2011

Szczęśliwego Nowego Roku! urozmaiconego i kolorowego, a w nim: bieli zimą śnieżną i niezbyt mroźną, wiosną kwietnych kobierców w ogrodach i na łąkach, latem pogodnego nieba i malowanych zbożem jasnych łanów, wszystkich kolorów jesieni, a nade wszystko życzę zdrowia na każdą porę roku.

Mistrzostwa Europy w futsalu

W 2012 roku na Chorwacji odbędą się Mistrzostwa Europy w Futsalu.

Sytuacja Polaków jak wszystkich naszych reprezentacji jest zła. Od dawna nie gościliśmy na żadnej wielkiej imprezie.


Przypomnę, że ostatnie eliminacje do Mistrzostw Europy rozrywane na Węgrzech przegraliśmy z Portugalią i Azerbejdżanem. Polacy sportowo zaprezentowali się słabo, a organizacyjnie kompromitująco. W pierwszym meczu w barwach naszego zespołu zagrał nieuprawniony gracz, co skończyło się walkowerem w meczu z Finlandią. To ewenement w skali światowej. Stało się to o zgrozo w obecności wiceprezesa PZPN Rudolfa Bugdoła i Andrzeja Hendrzaka przewodniczącego Wydziału Futsalu PZPN, którym zresztą stał się niestety z mojego namaszczenia.

Polska zorganizuje jeden z sześciu turniejów eliminacyjnych. Losowanie grup eliminacyjnych odbyło się 24 września. Polska startowała do eliminacji z trzeciego koszyka. Nie będziemy musieli zatem grać w preeliminacjach, a w rundzie głównej eliminacji z których jedenaście zespołów zakwalifikuje się do Mistrzostw Europy. Dwunastą drużyną będą gospodarze – Chorwacja. Awans wywalczą zwycięzcy grup oraz pięć najlepszych (z sześciu grup) zespołów z drugiego miejsca.

Kwalifikacje zostaną rozegrane 24-27 lutego 2011.

Grupa 3

1. Portugalia

2. Białoruś

3. Polska

4. Drużyna z preeliminacji

Preeliminacje 20-24 styczeń 2011 – Macedonia, Gruzja, Anglia, Estonia.

Trochę żal, że turniej eliminacyjny odbędzie się w Bielsku Białej, a nie na przykład na Podkarpaciu skąd pochodzi Andrzej Hendrzak, który elementarza organizacyjnego uczył się na międzynarodowych turniejach właśnie w Krośnie i Rzeszowie w czasach, gdy przewodniczyłem pzpn-owskiej komisji futsalu. Dziś można powiedzieć, że kiepsko mu poszła ta nauka.

Hendrzak woli dbać o sztuczną poprawność układów z Sowińskim i Szymurą niż oddać ukłon w stronę kibiców Podkarpacia, którzy na każdym meczu (nawet towarzyskim) kadry Polski szczelnie w liczbie kilku tysięcy wypełniali hale w Krośnie i Rzeszowie. Wspomnę też chwile, gdy gromkim śpiewem nawet hymnu narodowego potrafili wydobyć z zawodników resztki sił i ambicji. Do dziś zawodnicy kadry wspominają chwile, gdy postawa podkarpackich kibiców wywoływała u nich wielokrotnie emocje wyższego rzędu, ze łzami wzruszenia włącznie.

Szczerze życzę polskiej reprezentacji awansu do finałów, a Hendrzakowi cywilnej odwagi w podejmowaniu decyzji i pamięci o tych, którym w końcu jest coś winien.

Siedziba PZPN

Siedziba PZPN to temat niezmiernie istotny dla PZPN.

Wiadomo, że nie można prowadzić żadnego działania bez dachu nad głową, ale nie o to chodzi w tym wypadku. Niezbyt wyjściowa siedziba przy Miodowej została zamieniona na wręcz ekskluzywne pomieszczenia przy Bitwy Warszawskiej, godne krajowego związku piłkarskiego, z tym że jest jedno ale. Czynsz za wynajem dwóch pięter jest bajoński nawet jak na warunki warszawskie. Naciski na zarządzających związkiem w sprawie rozsądnego uregulowania spraw dotyczących siedziby trwały od dawna. Sam miałem okazję „liznąć” ten temat w okresie, gdy jeszcze działałem w zarządzie PZPN. Dzisiaj patrząc z perspektywy czasu mam pewność, że gdyby pozwolono mi dokończyć rozpoczęte dzieło sprawy by nie było. Może to nieskromne, ale zgodne z rzeczywistością. PZPN pracował by we własnym budynku, być może podnajmując jeszcze kilka pomieszczeń firmom zewnętrznym w celu całkowitego wyeliminowania kosztów utrzymania nieruchomości. Tak miało być w moich planach, a jak jest każdy widzi.

