Biuro turystyczne w PZPN

 

Jak podano na stronie internetowej PZPN, na Kongresie UEFA,który odbył się w Tel Avivie w dniach 23-25 marca, Polski Związek Piłki Nożnej reprezentowali prezes Grzegorz Lato, wiceprezes ds. organizacyjno – finansowych Rudolf Bugdoł oraz sekretarz generalny Zdzisław Kręcina. W Tel Avivie odbyło się losowanie, które rozstrzygnęło o terminarzu eliminacji do Euro 2012 w grupach B, F, G i H. Losowanie zostało przeprowadzone podczas obrad Kongresu UEFA. Wzięli w nim udział przedstawiciele reprezentacji, które nie potrafiły wypracować kompromisu przy ustalaniu kalendarza kwalifikacji do polsko-ukraińskiego Euro. Była to więc wizyta typowo robocza. Jak wiemy ME-2012 odbędą się w Polsce, więc wyjazd polskiej delegacji był w pełni uzasadniony. Skład również, bo ani Lato, ani Bugdoł po angielsku ani me, ani be to Kręcina jako tłumacz był nieodzowny.

Wątpliwości budzi za to – przypomnę, że to robocza wizyta – obecność małżonek wszystkich trzech panów prominentów, reprezentujących godnie PZPN na arenie europejskiej.

Ot taka turystyczna eskapada do Izraela za związkowe pieniądze.

gorzej,bo od razu nasuwa się podejrzenie, że to podziękowanie za przychylność, lub zaliczka na poczet innej przychylności.

A co, żonom nie należy wynagrodzić licznych dni samotności,bez mężów, którzy za jakieś drobne kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, w trudzie i znoju budują dzień po dniu potęgę polskiego futbolu? Kolejna podróż szykuje się już w czerwcu, w tym samym składzie do RPA. Niezapomnianych wrażeń życzę.Niech tylko nikt nie stara się mi wmówić, że np. Grzegorz Lato opłaca te podróże z prywatnych pieniędzy, bo prezes Lato nawet za kawę na stacji benzynowej płaci swoją złotą pzpn-owską kartą.

Tak na marginesie. Kręcina jako tłumacz prezesa sprawdza się doskonale. Tłumaczy to co chce i jak chce, sam staje się posiadaczem cennej wiedzy, a prezes robi dobrą minę do złej gry, czyli głupio się uśmiecha.

Może jeszcze dwa przykłady (a jest ich znacznie więcej) turystycznych wojaży w ramach podziękowań za postawę na grudniowym zjeździe.

Zbigniew Lach pojechał z reprezentacją do Tajlandii. Co miał obiecane, otrzymał. Za co? Miał zabrać głos po moim wystąpieniu na zjeździe i zneutralizować wrażenie po moim wystąpieniu.Ponieważ Zbyszek, doskonały orator dał z siebie wszystko, w stosownym czasie spakował walizkę i pojechał. Za jedno muszę go pochwalić. Sumienie widocznie troszkę go gryzło, bo jak ognia unikał kamer telewizyjnych, by nie pozostał trwały ślad po tej eskapadzie.

Takich wyrzutów nie miał już Janusz Hańderek. Pojechał na dziesięciodniowy obóz w tureckiej Antalyi , gdzie na zgrupowaniu podnosili swoje umiejętności polscy sędziowie.

Co przed wyjazdem mówił sam zainteresowany: – Jadę do Turcji, bo kieruję Komisją Rewizyjną przy PZPN i na miejscu będę mógł ocenić, czy jest sens wydawania ze związkowej kasy pieniędzy na takie obozy –stwierdził Hańderek. Bardziej infantylnego usprawiedliwienia czyli tłumaczenia się z tego wyjazdu ciężko sobie wyobrazić.

Dziesięć dni w największej metropolii na wybrzeżu Morza Śródziemnego, opłaconych ze związkowych pieniędzy.Tak to miało sens.

. Pozostaje zatem pytanie, z jakiego faktycznie powodu przewodniczący komisji rewizyjnej się tam znalazł. No cóż, ugrzeczniony w stosunku do zarządzających związkiem raport komisji na zjeździe 20 grudnia, odczytany przez późniejszego turystę Hańderka w pełni uzasadniał ten wyjazd.

Wdzięczność kierownictwa PZPN nie ominęła również wielu z tych delegatów, którzy na grudniowym Zjeździe głosowali za absolutorium dla prezesa i zarządu. Wyjazdów przy 15 reprezentacjach było sporo, więc korzystając z tej okazji za związkowe pieniądze wyrażono im podziękowanie. Licznej ekipy osób towarzyszących przy żadnym wyjeździe nie brakowało. Szkoda, że nie przełożyło się to na wyniki sportowe naszych ekip.

Czy wszystkim podziękowano w ten sposób, tego nie wiem. Ale jak któryś z panów delegatów został pominięty może się przecież upomnieć o swoje.

Prezesie Lato. A pozostali „ugrzecznieni” przewodniczący innych wydziałów, komisji i pominięci delegaci to co, gorsi.Nieciekawi świata. Tylko niech pan nie wypali, że pojadą do Koszyc na piwo, bo straci pan do końca swój prezesowski autorytet. Chociaż tak naprawdę niczym pannie ryzykuje, bo nie można stracić czegoś, czego się nie ma.

