Latal przed meczem Piast – Lechia: Najbardziej obawiam się o sędziowanie – Futbolplus

Latal przed meczem Piast - Lechia: Najbardziej obawiam się o sędziowanie

Wicelider Piast Gliwice,  podejmie w 33. kolejce najwyższej klasy rozgrywkowej walczącą o puchary Lechię Gdańsk. „Piastunki”, aby myśleć jeszcze o dogonieniu prowadzącej Legii Warszawa, muszą w niedzielę zdobyć 3 punkty. Trener Piasta, Radosław Latal w końcówce sezonu nie martwi się o formę swoich zawodników, lecz o stronnicze sędziowanie.    

- Najbardziej obawiam się o sędziowanie – powiedział przed spotkaniem z Lechią czeski szkoleniowiec gliwickiego zespołu. – To, co dzieje się od dwóch spotkań jest dla nas naprawdę ciężkie do zaakceptowania. Mam nadzieję, że od meczu z Lechią wszystko będzie rozstrzygać się w sportowej rywalizacji, a nie przez osobę trzecią.

Poprzednie dwa mecze Piasta z Cracovią (1:1) i Lechem Poznań (2:2) prowadzili odpowiednio Paweł Raczkowski z Warszawy oraz Bartosz Frankowski z Torunia. Spotkanie z Lechią sędziować będzie Krzysztof Jakubik z Siedlec. Arbitrzy Raczkowski i Jakubik reprezentują Mazowiecki Związek Piłki Nożnej, czyli ten wojewódzki okręg, z którego wywodzi się lider i główny konkurent Piasta do tytułu mistrza Polski – Legia. 

Nie dziwi więc słuszna uwaga prezesa Piasta, Adama Sarkowicza, wygłoszona po meczu w Poznaniu: 

- Zastanawiające dla nas jest to, dlaczego do prowadzenia spotkań naszego zespołu wyznaczani są sędziowie z Warszawy?

źródło: http://futbolplus.pl/kraj/item/6908-latal-przed-meczem-piast-lechia-najbardziej-obawiam-sie-o-sedziowanie

Sędziowski smród w I lidze. Trener Pogoni Siedlce zasugerował, że Miedzi Legnica pomógł „telefon z góry” – Futbolplus

Sędziowski smród w I lidze. Trener Pogoni Siedlce zasugerował, że Miedzi Legnica pomógł "telefon z góry"

Nie tylko w najwyższej klasie rozgrywkowej dzieją się sędziowskie cudawianki, choć w meczach 33. kolejki fałszywe gwizdki jakby nieco zamilkły, poza jednym wyjątkiem w spotkaniu grupy spadkowej Jagiellonia Białystok – Górnik Zabrze (0:0), kiedy arbiter Tomasz Musiał zadziwiająco nie dopatrzył się w 69. minucie faulu w polu karnym gości Szymona Matuszka na Dawidzie Szymonowiczu, co kazało przypomnieć kibicom „Jagi” najsłynniejszy przebój trybun o PZPN.

Hit trybun piłkarskich stadionów w Polsce mógł także zanucić po meczu I ligi, Pogoń Siedlce – Miedź Legnica (0:0), trener gospodarzy Marcin Sasal, który po decyzjach sędziego Jacka Małyszka z Lublina, wypalił na pomeczowej konferencji:

- Uważam, że był telefon z góry, że Miedź Legnica musi się utrzymać w lidze. Dlatego sędziowanie było jakie było. Jest to fatalne, jesteśmy zdruzgotani tym, co się działo na boisku – zacytował Sasala polsatsport.pl..

Szkoleniowiec Miedzi, Ryszard Tarasiewicz odparł wściekły:

- Nie ma pan prawa tak mówić. Musi pan koniecznie obejrzeć ten mecz jeszcze raz. Pan nie powinien trenować tego zespołu.

- Pan już dawno nie powinien – zripostował Sasal.

- Pan wszystko wie lepiej. Trenerze, zachowuje się pan nie w porządku. To nie pierwszy raz – ocenił „Taraś” i obrażony opuścił konferencję.

Sugestie Sasala w sprawie Miedzi pospiesznie zwróciły uwagę prezesa PZPN, Zbigniewa Bońka. Powiadomił na swoim ulubionym koomnikatorze, że sprawę zbada Wydział Dyscypliny PZPN.

Szkoda, że prezes PZPN żyje nadal w czasach związku zarządzanego przez Michała Listkiewicza czy też Grzegorza Laty i wcale nie zamierza w tweetach stosować narzuconej już za swojej prezesury nowomowy w nazewnictwie „pezetpeenowskich” komórek.Wydział Dyscypliny, jak widać przetrwał w umyśle aktualnego szefa PZPN od czasów wszechwładnego „Śląskiego Magnata”, świętej pamięci Mariana Dziurowicza. Tymczasem w korporacji pod nazwą „Łączy nas piłka” funkcjonuje już od ponad 3 lat… Komisja Dyscyplinarna.

