Dark side of the moon

Kto z nas nie słuchał za młodu płyty mega kapeli Pink Floyd pt. „Dark side of the moon”.

Skojarzenia z tym albumem, a bieżącą sytuacją na linii PZPN, a reprezentacją narodową nie biorą się jednak z odczuć estetycznych wywołanych pięknem słuchanej muzyki. Wynikają one po prostu z dosłownego tłumaczenia tytułu tego dzieła. Ciemna strona księżyca

– takie sformułowanie nasuwa się na myśl, gdy obserwuje się postawę prezesa Lato i oceniających jego działalność delegatów z jednej strony, a sposób budowania reprezentacji narodowej i wypowiedzi medialnych głównego jej konstruktora z drugiej.

Trener reprezentacji Polski w wypowiedzi dla jednej gazet sportowych stwierdza, że – tu cytat: – Nie mam w kim wybierać, a te znamienne słowa odnoszą się do braku kandydatów mogących osiągnąć jakikolwiek przyzwoity wynik sportowy w dyscyplinie zwanej potocznie piłką nożną.

W ekstraklasę pompuje się rocznie kilkaset milionów, a Smuda nie ma w kim wybierać.

Kto i kiedy rozliczy (bo Lato raczej nie), Wydział Szkolenia „ciężko” pracujący i jeszcze grubiej wynagradzany za swój – mówmy wprost – brak działania kiedy najbardziej kompetentny trener w Polsce nie ma w kim wybierać. Przyczyny tego stanu rzeczy to temat na inną wypowiedź, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że w tym gremium jest kilku wartościowych ludzi i tym nie mam zamiaru odbierać posiadanych kompetencji.

A teraz kolejny element tej kosmicznej paranoi. Nie będę sięgał do kalendarza ile sezonów trenuje reprezentacja U-23 i ile milionów złotych już do tej pory kosztowało PZPN jej funkcjonowanie, ani kto się dorobił na tym przedsięwzięciu. Słowa Smudy świadczą dobitnie, że cel szkoleniowy tego tworu był tylko i wyłącznie wybiegiem do wyprowadzenia związkowej kasy.

Niedługo zbierze się Walne Zgromadzenie Delegatów PZPN na którym reprezentujący polskie środowisko piłkarskie będą głosowali nad udzieleniem absolutorium prezesowi i członkom zarządu.

Lato i Kręcina już dzisiaj ciężko pracują, by przekonać kilkudziesięciu panów z mandatami, aby w listopadzie powtarzali w kuluarach jak mantrę przytoczone powyżej słowa: – Tak musi być, bo nie mamy w kim wybierać.

Dark side of the moon.

 

PS.

Pierwszy utwór na tej płycie nosi znamienny tytuł – Money.

Zakończenie ciężkiego zgrupowania

Kilku reprezentantów z kadry Smudy postanowiło uświetnić zakończenie ciężkiego zgrupowania i dwóch trudnych meczy wypiciem jakiegoś tam alkoholu. Jak postanowili tak zrobili. Złapano dwóch. Postanowiono sprawy nie ujawniać. Jak postanowiono tak zrobiono. Tajemnicę udało się utrzymać przez kilkanaście dni. Czy znajdą się słowa usprawiedliwienia dla zawodników? Wątpię, choć jakoś się tam z tego wybryku tłumaczą. Czym jednak tłumaczyć trenera, który chciał budować swój wizerunek na ukrywaniu występku piłkarzy. Jest to trudne, ale nie niemożliwe. Niech ktoś mi jednak wytłumaczy postawę prezesa PZPN, który na wieść o zajściu stwierdził, że to nie jego sprawa tylko trenera kadry. Coś niewyobrażalnego. Nie znajduję słów na określenie takiego postępowania. To tak jakby dyrektora firmy nie interesowało, że dobrze opłacani pracownicy w jego firmie chodzą po zakładzie na miękkich nóżkach