Poczyniono pozorne ruchy. Powołano stosowną komisję. Wybrano działkę. Zgromadzono dokumenty. Podjęto decyzje. Prawdopodobnie powypłacano nagrody i premie, gdy nagle ponoć okazało się, że wybrana działka ma zajętą hipotekę. Argument sekretarza – budowa siedziby, którego używał wielokrotnie, by zadać kłam mówiącym o wadliwej polityce finansowej prezesa i sekretarza, znikł jak kamfora.

Czy jest ktoś zatem zadowolony z tego stanu rzeczy. Z pewnością właściciele nieruchomości czyli Grupa Żywiec, którzy za wynajem kasują rocznie ponad 1.5 miliona złotych wypłacanych z pieniędzy PZPN i być może także Zdzisław Kręcina, który z Żywca pochodzi.

Rzeczy w tym temacie według Kręciny mają się zatem prawie dobrze, z tym że „prawie” robi wielką różnicę.

Lacie już dawno zardzewiała szabla

Wywiad przeprowadzony przez red. Jacka Sarzałę ukazał się

w Gazecie Wyborczej 27 grudnia 2010 r.

Był pan najlepszym kompanem Grzegorza Laty, dziś to pana największy wróg. Kto zna go lepiej niż pan?

Bardzo możliwe, że nikt.

To porozmawiajmy o nim. Po co go pan wymyślił?

Przed kampanią wyborczą dwa lata temu najpierw rozmawiałem na temat ewentualnej prezesury z Tomaszem Jagodzińskim. Dopiero później dowiedziałem się, że będzie też kandydował Grzegorz Lato.

Co się stało, że zmienił pan konia?

Lato był człowiekiem z wielkim nazwiskiem w futbolu, ze znaną twarzą, to nie ulega wątpliwości. On był z Podkarpacia, ja też. Spotkałem się z kilkoma osobami i zadecydowaliśmy: startujemy z Grześkiem.

I już coś mi nie gra. Przecież skoro go pan dobrze znał, powinien pan od razu wiedzieć, że na prezesa PZPN to on się nie nadaje.

Myśli pan, że nie było wśród nas takich głosów? Że nie docierały do nas opinie mediów? Z naszych pięciu podkarpackich delegatów trzech natychmiast powiedziało, że się nie nadaje. Ale to jest człowiek piłki, on wyszedł z nas wszystkich, ma stuprocentową rozpoznawalność. W pokorupcyjnej rzeczywistości był odbierany jako ktoś nowy, spoza układów. Niestety, ale w wyborach nie chodzi o poparcie tego, kto się podoba, ale tego, kto może wygrać. Przyznaję, zaryzykowałem.

Nie było innych propozycji?

O Jagodzińskim już mówiłem. Był też Roman Kosecki, który później jednak nie zdecydował się kandydować. W końcu przyjąłem ofertę Grzegorza Laty, by poprowadzić mu kampanię.

Kiedy pierwszy raz go pan spotkał?

Na początku lat 90. mieliśmy w Rzeszowie taką drużynę oldbojów, coś na kształt lokalnych Orłów Górskiego. I zapraszaliśmy Grześka. Jeździło się po różnych meczach, bawiło na różnych imprezach. Jego wielkim przyjacielem jest Jasiu Domarski, który wciąż działa u mnie w Podkarpackim ZPN. Bo ja Domarskiego nie wyrzucam z funkcji tak, jak Lato powyrzucał mnie z władz PZPN. I udaje, że mnie nie zna, ręki nie podaje.

Ale Lato nigdy nie był typem działacza. To widać na pierwszy rzut oka.

Nie był i nie będzie. Ale uwierzył, że jest inaczej i to jest tragiczne. On do dziś nie wie, gdzie jest siedziba Podkarpackiego ZPN, od kiedy został prezesem, nigdy tu nie był. Z Mielca, gdzie wciąż mieszka, ma do nas przecież z 50 km. Nie pomógł podkarpackiej piłce, nie odwdzięczył się. Nie spowodował, że najbardziej poszkodowane kluby w powodzi dostały więcej niż przysługujące wszystkim 2400 zł. A taką Lechię Sędziszów po dach zalało, tam ze 2 miliony na remont potrzeba. A i tak kluby pół roku czekały na te pieniądze.

Nie widział pan już w kampanii jak on mówi, jak się zachowuje publicznie? Powiedzieć o nim: trybun ludowy, to popełnić największe kłamstwo na świecie.

No cóż, szybko się przekonałem, że na pewno należy unikać otwartych debat z innymi kandydatami. Udawało się niemal do końca, tuż przed wyborami była jedna z Bońkiem w TV, ale jakoś bez konsekwencji. W Boguchwale pod Rzeszowem mamy taką salę i tam trenowaliśmy wystąpienia podczas zjazdu wyborczego. Nawet mównicę postawiłem z tej samej strony, a Lato podchodził tak samo, jak później w Sheratonie. Próbowaliśmy, próbowaliśmy, po czym podjąłem decyzję, że z dziesięciu minut przewidywanej prezentacji na zjeździe połowę zajmie film przypominający gole Grześka z jego kariery. Bo to rzeczywiście potrafił robić. Przez resztę czasu jakoś wydukał z kartki program wyborczy. Poszło.

