Finał finałowi nierówny

Gdy dowiedziałem się, że G. Lato jedzie do Madrytu na finał Champions Leaque od razu mi to zapachniało prywatą. I miałem rację. Niech nawet nikt nie próbuje mówić, że miał zaproszenie i musiał tam być, bo to są zwyczajne brednie. Przypomnę jeszcze raz. Standardem w UEFA jest zaprosić prezesów krajowych federacji na finał rozgrywek. Czysta kurtuazja. Jest to tak oczywiste jak to, że w gminie zaprasza się wójta na mistrzowski mecz regionalnej drużyny. Tak jak wójt w gminie, prezesi którzy mają czas i ochotę przybywają i oglądają spotkanie. Ci którzy mają w tym czasie służbowe obowiązki, albo nie mają ochoty, nie jadą. Po prostu, z zaproszenia na mecz można skorzystać, albo nie i nic się wielkiego nie dzieje. Tak na marginesie, często praktykuje się wysyłanie przedstawiciela federacji, którego zadaniem jest po prostu tam być. I nikt w Europie nie dorabia do tego jakichś wydumanych teorii o misjach i zadaniach do wykonania. Nikt, oprócz prezesa z Polski

Lato pojechał do Madrytu, na dodatek z małżonką, czyli postawił rodzinną wycieczkę ponad swoje prezesowskie obowiązki.

Jakie obowiązki? Finał Remes Pucharu Polski rozegranego w Bydgoszczy. To powinien być jego priorytet. I nie ma żadnego tłumaczenia. Ani terminem, ani pogodą, ani żadną inną brednią.

Pisałem zresztą o tym parę dni temu.

Nasuwa się kilka refleksji. Jestem od sześciu lat prezesem, Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej i rokrocznie wręczamy wraz z wiceprezesami puchar zwycięzcy szczebla wojewódzkiego. Uważam bowiem, że jest to docenienie wielkiego wysiłku zawodników, trenerów, działaczy. Gdybym sobie to odpuścił, okazałbym im lekceważenie.

I Lato takie okazał.

Wielu ludziom. Tych których wymieniłem i dodatkowo kilku tysiącom kibiców.

Wyrządził tym ogromną krzywdę całej imprezie.

` Od kilku lat wiele osób czyni ogromne starania, aby podnieść rangę PP. Wielu oddanych tej imprezie działaczy i sponsorów pragnie nadać Pucharowi wyjątkowy prestiż.

Lato swoim postępowaniem niweczy ten wysiłek.

Pojechałem załatwiać tam sprawy polskiej piłki. – Więcej tam zrobię dla polskiej piłki niż w Bydgoszczy – tak tłumaczył swój wyjazd.

Groteskowe. Więc, żeby było dalej do śmiechu pytam się zatem w jakim języku chciał rozmawiać Grzegorz Lato z Michelem Platinim. Po francusku, angielsku czy w innym np. migowym. Przecież Lato nie zna żadnego języka obcego. Chyba że przez ostatnie dwa tygodnie przewodniczący UEFA nauczył się rozmawiać po polsku, przez wzgląd na prezesa z Polski.

A teraz już poważnie. Ponieważ Lato jednoznacznie pokazał swój stosunek do ludzi związanych z PP i nie tylko tych, trzeba być konsekwentnym i wymusić relację z madryckich dokonań prezesa na rzecz polskiego futbolu.

Tylko, że już dziś wiadomym jest, że żadnej relacji nie będzie. Dlaczego? Bo żadnych korzyści ten wyjazd nie przyniósł. Wiem z opowiadań ludzi, którzy byli w Madrycie, że żadnego spotkania, ani nawet zwykłej rozmowy Platini – Lato nie było, bo być nie miało. I tyle.

Jeżeli Lato kłamie jako osoba prywatna, to jest to nieładne, ale co komu do tego.

Jeżeli w publicznej wypowiedzi mija się z prawdą prezes PZPN zaniedbując swoje obowiązki na rzecz prywatnej korzyści, a taką jest niewątpliwie rodzinny wyjazd, to jest już inny temat.

Tak po ludzku to zwyczajnie trzeba nie mieć wstydu.

Kataklizm powodzi

Polskę doświadczył kolejny kataklizm wskutek czego stanęliśmy do kolejnej próby solidarności.

Zalane drogi i domy. Przerwane wały przeciwpowodziowe, tysiące ludzkich dramatów, ewakuacje ludności – to obraz jaki można zobaczyć praktycznie na terenach całej Polski.

Nie inaczej jest na Podkarpaciu. Setki osób bez dachu nad głową, zalane domy, podtopione gospodarstwa – przez powódź ludzie stracili nierzadko dorobek całego życia.

Z komunikatów na dzisiaj wynika, że wprawdzie zagrożenie nie minęło, ale woda opada.

Jest to jakaś pociecha, ale nie zapominajmy, że szkody jakie wyrządziła powódź są olbrzymie. Nie ma powiatu w woj. podkarpackim, które ustrzegło by się od zniszczeń.

Szkody nie ominęły również piłkarskich klubów sportowych, których na Podkarpaciu jest grubo ponad 600.

Zalane zostały boiska, a bardzo często również budynki i pawilony klubowe gdzie woda sięgała niejednokrotnie aż po dachy.