Kilka lat temu byłem przewodniczącym Komisji Futsalu. Nie zamierzam się chwalić, ale przypomnę, że wraz z trenerem kadry rozpoczęliśmy budowanie reprezentacji rezygnując z usług 14 piłkarzy, którzy alkohol stawiali ponad obowiązki zawodnicze. I nikt z nas tego nie ukrywał. Ani trener, ani ja. Także Michał Listkiewicz nie chował głowy w piasek i nie udawał, że tak drastyczne decyzje go nie obchodzą. Proszę popatrzeć. W dyscyplinie gdzie na placu gry występuje 5 zawodników zrezygnowaliśmy z czternastu piłkarzy. Ważniejsze były zdrowe zasady, niż wynik. Jeżeli już o wyniku wspominam, to przypomnę, że zmiennicy usuniętych kadrowiczów wywindowali polską reprezantację futsalową na 9 miejsce w europejskim rankingu. Graliśmy zwycięskie mecze z takim drużynami jak Rosja czy Holandia. Dzisiejsi zarządzający futsalem mogą sobie o takich wynikach tylko pomarzyć. Ale prezesa Lato, patrząc na jego podejście do swoich obowiązków to najprawdopodobniej i tak niewiele obchodzi.

Polska na 66 miejscu w rankingu FIFA

Wszelkiego typu rankingi cieszą się niesłabnącą popularnością. Nie inaczej jest z oficjalnym rankingiem FIFA. Zajmowane w nim miejsce świadczy o sile, potencjale poszczególnych drużyn narodowych. Ranking ten jest o tyle wiarygodny, iż miejsca w nim nie da się poprawić telefonem, układzikiem czy mataczeniem. Trzeba po prostu wygrywać. To jedyna droga.

Punkty są przyznawane za wygrane mecze, ale nie tylko. Końcowy wynik jest iloczynem wyniku i kategorii spotkania, siły przeciwnika i średniej wartości kontynentu grających drużyn. Jest jeszcze jeden czynnik. Całkowita ilość punktów dla danego kraju jest średnią ilością punktów wszystkich rozegranych meczów z ostatnich 4 lat z premiowaniem meczów rozegranych niedawno. Mecze rozegrane w przeciągu 12 ostatnich miesięcy mają wagę 100%, zaś te z poprzednich lat odpowiednio wagę 50%, 30% i 20%.

Ten zapis jest o tyle istotny, gdyż nie można się „wózkować” na osiągnięciach poprzedników.

Oto jak zmieniało się miejsce polskiej reprezentacji od 2008 roku czyli od wyborów na urząd obecnego prezesa PZPN Grzegorza Lato.

W październiku 2008 roku – Polska zajmowała 30 miejsce.

Maj 2009 – 40

Listopad 2009 – 56

Marzec 2010 – 59

Wrzesień 2010 – 66

Końca nie widać.

 

Przed Polską jest Mali, Cypr, Burkina Faso.

Polskie drużyny ligowe przegrywają mecze pucharowe z drużynami sklasyfikowanymi w drugiej setce. Jako przykład niech służy Azerbejdżan zajmujący 107 miejsce w tym rankingu.

Pytań o przyczyny nasuwa się wiele, ale nie sposób zadać tego jednego. Kto ponosi za to odpowiedzialność.

Mam jednak wrażenie, że odpowiedzialność za tą sytuację powoli zaczyna się rozmywać. Wprawdzie prezes PZPN powinien odpowiadać za skutki swoich poczynań, ale w praktyce nie ponosi z tego tytułu żadnych konsekwencji. Jeżeli tak, w takim razie odpowiedzialność spada na wszystkich, którzy pozwalają, by ten stan degrengolady się pogłębiał. Na wszystkich, którzy widzą jak polski futbol stacza się do drugiej setki drużyn krajowych, a głosowaniem na Walnym Zgromadzeniu i postawą w okresie pomiędzy zjazdami świadomie utrwalają ten chory układ.