W kampanii też wiele razy zachował się jak słoń w składzie porcelany. Raz na spotkanie przyszedł w trampkach, a znów w jednym z okręgów wyskoczył z tekstem, że wysadzi całe struktury sędziowskie, w pył porozbija wszystkich arbitrów i obserwatorów, itd. Tylko że nie wiedział, że szefem jest tam były sędzia i obserwator. Trzy głosy musieliśmy skreślić.

Lato nie załatwiał w kampanii sponsorów na własną rękę?

Oczywiście, że załatwiał. I oczywiście, że podejmował różne zobowiązania. Bez nazwisk, ale wystarczy sprawdzić jaka firma wykonuje teraz usługi na rzecz PZPN. Dla jednego z działaczy z Podkarpacia wybór Laty przyniósł jednak skutki odwrotne. Do dziś procesuje się w sądzie cywilnym z prezesem o 50 tys. zł za niezapłacone rachunki z drukarni. Ten człowiek został oszukany.

Wszyscy zostaliśmy oszukani.

Zgadza się. Wciąż pamiętam jak w kampanii obiecywał, że pozmienia, powyrzuca. Krzyczał: „nie będzie Engela, Kręciny, nie będzie Piechniczka, nie będzie nikogo. Ja i nowi ludzie”.

Tymczasem Piechniczek jest wiceprezesem, Engel odpowiada za szkolenie z niemal 20-tysięczną pensją.

Wiadomo było, że o głosy Śląska trzeba zabiegać. Ale ja z nimi rozmawiałem normalnie, przekonywałem ich argumentami. A później się dowiedziałem, że Lato obiecał Piechniczkowi i Rudolfowi Bugdołowi wiceprezesury. Zostałem nie tylko oszukany, ale i sprzedany. Już kilka dni po wyborach Kręcina w rewanżu za pozostawienie go na stołku sekretarza znalazł mu komfortowy apartament w Warszawie. A kiedy ja pytałem Latę przez telefon: co robimy, powtarzał: ”czekaj, wytrzymaj ciśnienie”. A co ja jestem w łodzi podwodnej?

Normalna sprawa w polityce. Kiedy wygrywa kandydat, któremu kampanię organizuje żółtodziób z prowincji, stary układ z centrali najpierw eliminuje owego żółtodzioba, a później oplata nowego prezesa własnymi mackami. Klasyka. Za przeproszeniem, wyrąbali pana jak chcieli.

To prawda. Oceniam, że Lato jest dziś na piątym miejscu, jeśli chodzi o rządzenie PZPN. Alfabetycznie są przed nim Bugdoł, Kręcina, Piechniczek i Placzyński. To oni rozdają karty. A Lato jest typem gościa, który wykorzystuje do maksimum swoje otoczenie, po czym bez skrupułów znajduje nowych kumpli. Prosty przykład, 43 delegatów na niedawnym zjeździe sprawozdawczym ma płatne fuchy w związku. Myśli pan, że tacy zagłosują przeciw Lacie? A on znów pewnie zrobi jak przed rokiem, kiedy obiecał klubom po 40 tys. zł za poparcie w głosowaniu nad absolutorium i do dziś pieniędzy nie dał. A jak się będą domagać, to zostaną zastraszeni.

Jak to możliwe, że ktoś zupełnie spoza związku zna jego wszystkie tajemnice. Myślę o Andrzeju Placzyńskim.

Akurat Placzyńskiego rozumiem o tyle, że to biznesmen i to nie jego wina, że kontrahent, z którym chce robić interesy, pozwala się zabierać na egzotyczne wycieczki do RPA. Ale od strony PZPN to skandal, że prezes największego związku w państwie osobiście jedzie na drugi koniec świata tylko po to, by, jak mówi, wybrać ośrodek dla reprezentacji. Od tego powinien mieć ludzi!

Zastanawiam się jak wygląda zwykły dzień pracy Grzegorza Laty w PZPN.

Ja też się zastanawiam, jak można pracować, jeśli częściej jest się w podróżach niż w miejscu zatrudnienia. Prezes ma naturę turysty, ale kiedy już jest na miejscu, od rana trwa ponoć ustalanie o której tego dnia wychodzi.

Ale przecież zatrudnił młodych menedżerów.