Delegat

Po równo nie znaczy sprawiedliwie. Zgadzam się z tym powiedzeniem, aczkolwiek pod jednym warunkiem.Ten warunek to oczywiście – dochowana sprawiedliwość.

Delegat na meczu piłkarskim to dość ważna osoba. Ma wiele odpowiedzialnych zadań, łączy swoją osobą wiele funkcji. Pomaga, czuwa,nadzoruje, ocenia, a wszystko to w imię dobrze zorganizowanej i bezpiecznej imprezy sportowej.

Za swoją pracę delegaci otrzymują oczywiście wynagrodzenie.Im wyższa liga, tym większa impreza. Im większa impreza tym wyższe wynagrodzenie. Proste i logiczne.

Nie byłoby w tym nic złego i dziwnego, gdyby dotrzymywane były podstawowe standardy dotyczące obsadzania meczów poprzez pryzmat fachowości delegatów, częstotliwości przydzielania spotkań, odległości zawodów od miejsca zamieszkania itd.

Obsady delegatów miały być jawne i czytelne. W dobie powszechności internetu jest to banalnie proste zadanie.

Tylko czy w PZPN choć jedna rzecz może być jawna i czytelna? Widocznie nie.

Przy obecnym kierownictwie związku, wszędzie tam gdzie pojawiają się jakiekolwiek pieniądze od razu mamy do czynienia z zasłoną milczenia. Pojawiają się dziwne podziały na równych i równiejszych. Na lepszych i gorszych, z tym że na tą ocenę nie pracują sami zainteresowani. Nie liczy się fachowość, wiedza, predyspozycje, zaangażowanie. Ocena ta wynika przede wszystkim z personalnych powiązań z kierownictwem, z uległością i lojalnością o negatywnym zabarwieniu.

Po co komuś jest potrzebna wiedza kto obsługiwał imprezę sportową, kiedy za mecz kasuje się około 1000 zł. Po co pociągać za struny niezdrowych emocji, które mogą się pojawić, gdy kolega delegat dowie się o drugim koledze delegacie gdzie był, jak często i ile zarobił.

Mówi się w kręgach samych zainteresowanych, że najbardziej zaufani, blisko powiązani z wydziałem bezpieczeństwa oraz ścisłe kierownictwo tego wydziału obsługują po około 20 spotkań na rundę (nie mylić z rokiem kalendarzowym, bo runda to pół roku) i to w najbliższych odległościach od miejsca zamieszkania. Znaleźli sobie takie dodatkowe źródło wysokich dochodów. Reszta dostaje mecze należące do grupy niewygodnych albo tzw. „ochłapy”, tj. około 2, 3 meczy na rundę.

Jeżeli na obsadę spotkań popatrzy się z tej strony, nie dziwi fakt, że kilkanaście nazwisk ludzi z uprawnieniami delegata szczebla centralnego z całej Polski „utraciło zaufanie” kierownictwa PZPN i nie jest wystawiana w ogóle.

Ot, to taki kolejny przykładnie czystej gry prowadzonej przez ludzi sportu, dla których hasło fair play powinno być nadrzędnym nie tylko na boisku, ale przede wszystkim w życiu.

Niestety nie jest i nie zanosi się żeby było.

Na związkowej łasce

 

Polski Związek Piłki Nożnej to dość majętne stowarzyszenie sportowe. W Polsce każde inne może mu tylko pozazdrościć kilku dziesięciomilionowego budżetu.

Niestety – dla sportu, dla piłki nożnej – budżet ten nie jest racjonalnie wydawany. Mało tego. Pojawiające się co jakiś czas w mediach określenia typu „państwo w państwie”, czy „PZPN to dojna krowa”

Ponad 30% swojego budżetu związek przeznacza na swoje utrzymanie.

Blisko 20 milionów w skali roku pochłaniają wydatki administracyjne, posiedzenia, narady, umowy zlecenia, o dzieło, ryczałty itd.

Jak te wydatki mają się do statutowej działalności związku. Na przykład koszty posiedzeń i narad członków zarządu są dwa razy wyższe od kosztów szkolenia trenerów. Na upominki PZPN wydaje więcej niż na rozgrywki centralne juniorów.

Jak można pozytywnie ocenić działalność związku sportowego, gdy miesięczne pensje prezesa i sekretarza są większe niż roczna dotacja na sport dziecięcy.

Przykład zatrudnienia powiedzmy Włodzimierza Smolarka tylko potwierdza wszystkie te zarzuty.

Gdy w związku chwalono się, że stworzono komórkę wyszukującą za granicą utalentowanych zawodników z polskimi korzeniami zapomniano dodać, że wynagrodzenie z tego tytułu będzie otrzymywał tylko pan Włodek (drobne 20 tys. zł miesięcznie). Przecież to szef tego pionu i kumpel prezesa. Parę złotych znalazło się dla Macieja Chorążyka, ale dla rozsianych po wielu krajach skautów, którzy wykonują tą najcięższą pracę –obserwacje, pierwszy kontakt i setki kilometrów do pokonania – już zapomniano.