Jak mantra powraca wypowiedź Laty sprzed dwóch lat: - Jeżeli przez rok nic nie zmienię odejdę. Nic z tego. Więcej. Lato widząc niemoc delegatów po raz kolejny na najbliższym zjeździe ma czelność i będzie próbował usunąć ze statutu PZPN zapisy dotyczące corocznego udzielania absolutorium jemu i członkom zarządu. Rok temu zamach na demokrację się nie powiódł. Jak będzie w tym roku, zależeć będzie od panów delegatów wszystkich do kupy i każdego z osobna. I od delegatów klubowych. Tak delegatów Polonii Warszawa jak i Ruchu Chorzów. Tych ze Śląska i tych z Pomorza. Ambitnej Sandecji i wielkiego ŁKS-u.

Na pewno do tego tematu powrócę.

Strach silniejszy od wstydu

Media w dzisiejszym świecie odgrywają dość znaczącą rolę. Są przede wszystkim podstawowym źródłem informacji lecz pełnią też tzw. funkcję opiniotwórczą. Choć media w zależności od wydawcy z reguły kreują własną politykę informacyjną, wiele osób publicznych stara się poprzez prasę, radio czy telewizję przekazać w eter własne wartości. Artyści estradowi czy aktorzy często uciekają się do wydumanych skandali, by przypomnieć się szerokiej publiczności i podnieść swą wartość rynkową. Osoby publiczne szczególnie świata polityki, administracji mają wręcz obowiązek informowania o zjawiskach, zmianach, tendencjach, zamierzeniach. Trzeba zresztą przyznać, że najczęściej chętnie to czynią.

Kto zatem boi się mediów. Kto ich unika. Bez zbędnych i wydumanych analiz można stwierdzić że ci, którzy albo nic nie mają do powiedzenia, albo się boją, że treści które ewentualnie przekażą zaszkodzą im samym.

Jak zatem przyjąć wypowiedź uciekającego do windy przed reporterem TVN prezesa PZPN Grzegorza Lato, że wszelkich informacji należy szukać u rzecznik związku A. Olejkowskiej.

Tak samo zresztą reagował wygadany na co dzień, a szczególnie na pzpno-owskich zjazdach sekretarz Kręcina.

Są instytucje typu policja czy prokuratura, gdzie przekazywanie informacji poprzez rzecznika jest racjonalnie usprawiedliwione. Tego typu powodów nie sposób doszukać się w stowarzyszeniu sportowym.

Postawa Laty i Kręciny przeniosła się nawet na trenera Smudę. On też na wzór swoich pracodawców od kilku dni zaczął się chować za plecami Pani rzecznik. Czyżby nastąpił koniec transparentnej budowy reprezentacji. Czyżby Franz przestał wierzyć w swoją misję. Uciekanie od publicznych wypowiedzi to też informacja i to bardzo znamienna. Tacy dorośli, słusznej postury panowie, piastujący tak ważne funkcje, a chowają się za plecami jednej delikatnej kobiety. Kobiety, która na dodatek z futbolem ma tyle wspólnego co ja z baletem. Czyli nic.

Jak zatem brzmi odpowiedź na pytanie, co mają do ukrycia Lato i Kręcina. Czegoś się wstydzą, czy chcą coś ukryć. Podejrzewam że to drugie, bo o uczucie wstydu obu panów trudno podejrzewać.

Brawa dla Lecha Poznań

Chciałbym na tej stronie niejednokrotnie kogoś pochwalić, nagrodzić. Cóż, kiedy nikt nie daje mi podstaw do formułowania pozytywnych myśli. W końcu doczekałem się. Lech Poznań zasłużył na brawa i nie wolno tego pominąć milczeniem.

Nie będę pisał o meczu. Nie będę oceniał zawodników. Dziękuję Lechowi jako drużynie, bo pokazali, że można. Przez wielu skazywani na porażkę udowodnili, że w sporcie nikogo nie można przekreślać na starcie.