Fasada. Słyszał pan o ich osiągnięciach? W PZPN wciąż rządzi topowa władza. Jedyne co się ekipie Laty udało, to wybielić PR. Od roku idealnie wyciszyli medialną wrzawę wokół związku. Tylko że kibice na stadionach wciąż krzyczą „j…ć, j…ć PZPN”. Wizerunku tak łatwo się nie zmieni. Zaznaczam, że ten PR kosztuje związek milion czterysta tysięcy rocznie, a kluby „A”, „B”, „C” klasy nie mają na badania lekarskie, paliwo itd.

A jak Lato zachowuje się na obradach zarządu?

Zawsze tak samo. Wstaje i mówi: „Witam. Rudziu prowadź”. I oddaje mikrofon Bugdołowi. Sam bierze telefon, zaczyna dzwonić, wysyła sms-y. A kiedy zapytać go jak pomóc klubikom, które mają mniejszy budżet niż trzeba wydać na obowiązkowe badania zawodników, odpowiada jedynie: „spotkałem się z ministrem”.

Dużo pan wypił wódki z Grzegorzem Latą?

Nigdy nie byliśmy aż tak blisko, by się z żonami w domach odwiedzać. Jednym z naszych wspólnych problemów jest to, że on pije, a ja nie. Ale wiadomo, że jest rozrywkowy, lubi się zabawić i zawsze najgłośniej śmieje się z własnych dowcipów. Tylko że on nie przechodzi ze stadium zabawy w stadium pracy.

Pamięta pan Dyzmę, dla którego, kiedy spadła mu z nieba posada, na którą nie zasługiwał, najważniejszą sprawą było co miesiąc, żeby go nie wyrzucili do następnej wypłaty. Bo pensję miał gigantyczną. Jak teraz Lato.

To dobre porównanie, choć w przypadku Laty dołożyłbym jeszcze mieszkanie i złotą kartę bez limitu, wszystko z budżetu związku. Ale prezes jest też mściwy. Na przykład odgrywa się teraz na mnie za to, co piszę na swoim blogu. Właśnie dostałem czwarte wezwanie do Wydziału Dyscypliny. Znów mnie pewnie skażą na kilka tysięcy złotych grzywny. Białoruś mamy w PZPN i tyle.

Jednego pan Lacie nie odmówi. Poparcia rządu.

To nie jest kwestia poparcia dla Laty, ale odpowiedzialności za Euro, które akurat za półtora roku robimy. Lato ma niesamowite szczęście, bo politycy już wiedzą, że w konflikt z PZPN lepiej nie wchodzić. Było już kilku komisarzy i jak skończyli? A ten prezes jest dla rządu idealną marionetką przed finałami. I jeszcze jedno, paradoksalnie Lato najlepiej reprezentuje polski futbol za granicą. Bo nie zna języków i przynajmniej do nikogo się nie odzywa.

Za dwa lata wybory prezesa PZPN. Gdyby Grzegorz Lato przyszedł do pana i poprosił o prowadzenie kampanii wyborczej…

Pogodziłem się już z tym, że to był jednak zły wybór i że zrobiłem prezesa z najgorszego kandydata. Wiem też, że szabla, którą dostał ode mnie po wyborze, z dedykacją: „masz Grzesiu i tnij, żeby w polskiej piłce było lepiej”, już dawno zardzewiała. Ale więcej tego błędu nie popełnię. Wciąż tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego on do tej pory nie zmienił sobie w telefonie tej idiotycznej muzyczki z Ojca Chrzestnego, którą słychać jak ktoś do niego zadzwoni.

Boże Narodzenie

Okres bożonarodzeniowy to z jednej strony czas zadumy z drugiej podsumowań i planów. Nastrój jaki niesie ze sobą wieczór wigilijny, choinka, puchowy śnieg nie napawają do rozmyślań o przeszłości w kategoriach negatywnych.

Zostawmy to co było z wiarą, że kolejny rok będzie obfitował w sukcesy i zdarzenia mające wymiar zachowań budujących, twórczych.

Życzę sobie, by na tym blogu przeważały analizy i pochwały, a nie piętnowanie zjawisk negatywnych. Z taką nadzieją pragnę Państwu, którzy czasem zaglądacie na tę stronę złożyć życzenia. Oby 2011 rok był przepełniony samymi radościami, a Święta Bożego Narodzenia upłynęły w ciepłej i spokojnej rodzinnej atmosferze.

I po balu

Obchody Jubileuszu 90-lecia Polskiego Związku Piłki Nożnej zakończone.

Smutne to były obchody, gdyż od dwóch lat Związek jest zmanipulowany przez grupkę osób dla których cele statutowe związku i wynik sportowy znajdują się na samym końcu listy ich poczynań.

W zakończeniu obchodów wzięło udział około 300 osób. Lista nagrodzonych i odznaczonych podczas spotkania tożsama w większości przypadków była z listą biernych, ale wiernych. Kluczem do honorów i zaszczytów nie były zasługi dla futbolu w Polsce przez minione lata, tylko stopień czołobitności i pokory dla prezesa i jego świty.