Cieszy fakt, że są w zarządzie ludzie, którym nie spodobało się akurat to rozwiązanie. Tym razem był to Zbigniew Lach.

Cieszę się, że miała miejsce próba głośnego protestu akurat w tej sprawie, z tym że jest to tylko wierzchołek góry lodowej..

Kilkakrotnie zwracałem się pisemnie jako członek zarządu (pan Lach również, tylko ustnie) do prezesa Laty i sekretarza Kręciny o wykaz zarobków, umów zleceń czy ryczałtów. Mam na to stosowne dokumenty. Bezskutecznie. Takich umów, zleceń jest w PZPN dziesiątki, z tym że dotyczą one tylko wybranych. I to na nich idą te miliony.Cała masa działaczy, delegatów obłaskawiana jest nie pieniędzmi tylko funkcjami w bardziej lub mniej potrzebnych, niekiedy rozbudowanych do granic absurdu wydziałach i komisjach.

Niech się cieszy jeden z drugim, że może przeczytać swoje nazwisko w internecie – rubasznie

 

śmiał się onegdaj prezes Lato w przypływie dobrego humoru. Czy robi to nadal,nie wiem. Nie mam przyjemności ostatnio się z nim widywać

CBŚ w ataku pozycyjnym

Centralne Biuro Śledcze zażądało wydania wszystkich umów podpisywanych przez prezesa Grzegorza Latę, za jego kadencji w PZPN.

Od kilku dni jest powtarzana plotka przez paru prominentnych działaczy PZPN, że wdrożone przez CBŚ dochodzenie podjęto na wniosek Kazimierza Grenia, czyli mój. Panowie, wyprowadzam was z błędu. Nie ja wnioskowałem do organów kontrolnych państwa, by sprawdzili to, o czym nie ukrywam, mówiłem od dawna. Nie tylko ja zresztą. Z powodu tych nieszczęsnych, bo szkodliwych dla PZPN umów, złożyłem rezygnację z członka Zarządu PZPN. To był protest przeciwko działaniom prezesa Laty, który uzurpował sobie prawo do decydowania praktycznie o wszystkim bez zgody statutowych organów związkowych. Nie mogłem się zgodzić na firmowanie wielu rzeczy takich jak m.in.podpisywanie strategicznych finansowo umów za plecami członków Zarządu. Jeżeli ktoś się na to godził, to jego sprawa i niech się teraz z tego tłumaczy. Mówiłem o tych nieprawidłowościach wielokrotnie. Podczas obrad zarządu, w kuluarach, mediach, w Cafe Futbol i na Zjeździe. Nikt się tym jednak nie przejmował, aż do chwili gdy rozpoczęto kontrolę. Dzisiaj, kiedy procedura śledcza ruszyła, winę za to ma ponieść Greń.

Nie Lato, tylko Greń.

Nie ci którzy dopuścili do takiego stanu rzeczy -tylko Greń. Czy to jest uczciwe stawianie sprawy, Panowie?

Jak braknie wody albo prądu w PZPN, jak prezesowi ptak narobi na auto to też będzie moja wina?

Ja wiem, że prawda boli i nie da się od niej uciec. Panowie dobrze zdajecie sobie sprawę, że procedury podpisywania większości z tych umów nie były zgodne z zapisami statutu, z zasadami ekonomii i zdrowym rozsądkiem. Cieszę się, że moją wersję, o której tyle mówiłem przy mojej rezygnacji 29 października i na zjeździe 20 grudnia 2009roku, że umowy nie były okazywane członkom zarządu potwierdzają panowie z tego gremium. Pozostali będą mieć dylemat, czy potwierdzić prawdę, czy poświadczyć nieprawdę, (dla uczciwego człowieka nie jest to trudny orzech do zgryzienia) co wiąże się z przyjęciem na siebie współodpowiedzialności za niekorzystne w tych umowach zapisy dla związku.

Inspektorom z CBŚ z pewnością nie będzie trudno takowe wykazać.

Jak bowiem wytłumaczyć zignorowanie innych firm: UFA, Infrontem, IMG, Kentato świadczącym takie usługi na światowych rynkach.

Przypomnę co powiedział PAP szef UFA Sports Nikolaus von Doetinchem, parę dni po zawarciu przez Latę umowy ze SportFive. Jego firma nie miała nawet możliwości złożenia oferty, dlatego słowa prezesa Grzegorza Lato,że PZPN wybrał korzystniejszą bardzo go dziwią. – Przecież naszej nawet nie miał szans poznać – zaznaczył.
Byliśmy z prezesem Latą w stałym kontakcie. Wielokrotnie przyjeżdżałem do Warszawy. W lutym zaprezentowaliśmy nasze pomysły na współpracę. Po raz ostatni spotkałem się z prezesem PZPN trzy tygodnie temu w Kopenhadze podczas kongresu UEFA i pytałem kiedy zostanie ogłoszony przetarg. Zapewnił mnie wówczas, że na pewno zostaniemy powiadomieni. Tak się jednak nie stało, a w środę dotarła do nas wiadomość o podpisaniu umowy ze Sportfive – powiedział von Doetinchem. Dziwi też to, że do zawarcia umowy doszło tuż po tym, jak Sportfive zabrało prezesa Grzegorza Latę na wycieczkę do RPA – dodaje