Długo czekaliśmy na taki sukces w pucharach, bo aż 7 lat. W lutym 2003 roku Wisła Kraków z trenerem Kasperczakiem jak równy z równym potykała się z drużyną z Serie A, Lazio. Wtedy to w Rzymie w czwartej rundzie pucharu UEFA wiślacy zremisowali 3:3. Z nostalgią wspomina się do dziś dwie bramki Żurawskiego i jedną Kalu Uche.

Podobnie jak wtedy Wisła, teraz Lech nie przestraszył się utytułowanego rywala.

Mój podziw budzi nie tylko same podejście do meczu, czy gra. Podziwiam charakter lechitów, ich odporność i wiarę w sukces do samego końca. Mecz ułożył się szczęśliwie. Prowadzenie 2:0 dało nadzieję, a wręcz rozbudziło apetyty na sukces w tym spotkaniu. Juwentus to jednak renomowana drużyna. Włosi nie poddali meczu i po kolejnych kilkudziesięciu minutach gry strzelając 3 bramki wyszli na prowadzenie. I tu mieliśmy okazję przekonać się o niezłomności poznańskich piłkarzy w tym dniu. Podjęli walkę, wykrzesali z siebie resztki umiejętności i złości sportowej. Taka postawa dała w 93 minucie wyrównującego gola.

Pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie to pojedynczy zryw poznańskiej drużyny i w kolejnych meczach zaprezentują się z równie dobrej strony.

Taka postawa może dać impuls innym polskim klubom do budowania drużyn mogących z powodzeniem reprezentować polskie piłkarstwo na forum Europy.

Brawo Lechici. Powodzenia. Tak trzymać.

 

Czy sen się stanie jawą?

Czy sen się stanie jawą

Opowieść dla posiadających wyobraźnię

Wyobraźmy sobie następujący obrazek.

Sala obrad w luksusowym hotelu. Budynek, hol i drzwi wejściowe obstawione ochroną wyposażoną w monitoring, krótkofalówki i inne urządzenia identyfikacji oraz takie, które w razie potrzeby służą wręcz do siłowego zaprowadzenia porządku. Wcześniej sporządzone i dokładnie zweryfikowane listy obradujących, zaproszonych gości, a szczególnie przedstawicieli mediów zapewniają organizatorom w miarę spokojne zrealizowanie zaplanowanego na ten dzień scenariusza. Zaistnienie niespodzianek w postaci niekontrolowanych wystąpień, lub komentarzy mogących negatywnie ocenić obecną władzę sprowadzone zostały do poziomu równemu zeru. Czuwać nad tym ma zespół biegłych w prawie (źle, nie tak, biegłych w interpretowaniu prawa w myśl zapotrzebowaniu w danym momencie), oraz sekretarz. Sekretarz – prezydent. Arbiter. Jednoosobowy Pan głosu, milczenia, interpretacji, oceny i decyzji.

Za stołem prezydialnym na podwyższeniu w jednym rzędzie, twarzą do sali siedzi Rada Starszych. Nie jakiś tam wice, jakiś tam protokolant tylko cała rada, która na co dzień zarządza. Po co tak siedzi? Dla podniesienia rangi spotkania, dla okazania szacunku. Nie. Oni siedzą by widzieć. Co? Nie co, tylko kogo.