Gościem numer jeden był niejaki urzędnik państwowy Giersz, który wprawdzie na Zjeździe się nie pokazał, bo wiedział, że jak się człowiek kręci koło gnoju to może smrodem przesiąknąć, ale do szwedzkiego stołu, kwiatków i buziaków było mu już po drodze.

Polska reprezentacja spadła do ósmej dziesiątki drużyn w rankingu światowym. Lato nie jest w stanie nic z tym zrobić, bo nie należy do osób kreatywnych, ale nawet nie to jest najważniejsze. Lato ma inne priorytety w swojej działalności prezesa (o tym za chwilkę), a Giersz udaje, że całokształt i forma sprawowania władzy przez prezesa Lato jego jako ministra nie dotyczy.

Dlaczego z prędkością światła polski futbol stacza się coraz niżej. Odpowiedź jest banalnie prosta. Celem podstawowym kilku panów zarządzających PZPN-em, z jego prezesem na czele jest budowanie prywatnych fortun finansowych z budżetu stowarzyszenia. By cel ten realizować najgorszy merytorycznie prezes w historii PZPN posuwa się do nadużyć decyzyjnych, do łamania zapisów statutu i prawa, do manipulowania ludźmi za pomocą intryg, przekupywania, bądź eliminacji. Część tych działań jest naganna w sferze etycznej, ale gro z nich stoi w sprzeczności do zapisów prawa. Giersz o tym wie, ale udaje że tego nie dostrzega.

A może ja źle oceniam tego urzędnika. Może Giersz to dobry urzędnik (chociaż niewidomy)i ślepo wykonuje polecenia na przykład swoich przełożonych. Kto jest przełożonym urzędnika na stanowisku ministra? Premier. Ale jak tu podejrzewać premiera o to, że toleruje jaskrawe bezprawie w stowarzyszeniu sportowym. O bagnie w PZPN, wiedzą wszyscy. Z mediów, z rozmów, z obserwacji i co najważniejsze z dokumentów. Powinien wiedzieć o nich również premier, jak nie z podanych przed chwilą źródeł, to z pism które (wraz z odpowiednimi dokumentami) jako obywatel przekazywałem do kancelarii Pana Premiera, informując go o mających miejsce nieprawidłowościach dużego kalibru. Ponieważ droga oficjalna nie pomaga, to może publiczny apel obywatelski pomoże. Dlatego apeluję do Pana Premiera, by albo zdyscyplinował swojego ministra, albo sam zmienił sposób sprawowania swoich obowiązków w zakresie kontroli nad stowarzyszeniem przestrzeganiem w nim zapisów prawa. Dalsze milczenie w tej sprawie może prowadzić do różnych być może także niesprawiedliwych ocen działania tego rządu.

Jeżeli ja się mylę, a dokumenty kłamią proszę o oficjalne stanowisko popierające poczynania obecnej władzy związku. Proszę o publiczne zalegalizowanie podpisywanych bezprawnie przez prezesa Lato, szkodliwych, ograbiających z finansów Związek umów, przeprowadzania Zjazdów z naruszeniem elementarnych zapisów statutu odnośnie bezprawnego udziału w nim delegatów i to w wielu przypadkach, nie przestrzeganie procedur skutkujących nie głosowaniem projektów uchwał, nie zakończenie zgodnie z prawem obrad oraz ich nie dokończenie, nie przyjęcie sprawozdania finansowego w terminie określonym statutem przez powołany do tego organ, bezprawne przeprowadzenie kolejnego Zjazdu z naruszeniem tych samych zasad. Proszę o aprobatę poczynań w sferze sportowej i szkoleniowej. Proszę o stanowisko popierające przeciągające się uprawomocnienie wyroku w zachodniopomorskim ZPN w sprawie ewidentnego sfałszowania wyborów. Proszę o takie samo stanowisko dotyczące przypadku warmińsko-mazurskiego i wiele innych nadużyć mających większy bądź mniejszy wpływ na obecny stan polskiego futbolu jak np. ukrycie w projekcie finansowym na przyszły rok około 13 milionów złotych. Na wszystkie te nieprawidłowości istnieją potwierdzające je dokumenty.

Dobrze by było, gdyby o ile ma mieć miejsce legalizacja tych działań odbyła się ona używając sportowej nomenklatury na boisku w świetle kamer, a nie w szatni pod kiblem, jak to się dziś odbywa.

Powiedzenie: „Cel uświęca środki”- w kontekście Euro 2012, w żaden sposób nie może być źródłem zaniedbań w poruszonych tematach, ani usprawiedliwieniem braku poczynań, a wszystko na to wskazuje, że ma. Parasol ochronny nad bezprawiem nie będzie w Polsce oceniany w charakterze decyzji biznesowych. Tak może być na Białorusi, o której dzisiaj tak głośno, nie tutaj w Polsce.

