Ja jako zwierzę homo sapiens lubię żyć w stadzie

Taką maksymę, kolejny raz się ośmieszając, wypowiedział o sobie Lato w reportażu „Lato na Wielkanoc”, którym uraczyła nas niedawno telewizja nsport za przyczyną redaktora Gabriela Waliszki.

Krótko mówiąc doskonały, obiektywnie zrobiony materiał, rysujący dość wiernie postać pana Lato w różnych etapach jego życia.

Etap pierwszy: zawodnik.

Tu wszyscy wypowiadający się byli zgodni. Lato był piłkarzem wielkiego formatu. Zdanie to podzielał nawet Jan Tomaszewski dzisiejszy wielki adwersarz małego prezesa. I ja również tak twierdzę. Nie zmieniają tej opinii nawet fakty, że lenistwo na treningach i jak twierdzą koledzy Laty z szatni (tym razem w wywiadach prasowych m.in. Zygmunt Kukla), brak elementarnej higieny osobistej po meczach czy treningach był dla tego piłkarza na tyle charakterystyczny, że zapadł wielu z nich w pamięci. Ciekawostką również jest to, co sam Lato o sobie samym odpowiedział na pytanie red. Zydorowicza jak to się dzieje, że tak łatwo zdobywa bramki. – Zamykam oczy i strzelam – padła odpowiedź.

Etap drugi: trener

Tu miłe chwile dla ówczesnego szkoleniowca, a obecnego nielegalnie działającego prezesa PZPN się kończą. Reportaż wyemitowany w nsport potwierdził tylko opinie innych źródeł, że sukcesy Laty w piłce skończyły się definitywnie z podjęciem decyzji o zakończeniu gry.

Kilka przykładów. Duet trenerski Białek – Lato to duet tylko z nazwy. To Białek w Olimpii odwalał całą robotę. Lato służył za wątpliwy ornament w tym duecie trenerskim. Świadczą o tym również wspomnienia Piotrka Soczyńskiego zamieszczone w magazynie Futbol: – W drugiej lidze w Olimpii doszedłem do siebie. Zrobiliśmy awans przy Lacie. On niby był trenerem, ale nas nie trenował. Tylko Białek. Lato był od tworzenia atmosfery. I to naprawdę potrafił robić. Jak ścisnął rękę, to gwiazdy w oczach stawały. Godzinę przed treningiem już w szatni był. Młody „Szymek” kawę mu parzył. Kto się spóźnił, to musiał mleko do kawy kupić. Muzyczka leciała z magnetofonu. „Szymek, zrób tu kawę dla wszystkich” – zarządzał. Lato kitem jechał. Ale kit też jest ważny. Trzeba to umieć. Szło nam. Wszystko wygrywaliśmy. Podpórkę mieliśmy u sędziów. Ale kto jej nie miał? Z pierwszego miejsca weszliśmy.

Szybko poznano się klasie trenerskiej Laty w Widzewie. Zdany na własne trenerskie siły, Lato wytrzymał półtora miesiąca i grzecznie mu podziękowano za pracę.

Maciek Terlecki politycznie określa sposób przekazywania założeń taktycznych przez „trenera” Lato za ….. wstrzemięźliwy.

Ten sam zawodnik przypomina kuriozalne treningi w których brali udział również inni uznani piłkarze tacy jak Citko czy Siadaczka, a które kończyły się pogaduchami na środku boiska i zejściem do szatni.

Znamienną opinię wypowiada trener Książek. Ten doskonały fachowiec twierdzi i słusznie, że: – Lato miał wielu wspaniałych trenerów. Od żadnego z nich się nic nie nauczył. Nie ma sensu komentować tak jednoznacznej wypowiedzi, tak wspaniałego szkoleniowca o swym byłym podopiecznym.