Do ciekawostek należy fakt, iż gdy pan Nikolaus von Doetinchem dowiedział się, że na posiedzeniu zarządu padła kwota 60 mln euro, przez telefon do jednego z członków zarządu bez zbytnich ceregieli i jakichkolwiek targów przekazał ofertę gwarantującą od ręki 10 milionów euro więcej. Na nic to się zdało z tym wyjątkiem, że PAP podała po kilku godzinach informację, w której suma kontraktu „urosła” do 100 milionów euro.

Sama taka żonglerka kwotami na tym poziomie winna już budzić podejrzenia.

Podpisanie umowy w pakiecie, czyli wyprzedanie praw telewizyjnych, marketingowych – to kolejny niewybaczalny błąd.

Podpisanie umowy dziesięcioletniej, gdy nawet dziecko wie, że jeśli chodzi o prawa telewizyjne zaleca się podpisywanie kontraktów najwyżej trzyletnich, z powodów dynamicznego ciągle rozwijającego się rynku, to również nie jest atut tego kontraktu.

Chętnie się spotkam z funkcjonariuszami CBŚ i opowiem im o swoich wątpliwościach –mówi członek zarządu Zbigniew Lach. –Ta umowa ze SportFive od razu mi się nie podobała. Podpisali ją aż na dziesięć lat chociaż zarząd nie dał prezesowi takiej zgody. To miały być dopiero negocjacje, a później wspólna dyskusja o opłacalności takiego kontraktu i na koniec dyskusja – kończy Z. Lach.

Jak powyższą sprawę komentuje kolejny członek zarządu Jacek Masiota: – Prezes Lato przekroczył swoje uprawnienia. W kwietniu zeszłego roku była zgoda na zawarcie umowy przedwstępnej, ale w maju podpisał przyrzeczenie jej zawarcia. W listopadzie okazało się, że zarząd został postawiony przed faktem dokonanym. Poprosiłem, by wpisać do protokołu z posiedzenia zarządu moje uwagi, że przed podpisaniem umowy zabrakło m.in. analiz prawnych i ekonomicznych.

Podobne stanowisko zajął Marcin Animucki, również członek zarządu PZPN:

Nie zaprezentowano nam analizy zysku, strat, zabrakło zatem analizy finansowej. Trudno podejmować decyzję,gdy nie widziałem całego kontraktu, pokazano mi jedynie jego elementy, a kwestie szczegółowe nie były rozwinięte.

Reasumując, podpisanie umowy ze SportFive w takiej formie nosi znamiona przestępstwa, gdyż dyskredytują ją procedury towarzyszące jej zawarciu, czasokres trwania oraz kwota na jaką została zawarta.

Inne zresztą podobnie.

Z takimi działaniami nie chciałem mieć i dalej nie chcę mieć nic wspólnego..

W programie Grzegorza Laty słowo transparentność było słowem dość istotnym.

Przejrzystość w działaniu gwarantuje podstawowy stopień uczciwości. Jeżeli ktoś ma coś do ukrycia,automatycznie nasuwają się pytania i podejrzenia i nie ma się co temu dziwić.

Kilkudziesięciu delegatów na grudniowym zjeździe ub. roku zaczęło mieć wątpliwości, czy aby na pewno przedsięwzięcia podejmowane przez ścisłe kierownictwo PZPN noszą znamiona działań kryształowych. A co na to reszta. Klaszcze z aprobatą?

Czy zatem to co ma obecnie miejsce w PZPN należy akceptować bezkrytycznie, czy żądać (bo delegaci na Zjazd mają do tego prawo) wyjaśnień. Jak wiemy w grudniu te wyjaśnienia nie padły. Nikt nie uznał za stosowne ich udzielić. Ani Lato, ani komisja rewizyjna, ani związkowi prawnicy, ani nikt inny.

Upomniało się wobec tego o te wyjaśnienia Centralne Biuro Śledcze. I dobrze.

Przypomnę jeszcze raz. Polski Związek Piłki Nożnej to nie jest prywatny folwark prezesa Laty, ani sekretarza Kręciny, ani żadnego z członków zarządu czy delegata.

Polski Związek Piłki Nożnej to wspólne dobro WSZYSTKICH jego członków i każdy powinien dbać o jego rozwój oraz reagować gdy ten rozwój jest zagrożony.

PS.

Temat umów poruszałem kilkanaście dni temu w wypowiedzi pt. „Kilkaset milionów w plecy”. Zapraszam do tekstu zamieszczonego na moim blogu.

Siedziba PZPN

Siedziba PZPN

Dziś pytanie, dziś odpowiedź.

Jak się nazywa stowarzyszenie,które dysponuje kilkudziesięciomilionowym majątkiem, a wynajmuje blisko 2000 mkw. pomieszczeń biurowych pod swoją działalność za około 2 mln zł rocznie?