Przed nimi bowiem siedzą na sali przybyli na spotkanie przedstawiciele swych wyborców. Ludzie w których miliony pokładają nadzieję. Ludzie wybrani po to, by reprezentować interesy tych, którzy ich tam wysłali. Nie swoje interesy, tylko swoich wyborców. Dostali na to od nich mandat zaufania. Czy go zawiodą. I oto siedzą przybyli, a vis a vis nich Rada zarządzająca na co dzień, która patrzy im prosto w oczy. Nie, nie tylko w oczy. Również na ręce. Kto, kiedy i za czym się opowie. Kilkanaście par oczu patrzy na 120 wzniesionych bądź opuszczonych rąk i zapisują. Na kartkach i w pamięci. Która ręka do kogo należała. Bo nie człowiek się tu liczy tylko ręka. Patrzą wnikliwie, by nic im nie umknęło. Wieczorem zaś gdy zgasną światła, a ugoszczeni przedstawiciele tłumów opuszczą gościnne hotelowe progi, zapiski owe ożyją. Przed jedną parą oczu i uszu. Przed wodzem – dobrodziejem. I padnie ocena w informatycznej jednostce 1 bita. Wierny – niewierny. I z tej informacji popłynie wniosek na przyszłość. Nie w celu rozwoju, tylko w celu trwania.

Jak myślicie. Czy to Zgromadzenie Narodowe Władzy Ludowej na wyspie Kuba?

Czy to białoruska Izba Reprezentantów. A może sala obrad koreańskiego Najwyższego Zgromadzenia Ludowego.

Nie. Tak ma wyglądać w myśl zamierzeń panów Laty i Kręciny Walne Zgromadzenie Delegatów Polskiego Związku Piłki Nożnej w listopadzie tego roku.

Bo do tanga trzeba dwojga

Lato tegoroczne nie było łaskawe dla wielu mieszkańców naszego kraju, w tym dla Polski południowo-wschodniej. Kilka fal powodziowych poczyniło przeogromne szkody w prywatnych gospodarstwach i społecznym mieniu. Powodzie nie oszczędziły też klubów sportowych. Pozalewane budynki, a w nich sprzęt, zamulone boiska – to delikatny obraz zniszczeń, których zaznały szczególnie sekcje piłkarskie.

Na Podkarpaciu tegoroczne zniszczenia były jednymi z większych w kraju.

Dobrą cechą jest pomoc poszkodowanym od tych, którzy tą pomoc są w stanie nieść. Pisma z prośbą o takową pomoc dla klubów wysyłane z Podkarpackiego ZPN do PZPN pozostały jednak bez echa. Nie mam na to dowodów w postaci zmiętej kartki papieru, ale jeżeli nie ma nie odzewu to najprawdopodobniej trafiły do śmieci.

Docierają wprawdzie sygnały o możliwej pomocy w sprzęcie dla klubów w całej Polsce o wartości 600 tys. zł.Zastanawia tylko kto i jak będzie weryfikował komu, co i w jakiej ilości przydzielić, by naprawić rzeczywiste koszty w konkretnym klubie. Społecznicy,którzy na co dzień zmagają się z trudami egzystowania klubu wiedzą w jakim zakresie ponieśli powodziowe straty. Komisja Laty raczej nie. Może w takim razie będzie podana informacja do wiadomości publicznej kogo i czym wspomożono. Niemniej ciekawa będzie również informacja, sprzęt jakich firm został ewentualnie rozprowadzony po Polsce, a także który z działaczy PZPN ma udziały w tych firmach oraz ile na tym zarobił.

Czytam przeto w jednym z wywiadów udzielonym przez G. Lato, że: …. w obliczu dramatu naprawdę warto pomagać poszkodowanym”. Niezmiernie odkrywcze.

Lato ma opłacić koncert zespołu Budka Suflera w Kazimierzu Dolnym. Przypomina przy tej okazji, że w gminie Wilków jest klub Wilki i ten klub potrzebuje pomocy.

Ja nie wiem jakie środki z tego koncertu przypadną piłkarzom i nie wiem jaki wydatek z tego tytułu czeka Latę.O przepraszam nie Latę, tylko PZPN. Ze swoich Lato nigdy nic nie sponsoruje, bo nawet za kawę na CPN-ie płaci kartą służbową.