Etap trzeci: polityk

Rzetelność dziennikarska red. Waliszko sprawiła, że znalazł jedną, jedyną osobę, która o tym okresie „działalności” Laty pozwoliła sobie wypowiedzieć pochlebne zdanie. To ponoć płatny doradca Laty z Mielca Marek Paprocki. Jaką ten pojedynczy głos ma wiarygodność, gdy przeciwstawimy go wynikowi wyborczemu Laty podczas wyborów do senatu na drugą kadencję? Żadną. Zerową. Ludzie nie są ślepi. Po czterech latach bujania się senatora Lato na salonach, czar nazwiska prysł. Elektorat pokazał mu jego miejsce w szyku. Lato w kolejnych wyborach przepadł z kretesem, a Paprocki wypowiadając pewne zdania zwyczajnie się ośmiesza, ale to już jest jego prywatna sprawa.

Etap czwarty: działacz piłkarski – prezes PZPN

Najciekawszy fragment reportażu. Jak jest każdy wie. Jak jest każdy widzi. Czy inteligentni ludzie mogą siebie robić głupków przed kamerą i mówić coś wbrew faktom.

Kolega Laty z boiska Karaś pytany na tę okoliczność tylko się uśmiechał. Szarmach i Globisz w ogóle odmówili wypowiedzi. To też wiele mówiąca postawa.

Rzecznik Olejkowska określiła Latę jako byłe niezłe „ciacho”, a obecnie perspektywicznie myślącego prezesa. Ta perspektywa w myśleniu polegała chyba na podpisaniu kompromitującej dla związku umowy ze Sport Five sięgającej sześć lat poza jego kadencję. Innych przykładów na opinię Olejkowskiej oprócz jej samej nikt nie zna.

Kolejny kuriozalny przykład pokazujący Latę w pełnej krasie. Prywatna szkoła sportowa w Mielcu im. Grzegorza Lato. Współwłaściciel trener Hariasz na pytanie red. Waliszko jak Lato pomaga mieleckiej szkole sportowej swego imienia, przytaczał przykłady jakichś tam spotkań z młodzieżą, czy coś w tym stylu. Kolejni rozmówcy czyli uczniowie – zawodnicy tej szkoły stwierdzili do kamery, że Laty w życiu na oczy nie widzieli.

Sam Lato indagowany przez redaktora na tę okoliczność powiedział, że kupuje jakieś tam buty, jakieś tam stroje. Nie wspominał o tym Hariasz, czyli Lato kłamał tak jak mylił się z prawdą Hariasz, gdyż jego słów nie potwierdzili uczniowie.

Proste pytanie – trzy przeczące sobie odpowiedzi.

To tylko namiastka tego jak funkcjonuje Lato i jego najbliższe otoczenie. Nie inaczej jest w PZPN. Nie można być trochę prawdomównym. Nie można być trochę uczciwym. Nie można być trochę etycznym. Albo się jest, albo nie. W przypadku Laty odpowiedź dał nam telewizyjny reportaż.

Oj udało się redaktorowi Waliszko „Lato na Wielkanoc”. Przypomnę tylko, że dzięki bohaterowi tego reportażu polski futbol ma śmigus-dyngus dzień po dniu już ponad dwa i pół roku.

Wywiad

Na początku maja ukaże się wywiad którego udzieliłem dla miesięcznika Futbol. Tytuł roboczy tego tekstu brzmi „Bez przebaczenia”. Wszystkich zainteresowanych problematyką piłkarską i prawdą o obecnym PZPN zapraszam do lektury.

Blamaż sportowy

Kilka dni temu podsumowałem blamaż sportowy naszej reprezentacji futsalu podczas turnieju eliminacyjnego do Mistrzostw Europy.

Dzisiaj parę słów o tym, jak to PZPN współpracował z mediami.

Kiedy kilka miesięcy temu funkcję rzecznika prasowego związku objęła Agnieszka Olejkowska, wydawało się, że będzie to najjaśniejszy punkt ten organizacji. Taki kwiatek przy kożuchu. Co odważniejsi już tytułowali panią rzecznik mianem „First Lady” naszej kopanej. Osobiście myślałem sobie skrycie w duchu, że przy pani rzecznik jej pryncypał Lato zyska chociażby na towarzyskiej ogładzie, bo nabranie umiejętności płynnego czytania tekstu z kartki raczej nie wchodzi w rachubę. Niestety. Zauroczona prezesem Agnieszka Olejkowska zamiast wykonać pracę u podstaw, sama zeszła pod strzechy w najgorszym tego słowa znaczeniu. Pomimo, że nie wykazuje się jakimkolwiek talentem organizacyjnym, stała się na dodatek butna, co sprawiło, że jej dobry wizerunek przyznany trochę na wyrost uległ całkowitej degradacji.