O PZPN też jest głośno i to w tym najgorszym wydaniu. Ten wrzód kiedyś pęknie nawet sam, bez skalpela z którym zdecydowanie byłoby prędzej i sprawiedliwej. Tylko o chirurga jakoś ciężko.

Ludzie piłki w Polsce chcą sukcesów polskich piłkarzy, ale w tej sytuacji jest to niemożliwe. Tylko zdecydowanym prawnym działaniem można to sprawić.

Łańcuszek milczenia

Niedawno ujrzała światło dzienne kolejna afera o podłożu korupcyjnym. Andrzej B. który ma postawionych ponad sto zarzutów korupcyjnych za działalność w piłce nożnej prowadził ponoć z tylnego siedzenia czwartoligową drużynę Hutnika Warszawa. Kilka dni temu zeznawał nawet przed Wydziałem Dyscypliny PZPN.

Wydawać by się mogło, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, każdy wykonuje bez zarzutu swoje obowiązki, walka z korupcją trwa i przynosi pozytywne efekty.

Niestety to tylko pozory. Świadczy o tym fakt, że gdyby nie redakcja telewizji nSport, Andrzej B. dalej by wykonywał swoje „usługi” na rzecz Hutnika pomimo zakazu prokuratury i wymienionego związku piłkarskiego.

O ile prokuratorzy nie muszą chodzić na mecze ligowe i obserwować, czy ukarany kręci się koło drużyny czy nie, to dla warszawskiego środowiska piłkarskiego w tym działaczy PZPN tajemnicą poliszynela było jak się sprawy z rzeczonym „Małym Fryzjerem” mają. Wniosek, że wiedzieli (od dłuższego zresztą czasu, jak nie od samego początku jego działania w klubie) o łamaniu zakazu przez Andrzeja B. i milczeli, wydaje się być w pełni uzasadniony. Tak właśnie wygląda walka z korupcją w wykonaniu prezesa związku i jego odpowiedzialnych za ten obszar służb związkowych.

Przytoczona wyżej sprawa nie jest jakimś wyjątkiem. O ile w przyrodzie istnieje łańcuch pokarmowy to w piłce też można się doszukać łańcucha nieprawidłowości, nieoficjalnej jego aprobaty i w konsekwencji niezrozumiałego milczenia.

Andrzej B. dokonał według prokuratury pewnych przewinień, dostał zakaz działalności w sporcie, a ludzie zarządzający związkiem piłkarskim wiedząc, że łamie ten zakaz milczeli. Kolejne ogniwo ma miejsce już w samej centrali. Na przykład Wydział Dyscypliny wie o nieprawidłowościach jakich dopuszcza się prezes i też milczy. Tak jak i Dział Prawny. Kolejne ogniwo znowu wychodzi poza związek i sięga już wyżej. Minister Giersz wie o nieprawidłowościach w PZPN, o łamaniu statutu i prawa, ale milczy. W niektórych sprawach Giersz ma nawet dowody, które dostarczyli „na zewnątrz” sami działacze PZPN w osobach np. Janusza Hańderka, Zdzisława Łazarczyka czy Andrzeja Wacha, ale milczy jak grób. Nadzorujący ministra Giersza premier Tusk musi wiedzieć o tym całym bagnie i też milczy. Nie można uwierzyć, że do premiera nie docierają informacje, bo były wysyłane do niego oficjalne pisma informujące o nieprawidłowościach w największym sportowym stowarzyszeniu w kraju. Czyli premier też wie, ale i on milczy.

Może jest tak, że ten łańcuch gdzieś się tam zamyka i premier grywa czasem w piłkę z Andrzejem B., a to czymś tam skutkuje, ale o tym to my się możemy dowiedzieć najwyżej z telewizji nSport. Nie wcześniej.

Jubileusz

Jubileuszobchodzenia uroczystości z racji – lecia funkcjonowania – trwa siłą rzeczy cały rok. Tak również miało być świętowane 90-lecie PZPN. Otwarcie obchodów miało miejsce w grudniu ubiegłego roku i skończyło się wielkim skandalem. Już wtedy kierujący związkiem dali do zrozumienia całej Polsce, że liczy się w polskim futbolu tylko kilka osób, a wraz z tym ich fobie i fanaberie (bo przecież nie pomysł na rozwój piłkarstwa). Odcięcie się w bezczelny sposób, od wielkiej rzeszy zasłużonych dla polskiej piłki zostało wyrażone nie zaproszeniem Ich na obchody w hotelu Sheraton 19 grudnia ub.r.. To był kolejny i wyraźny sygnał, że PZPN został zawłaszczony przez grupę osób, które zdecydowały się poświęcić chlubne bez wątpienia 90 lat dorobku Polskiego Związku Piłki Nożnej dla swoich marnych, przyziemnych, bo prywatnych interesów i interesików.