Wczuwając się w trudną, niekiedy tragiczną sytuację podkarpackich klubów zwróciłem się 24 maja jako prezes Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej z pisemną prośbą do władz Polskiego Związku Piłki Nożnej skierowaną na ręce prezesa Grzegorza Lato o każdą możliwą pomoc w tej tragicznej sytuacji.

Zalane boiska, zniszczone mienie w postaci budynków, sprzętu sportowego, środków transportu, zaplecza – to straty niemożliwe do odrobienia bez pomocy z zewnątrz, przez z reguły niezamożne kluby.

Liczę na empatię i zrozumienie w tak trudnej sytuacji. Mam nadzieję, że ten apel nie pozostanie bez echa i otrzymamy jak najszybszą pomoc może nie na miarę potrzeb, które są ogromne, ale chociaż na miarę możliwości.

Z góry, w imieniu wszystkich potrzebujących i oczekujących dziękuję.

Pomysłami w prezesa

Rok temu w Polskim Związku piłki wiadomej na cztery dni przed rozgrywkami sezonu 2009/10 zmieniono wiek zawodnika młodzieżowego z 21 na 23 lata. Zagorzałym orędownikiem tej zmiany 96 godzin przed rozgrywkami był trener-senior Antoni Piechniczek.Oj się działo. Drużyny miały„pozapinane” składy, a tu taki prezencik. Jaki był cel tego zabiegu. Nasuwa się przypuszczenie, że było to działanie pod reprezentację U-23 za którą jest odpowiedzialny Stefan Majewski. Takich reprezentacji jest w Europie bodajże 10. To czemu w Polsce manie być. I jeszcze okazja do następnych etatów. A interes klubów. A kogo to obchodzi.

Minął rok, a tu kolejna uchwała w tej sprawie. Jaka, nikt nie zgadnie. Powrót do przeszłości. Uchwałą nr VI/94 z dnia 20 maja br. z dnia ustala się, iż zawodnikiem młodzieżowca jest osoba, która w roku kalendarzowym, w którym następuje zakończenie danego cyklu rozgrywek kończy 21 lat.

Czyżby znowu kolejna wspaniała koncepcja trenera-seniora Antoniego Piechniczka. A jeżeli nie jego ,to kto wsadził prezesa na taką minę, bo w końcu to prezes parafował tę kolejną zmianę po zmianie. Powinno się to skończyć wnioskiem do Wydziału Dyscypliny dla takiego złośliwego doradcy – sapera – adwersarza.

Jak amen w pacierzu. W imię czego robi prezesowi wodę z mózgu.

Rozumie ktoś coś z tego? Pozostaje zatem zapytać, która zmiana była właściwa. Która wnosiła cokolwiek dobrego do systemu szkolenia. Ta rok temu, czy ta teraz. Znając jednak poczucie humoru pana prezesa spodziewam się odpowiedzi następującej: – Odpowiem szczerze. Powiem panu tak, powiem uczciwie, że my zawsze mamy rację.

Przyjmuję takie wyjaśnienie. Gdyby nie ono pomyślałbym, że w związku piłki wiadomej panuje młyn, mętlik, bałagan i delikatnie mówiąc burdel.

Parę słów o myśleniu

Czytanie kształci i rozwija.

Czytanie prasy zaspokaja potrzeby informacji.

Czytanie wywiadów pozwala poznać myśli człowieka.

Przeczytałem porażający w swej wymowie wywiad w Futbol News z Grzegorzem Lato i dowiedziałem się co prezes myśli.

Myśli:

że jest najlepszy,

że minister Giersz daje mu za mało pieniędzy, bo te co daje to są TYLKO na szkoły, a na dodatek zamiast je samemu rozdzielać robi sobie ten minister z niego listonosza. (Jak może tak kolega traktować kolegę. Haniebne.),

że Masiota (członek zarządu PZPN) jest sprzedajnym szpiegiem na rzecz wrogiej PZPN-owi firmy, sprzedając jej (tej firmie) tajemnice tajnych negocjacji,

że zarabia godnie (według mnie zarabia godne pieniądze, ale nie zgodzę się z tym, że zarabia je godnie),

że dopasowaliśmy się do światowej czołówki (to przy ocenie polskiej ligi),

że nie mógł odmówić ani się wymówić (Michelowi Platiniemu), bo na razie nie potrafi być w dwóch miejscach na raz (myśli pewnie, że niedługo będzie mógł i tego dokonać,)

że trzeba to całe towarzystwo wziąć za gębę (to o Legii Warszawa),

że jakby UFA dorzuciła 10 milionów więcej od SportFive to byłoby gorzej dla PZPN,

że Hiszpania i Niemcy przyjadą sobie pograć z nami za darmo,

że wybory w PZPN wygrał Lato, Kręcina, Boniek i tyle,oraz że oni właśnie rządzą,

że do każdej umowy potrzebna jest zgoda zarządu i jego kontrasygnata (jak cichaczem, samowolnie klepnął podpisy pod kilkoma umowami to widocznie tak wtedy nie myślał),

że tych wszystkich co inaczej myślą, to ma po prostu gdzieś,

oraz stwierdza:

że nie wolno nic mówić bez zastanowienia.