Nie ważne jednak, czy „Zibi” komisję nazywa wydziałem, czy wydział departamentem lub innym dupersznytem. Najistotniejsze jest w tym to, że prezesem Miedzi jest Martyna Pajączek, aktywnie działająca również w strukturach PZPN, choćby w niezwykle istotnej związkowej Komisji Rewizyjnej, która ma rewidować, czyli kontrolować wszelkie nieprawidłowości w bońkowym PZPN (na razie sukcesywnie od 3,5 roku przymyka oko na aberracje).

Nieprzypadkowo także na ostatnim lutowym zjeździe statutowym PZPN przedstawiciel Miedzi zagłosował za nieprzyjętymi przez Walne Zgromadzenie Delegatów poprawkami proponowanymi przez prezesa Bońka.

Coś za coś lub, jak kto woli, ręka rękę myje…

Może więc Sasal miał rację z tym „telefonem z góry”, a „Taraś” najzwyczajniej z tym pomeczowym wzburzeniem przyaktorzył?

źródło: http://futbolplus.pl/plus/prasowka/item/6930-sedziowski-smrod-w-i-lidze-trener-pogoni-siedlce-zasugerowal-ze-miedzi-legnica-pomogl-telefon-z-gory

Prawniczy osioł z PZPN poucza Trybunał Arbitrażowy przy PKOl – Futbolplus

Prawniczy osioł z PZPN poucza Trybunał Arbitrażowy przy PKOl

Prezes PZPN, Zbigniew „Śmieszy mnie to” Boniek idzie na wojnę z Trybunałem Arbitrażowym do spraw Sportu przy PKOl. Po kompromitacji związku z odebraniem punktu Lechii Gdańsk, co przy odwołaniu „Biało-Zielonych” do Trybunału Arbitrażowego ds Sportu przy PKOl. groziło paraliżem ligowych rozgrywek na finiszu sezonu, prezes śmieszek odgraża się teraz, że nie daruje ośmieszenia PZPN trybunałowi i poskarży się nań PKOl., gdzie nota bene funkcję prezesa sprawuje ziomek „Zibiego” z Bydgoszczy, Andrzej Kraśnicki.

Śmieszny prezesik, któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy, uważa, że zna się również na prawie (skoro nikt dotychczas nie ukarał go za podżeganie do popełnienia przestępstwa, czyli obstawiania na nielegalnym w Polsce zagranicznym portalu bukmacherskim, nie płacącym w RP podatków, to faktycznie może mu się tak wydawać). Prezes „Śmieszy mnie to” poucza więc tęgie głowy prawnicze, w tym przewodniczącego TAS, byłego ministra sprawiedliwości RP, Zbigniewa Ćwiąkalskiego, że „prawo PZPN to ja” i innym od tego wara. Nie dziwi takie podejście prezesa śmieszka polskiej skopanej, gdyż łamiąc notorycznie prawo (między innymi ustawę bukmacherską, statut PZPN oraz zasady Kodeksu Etyki FIFA), czuje się dotychczas całkowicie bezkarny i nietykalny.

„Zibi” na poparcie swoich dyrdymałów wobec TAS, przytacza jakieś proceduralne paranoidalne farmazony (że w sprawie odebrania punktu Lechii nie chodziło o karę dyscyplinarną, lecz regulaminową i gdańszczanie powinni mieć zgodę PZPN na odwołanie się do trybunału, a przeciwko związkowi nie powinni orzekać w trybunale prawnicy, którzy niegdyś prowadzili postępowania przeciw PZPN), jeszcze bardziej pogrążając piłkarską centralę w kompromitacji i niezbicie unaoczniając, iż na jej czele stoi kompletny prawniczy osioł, wraz tabunem jego prawnych doradców abnegatów, którzy w żaden sposób nie chcą go wyprowadzić z błędu, a wręcz przeciwnie w tą otchłań absurdu go tylko popychają.

Przewodniczący TAS w rozmowie z futbolfejs.pl kwituje to znamiennym:

- Wbrew temu, co prezes Boniek uważa, że jest absolutnym władcą PZPN i tylko on może decydować, kto ma prawo się odwoływać, a kto nie ma, jest to nieprawda. Przypominam panu Bońkowi, że PZPN, jak każda instytucja, też podlega prawu – cytuje mecenasa Ćwiąkalskiego futbolfejs.pl.

Może pierwszy głos rozsądku mec. Ćwiąkalskiego przebudzi wreszcie jurysdykcyjne autorytety w Polsce i zajmą się w końcu śmiesznym ignorantem prawa z PZPN?