Wtedy oficjalnie zdecydowali kto jest godny, a kto nie jest godny cieszyć się oficjalnie z dorobku CAŁEGO SPOŁECZEŃSTWA PIŁKARSKIEGO.

Dzisiaj ci, którzy przeprowadzili selekcję kto ma zaszczyt uczestniczyć w obchodach, a kto nie jest tego godzien, spuścili polską reprezentacją na 73 ( siedemdziesiąte trzecie) miejsce w rankingu FIFA.

Przez kolejne 90 lat będziecie panowie przykładem i ostrzeżeniem dla potomnych jak można w tak krótkim czasie wyrządzić tak wiele złego w tak wielkiej skali.

W dniu18 grudnia 2010 zapowiedziano zamknięcie Jubileuszu.

Co miało być w międzyczasie? Według zapowiedzi Laty turnieje, szkolenia, spotkania. I co. I nic. Całoroczne obchody 90-lecia PZPN Lato miał tam, gdzie ma choinkę siedzący na jej czubku aniołek.

I znowu na tym samym tle szykuje się kolejna afera. Podobno na zakończenie 18 grudnia zostało zaproszonych blisko 500 osób.

-Tylu potrzeba ugościć, by dociągnąć do końca kadencji – powiedział nieopatrznie jeden z członków zarządu, ale gdy zorientował się, że usłyszałem te słowa prosił mnie o dyskrecję. Przyrzekłem i jej dotrzymam w myśl zasady: Próbuj budować, nie staraj się niszczyć.

Kto tam będzie i po co nie ma żadnego znaczenia. Sześć czy siedem osób z Latą w tle już tak wiele wyrządziło złego w Naszej Piłce, że jedna czy dwie biesiady nie robią większej różnicy.

Biorąc jednak kwotę wydaną przez PZPN w ten wieczór dla potrzeb podniesienia wizerunku kilku pzpn-owskich notabli, a która opiewać będzie (jak się szacuje) na jakieś 400 000 złotych, daje do myślenia.

Ja z drugiej strony przeciwstawiam borykające się z trudnościami finansowymi kluby z różnych lig centralnych i nie tylko (każdy element pomocy byłby z pewnością mile widziany). Przeciwstawiam kluby poszkodowane klęską powodzi. Przeciwstawiam wszystkie potrzeby jakie niesie ze sobą słowo ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Apeluję do każdego kto będzie obecny przy Jubileuszowym Dobrze serwowanym na stołach, by choć jeden toast wzniósł za tych, którzy faktycznie na niego zasłużyli.

Pomorski ZPN

ma bardzo wiele wspólnego z Podkarpackim ZPN, a zacząć należałoby od tego, że oba związki rozpoczęły swoja działalność 65 lat temu.

Z tej to właśnie okazji w ubiegłą sobotę środowisko piłkarskie Pomorza obchodziło ten wspaniały jubileusz. Jeszcze raz tą drogą pragnę przekazać działaczom, trenerom, zawodnikom, sędziom, a także sympatykom futbolu najserdeczniejsze życzenia. Zdaję sobie sprawę, że Ci którzy tworzyli i tworzą mały i duży futbol na nadbałtyckich terenach wkładają codziennie cegiełkę również do gmachu jakim jest Polska Piłka. Życzenia, które składam na Wasze ręce dotyczą zrealizowania planów w globalnym kształcie.

Jak wspomniałem wcześniej w ubiegłą sobotę w Gdańsku odbyły się główne uroczystości. Była to wspaniale zorganizowana uroczystość. Organizatorom należą się najwyższe słowa uznania. Gratuluję.

Proszę mi pozwolić na kilka zdań osobistych odczuć, a przy tym złożyć kilka prywatnych podziękowań.

Niezmiernie miła niespodzianka spotkała mnie podczas wręczania okolicznościowej statuetki. Nie spodziewałem się tak spontanicznego przyjęcia od zebranych na sali jakie miało miejsce. Serdecznie dziękuję za wszystkie oklaski, jakie wtedy zabrzmiały.

Pragnę wszystkich z Państwa zapewnić w tym momencie o jednym. Odbieram tą demonstrację przychylności jako aprobatę nie dla siebie, nie dla Grenia, tylko dla działań w jakie jestem bez reszty zaangażowany. Otrzymałem gromkie brawa za które serdecznie dziękuję. W pierwszej chwili pod wpływem zaskoczenia, podświadomie chcąc się Państwu odwdzięczyć skłoniłem głowę. Państwo zrozumieli mój gest. Za to również dziękuję.

Tego typu reakcje, taki publiczny aplauz dodaje człowiekowi sił i wiary w słuszność tego co robi.