O zgrozo. Bez komentarza.

Bezprawnie pozbawiony mandatu

Pół roku temu zostałem bezprawnie pozbawiony mandatu delegata na Zjazd PZPN. Stało się tak chociaż dopełniłem wszystkich wymaganych statutowo formalności. Władze PZPN postarały się usunąć mnie z grona delegatów, by zabrać mi prawo głosu na Zjeździe. Strach przed moim ewentualnym wystąpieniem i treścią, którą mogłem publicznie wygłosić okazał się większy od praworządności. Wystarczyło po swojemu zinterpretować zapisy statutu by dopiąć swego.

Postanowiłem się wobec tego zwrócić o opinię prawną do instytucji, która m.in. ma za zadanie stać na straży prawa, czyli do Ministerstwa Sportu i Turystyki. Opracowana przez ministerialnego prawnika opinia w pierwszej wersji była dla mnie pozytywna. Jednak minister Giersz nie dopuścił, by ujrzała ona światło dzienne. Po wielu zawirowaniach dostałem odpowiedź o lakonicznej i pokrętnej treści, niegodnej urzędu państwowego.

Oto jak przebiegł proces załatwienia sprawy obywatela, który szukał pomocy w Ministerstwie Sportu i Turystyki kierowanym przez ministra Adama Giersza.

Oto fragmenty kolejnego pisma skierowanego do Pana Ministra.

Szanowny Pan

Adam Giersz

Minister Sportu i Turystyki

Panie Ministrze!

Nie spodziewałem się tego, że nie zajmie Pan jednoznacznego stanowiska w tak prostej i oczywistej sprawie, jak wydanie zgodnej z prawem opinii dotyczącej bezprawnego pozbawienia mnie mandatu delegata, na Zjazd Polskiego Związku Piłki Nożnej. Opinii oczywistej dla wielu prawników, również tych z Pana ministerstwa.

Gdy zwróciłem się o nią pismem do Pana, zlecił Pan jej wykonanie w departamencie prawnym Panu mec. Arturowi Zgoda. Po kilku dniach, 24 listopada wyraził on swoją opinię, że zostałem bezprawnie pozbawiony mandatu delegata. W rozmowie telefonicznej, której nagranie posiadam mec. A. Zgoda poinformował mnie, że pismo leży na Pana biurku i czeka na Pana podpis. Gdy 27 listopada zadzwoniłem ponownie, poinformował mnie, że odesłał Pan opinię do ponownego rozpatrzenia. Stało się to z niewiadomych przyczyn, o których chyba tylko Pan wie. Czyżby Grzechu i Adamo z PZPN, z którymi jest Pan na Ty zadziałali w tej sprawie. Pewnie tak. Bo czym można tłumaczyć bezzasadne podważanie opinii niezależnego prawnika, zwłokę w odpowiedzi na moje pismo, kolejne rozpatrywanie pozytywnej dla mnie opinii. Dlaczego pytam nie może być ona taka jak w pierwszej wersji. Jasna i czytelna, mówiąca o złamaniu statutu, tylko taka jaką otrzymałem 7 grudnia mówiąca o wszystkim i o niczym. To tak jakby mnie Pan spytał jaka jutro będzie pogoda, że śnieg, deszcz, słońce, ale żadnych konkretów W jednym z akapitów pisma napisał Pan, że Zjazd może mnie przywrócić jako delegata na sali. Nie odkrył Pan tym stwierdzeniem Ameryki, bo odkrył ją dawno temu Krzysztof Kolumb.O tym to ja wiedziałem, nie musząc pisać do Pana.

Panie Ministrze. Trzeba mieć w życiu kręgosłup i lustro, żeby móc sobie patrzeć prosto w oczy. Wydawało mi się, że minister ma stać na straży prawa i działać błyskawicznie, jeżeli jest ono łamane. W tym przypadku nie odciął się Pan od tego zła, które ma miejsce w polskiej piłce. Dzwoniłem do Pana parokrotnie, nie mogłem się doprosić o rozmowę. Przypomnę Panu, że jest Pan urzędnikiem państwowym pracującym za pieniądze podatników. Ministrem tylko się bywa, a człowiekiem się jest. Nie można być niewyrazistym i zachowywać bierną postawę wobec ludzi, którym powinien Pan służyć.

Znałem wielu ministrów, prezydentów RP wywodzących się z różnych środowisk politycznych. Z takim przypadkiem unikania zajęcia stanowiska nie spotkałem się nigdy.

To Pańskie ugrupowanie, które dzisiaj Pan reprezentuje wysłało mi wszystkie kontrole świata, o czym Pan dobrze wie. Od ministra sportu Mirosława M. Drzewieckiego, Julii Pitery, CBA, Prokuratury Okręgowej, Rejonowej itd. Chciano mnie unicestwić, a co znaleziono.Wie Pan dobrze, że nic. Przekopano całe życie mojej rodziny i moje. Dlaczego nie ma Pan śmiałości zadzwonić, porozmawiać i zająć jednoznacznego stanowiska w tak błahej sprawie. Nie można stać w rozkroku.

Mówi Pan o czystości w piłce nożnej. Pytam się zatem, czy właśnie na tym ta czystość ma polegać? Wydaje mi się, że szczególnie Panu powinno zależeć na zmianach w polskiej piłce, ale chyba się mylę.