– Polski Związek Piłki Nożnej.

Kto jest personalnie odpowiedzialny za tak jaskrawy przykład niegospodarności?

– Osoby które kierują związkiem

Gdzie PZPN wynajmuje pomieszczenia?

– W budynku należącego do niemieckiego konsorcjum developerskiego „Europolis, gdzie głównym najemcą jest Grupa „Żywiec”.

Czy można znaleźć inne, lepsze rozwiązanie (tańsze, bez uszczerbkhttp://kazimierzgren.info/wp-admin/post-new.phpu na komforcie), by zniknął problem siedziby polskiego związku?

– Tak i to nie jedno. Trzeba tylko chcieć.

Kolejna sztuka dla sztuki. Zmarnowano w ten sposób półtora roku. Setki tysięcy złotych związkowych pieniędzy poszło w błoto,o przepraszam nie w błoto, tylko na konto właściciela nieruchomości przy ul.Bitwy Warszawskiej.

Wynajęta nowa siedziba ma około 2000 metrów, ale efektywność pracy nie wzrosła wprost proporcjonalnie do zwiększenia powierzchni biurowej. Nie realizuje się żadnych nowych zadań, nie wdraża nowych pomysłów. Przypomnę, że na Miodowej było 850 m kw i o wiele niższy czynsz. Można przecież było wytrzymać na tej Miodowej jeszcze rok, dwa i zrealizować zapis z programu wyborczego Laty pt. „Nowa siedziba”. Zresztą tym co się obecnie realizuje w PZPN w sferze zadań statutowych, można by było zarządzać z dwóch pokoików wynajętych w budynku piątoligowego klubu.

Bo po co,chociaż się ma – na koncie kilkadziesiąt milionów złotych, zdolność kredytową i tak dobrze podpisane umowy (jak sądzą w PZPN):

– kupić grunt i wybudować siedzibę, albo

– kupić nieruchomość i ją adaptować, albo

– kupić gotową i się wprowadzić, albo

– stać się właścicielem nieruchomości i część podnająć,by zarobić na media, remonty itd.

Dlaczego nikt tego nie chce?

– Tego właśnie nie wiem, choć przypuszczam, że są tacy, którzy znają odpowiedź na to pytanie.

W PZPN powołano już kilka komisji ds. budowy siedziby.

Komisja rewizyjna PZPN

Jak w każdym stowarzyszeniu tak również przy PZPN powołana jest komisja rewizyjna,której to przewodniczy Janusz Hańderek.

Jestem widocznie jego ulubieńcem, albo ślepo wykonuje polecenia prezesa Laty, bo od kilku zarządów w mało pochlebny sposób zabiera głos na mój temat. Jakby tego było mało jeździ po klubach opowiadając niestworzone rzeczy o mojej osobie. Jaki ma odnieść skutek to działanie? Czy straszenie Greniem na zarządzie i w terenie ma poprawić wizerunek i globalną sytuację w PZPN. Czy należy to do obowiązków przewodniczącego komisji kontrolującej? Pytania można by mnożyć, ale postawię jeszcze tylko jedno. Czy służalcza postawa pana Janusza Hańderka wobec obecnego układu nie jest kontynuacją jego postaw zawodowych i życiowych z przeszłości?

Przed kilkunastoma laty wykonując zawód dziennikarza już wykazywał pełną dyspozycyjność dla ówczesnej jedynej słusznej władzy, będąc w ścisłych kontaktach ze Służbą Bezpieczeństwa.Warto sięgnąć do wymowy tekstów, które wyszły w tym czasie spod jego pióra.Brylował w oczernianiu ludzi małopolskiej Solidarności. Zapisał się w pamięci wielu z nich jako człowiek całkowicie pozbawiony zasad i moralności.Dowiadujemy się tego z artykułu autorstwa Wojciecha Czuchnowskiego „Reformator PZPN z SB” z 2005-06-02. Pełny tekst artykułu w internecie pod adresem:http://www.sport.pl/sport/1,69628,2744405.html

Zapraszam, to bardzo pouczająca lektura. Przypuszczam, że bogatą wiedzę na ten temat posiada również prezes Ryszard Niemiec, gdyż wiele lat pracował jako dziennikarz na terenie małopolski.

Ciekawe fragmenty życiorysu ujawnia również w artykule „Kim jest w PZPN Janusz Hańderek” Jarosław Szostek, były pierwszoligowy sędzia z Olsztyna. Link do strony:http://www.sport.pl/pilka/1,65029,2744408.html

Jeżeli pan Hańderek myśli, że nie docierają do mnie wieści o tym, że pokątnie stara się zdyskredytować moją osobę w środowisku piłkarskim, jest w głębokim błędzie. Zapewniam, że te stare esbeckie metody dzisiaj nie są już skuteczne, a przynoszą wręcz odwrotny efekt,szczególnie w sytuacji, gdy są stosowane przez człowieka z takim życiorysem jak ten, pana Hańderka.

Nie jestem dzieckiem i wiem, że zarówno Janusz Hańderek i Kazimierz Greń mają sojuszników i przeciwników. Myślę również, że rolą przewodniczącego komisji rewizyjnej nie jest opluwanie ludzi, a kontrolowanie tego co się dzieje w związku.