Nie chcąc tworzyć mitów, wymyślać rzeczy niestworzonych, posłużę się zatem fragmentami relacji jednego z bielskich dziennikarzy, który na własnej skórze odczuł uroki współpracy z biurem prasowym PZPN podczas turnieju futsalowgo w Bielsku-Białej.

Przychanki PZPN-u z mediami zaczęły się kilkanaście dni przed turniejem. Jedyną drogą do uzyskania akredytacji było wypełnienie wniosków na stronie internetowej PZPN-u. Niestety system rejestracji wniosków był wadliwy, przez co sporo redakcji miało problemy z ta procedurą. Z tego co wiem, słowa przepraszam nikt z tego powodu nie usłyszał.

Dziennikarze starali się o akredytacje, gdyż upoważnia ona do udziału w konferencji prasowej i umożliwia wejście do tzw. strefy mieszanej. Uprzedzając fakty wyjaśniam, że przez strefę mieszaną wbrew zapewnieniom pracownika biura prasowego nie przeszedł ani jeden zawodnik. Nie odbyła się też podczas całego turnieju ani jedna konferencja prasowa. Brawo panie Hendrzak, brawo pani rzecznik. Ale o czym mówić na konferencjach, jak się w kompromitującym stylu remisuje i przegrywa zawody.

Zgodnie z instrukcją, dziennikarze swoje akredytacje mieli odbierać w kasach, niestety osoby odpowiedzialnej za wydawanie dziennikarskich wejściówek nie było. Dziennikarz od jednego z ochroniarzy usłyszał: – Może jest gdzieś na hali. To taka czarna, dość ładna dziewczyna.

Po kilkunastominutowych poszukiwaniach udało mu się spotkać tę, która opuściła swoje stanowisko pracy, wejściówkę pobrał, ale kamizelki z napisem „foto” już nie.

Na zwróconą uwagę usłyszał: -Niech pan wyśle maila do pani rzecznik PZPN-u Agnieszki Olejkowskiej. Może coś się na jutro znajdzie, bo skoro nie ma pana na liście foto, to ja kamizelki panu dać nie mogę. Po czym dodała: - Poza tym na mecze przychodzi się wcześniej, niż 15 minut przed rozpoczęciem.

Dziennikarza wmurowało, ale jak wiem nie polemizował, bo i z kim.

Ponieważ jednak bezczelność tej pani nie dawała mu spokoju, skonfrontował jej pracę z przedstawicielami innych mediów i usłyszał, że:

– dziennikarz, który przyszedł na halę godzinę przed meczem, też nie umiał znaleźć osoby odpowiedzialnej za dystrybucję akredytacji, a jak mu się to udało, to ta sama pani powiedziała mu, że jest …. za wcześnie,

– dziennikarzom, którzy spóźnili się na mecz akredytacji nie wydano wcale, bo na mecze zdaniem wszechwiedzących pracowników PZPN-u, spóźniać się nie wolno.

Dziennikarze doszli do wniosku, że widocznie standardy w PZPN są takie, że na mecz należy przychodzić wtedy, gdy pani rozdającej akredytacje chce się pracować, albo zostaje liczyć na szczęście.

Tego zdania jest wielu z obsługujących te zawody, a na pewno tego, który prosząc panią rzecznik Olejkowską o wejściówkę foto został zmierzony wzrokiem i zrugany – jak to opisuje – słysząc opryskliwe: – Nie zaznaczył pan, że foto też ma być. Poza tym ja pana nie znam, nie wiem nawet czy jest pan dziennikarzem.

Dla Olejkowskiej w tym momencie nieważne było, że:

– w formularzu rejestracyjnym nie było rozróżnienia o jaką akredytację można się starać,

– dziennikarz oprócz akredytacji zawieszonej na szyi dysponował również legitymacją prasową.