Może Pan być pewny, że z czasem wiele spraw wyjdzie na wierzch, czy się to Panu podoba czy nie.

Prezes

Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej

Kazimierz Greń

—————————————————————————————-


Tą decyzją stracił Pan zarówno autorytet jak i wiarygodność jako urzędnik państwowy oraz człowiek.

Minęło pół roku od tamtej pory. Minister z Platformy Obywatelskiej ma się dobrze, prezes Lato ma się dobrze, za to polska piłka ma się coraz gorzej.

Finał Pucharu Polski – Bydgoszcz. Prezes Lato zamiast uszanować zawodników, kibiców, rangę imprezy, kolejny raz pokazał, że ma to tam, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Pojechał sobie na wycieczkę do Madrytu na finał Ligi Mistrzów. Tłumaczył się idiotycznie(można by tu użyć innego słowa), że tam zrobi więcej dla polskiej piłki niż w Bydgoszczy. A kogo zobaczyliśmy na trybunie głównej stadionu Zawiszy? Ciekawy duet. Ministra, który daje dowody uległości, wręcz służalczości w stosunku do władz PZPN, obok którego stał Jan Bednarek, wiceprezes związku z problemami natury prawnej. Sąd Apelacyjny w Szczecinie podtrzymał prawo do drogi sądowej ludziom, zarzucającym byłemu posłowi Samoobrony sfałszowanie wyborów w Zachodniopomorskim ZPN. Tym samym nie zaprzeczył skazującemu wyrokowi I instancji, a nie uprawomocnił go, tylko z przyczyn proceduralnych. I tak sobie stali ramię w ramię reprezentanci rządu i związku piłkarskiego,

Minister nie zwraca uwagi na takie „drobiazgi” jak bezprawne nie dokończenie przerwanego Zjazdu z grudnia 2009 r, zablokowanie kilkunastu projektów uchwał wniesionych przez delegatów, manipulowanie najwyższą władzą stowarzyszenia jaką jest Walny Zjazd Delegatów poprzez relegowanie jednych , a utrzymywanie drugich przy prawie głosu. Ja rozumiem, że zbliża się Euro-2012. Ale czy to znaczy, że cel uświęca środki i za cenę łamania prawa na co są dokumenty trzeba udawać niewidomego. Jak długo to jeszcze będzie trwać.

Tak na marginesie ciekawy jestem,co Pan minister wniósł oprócz uśmiechu do PP. Media podały, że nagrody dla Jagiellonii ufundował sponsor PP, miasto Białystok i klub Jagiellonia. Chyba, że uścisk ręki ministra jest dużo więcej warty.

Ciekawy jestem jeszcze powrotu Grzegorza Laty z hiszpańskich wojaży i obszernej relacji ile obfitości spłynie na polski futbol po tej wizycie. Może zrobi to na wspólnej konferencji prasowej z kolegą Adamem Gierszem z jednej i Janem Bednarkiem z drugiej strony.


KOMUNIKAT

W dniu dzisiejszym Prezydent Miasta Olsztyna złożył wniosek do Sądu Rejestrowego o ustanowienie kuratora i dokonanie wyboru nowych władz w Warmińsko-Mazurskim Związku Piłki Nożnej.

Ucieczka

Ucieczka na z góry upatrzoną pozycję –

– to taka terminologia wojskowa. Nasunęła mi się ona gdy przeczytałem w środę tj. 19 maja w Przeglądzie Sportowym w rubryce „Trzy pytania do…” , redagowanej przez Antoniego Bugajskiego wypowiedzi prezesa Grzegorza Lato.

Moja reakcja była dość spontaniczna. W pierwszym odruchu złapałem się za głowę, w drugim za brzuch. Ze śmiechu.

Wypowiedź Miłościwie Panującego dotyczyła Jego nieobecności podczas finału Remes Pucharu Polski w Bydgoszczy. Prezes PZPN wybiera się bowiem w tym czasie na finał Ligi Mistrzów do Madrytu.

Tłumaczenie tego faktu brakiem wolnego terminu rozegrania polskiego finału jest przejawem ignorancji, lekceważenia polskich drużyn, działaczy, kibiców. Nie po raz pierwszy zresztą. Mówienie, że wyjazd ten to nie forma wycieczki jest ot takim sobie prymitywnym kłamstewkiem, które pan redaktor niestety kupił.

Jak bowiem wyglądają fakty.

Termin rozegrania finałów Ligi Mistrzów był znany od roku. Jeżeli nawet Polski finał nie mógł się odbyć w zaplanowanym terminie, to pytam się dlaczego nie został rozegrany np. 19 maja. Czego prezes bredzi, bo trudno inaczej nazwać tą wypowiedź, że jedyny możliwy termin to maj 22. I to nie pech zdecydował, że koliduje on z finałem madryckim, tylko było to działanie świadome. O tym jednak później.

Kolejny fakt. Prezes twierdzi, że będą w Madrycie wszyscy prezesi federacji krajowych z całej Europy. A skąd prezes Lato o tym wie. Czyżby był przewodniczącym komitetu organizacyjnego tego finału i każdy zaproszony potwierdził mu osobiście swoje przybycie. Nic mi o tym nie wiadomo.