Wiem jeszcze, że swoje domy w Kazimierzu Dolnym ma autor tego wywiadu pan Polkowski i Romuald Lipko z Budki Suflera. Pana Lipko nie sposób posądzać o brak serca. Niejednokrotnie dawał przykłady dobrej woli. Za to panów Lato i Polkowskiego łączy wiele, ale na pewno nie filantropia. Na pewno Polkowskiego z Latą łączy za to stała i niezłomna polityka tego pierwszego, nadawaniu działalności prezesa wyrazu poświęcenia dla rozwoju piłkarstwa polskiego. Chciałoby się rzec, że do tanga trzeba dwojga. Sam tytuł wywiadu „Ból tworzenia” na to wskazuje. Faktycznie boli, ale serce gdy się na to wszystko patrzy.

PS.

  1. Piłkarzy z KS Wilki pewnie bardziej ucieszyłaby wymierna materialna pomoc, niż dźwięki świetnej skądinąd kapeli grane na dodatek w sąsiedniej gminie.
  2. Jeżeli dzięki Lacie, Budka Suflera gra dla klubu Wilki, to może dla klubu Budy Głogowskie zagrają Wilki. A to już chyba nie tego lata.

Kto był lepszy

Choć wynik końcowy wynik konfrontacji Polski z Australią brzmiał 1:2, znaleźli się tacy, którzy mówili: – Byliśmy lepsi, ale przegraliśmy. Nie dziwię się, że takie słowa wypowiadał po meczu Smuda. On może reagować emocjonalnie nie racjonalnie i jemu nawet nie wypada mówić inaczej. Dziwię się za to ogromnie, że taką myśl przekazują w eter komentatorzy telewizyjni. Dziwię się, bo osobom o takiej profesji nie wypada mylić pojęć. Jak lepszy mógł przegrać, nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Dla mnie do tej pory, zgodnie zresztą z zasadami logiki zawsze wygrywał lepszy, remis padał wśród równorzędnych przeciwników, a przegrywał słabszy.

Wyobraźmy sobie pojedynek dwóch bokserów. Pięści krzyżują Biały i Niebieski.

Biały szaleje po ringu 11 rund. Atakuje, zadaje szereg różnorodnych ciosów. Chowa się za gardą, stosuje uniki, przyśpiesza, bije w tułów i w szczękę. Jest nieuchwytny i nieosiągalny dla ciosów przeciwnika. Wygrywa zdecydowanie na punkty. Niebieskiego przed nokautem dwa razy ratuje liczenie i dwa razy gong kończący rundę. Nadchodzi ta ostatnia – dwunasta. Niebieski trzyma się niezłomnie na nogach. 30 sekund do końca walki. Niebieski wyprowadza jeden fantastyczny sierpowy. Trafia celnie. Biały pada i już nie wstaje. Ręka Niebieskiego wędruje do góry. Zakładają mu mistrzowski pas, tłum wiwatuje. Pot mu zalewa oczy, a on ledwie słyszalnie szepce do siebie: – Jestem mistrzem, jestem mistrzem.

Biały stoi w swoim narożniku ze spuszczoną głową. Podchodzi komentator i prosi o refleksję. Biały mówi: – Byłem lepszy, a przegrałem.

Mówienie w ten sposób jest nielogiczne i niesprawiedliwe w stosunku do zwycięzcy. Nie obrażajmy więc Australijczyków.

Co do redaktora Szpakowskiego. Komentował wspomniany redaktor kiedyś mecz polskiej reprezentacji, rozgrywany przy pustych trybunach i nie raczył tego faktu zauważyć w swojej relacji. Profesjonalista tak nie postępuje. Profesjonalista powinien zauważyć ten niecodzienny widok i choćby króciutko się do niego odnieść informując o zaistniałym fakcie telewidzów. My mieliśmy do czynienia ot z taką relacją wybiórczą. Taki komentarz można porównać do jedzenia zupy widelcem. Czyżby Szpakowski nie uważał za stosowne narażać się prezesowi PZPN, czy mieliśmy komentarz na zamówienie. Może nie widzi, że komentuje dla kibiców w całej Polsce, a nie dla sześciu prominentów z PZPN. Dziwne, lecz niestety prawdziwe.