Przypomnę, że w programie wyborczym Grzegorza Lato nader często przewijało się słowo transparentność. Próbowanie dziś rękami Hańderka zamykać usta członkom zarządu tylko dlatego, że poruszają tzw.drażliwe tematy, zaczynają odkrywać prawdę, jest karygodne. Ma to ostatnio miejsce szczególnie w stosunku do pana Jacka Masioty, choć wiem, że niezadowolenie wśród innych członków zarządu również powoli narasta. Wielu z nich boi się dzisiaj otwarcie mówić o nieprawidłowościach, by nie popaść na tym etapie w niełaskę, ale wszyscy wiemy,że patologia w związku nie może trwać wiecznie. Tak, jak i każda inna patologia w przeszłości również znalazła swój koniec. Prawda panie Hańderek?

Komisja rewizyjna analizując pierwszy rok pracy nowego prezesa i nowego zarządu szczególnie uważnie wgłębiała się w rachunki za hotele, przejazdy taksówkami, a niedługo poznamy zapewne dogłębną analizę wydatków za konsumpcję podczas Zjazdu i po obradach zarządu. O faktach i mechanizmach wyprowadzania ze związku grubych milionów (wynajem pomieszczeń, dziesiątki bezsensownych umów na świadczenie zbędnych usług,ogromnych kosztach administracyjnych związanych z przerostem zatrudnienia i zawyżaniem dochodów, kosztów wyjazdów z reprezentacjami osób towarzyszących itd. itp.)było cicho.

Chcę przypomnieć, że obrady grudniowego zjazdu były relacjonowane na żywo.

Nikt nie słyszał jakie jest stanowisko i opinia komisji rewizyjnej na temat kilkunastu wyniszczających finansowo związek (a przynajmniej zdecydowanie ograniczających związkowe wpływy) umów. A taką najważniejszą, bo strategiczną dla związku umową, jak ta ze SportFive, podpisaną w dziwnych okolicznościach komisja nawet nie zdążyła się zająć. Nie zdążyła, czy nie chciała. Wszystko wskazuje na to, że to drugie.

Ekstranet – co to jest

Jak czytamy na ubogiej stronie internetowej byłej firmy IT Sport, komputerowy system Extranet jest systemem informatycznym mającym na celu informatyzację wszelkich aspektów zarządzania danymi w federacji bądź organizacji sportowej.

System ten miał więc skomputeryzować oraz w jak największym stopniu zautomatyzować, a także usprawnić te dziedziny działalności, które wymagają przechowywania oraz przetwarzania informacji, np. rejestr zawodników, procedury ich rejestracji, potwierdzanie oraz uprawnianie do gry, planowanie oraz prowadzeni rozgrywek, ale także inne zagadnienia jak księgowość, komunikacja wewnętrzna, planowanie, budżetowanie, itp.

Ekstranet to pomysł PZPN sprzed około pięciu lat. Nie chcę w tej chwili wracać do początków wdrażania tego systemu z prostego powodu. Jakiekolwiek były wtedy nieprawidłowości to po wyborach nowych władz w 2008 r. powinny zostać w ciągu dwóch miesięcy wyjaśnione, a system wprowadzony w życie. Przypomnę tylko dwa zapisy z programu wyborczego G. Laty, który prezentował jak swój, by po wyborach zapomnieć dokładnie o każdym zawartym w tym programie zapisie.

Oto dwa dotyczące tej kwestii, które brzmiały:

- Uproszczenie procedur rejestracji zawodników;

- Zakończenie wdrażania Programu „Ekstranet”;

Upraszczając temat jest to plastikowa karta identyfikacyjna zawodnika, mająca wygląd dowodu osobistego, za który każdy zawodnik musi osobiście zapłacić 16 zł.

Ciekawy sposób naliczania należności, gdy rzeczywisty koszt produkcji takiej karty nie przekracza złotych trzech.

Procedura wprowadzania takich kart w życie trwa już od kilku lat. Do dziś nie została zakończona, bo firma (która zarobiła na tym prawdopodobnie i tu mówi się o różnych kwotach rzędu kilku milionów złotych zebranych od klubów), umarła śmiercią naturalną. Ot taka firma „Krzak”. System identyfikacji zawodników w całej Polsce miał być wdrożony w 12 miesięcy. Minęło kilka lat, z czego półtora roku kadencji Laty, a system jeszcze do końca nie funkcjonuje.

Na kolejny zatem pomysł wpadł PZPN tworząc spółkę z ograniczona odpowiedzialnością. Na bazie firmy IT Sport utworzono spółkę przy PZPN, która będzie dalej sprzedawać karty chipowe, ale już nie tylko dla zawodników (choć kilkanaście tysięcy jeszcze do nich nie dotarło) tylko dodatkowo dla sędziów, działaczy, kibiców niższych klas rozgrywkowych. Jak widać kolejny biznes rozpoczął swoją działalność, którego nadzorującym z ramienia PZPN jest Edward Potok. I znowu powstało parę etatów, za przypuszczam standardowe kilka tysięcy miesięcznie.