Osobiście byłem za czasów prezesa Michała Listkiewicza na dwóch finałach w Turcji i Moskwie. Wiem jakie standardy obowiązują podczas organizacji takiej imprezy. Owszem zaproszenia wysyła się do wszystkich, ale korzysta z niego najwyżej połowa zaproszonych. To są fakty, a to co mówi Lato jest świadomym wprowadzaniem w błąd, by usprawiedliwić swoją nieobecność w Bydgoszczy.

I fakt ostatni. Przewodniczący UEFA ma swój kalendarz spotkań na których są poruszane zaplanowane wcześniej tematy. Jeżeli prezes Lato myśli, że przewodniczący Platini będzie na trybunach, albo przy śledziu na kolacji omawiał z nim sprawy Euro – 2012, to znaczy że nie myśli. I to by się zgadzało.

Pytanie: – Dlaczego prezes Lato robi wszystko, by nie być na finale PP w Bydgoszczy, z czego musi się zresztą wytłumaczyć? A, że czyni to wyjątkowo nieudolnie to już jest zupełnie inna sprawa.

Odpowiedź: Ze strachu.

Na trybunach będą ludzie. Ludzie, którzy kochają futbol. Ludzie którzy obserwują co prezes Lato serwuje im, ich ukochanym zespołom i całej dyscyplinie od ponad półtora roku. A ludzie w tłumie są anonimowi i nie cofną się przed wykrzyczeniem swojego niezadowolenia i sprzeciwu. Podejrzewam, że standardowe „j…. …N” byłoby najłagodniejszym z określeń jakim prezes Lato musiałby stawić czoło. Namiastkę tego już zresztą raz przeżył. Byłem tego świadkiem. Wiem, że nie jest to przyjemne i choć ja sam nie zgadzam się praktycznie z niczym co proponuje na co dzień prezes PZPN-u, to czułem wtedy niesmak. Nieszczęście Laty polega jednak na tym, że nie potrafił, nie umiał, bądź nie chciał wyciągnąć z tego żadnych wniosków. Żadnych.

Nic w życiu nie ma za darmo. By zdobyć Puchar Polski trzeba ciężko pracować. By cieszyć się szacunkiem również.

O to, by być publicznie obrażanym, wyzywanym także trzeba się trochę postarać.

Rzucanie kamieniami

Wczoraj minęła piąta rocznica od aresztowania Antoniego F., pierwszego zatrzymanego w aferze korupcyjnej w polskim futbolu. Nie było to zatrzymanie przypadkowe.

O tym, że kupczy się meczami w całej Polsce i we wszystkich ligach mówiły dzieci i ćwierkały wróble. Wiedział o tym każdy zawodnik, sędzia, działacz, kibic. Wiedzieli o tym również dziennikarze. I co. I nic. Proceder ten trwał i trwał, aż stał się w pewnym momencie normą. Ale jak każda rzecz na tym świecie ma swój początek i koniec, tak stało się i w tym przypadku. Kamień rzucony przez Piotra Dziurowicza wywołał lawinę.

Po Antonim F. oficjalnie zatrzymano ponad 300 osób, a powiadają, że dobrowolnie zgłosiło się następnych 400. Jak jest naprawdę wie tylko Centralne Biuro Antykorupcyjne.

Prawdopodobnie wielu dzisiaj działających w strukturach PZPN poszło na daleko idącą współpracę z CBA i ci działają dalej w piłce dalej. Innym postawiono zarzuty i teraz czekają na ocenę krzywd jakie wyrządzili.

Pierwsze ważne wyroki zapadły. Wrocławski sąd apelacyjny utrzymał wyrok trzech i pół roku więzienia dla Ryszarda Forbricha, znanego jako ”Fryzjer”. Kilkanaście innych osób też otrzymało wyroki więzienia, z reguły w zawieszeniu.

Ale jak długo do całkowitego zamknięcia tego niechlubnego okresu polskiego piłkarstwa nikt z nas nie wie.

Prezes Lato zaakceptował w swoim programie wyborczym zapisy, dotyczące szybkiego załatwienia spraw związanych z korupcją. Odsyłam do lektury programu. Pytam się zatem co zastało w tej materii zrobione. Znowu nic? Czyli, że albo nie doczytał tych punktów, albo nie zrozumiał ich wymowy, albo ma to gdzieś.

Ilu z obecnych działaczy podpisało by się dzisiaj pod stwierdzeniem: – Jestem czysty, bo nigdy nie uczestniczyłem w kupczeniu.

Ja tak. Dwoma rękoma i bez zastanowienia.

Jeszcze nie zakończyła się tamta sprawa, a już pojawiają się nowe liczne znaki zapytania. Tak jak kiedyś, tak i dzisiaj w polskiej piłce dzieje się wiele zła. Ma miejsce wiele patologicznych zjawisk. Tak jak i kiedyś, wiedzą o tym dzieci i ćwierkają wróble. Jak kilka lat temu wiedza o tym dociera do właścicieli klubów, działaczy, zawodników. Wie o tym sfera rządowa. Świetnie poinformowani są dziennikarze prasy, radia i telewizji. I co. I nic. Wszyscy milczą. Jak kiedyś.

