej przyśpiewki. Podejrzewam tylko, że dla tych panów to zadanie to jak podróż w kosmos, czyli niewykonalne.

Cieszy mnie jako Polaka, działacza i kibica, że Lato apeluje o podjęcie różnorodnych działań w temacie podniesienia bezpieczeństwa. Cieszy, że Lato zapewnia współpracę i pomoc w tym zakresie. Wiem jednakże, że papier wszystko przyjmie, a działanie Laty skończy się jak zwykle na ładnie brzmiących deklaracjach. Na poparcie tej tezy można dać setki przykładów wziętych z dotychczasowych zachowań nieudolnego prezesa.

 

PS.

Przypominam Lacie, że MILICJI (której nazwy używa w swoich wypowiedziach) nie było już w Polsce w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku, a skończyło się już pierwsze dziesięciolecie XXI wieku. Widocznie zdolność pojmowania świata skończyła się dla Laty ponad 20 lat temu, na co wiele dowodów przynosi każdy kolejny nadchodzący dzień.

400 dni do Euro

Do Euro pozostało jakieś 400 dni. Dużo jak się chce przykręcić krzese łka na stadionie. Mało jak się chce zbudować drużynę, która ma zrobić w turnieju europejskim wynik. Dobry wynik.

Po kilkunastu miesiącach pracy Smudy, można stwierdzić z pełną stanowczością, że reprezentacja jest w proszku. Oranżada na przykład też jest w proszku. Niby jest dobra, niby można ją zjeść, ale pragnienia się tym nie zagasi. Tak samo jest z piłką. Czy wina leży tylko po stronie trenera. Z pewnością nie, ale i Smudzie można wiele rzeczy zarzucić. Brak jakiejkolwiek koncepcji, chaotyczne działania, brak spójności czynu ze słowem. Dziwne decyzje graniczące z lekceważeniem obowiązków, czego przykładem jest ostatni wojaż z Latą i Kręciną po Kanadzie. Pytanie, czy warsztat Smudy jest wystarczająco dobry, gdy chodzi o reprezentację krajową zostawiam na dzień dzisiejszy otwarte. Głosy są różne i mają swoje twarde podstawy. Samą gestykulacją czy teatrem przy linii, meczu się nie wygra.

Broni Franza jakikolwiek brak wsparcia ze strony PZPN. Samo gadanie Laty w stylu:

Powiem panu szczerze, ja we Franza wierzę – to chyba trochę za mało.

Bez odpowiedzi pozostanie pytanie, jak potoczyłyby się losy reprezentacji, gdyby Smuda miał do dyspozycji pomoc organizacyjną taką jak Engel, Janas czy Benhakker. Tylko o tym Smuda powinien mówić głośno już dziś, a nie po przegranym Euro. Po Euro to już będzie za późno. Jeżeli milczy to znaczy, że jest zadowolony ze współpracy i pomocy związku, a to oznacza, że całą odpowiedzialność bierze na siebie. Według mnie to masochistyczna postawa. Namawiam pana trenera do zwierzeń już dzisiaj, bo inaczej cała wina skupi się na pana osobie.

Co Smuda dostał od związku? Dużą pensję, dres i gwizdek.

Losowanie miejsca rozgrywania Euro odbyło się trzy lata temu. Teoretycznie cała Europa powinna walić drzwiami i oknami, by grać mecze w Polsce i na Ukrainie. Praktyka pokazuje coś zupełnie innego. Znalezienie rywala z Europy graniczy z cudem. Nikomu nie jest po drodze z nami grać, a temu co już się zgodzi musimy płacić, zamiast samemu dyktować warunki jako gospodarz Euro i jeszcze na tym zarabiać. Tak wygląda postrzeganie polskiej piłki pod karykaturalnymi rządami Laty i Kręciny. Poza tym kto się będzie palił do gry z drużyną zajmująca 71 miejsce w rankingu FIFA. Brak przeciwnika na miesiąc przed planowanym spotkaniem, szukanie chętnych z łapanki, to też przykład totalnej amatorszczyzny i nieodpowiedzialności. Do tego należy dodać brak jakiejkolwiek współpracy na linii trener – Sport Five. Ale to Lato samowolnie bez zgody zarządu podpisał na dziwnych warunkach umowę z firmą, którą odpowiada za te sprawy.

Mecze przed mistrzostwami Europy z WKS, czy drugim składem Litwy nie pomagają Smudzie w pracy. Co możemy zyskać szkoleniowo przed Euro, grając z trzecim garniturem Argentyny? Myślę, że niewiele. Proponuję nawet małą zabawę. Porównajmy skład naszej reprezentacji z 5 czerwca z tym, który wybiegnie na pierwsze spotkanie podczas Euro. Ciekawe czy powtórzy się chociaż sześć nazwisk w podstawowym składzie. Pada też kwota 1 miliona Euro, którą trzeba będzie zapłacić argentyńskiej federacji pomimo, że np. Messi będzie w tym czasie łowił ryby na Bora Bora.

Na poziomie reprezentacji plan szkoleniowy, kalendarz gier, rywale powinni być znani przynajmniej na rok z wyprzedzeniem. Tak się pracuje w szanujących się klubach Europy i świata, o reprezentacjach już nawet nie wspominając.

Jaki gospodarz, takie gospodarstwo. Nasze futbolowe gospodarstwo chyli się ku ruinie.