Co na ten rozbój w biały dzień działacze, kiedy znowu sięga się w bezczelny sposób do ich kieszeni w czasach, gdy ledwo wiążą koniec z końcem. Co na to delegaci reprezentujący pośrednio i bezpośrednio interesy klubów na Zjazdach PZPN. Jak do tej pory nic.

Dlaczego pozwala się na to prezesowi Lacie i kilku członkom jego ekipy (bo wszyscy w związku z tego źródełka przecież nie korzystają).

Wygląda na to, że nikomu to nie przeszkadza.

Czy zatem, jeżeli Lato powie: - Głupolu, chcesz grać to płać – będzie miał rację?

Futsal – na dechach

Jest taka odmiana piłki nożnej, w którą się gra na hali. Futsal, bo o nim mowa zajmuje coraz bardziej znaczące miejsce w piłkarskich rankingach. Mistrzostwa Europy i Świata w futsalu z racji widowiskowości gry cieszą się coraz większym zainteresowaniem kibiców, mediów i co oczywiste sponsorów.

Przykro mówić, ale wyniki polskiej reprezentacji po 20października 2008 r. to nieustające pasmo sromotnych porażek. I to nie tylko sportowych, ale też organizacyjnych. Od wspomnianego dnia do dzisiaj polska reprezentacja rozegrała 22 spotkania,w których odniosła 3 zwycięstwa i zremisowała 3 mecze. Resztę czyli 16 spotkań przegrała, a przypomnę, że trafił się nawet reprezentacji narodowej walkower za grę nieuprawnionego zawodnika w eliminacjach mistrzostw europy, a to już jest skandaliczne. W światowym rankingu jesteśmy na 32 miejscu, a w europejskim na 17. Dno dna. Jest to najgorszy wynik w historii pzpn-owskiej komisji, którą obecnie kieruje człowiek z Podkarpacia Andrzej Hendrzak.

Czy można podać powody tej degrengolady. Tak, nawet bez jakichś wydumanych głębokich analiz. Czemu się tu dziwić skoro w reprezentacji nie grają najlepsi zawodnicy, a reprezentantów powołuje się z niewiadomego klucza.

Oto przykłady. Do reprezentacji powoływany jest np. syn pana Janusza Szymury, u którego odbywają się zgrupowania reprezentacji Polski w Bielsku Białej. Trener Gerard Juszczak z Pogoni Szczecin, forsuje osobę Łukasza Żebrowskiego, który grał w tym klubie, a który został usunięty za moich czasów z reprezentacji. Powodem tego było niesportowe zachowanie, a konkretnie alkohol. Wiceprzewodniczącym komisji jest zresztą także działacz Pogoni pan Maciej Karczyński.

Czego można się spodziewać po kadrze, kiedy trener reprezentacji, Czech Vlastimil Bartosek już jako trener reprezentacji Polski, w finałach mistrzostw Europy rozgrywanych na Węgrzech w lutym tego roku, był również asystentem trenera reprezentacji Czech.Szkoda że nie miał dwóch dresów – reprezentacji polskiej i czeskiej.

Za mojej kadencji styczeń 2005 -2008 reprezentacja Polski w futsalu rozegrała 64 mecze wygrywając 43. Wygrywaliśmy z zespołami należącymi do czołówki światowej i europejskiej: Rosją, Belgią, Holandią,Czechami i innymi.

Reprezentacja plasowała się na dziesiątym miejscu w Europie i niewiele gorszym w świecie.

W każdych eliminacjach mistrzowskich brakowało nam tylko tych jedynych 3 punktów, czyli jednego zwycięstwa do wyjścia z grupy.

Organizowaliśmy co roku Turniej Czterech Państw, który na stałe wpisał się do kalendarza imprez europejskich. Odgrywał on ogromną rolę szkoleniową i był doskonałą formą promocji futsalu w Polsce południowej i nie tylko. Obecni szefowie komisji futsalu przy PZPN unicestwili imprezę, podczas której mecze polskiej reprezentacji w halach Krosna i Rzeszowa oglądało kilkanaście tysięcy ludzi. Przypomnę, że Grzegorz Lato i Andrzej Hendrzak wywodzą się z Podkarpacia. Mecze reprezentacji Polski transmitowane były przez Tele –5 i Polonię 1. Podobnie wybrane mecze ligowe.Dzisiaj o tym niektórzy mogą tylko pomarzyć.

Wszystko wskazuje na to, że obecnej ekipie brakuje zarówno pomysłów jak i kompetencji. A może – tak po prostu – im nie zależy.

To co, że nie gramy na parkiecie,tylko leżymy na dechach. Obowiązująca w całym PZPN zasada – bierny, ale wierny- jak widać nie ominęła także futsalu.

Pieniądze wypływają potokiem

Wojewódzkie Ośrodki Szkolenia Piłkarskiego

Pieniądze wypływają potokiem.

 

W kadencji 2004-2008 gdy prezesem był Michał Listkiewicz za ośrodki szkolenia odpowiedzialny był Eugeniusz Nowak prezes Kujawsko-Pomorskiego ZPN.