Ale historia zatoczy koło. Jak każda rzecz na tym świecie, ta również miała swój początek i będzie miała swój koniec. I przyjdzie dzień gdy z kilku kamyczków ruszy lawina.

Dzisiaj rzucamy pierwsze.

Liga, liga i po lidze

W ubiegłą sobotę zakończyły się rozgrywki ekstraklasy sezonu 2009/10. Emocji nie zabrakło do samego końca. Do ostatniego gwizdka sędziego toczyła się walka zarówno o tytuł mistrzowski jak i o utrzymanie w lidze.

Ostatecznie tytuł zdobył rzutem na Taśmę Lech Poznań. Trzeba przyznać, że Lech prezentował najbardziej wyrównaną formę w całej naszej lidze.

Serdeczne gratulacje dla zawodników, trenerów, działaczy i kibiców.

Szczególne słowa uznania chciałbym skierować do trenerów tej drużyny

Jacka Zielińskiego z Tarnobrzega i Ryszarda Kuźmy z Rzeszowa. Ten

duet trenerów z województwa podkarpackiego osiągnął życiowy sukces.

Z ogromną radością przekazałem telefonicznie swoje gratulacje obu

trenerom. Wykonali tytaniczną pracę, a to mistrzostwo jest tym cenniejsze,

gdyż Lech dopiero w przedostatniej kolejce wyszedł na pozycję

lidera.Wicemistrzostwo Polski przypadło Wiśle Kraków, której trenerem

w ostatnich kolejkach był mój przyjaciel Henryk Kasperczak. Heniu głowa

do góry. Jesteś znakomitym szkoleniowcami wspaniałym człowiekiem.

Niejedna drużyna oddała by wiele za tytuł wicemistrzowski,a Wiśle do

pełni szczęścia zabrakło naprawdę niewiele. Chodzi teraz o to, by w tym

zespole zabrakło, ale pochopnych, nerwowych ruchów. Przecież to ciągle

jest niezła drużyna.

Brawo dla Ruchu Chorzów za trzecie miejsce w lidze i co za tym idzie

możliwość gry w lidze europejskiej. Słowa uznania trzeba kierować dla

drużyny, trenera Waldemara Fornalika, jak również dla jedynej kobiety

prezesa Zarządu Katarzyny Sobstyl oraz dyrektora sportowego

Mirosława Mosóra.Czapki z głów przed wszystkimi współautorami tego sukcesu,

gdyż walka trwała na dwóch frontach. Na boisku oraz w sferze organizacyjnej

chorzowskiego zespołu.Szczerze żal mi Legii Warszawa. Klubu i tak oddanych

jego barwom ludzi. Mam tu na myśli szczególnie Pana prezesa Mariusza Waltera,

Leszka Miklasa oraz Jarosława Ostrowskiego. Na pocieszenie przychodzi mi

tylko lakoniczne stwierdzenie, że w sporcie z reguły wygrywa

tylko jeden. Życzę warszawskiej drużynie kolejnego udanego sezonu 2010/11,

a mecz z Arsenalem na stadionie przy Łazienkowskiej niech będzie

początkiem ich drogi na szczyt.

Nie sposób nie wspomnieć o nietuzinkowej postawie Jagiellonii,

która rozpoczęła ligę z minusowym kontem, a pewnie zachowała status

ekstraligowca.

Gratulacje na ręce prezesa Czarka Kuleszy.Na pewno spory niedosyt

panuje w takich drużynach jak Polonia Bytom, czy Polonii Warszawa.

Myślę, że prezesi Damian Bartyla i Józef Wojciechowski sprawią, że ich

Drużyny zaskoczą wielu w kolejnej ligowej odsłonie.Oddech ulgi wzięli

fani Arki Gdynia, która do ostatniej chwili nie mogła być

pewna utrzymania. Miejmy nadzieję, że w przyszłym sezonie powalczy o wyższe

cele. W Zagłębiu Lubin kawał porządnej roboty wykonał Marek Bajor.

Prezes Jerzy Koziński nie żałuje zapewne, że posłuchał Franciszka Smudę

i postawił na trenera z Podkarpacia, który
udowodnił że jest trenerem z wielką charyzmą. Brawo Marku.

Żal mi i to całkowicie szczerze prezesa Ireneusza Serwotkę, bo jego

Odra Wodzisław spadła z ligi. Wprawdzie już znaleźli się tacy, którzy

twierdzą, że ja mam z tego powodu satysfakcję.

Nieprawda. Tak mogą twierdzić tylko ludzie złośliwi i ci którzy wietrzą

W oczernianiu innych jakiś swój niecny interes. Nigdy nie cieszę się
z niczyich krzywd i
porażek.

To samo dotyczy Piasta Gliwice z rzeszowianinem w bramce Maćkiem

Nalepą.

Obu prezesom Serwotce i Drabickiemu oraz całemu środowisku

piłkarskiemu Gliwic i Wodzisławia życzę, by absencja w najwyższej klasie

rozgrywkowej trwała tylko jeden sezon. I na koniec gratulacje dla

właściciela Pana Sylwestra Cacka za powrót Widzewa do

ekstraklasy. Za powrót i za styl w jaki drużyna ten awans wywalczyła.