Już teraz nie wiem, czy redaktor Szpakowski jest lepszym komentatorem od innych, czy nie.

Co do meczu. Nasi chłopcy prezentują się coraz lepiej. Z czego to wynika. Nie nauczyli się przecież przez miesiąc grać lepiej w piłkę, ale z tygodnia na tydzień nabierają coraz większej pewności siebie. I to widać na boisku. Mieli przewagę w polu. Atakowali prawą i lewą stroną. Pozytywnie zaprezentował się Boenish. Zabrakło skuteczności po akcjach z pola i przy stałych fragmentach gry, a szczególnie przy rzucie karnym. Minimalnie, ale jednak lepszą okazała się drużyna bardzo dobrze grająca z kontry, która rozsądną taktyką i konsekwentną grą w destrukcji zapewniła sobie zwycięstwo w tym meczu.

90-lecie Łódzkiego Związku Piłki Nożnej

W zeszłymtygodniu w Łodzi miały miejsce obchody jubileuszu 90-lecia Łódzkiego Związku Piłki Nożnej.

Ponieważ działacze Podkarpackiego ZPN zostali pominięci przez organizatora, jak również kilka innych związków wojewódzkich i nie zaproszono ich na uroczystości, tą drogą chciałem życzyć wszystkim działaczom, sportowcom, trenerom, sponsorom i każdemu zaangażowanemu w tworzenie historii łódzkiej piłki wszystkiego najlepszego. Życzę Państwu wielu wspaniałych osiągnięć przez kolejne lata. Awansów, pucharów, bramek, emocji i zdrowia. Tego na boisku i tego na co dzień.

Tak na marginesie nie dziwi mnie brak zaproszenia, bo czym działacze z Podkarpacia zasłużyli sobie na takowe, jeżeli człowiek który zatrzymał Anglię, przez długie lata czołowy zawodnik Łódzkiego Klubu Sportowego, jeden z największych sportowców łódzkiej ziemi dla organizatorów okazał się persona non grata.

Jan Tomaszewski, bo o nim mowa znany jest z ostrych w słowach felietonów, czy wypowiedzi w radio i TV, ale czy to jest powód by tak zasłużonego sportowca ignorować. Na pewno nie. Widocznie wypowiadane przez Janka sformułowania nie mijają się z prawdą, a ona najwyraźniej boli. Pewne jest jedno, że Jana Tomaszewskiego znają w całej Polsce i za granicą, a Edwarda Potoka zna niewielu, w tym ja. Janek zrobił więcej dla polskiej piłki przez kilka lat swojej gry, niż Edward jako działacz przez całe życie. W swej działalności Potok zrobił już kupę i jeszcze zrobi kupę – jak mawiał Janek Tomaszewski i raczej nie mija się z prawdą.

Nie mnie oceniać jakie obyczaje panują w łódzkim związku, ale składając te życzenia kieruję je szczególnie do tych, których zasługi (tak jak Tomaszewskiego) zostały pominięte, bądź niezauważone. Przykładem niech będą tu np. ludzie działający na rzecz chwały GKS Bełchatów. Ja niejednokrotnie będąc za granicą i rozmawiając o piłce wspominałem o takim klubie w Polsce, bo jest się czym chwalić. Szkoda, że widać bełchatowskich działaczy na forum kraju, a nie widać w klapach garniturów choćby symbolicznej odznaki dającej wyraz uhonorowania Ich działalności.

Włodek Smolarek też widocznie za mało zrobił dla Widzewa i łódzkiej piłki, bo jubileusz 90-lecia również nie był w pełni jego świętem. Panie Włodku cierpliwości. Może za lat pięć poczuje się i Pan usatysfakcjonowany, czego gorąco życzę wszystkim, którym pokazano miejsce w kącie.