Dzień drugi przyniósł nadzieje na unormalizowanie stosunków na linii PZPN – prasa. Bez względu na porę przybycia wydano kamizelki foto, a innych punktów zapalnych nie było, być może dlatego iż przedstawiciele mediów o nic pracowników PZPN nie prosili.

O tym, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca przekonali się dziennikarze dnia trzeciego. Znów był (o dziwo) problem z akredytacjami „foto”, bez których nie można się było znaleźć blisko boiska.

Na zakończenie dziennikarze dowiedzieli się, że całe to zamieszanie to ich wina. Z ust pani Olejkowskiej usłyszeli: – Traktujemy was, tak jak wy traktujecie nas. Jeśli z waszej strony jest wszystko w porządku, to my też jesteśmy w porządku. Słysząc takie oskarżenie nikt za bardzo nie wiedział co takiego złego uczynili pani rzecznik. Wszyscy razem i każdy z osobna.

Po przegranym meczu z Portugalią, sfrustrowana Olejkowska, bąknęła podobno coś w eter, że nie interesuje ją to, co media napiszą o PZPN-ie, ale tak źle jak z bielskimi dziennikarzami nie pracowało się jej jeszcze z nikim.

Jak może etatową rzecznik prasową, opłacaną z pzpn-owskiej kasy nie obchodzić co się pisze o związku, tego nie rozumiem. Wizerunek związku to przecież wizerunek działaczy tworzących ten związek. Także mój.

To, że pryncypał Olejkowskiej, Lato zachowuje się często stosunkowo prymitywnie może nie dziwi, ale że wykształcona pani rzecznik przyjęła buńczuczną postawę tam, gdzie powinna przyjąć postawę służebną musi zastanawiać. Ale cóż. Z kim przystajesz takim się stajesz. Zachowanie pani Olejkowskiej w Bielsku (i nie tylko) potwierdza, że powiedzenie „odlazły strupki od dupki” nic nie straciło na swym znaczeniu, a nawet ma swój głębszy sens.

Instytucja prokuratora związkowego

Kilkanaście miesięcy temu została w PZPN powołana instytucja prokuratora związkowego. Powyższe stało się potrzebą chwili. Rozmiary korupcji w polskiej piłce przybrały niebotyczne rozmiary. Uczestniczyli w tym procederze sędziowie, obserwatorzy, trenerzy, zawodnicy i działacze. Pomimo ogromnej skali tego zjawiska środowisko z nadzieją patrzyło na pierwsze ruchy prokuratora Petkowicza, bo to jemu w udziale przypadł zaszczyt pierwszego sprawiedliwego związku piłkarskiego. Środowisko patrzyło, czekało i coraz mniej rozumiało cóż się takiego dzieje, że przykłady korupcji, coraz inne i nowe wychodzą na światło dzienne, a wektor działań prokuratora Petkowicza jakby odwrotny wskazywał kierunek. W końcu nadszedł czas, że Petkowiczowi oficjalnie zaczęto zarzucać, że swoje obowiązki wykonuje z niezwykle niebezpieczną dla tego zjawiska opieszałością. Dlaczego tak się działo? Co było tego przyczyną? Różnych rzeczy mogłem się spodziewać, ale nie tego, że odpowiedź na te pytania padnie z ust samego Petkowicza. Kilka dni temu w kontekście sprawy Zagłębie-Cracovia Petkowicz wyartykułował powody swojej kilkunastomiesięcznej niegodnej tej funkcji postawy. Zdanie wypowiedziane przez niego 13 kwietnia wyjaśnia wszystko, a brzmiało ono tak: – Dostałem zielone światło od władz PZPN.

Podsumujmy. Po kilkunastu miesiącach swojego powołania niezależny z mocy nadania prokurator związkowy dostał zielone światło od władz PZPN, by mógł wykonywać swoje obowiązki.