Lepszego prezentu na100 lecie powstania klubu ciężko było sobie wyobrazić.

Życzę prezesowi Marcinowi Animuckiemu, by zawodnicy pod wodzą trenerów

osiągnęli poziom tego Widzewa sprzed kilkudziesięciu
lat.
Czekamy na kolejne sukcesy być może już na europejskich stadionach.

Prawo i życie

W sierpniu wchodzi w życie nowa ustawa o imprezach masowych. To ważne bo bezpieczeństwo to sprawa nadrzędna. Należy też w końcu dążyć by spotkania piłkarskie oglądała jak największa liczba ludzi ( czyt. całe rodziny). O to powinni oczywiście zadbać aktorzy widowisk piłkarskich, czyli zawodnicy i rzecz jasna organizatorzy.

Nowa ustawa to również nowe wymogi, a te to oczywiście dodatkowe i niemałe nakłady finansowe. Trzeba je oczywiście znaleźć w klubowych kasach. Ile mamy zamożnych klubów w Polsce. Takich, którzy bez problemu potrafią dostosować obiekty do wymogów ustawy. Kilka, kilkanaście. A co z resztą? W pierwszej lidze już nie jest za bogato, a często wręcz biednie. W drugiej lidze zamożny klub to już wyjątek.

Rozważając w tym kontekście, sytuację finansową w klubach klas regionalnych, graniczy już z nietaktem.

Trzeba poprawiać prawo i trudno wymagać od ustawodawcy, by przeprowadzał dogłębne analizy stanu posiadania polskich klubów i klubików.

Czy to oznacza, że one powinny zostać pozbawione jakiejkolwiek pomocy? Niestety, tak w tej chwili to wygląda. Polski Związek Piłki Nożnej od wszystkiego co nie dotyczy ściągania pieniędzy umywa ręce.

Kluby muszą dostosować obiekty do wymogów ustawy. Wyposażyć obiekty w krzesełka, odpowiednie sektory, „klatki”, bufory, drogi ewakuacji, dystrybucję biletów, ochronę i długo można by jeszcze wymieniać w co jeszcze. Od tego nie ma odwołania, choć niektórzy (Polak potrafi) znajdują sposoby, by choć w części zminimalizować nieodzowne wydatki.

Ale kluby by grać mają koszty stałe od których już nie ma odwołania.

Do nich należy wpisowe do rozgrywek, opłacenie sędziów, koszty przejazdu, hoteli, wyżywienia itd.. A kontrakty z zawodnikami, utrzymanie obiektu, szkolenie. Bez tego też się nie da. W PZPN się o tym nie wie?

Na mecze są również wysyłani delegaci. W PZPN mówi się, że to związek pokrywa koszty delegowania takowych na mecze. Nie dajmy się zwariować. Środki na wizytowanie spotkań biorą się przecież z wpisowego, które każdy klub wpłaca przed rozgrywkami do PZPN, czyli – delegata opłaca klub.

Co robi PZPN, aby pomóc klubom. Odpowiedź jest banalnie prosta. Nic.

Wręcz przeciwnie. PZPN traktuje kluby jak dojne krowy.

Związek zaczyna działać na zasadzie takiej jak media. Im gorzej tym lepiej. I jedni i drudzy na tym zarabiają. Dlaczego? Bo jeżeli nastąpi jakiekolwiek naruszenie przepisów, to jest za co karać finansowo. Media zarabiają na sensacji, a PZPN na finansowych karach. O ile wydawcom nie ma się co dziwić, bo żyją ze sprzedaży, słuchalności i oglądalności to Polski Związek Piłki Nożnej chyba nie został powołany do żerowania na swoich członkach.

Jakie Związek za prezesury Grzegorza Lato podjął działania analityczne, wychowawcze, uświadamiające. Z mojej wiedzy żadne. Jakimi metodami walczy z chuligaństwem, rasizmem czy antysemityzmem. Żadnymi. Dlaczego więc jeżeli nic nie robi w tych kierunkach, czyni sobie z tych patologicznych zjawisk dodatkowe źródło dochodu.

W końcu, czy te kary odniosą pożądany skutek wychowawczy. Czy takie działanie wyeliminuje w dalszej perspektywie negatywne zjawiska z polskich stadionów. Ależ skąd. Kary te wymierzone są w kluby, nie w rzeczywistych sprawców, winowajców. Ale kogo to w PZPN-ie obchodzi.

Występuje tu jeszcze jeden element. Jeden klub za wybryk „kibica” jest ukarany kwotą kilku tysięcy złotych, a identyczny przypadek w innym klubie, opisany zresztą przez delegata na nikim w Związku nie robi szczególnego wrażenia. To kolejny przykład na nierówne choć protekcjonalne traktowanie członków w tym piłkarskim stowarzyszeniu.

Na każdy mecz I i II ligi ( nie mówmy o Ekstraklasie) jest wysyłany delegat. Pytam po co? Chyba, że w celach zarobkowych. Nie każde spotkanie jest przecież meczem podwyższonego ryzyka. A na tych spotkaniach szczególnie ważnych, gdzie miało by co robić nawet dwóch delegatów, jest jeden na dodatek schowany w budynku klubowym.