Twarze EURO, czyli twarze PZPN

Do turnieju EURO 2012 pozostały już niecałe dwa lata. Za organizacją każdej imprezy stoją określone osoby. To naturalne. Organizatorzy wielu imprez szukają tzw. „twarzy” dla podniesienia, a w przypadku turnieju skali EURO podkreślenia rangi imprezy. W tym przypadku są oni nazywani „przyjacielami”.

Padły pierwsze nazwiska. Prezydent Lech Wałęsa, bramkarz Józef Młynarczyk, piosenkarka – królowa polskiej estrady Maryla Rodowicz, lekkoatleta skali światowej Robert Korzeniowski. Nie wiem czy ci Państwo są już po jakichś wiążących decyzjach, ale przyznam się szczerze, że trochę dziwi – nie tylko zresztą mnie – ich ewentualna zgoda.

Użyczanie wizerunku to dawanie zgody na utożsamianie się z całością przedsięwzięcia. O ile kojarzenie Wałęsy, Rodowicz, Młynarczyka czy Korzeniowskiego z EURO jest nobilitujące dla nich samych, to przyzwolenie jakie oni sami ewentualnie dadzą, by kojarzyć ich z PZPN w wydaniu jego obecnego prezesa musi budzić zastanowienie. Twarze EURO, to twarze PZPN i nie ma tutaj możliwości oddzielenia od siebie tych dwóch podmiotów. Żadnych możliwości.

Myślę, że kiepskich doradców czy menedżerów mają ci Państwo, jeżeli nie widzą zagrożeń wynikających z tego faktu.

Styl i forma rządów Laty, a co za tym idzie nazwa PZPN jest dzisiaj kojarzona z całym złem jakie mu towarzyszy (temu rządzeniu), a co ma wpływ na sukcesywne wyniszczanie polskiego futbolu. Namiastkę tego przeżył Lech Wałęsa w Łodzi na stadionie Widzewa, podczas meczu polskiej reprezentacji, kiedy siedział koło Laty, a wokoło głosem ludu artykułowany był protest poprzez skandowanie „j…ć, j…ć PZPN”. Nie raz , nie dwa. Kilkanaście razy. Do skutku, tak aby odpowiednie osoby wreszcie zrozumiały, że pora się zastanowić co dalej i podjąć odpowiednie kroki w kierunku naprawy całego systemu. Czy nie było panu prezydentowi wstyd. Tego ja nie wiem. Mnie było i to przed telewizorem, choć nie utożsamiam się ani z obecną działalnością Laty, Kręciny, Bugdoła, Piechniczka, ani kogokolwiek innego, który toleruje to, co się obecnie wyprawia w związku. Nic panu nie mówi taka postawa niezadowolonych ludzi Panie Prezydencie. Może potrzebna mała powtórka z historii. Ci skandujący w Łodzi kibice są bowiem wyrazicielami opinii przeważającej części społeczeństwa polskiego, bo aż 99–cio procentowej. Takie są wyniki wielokrotnie przeprowadzanych sondaży. Wydaje się tego nie zauważać siedzący obok minister Giersz, do którego ani taka, ani żadna inna forma protestu nie przemawia, ale widocznie ten pan prowadzi prywatną politykę uległości wobec oczywistych przejawów nieprawości mających miejsce w piłkarskim związku.

Wie o nich doskonale człowiek ze środowiska, czyli Józef Młynarczyk. Powinien o nich wiedzieć i dziwne jeżeli by tak nie było Robert Korzeniowski z racji pełnionej w TV funkcji.

A Maryla Rodowicz powinna odczekać kilka miesięcy, by w odpowiedniej chwili, zachowując twarz, zaśpiewać panu Lacie i jego zausznikom: – „Ale to już było i nie wróci więcej”.

Polska będzie biła brawo.