Trzeba uczciwie przyznać, że wtedy organizacyjnie działały dość sprawnie.

Od czasu, gdy pełnomocnikiem z ramienia zarządu PZPN został Edward Potok prezes Łódzkiego ZPN sytuacja w tej materii uległa diametralnej zmianie.

Nie zawaham się użyć określenia, ze jest tragicznie. Budzi to uzasadniony niepokój wśród wszystkich odpowiedzialnych za ośrodki w terenie.

Pewne rzeczy, które dziś mają miejsce kiedyś były nie do pomyślenia. Po raz kolejny nie wpływają w terminach pieniądze z ministerstwa, bowiem do dnia dzisiejszego nie została złożona wymagana dokumentacja. Jaki jest powód tych zaniedbań?

Do czasu, gdy osobą odpowiedzialną za składanie dokumentów była pani Agnieszka Jackowska, pracownica PZPN, terminy były zawsze dotrzymywane. Dodatkowo wszystkim z terenu służyła bezinteresownie radą i pomocą, choć nie miała tego w zakresie swoich obowiązków.

Pan Edward Potok, pomimo że PZPN zatrudnia prawie 70 pracowników wyznaczył do przygotowywania dokumentacji i rozliczania finansów dwie zupełnie nieprzygotowane merytorycznie i nikomu nieznane panie z Łódzkiego ZPN. Jest to dla nich rodzaj dodatkowego zajęcia, za które należy je wynagrodzić i pan Potok zdecydował się uczynić to z ministerialnych pieniędzy.Zaproponował ściągnięcie w preliminarzu z 16 ośrodków wojewódzkich, po 2, 5 tys.złotych rocznie z klas gimnazjalnych i po tyle samo z klas licealnych, co daje kwotę 80 000 tysięcy złotych. Wynika z tego, że za dodatkową pracę, która na dodatek nie jest wykonywana rzetelnie, każda z pań otrzyma extra po 40 000 zł.

Ministerstwo zakwestionowało to rozwiązanie, bo przecież nie mogło być inaczej. Konsekwencją tego jest potrzeba przerobienia w szesnastu województwach preliminarzy. Ponadto przelewy pieniędzy zostały wstrzymane i tona etapie regulowania faktur za wyżywienie, transport i inne wydatki wynikające z bieżących potrzeb funkcjonowania szkoły.

Pan Potok nie dał jednak za wygraną i pieniądze na wynagrodzenia dla tych pracownic znaleziono w PZPN. Zostały one zabrane ze środków przeznaczonych na dofinansowanie w związkach wojewódzkich szkolenia dzieci i młodzieży.

Ile przepadło godzin treningowych, obozów, konsultacji,zgrupowań z powodu takich decyzji proszę sobie samemu odpowiedzieć.

A rozwiązanie, które do tej pory było tak banalnie proste,uczciwe i oszczędne należało zmienić. Poza tym, jakim usprawnieniem jest przygotowywanie dokumentów w Łodzi, kiedy i tak trzeba je zawieźć osobiście do Warszawy, gdzie swoją siedzibę ma ministerstwo.

Czy ma tu miejsce nepotyzm, tego nie wiem, ale dowód na złe intencje jest niezaprzeczalny? A szkoły czekają.

Tragedia Smoleńska

Nie ma Polaka, którego nie dotknęłaby w większym bądź mniejszym stopniu katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem. To tragedia o wymiarze światowym.

Niepowetowaną stratę poniósł również polski sport.

Wśród członków delegacji było wiele osób związanych z tą dziedziną życia. Mieli ze sportem do czynienia zawodowo i pośrednio. Zajmowali się nim przecież, jako młodzi ludzie, uprawiali różne dyscypliny na studiach. Potem pracując w ustawodawstwie i różnych instytucjach państwowych, też w dużym wymiarze przyczyniali się do jego rozwoju. Sport pomagał im utrzymać formę do wykonywania codziennych obowiązków służbowych.

Wielokrotnie na zrozumienie mógł liczyć zarówno obcokrajowiec chętny do występowania z orzełkiem na piersi, jak i niepełnosprawny, dla którego sport jest niejednokrotnie jedyną drogą do samorealizacji. Na pomoc mógł liczyć olimpijczyk ze stolicy i dziecko z niewielkiej gminy. Rozwój sportu to również rozwój infrastruktury. I w tym obszarze nie brak było życzliwości dla wielu inicjatyw.

Było Ich widać na stadionach i innych miejscach sportowej rywalizacji jak kibicowali zawodnikom, dużym i malutkim klubom, reprezentacjom narodowym wszystkich możliwych dyscyplin.

Wielu z Nich można było spotkać – i to nie od święta – na siłowniach, boiskach, kortach, pływalniach, narciarskich trasach.

Rozumieli sport i jego potrzeby. I nie miało znaczenia czy chodzi o ten wielki wyczynowy, czy o ten zwykły, masowy, amatorski.

Bo sport to magia. To rywalizacja oparta na czystych, przejrzystych zasadach.

I wielu z Nich było jego częścią.

Dlatego pozostaną na zawsze w pamięci całego sportowego społeczeństwa.