Podchodząc do tej wypowiedzi zgodnie z zasadami logiki prokurator Petkowicz miał czerwone światło (czytaj: zakaz) szybkiego reagowania na sprawy leżące w jego kompetencjach. Kogo na myśli miał Petkowicz używając sformułowania „władze PZPN”. Myślę, że personalia osób wpływających na zachowania służbowe prokuratora związkowego powinny zostać jak najszybciej podane do publicznej wiadomości. Sam Petkowicz natomiast, jeżeli jest tak podatny na sugestie „władz PZPN” odnośnie wykonywania zadań leżących w jego gestii powinien zrezygnować z tej funkcji dla dobra związku i dla dobra swojego imienia. Nie można bowiem służyć dwóm panom stojącym na różnych brzegach rzeki. Nie można służyć dwóm rzeczom, które się wzajemnie wykluczają. Można być służącym nielegalnie działającego Laty przedstawiciela władz PZPN albo prezentować uczciwość i etykę w sporcie. Petkowicz na swoje nieszczęście dokonał chyba złego wyboru w dniu swojego powołania.

Andrzej Bińkowski – gwiazda biznesu

Pisałem niedawno o nowo starej gwieździe biznesu, czynionym na budżecie PZPN – Andrzeju Bińkowskim. O jego licznych dochodach z weryfikacji, o profitach ze szkoleń gdzie robi za eksperta od spikerki i obsługi stadionowej, o wynagrodzeniach za nieporównywalnie liczne z kimkolwiek innym obserwacje. O niebotycznych rachunkach hotelowych. Dla mnie Bińkowski to taka huba na drzewie matce. Niby ładnie wygląda, a soki z drzewa spija i nie wolno jej ruszyć, bo jest pod ochroną. Tak właśnie postrzegam relacje na linii Polski Związek Piłki Nożnej, a kolega działacz Bińkowski.

Wspomniany działacz wie ile zawdzięcza tym, którzy przymykają oczy na jego poczynania. Nie chcę już wracać do wydarzeń, gdy swoją wierność dokumentował heroicznym czynem zrywania wrogich transparentów w biały dzień pod Sheratonem oraz z jakim zapałem angażował się w neutralizowanie pochodów, rozżalonych działalnością związku piłkarskiego kibiców. Ostatnio bohatersko wziął na swoją pierś zarzuty kierowane pod adresem niejakiego Grzegorza Reka, który był wyznaczony na obserwację meczu Widzew – Ruch, ale z niewiadomych przyczyn na stadion nie przybył. Sprawy by nie było, gdyby sędzia spotkania Borski bez zarzutu wywiązał się ze swoich obowiązków. Ponieważ pokazanie drugiej żółtej kartki, a w konsekwencji czerwonej piłkarzowi Grzybowi było mocno naciąganym werdyktem zrobiła się afera. Nie będę się rozwodził na temat sędziowania, słuszności czy jej braku podczas ocen sytuacji na boisku. Intrygująca wydaje mi się postawa przewodniczącego wydziału ds. bezpieczeństwa, który tłumaczył się idiotycznie panu Eksztajnowi z faktu, że wcześniej nie poinformował kompetentnych osób o braku obserwatora na tym spotkaniu. Tłumaczenie się natłokiem pracy jest w rzeczy samej po prostu infantylne, by nie rzec prymitywne. Zresztą jaki działacz, takie tłumaczenie.

Mało tego. Postawa jaką przyjął przejęty rolą Bińkowski przed dziennikarzem PS, kwalifikuje go chyba do uhonorowania, postawieniem jego popiersia obok windy na korytarzu w siedzibie związku. Gdy stwierdzenie, że delegat nie dojechał, zostało uznane przez dziennikarza za niewiarygodne Bińkowski zasugerował, by jego uznać za winnego całego zajścia. To wyglądało na postawę wiernego żołnierza. To wyglądało na wręcz heroiczną postawę. Czy była to jednak postawa bezinteresowna? Znając Bińkowskiego jestem pewien, że nie.

Biznes wydziału bezpieczeństwa

Dwóch panów Mirosław Starczewski i Andrzej Bińkowski, jak ćwierkają wróbelki, mają po dwa trzy mecze w tygodniu, a inni mniej lubiani, ci z mniejszą siłą przebicia muszą się zadowolić resztkami z pańskiego (czytaj: Laty, Bińkowskiego, Starczewskiego) stołu.