Mamy coraz więcej przykładów na to, że panowie zarządzający związkiem z dnia na dzień coraz lepiej czują się roli silnego możnowładcy i windykatora niż w roli wychowawców, opiekunów czy ludzi mających do spełnienia szlachetną misję na sportowej niwie.

Historia z życia wzięta

Blisko półtora roku temu niejaki pan Wincenty Morycz postanowił dokonać na mnie niezrozumiałego aktu prywatnej zemsty.

Pan Morycz to były przewodniczący Kolegium Sędziów w Podkarpackim Związku Piłki Nożnej, który w demokratycznych wyborach nie został wybrany na kolejną kadencję 2008-2012. Delegaci naszego związku pokazali mu na zjeździe symboliczną czerwoną kartkę, iż nie chcą mieć z tym panem już nic wspólnego.

Winą za to nie wiedzieć czemu pan Morycz obarczył mnie.

Po tych wyborach kierowana przez niego w poprzednich latach organizacja sędziowska pod nowym zarządem zmieniła diametralnie swoje oblicze in plus.

Dokonywał prób szkalowania mojej osoby w całym środowisku piłkarskim do którego jeszcze miał dostęp.

Rozpoczął również rozsyłanie pism zawierających nieprawdziwe treści do wszystkich możliwych prokuratur składając doniesienia o przestępstwie, CBA, ABW, polityków takich jak Grzegorz Schetyna, czy Julia Pitera. Nie zawahał się nawet skierować oszczerstw na mój temat do premiera Donalda Tuska. Ogromną zatem musiał się kierować nienawiścią za przegraną konfrontację wyborczą.

Gdy doszły do mnie informacje o skali tych pomówień starałem się na wszelkie możliwe sposoby, wszędzie gdzie tylko mogłem tłumaczyć bezsens tych oskarżeń, lecz nikt nie chciał mi wierzyć. Sprawdzono wszystko co dotyczyło mojej działalności związkowej i prywatnej. Jakby tego było mało nie oszczędzono w procedurach śledczych mojej rodziny, najbliższych przyjaciół i współpracowników. Bez efektów. Bo cóż można było znaleźć, gdy oskarżenia kierowane na mnie przez pana Morycza były wyssane z palca.

Wpisał się w ten scenariusz dość pochopnie, szukając widocznie sensacji do gazety w której pracuje redaktor Jacek Sarzało. Dziennikarz znany i opiniotwórczy. Podawał do wiadomości publicznej informacje nie sprawdzając w sposób wystarczający ich wiarygodności.

Śledztwa nic nie wykazały. Postępowania jedno po drugim umarzano

Pozostało pytanie, co z tymi którzy mnie pomówili. Dlaczego pozostają bezimienni i anonimowi, choć narazili niewinnych ludzi i ich rodziny na stres i potworne nerwy, a skarb państwa na niepotrzebne koszty związane z koniecznością przeprowadzenia śledztwa. I to nie jednego.

Pozostała mi zatem droga sądowa. Po kilku rozprawach i zapoznaniu się Sądu z dokumentami zawarto ugodę, którą załączam do niniejszego pisma.

Ugoda ta zobowiązuje Wincentego Morycza i Jacka Sarzało do zamieszczenia w prasie przeprosin. Dodatkowo Wincenty Morycz ma wpłacić 3000 zł na cel charytatywny na konto Caritas Diecezji Rzeszowskiej.

Całe moje zawodowe życie ciężko i uczciwie pracowałem. Kocham sport i wkładam po dzień dzisiejszy wiele sił, czasu i niejednokrotnie prywatnych środków finansowych w swoją działalność na rzecz polskiej piłki. Przykro, że moje chęci i zaangażowanie musiały zostać okupione takimi przeżyciami.

Byłoby dobrze, gdyby ten przypadek był ostrzeżeniem dla innych szukających zemsty przy pomocy instytucji państwowych, sprawujących funkcje utrzymania praworządności w Polsce.

Rzeszów, 13 maja 2010 r.

Sąd Okręgowy w Rzeszowie Wydział I Cywilny

z powództwa Kazimierza Grenia

o ochronę dóbr osobistych

postanowił

Pozwani Wincenty Morycz i Jacek Sarzało zobowiązują się solidarnie do przeproszenia powoda Kazimierza Greń poprzez opublikowanie w wydaniu poniedziałkowym Gazety Wyborczej na pierwszej stronie Dodatku Sportowego w rozmiarze 3 modułów przeprosin o następującej treści:

Wincenty Morycz i Jacek Sarzało przepraszają Pana Kazimierza Greń za podanie nieprawdziwych i naruszających jego dobre imię informacji, jakie znalazły się w artykule pod tytułem „Nazywa się Greń. Baron Greń” zamieszczonego w dniu 27 października 2008 r. w Gazecie Wyborczej.

Pozwany Wincenty Morycz zobowiązuje się wpłacić na rzecz Caritas Diecezji Rzeszowskiej ul. Jana Styki 21, 35-006 Rzeszów kwotę 3.000 zł na konto Caritas Diecezji Rzeszowskiej tytułem zadośćuczynienia. Kwota zostanie wpłacona przez pozwanego Wincentego Morycza w trzech ratach po tysiąc złotych.

Nastąpi również zwrot opłaty od pozwu