Nieraz jak widać nie potrzeba zbędnych słów, sztucznych wydumanych spotkań, przekonywania. Ludzie wiedzą co potrzeba polskiej piłce, bo na co dzień widzą jaka jest polska futbolowa rzeczywistość. Dowody na to miałem również w kuluarach, gdy podchodzili do mnie prezesi klubów wyższych i niższych lig. Działacze, których po raz pierwszy widziałem na oczy, a którzy mówili: – Panie prezesie niech się pan trzyma. – Panie Greń jesteśmy z panem. – My wiemy, że potrzeba zmian.

Dziękuję Państwu za wszystkie te wyrazy poparcia. Zapewniam Panów, że w Waszym regionie nie brakuje osób, które w obecnej chwili potrafią podjąć tą nierówną – na dzień dzisiejszy – walkę o reformy w futbolu.

Kolejny raz przekonałem się, że warto podejmować kolejne i kolejne wysiłki w celu przywrócenia normalności w polskiej piłce. Damy radę. Razem. Dzięki takim jak Wy.

 

PS.

Nie zdążyłem się jeszcze dobrze rozpakować po powrocie z Gdańska, a już do mnie dotarły pogłoski, że na Wybrzeże pojechał oponent, a wrócił sojusznik obecnego kierownictwa PZPN. Po raz kolejny dementuję plotki tego rodzaju. Moje działanie może ulec zmianie tylko i wyłącznie pod wpływem gruntownych przemian w PZPN. O mojej postawie najlepiej świadczy ten blog. Czym się kierują siewcy tych plotek nie wiem i wiedzieć nie muszę, bo jak to przy plotkach bywa z pewnością nie szlachetnymi celami.

Nie mścijcie się na Grześku Lacie

Po raz kolejny dochodzi do opóźnień w płatnościach na rzecz funkcjonowania Wojewódzkiego Ośrodka Szkolenia Sportowego na Podkarpaciu. Dla mniej zorientowanych śpieszę wyjaśnić, że tego typu ośrodki funkcjonujące we wszystkich województwach są kierowane przez wojewódzkie Związki Piłki Nożnej, ale utrzymywane przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, Polski Związek Piłki Nożnej i w małym wymiarze przez Urzędy Miasta, właściwe dla miejscowości gdzie szkoły mają swoje siedziby.

Od września tego roku na Podkarpaciu w myśl zaleceń pokontrolnych Ośrodek Szkoleniowy został przeniesiony z Rzeszowa do Krosna.

Przypomnę, że kilkumiesięczne opóźnienia w płatnościach na rzecz jeszcze rzeszowskiego ośrodka ani PZPN-owi, ani jego prezesowi chwały nie przyniosły. Wszelkie zobowiązania są bowiem uregulowane umowami i prezes Lato jako płatnik z tych umów się nie wywiązywał. Nie wiem dlaczego. Albo nie chciał płacić, albo na zasadzie zrobię mamie na złość i się poparzę nie płacił, bo chciał zagrać na nosie kierownictwu Podkarpackiego ZPN. Nie wiem. Może dobrał sobie niekompetentnych współpracowników i ci robili Lacie przysłowiowe „kuku”. Zarządzający firmami, którzy oczekiwali długie miesiące na należne pieniądze za wyżywienie, czy zakwaterowanie wiedzieli dokładnie komu zawdzięczają tą zwłokę.

Myślałem, że nauka nie poszła w las i wraz z nowym rokiem szkolnym temat ten już nigdy nie powróci. Odbyło się nawet spotkanie w którym uczestniczyli dyrektor departamentu pan Jerzy Eliasz, Jerzy Talaga, Marian Szczechowicz, Jerzy Engel, Edward Potok, Prezydent miasta Krosna Bronisław Baran oraz przedstawiciele Podkarpackiego ZPN.

Niestety. Wbrew ustaleniom rachunki za wyżywienie, internat oraz sprzęt sportowy do dnia dzisiejszego, a mija już trzy miesiące nie zostały uregulowane.

Prezes Pod. Związku może tylko monitować, prosić i przypominać. Prezes Polskiego Związku musi się wstydzić, nawet jeżeli przyjmiemy, że nie wie o takich zaległościach i nieprawidłowościach, a jest to bardzo prawdopodobne. W takim razie jest ktoś, kto pod Latą dołki kopie i działa na rzecz jego niesławy.

Nie dość, że podczas Zjazdu blisko siedemdziesięciu delegatów olało Latę nie głosując za obecnym stylem sprawowania władzy to jeszcze destrukcyjnym działaniem ujmuje się mu czci czyniąc z niego niesłownego, zadłużonego prezesa. Wszystko wskazuje na to, że głównym sprawcą tego „zamieszania” jest Edward Potok, ale może się mylę.

Apeluję. Proszę się nie mścić na Lacie i nie przydawać mu dodatkowych problemów, bo on ma już wystarczający problem z samym sobą.