Reszta dostaje na osłodę po pięć, sześć obserwacji w całym sezonie. Wymieniony duecik nie dość, że leci żywcem na ilość to jeszcze wybiera sobie mecze w niezbyt odległych miastach, by przypadkiem nie narazić się na zbędne trudy podróży i dodatkowe koszty. Skąd tyle chęci w obu panach do takich poświęceń, do zarywania swojego wolnego czasu. Odpowiedź może być tylko jedna. Kasa, szmal. Nasz bohater z Mielca, Bińkowski jadąc do domu zahacza jeszcze czasem o Kielce czy Kraków, by dorzucić kilkaset złotych do puli którą czerpie z PZPN. Dodatkowe profity Bińkowskiego to noclegi w Sheratonie na koszt stowarzyszenia.

Ponieważ chytremu ciągle mało stworzyli sobie grupy szkoleniowe, które mają na celu szkolić spikerów. Każdy z wykładowców, również Bińkowski czy pan Góra biorą po 1800 zł za wykłady. Nie należy również zapominać, że dostają zwrot kosztów za przejazdy i hotele. Biznes się kręci. Jakie uprawnienia ma Bińkowski do szkolenia spikerów tego nie wiem. Dykcję z tego co pamiętam ma nie najlepszą, poszanowanie wśród kibiców żadne, chyba że wykłada jak zrywać transparenty z płotu, bo w tej dziedzinie jest wyjątkowo dobry. Ma nawet praktykę, którą nabywał zrywając w biały dzień transparent wywieszony przez wrogie Lacie siły pod hotelem Sheraton.

Kolejna działalność dająca niezłe profity Bińkowskiemu i Starczewskiemu to szkolenie stewardów. To kolejna niezła kasa. I znowu pojawia się niewiadoma czego mogą na takim szkoleniu nauczyć ci dwaj panowie. Bińkowski kiedyś w rozmowie z dziennikarzem chwalił się swoją wiedzą na temat obowiązków stewarda podczas imprezy sportowej. Czytając tą wypowiedź mam prawo sądzić, że Bińkowski bierze kasę za naukę ukłonów i uśmiechów, bo o niczym innym nie wspominał. Jeżeli wiedza Starczewskigo na te tematy jest tożsama z wiedzą kolegi, będziemy mieć faktycznie uśmiechnięte i zgięte w pół służby stadionowe.

Całości dopełnia „etatowa działalność” działacza Bińkowskiego, który jeździ po Polsce i weryfikuje stadiony. Częstokroć pojawia się na tym samym po dwa, trzy razy odwlekając swoje decyzje z błahych powodów. To bramka nie pomalowana, to kłódka nie zawieszona, to …. . Rosną koszty weryfikacji, rosną dochody działacza Bińkowskiego i jeszcze jedna rzecz rośnie. Niezadowolenie z tego stanu rzeczy wśród ludzi w PZPN-ie, którzy na to patrzą. Z tego nasuwa się wniosek, że czas zweryfikowania tym razem postaw panów Bińkowskiego i Starczewskiego nadchodzi. I to wielkimi krokami.

Wesołych Świąt

Wszystkim ludziom sportu, a szczególnie tym, którym dobro futbolu leży na sercu życzę: zdrowych, pogodnych Świąt Wielkanocnych pełnych wiary, nadziei i miłości, oraz radosnego ,wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w gronie rodziny i wśród przyjaciół.

Degradacja futbolu trwa od kilku lat

Naprawy tego stanu rzeczy trwają za pośrednictwem …… prokuratury wrocławskiej. Niestety. Działania prokuratury to tylko jeden z elementów całości. Tak długo oczekiwanej naprawy kompleksowej nie możemy się doczekać. Należy z przykrością stwierdzić, że to prokuratura wpływa na kształtowanie wizerunku piłki i PZPN-u. Normą powinno być, że związek kreuje rozwój piłkarstwa, a organy ścigania tylko dbają o przestrzeganie porządku prawnego. W Polsce niestety mamy do czynienia z dziwnym zjawiskiem. Ze strony związku nie widać ŻADNYCH pomysłów, a tym bardziej działań ukierunkowanych na zmiany w szkoleniu, poprawie organizacji, gospodarności. Związek jest całkowicie bierny i bezradny bezsilnością swych czołowych działaczy. Proporcje mamy takie, że gdyby Lato i jego najbliżsi współpracownicy w swoich zadaniach statutowych wykazali choćby dziesiątą część aktywności prokuratury, polski futbol byłby potęgą.

Jak ma być dobrze, kiedy PZPN nie reaguje na fakty sfałszowania wyborów w piłkarskich związkach wojewódzkich (zachodniopomorskie, warmińsko-mazurskie). Jak ma być dobrze kiedy bieżąca działalność związku stoi w jawnej sprzeczności z zapisami statutu nie mówiąc już o tzw. dobrych obyczajach. Kolejnym elementem tej układanki jest fakt, że tych niezgodnych z prawem działań nie zauważa minister Giersz, ani jego rządowi przełożeni.

W akcji działań antykorupcyjnych zarzuty otrzymało już ponad 150 osób. Sędziowie, obserwatorzy, trenerzy, zawodnicy i działacze. Co napawa dreszczem, to jeszcze nie koniec. Większość spraw ma charakter rozwojowy. Pojawiają się ciągle nowe wątki. Ponieważ skala tego zjawiska już dawno już przekroczyła wszelkie granice ludzkiej wyobraźni,

musi a przynajmniej powinna wywołać reakcje na najwyższych szczeblach administracji państwowej. Według wiedzy jednego z dziennikarzy sportowych stacji TVN wątki kilkunastu postępowań zaczynają obejmować również prominentnych działaczy Polskiego Związku Piłki Nożnej. Pokątnie padają już pierwsze nazwiska. Jeżeli materiał dowodowy zostanie skompletowany, premier Tusk musi się liczyć z faktem, że CBA wkroczy np. na trybunę honorową podczas meczu inaugurującego ME i wyprowadzi w kajdankach kilku panów z piłkarskiej centrali. Czy dojdzie do takiego scenariusza, czy odpowiednie kroki zastaną wcześniej podjęte, tego nie wiem.

Zbliżają się kolejne wybory do sejmu i senatu. Pośrednio kształtował się będzie nowy rząd. Okres kampanii wyborczej to okres licznych obietnic, które w większości kończą swój żywot na wersjach słownych. Jestem więcej niż pewien, że gro z nich również dotyczyć będzie piłki nożnej. Popularność futbolu jest tak duża, że nie wolno marginalizować jego znaczenia. Na pytanie czy słowa przemienią się w czyn musimy jeszcze poczekać.

Wrocławska prokuratura swoją pracę wykona do końca. Środowisko zrobi porządek z panem Lato i jemu podobnymi. Czy Tusk zbije swój polityczny kapitał pomagając pośrednio naszej dyscyplinie trudno dziś powiedzieć. Gierszowi brakuje odwagi. Czy wystarczy jej Tuskowi przekonamy się już niebawem.

Ponowna prośba o umorzenie

 

Rzeszów, dn. 29 marca 2011 r.

Przewodniczący

Związkowego Trybunału Piłkarskiego

Polskiego Związku Piłki Nożnej

Pan Krzysztof Malinowski

Szanowny Panie Przewodniczący!

 

Pragnę ponowić moją prośbę skierowaną do Związkowego Trybunału Piłkarskiego o umorzenie nie wiedzieć czemu nałożonej na mnie przez Wydział Dyscypliny kary finansowej w wysokości 1500 zł, w dniu 15.04.2010 r., a także odstąpienie od opłaty wymaganej przy przedmiotowym odwołaniu.

Panie Przewodniczący, musi Pan się określić, czy stoi Pan po stronie ujawnianych przeze mnie prawdziwych faktów i zdarzeń, czy po stronie stronniczych orzeczeń Wydziału Dyscypliny, którego członkowie są opłacani przez prezesa PZPN Grzegorza Lato. W kraju gdzie wolność słowa jest przywilejem, karać mnie za mówienie prawdy o działalności Laty, a na dodatek pakować w dodatkowe koszty, bym jako niewinny musiał udowadniać swoją niewinność to absurd.

Wystarczy poczytać prasę, by nabrać pewności kto w tym sporze ma rację. Ja, czy Lato i wykonujący ślepo jego polecenia Wydział Dyscypliny.

Obiektywizm i odwaga, to przymioty, którymi powinien się Pan teraz wykazać, inaczej dołączy Pan z pozostałymi członkami Trybunału do grona tych, którzy udając ślepotę przyjmują w ramach swoich obowiązków postawę wręcz służebną. Świadczy o tym fakt, iż Przewodniczący WD przez kilkanaście miesięcy nie podjął proceduralnych kroków w sprawie kilku wniosków dotyczących łamania statutu PZPN przez jego prezesa.

Wprawdzie, pisałem w tej sprawie pismo do Sekretarza Generalnego, ale dowiedziałem się, że Sekretarz Generalny nie ma kompetencji prawnych w tym temacie. Tak na marginesie dodam, że to pierwszy przypadek w historii wykładni prawnych Andrzeja Wacha, że stwierdził brak kompetencji dla Zdzisława Kręciny, bo w pozostałych innych sprawach dotyczących PZPN Zdzisław Kręcina praktycznie wg. A. Wacha zajmuje tzw. drugie miejsce „po Bogu”. Tu o dziwo jest bezradny.

Jeżeli Lato czuje się obrażony moimi wypowiedziami, może dochodzić swoich praw np. w sądzie cywilnym, lecz tego nie czyni z wiadomych powodów.

Wierzę, iż niezależny finansowo od prezesa PZPN Związkowy Trybunał Piłkarski wykaże się odwagą i potwierdzi swoim postanowieniem słuszność mojej walki z patologiami w Polskim Związku Piłki Nożnej (jak kiedyś Lato powiedział do jednego z delegatów, który zadał mu konkretne pytanie : – Odejdź człowieku).

Ze sportowym pozdrowieniem

ufny w sprawiedliwą ocenę ludzkich postępowań

 

Kazimierz Greń

Hendrzak – show

Po ostatnich blamażach z udziałem reprezentacji Polski nie miałem złudzeń, że nikt nie zamierza dokonać w funkcjonowaniu „futsalu” jakichkolwiek zamian. Nawet kosmetycznych, czyli takich dla pozoru.

Przypomnę, że w eliminacjach do ME rozegranych w Bielsku, Polska startowała do eliminacji z trzeciego koszyka. Nie wywalczyliśmy awansu choć jedenaście zespołów kwalifikowało się do Mistrzostw Europy. Awans wywalczyli zwycięzcy grup oraz pięć najlepszych (z sześciu grup) zespołów z drugiego miejsca. Polskiej reprezentacji nawet na taki wynik nie było stać. To jeden najgorszych występów naszych futsalowców w historii tej dyscypliny w Polsce.

W wydziale, gdzie powinno nastąpić trzęsienie ziemi nikt nie został odsunięty ani odwołany. Utrzymał posadkę trener Bartosek i oczywiście Hendrzak. Trener z takimi wynikami dawno powinien zostać odsunięty. Przewodniczący tym bardziej. Potwierdziło się powiedzenie jaki pan taki kram, czyli jaki Grzesio taki Andrzej.

Kompromitacja goni kompromitację, a co na to w związku. Hendrzak zapakował Bartoska do busa i pojechali z drużyną na wycieczkę do Macedonii.

W nagrodę. By im się tam końca nie nudziło pograli sobie tak ze dwa razy w piłkę, żeby ktoś nie powiedział, iż byli na wczasach po gruszą. Skąd taki wybór tej eskapady. Przecież ten wyjazd nie mógł mieć nic wspólnego z planem szkoleniowym. Ponieważ kolejne mecze eliminacyjne będą dopiero za półtora roku, myślę że kierunek eskapady wybrał Hendrzak, który po prostu jeszcze w Macedonii nigdy nie był.

A może po napisaniu kilku raportów z Ukrainy dla spec komórek w Polsce, pojechał dorobić na kolejnych opracowaniach, o sytuacji społeczno politycznej i nastrojach panujących tym razem na macedońskiej ziemi. Tylko co to ma wspólnego z PZPN-em, futsalem i Latą. A może ma.