źródło: http://futbolplus.pl/plus/rudy-102/item/6877-prawniczy-osiol-poucza-trybunal-arbitrazowy-przy-pkol

Zbigniew Ćwiąkalski: Boniek nie jest władcą absolutnym – Futbolfejs

NX_zbigniew-cwiakalski_001

Zbigniew Boniek nie odpuszcza sprawy odwołania Lechii. „To, co zrobił Trybunał Arbitrażowy, to zamach sportowy!” – grzmi. „Pan Boniek uważa, że jest absolutnym władcą PZPN i tylko on może decydować, kto ma prawo się odwoływać, a kto nie ma. Otóż tak nie jest” – odpowiada prezes Trybunału Zbigniew Ćwiąkalski.

Dla Bońka sprawa odwołania Lechii i zamieszania z rozgrywkami wcale się nie skończyła. Pewnie to dla prezesa kwestia honorowa, bo bałagan w lidze – było, nie było – uderzył w wizerunek PZPN. I choć Boniek zapewnia: „Nie chcemy żadnej wojny”, to po jego słowach trudno nie odnieść wrażenia, że – może jeszcze nie wojnę, ale na razie bitwę – wypowiedział prezesowi Trybunału Arbitrażowego. Sprawa odwołania Lechii niepokojąco zaczyna zamieniać się w spór Boniek – Ćwiąkalski.

Boniek w „Super Expressie”:
Starałem się mu wytłumaczyć [Ćwiąkalskiemu – przyp. red.] różnicę miedzy sankcją regulaminową a dyscyplinarną. Ale nie mam pewności czy zrozumiał. A zawieszenie kary przez TA to nie jedyny problem. Pan Ćwiąkalski do rozstrzygnięcia sprawy wyznaczył trzech sędziów. Ich skład był zdumiewający, w innym kraju to byłoby nie do pomyślenia! Mieliśmy do czynienia z całkowitym złamaniem zasad etyki. Ten problem też poruszymy w piśmie do PKOl.

Boniek dla polsatsport.pl:
Odbieram to jako zamach sportowy… Rozmawiałem z nim [Ćwiąkalskim – przyp. red.] w niedzielę, 10 kwietnia. I bodaj trzy razy słyszałem, że jest wybitnym karnistą. I tłumaczył, że kara to kara… Tymczasem zmieniła się ustawa o sporcie – artykuł 45 mówi jasno, że Trybunał Arbitrażowy zajmuje się odwołaniami od sankcji dyscyplinarnych, a nie regulaminowych.

– Czuje się pan jak ktoś, kto przeprowadził zamach sportowy? – pytamy Ćwiąkalskiego.
– Te słowa pana Bońka to chyba jakieś kompletne nieporozumienie. Wydawało mi się, że pan prezes rozmawiał ze mną dość rozsądnie. Natomiast w tej chwili, z tego co słyszę i czytam, chyba się trochę pogubił i pomyliła mu się kwestia strony prawnej z zarządzaniem PZPN-em. Przypominam panu Bońkowi, że PZPN, jak każda instytucja, też podlega prawu. I tak sobie myślę, że w tej całej sprawie ktoś panu Bońkowie źle podpowiada – twierdzi prezes TA.
Ćwiąkalski raz jeszcze odwołuje się do słynnej niedzielnej (10 kwietnia) rozmowy telefonicznej, jaką odbył z Bońkiem, w której prezes PZPN poprosił go o jak najszybsze zwołanie składu orzekającego, by kwestię odwołania Lechii zakończyć jeszcze przed startem rundy finałowej. – Wytłumaczyłem panu Bońkowi, dlaczego w tym sporze nie ma racji, dlaczego Lechia miała prawo się odwołać, przyjął do wiadomości i myślałem, że sprawa jest zamknięta. Jednak najwyraźniej teraz ktoś panu prezesowi wytłumaczył inaczej. Cóż, nie mam na to wpływu – mówi Ćwiąkalski. – Chciałbym jednak dodać, że wbrew temu, co prezes Boniek uważa, że jest absolutnym władcą PZPN i tylko on może decydować, kto ma prawo się odwoływać, a kto nie ma, jest to nieprawda – dodaje.
Prezes Trybunału pewnie nie zdawał sobie sprawy, w co – przepraszam za wyrażenie – wdepnął. Chciał być miły i pomocny, przychylił się do prośby Bońka, powołał skład orzekający, by ten jak najszybciej doprowadził sprawę do końca, no to teraz zbiera za to cięgi. Przynajmniej od Bońka.
– Nie bardzo się tym przejmuję. Trybunał jest od tego, żeby orzekać i robić swoje. Zazwyczaj jest tak, że z orzeczeń sądów, także powszechnych, ktoś jest niezadowolony. Nic na to nie poradzę. A że byłem politykiem, skórę mam dość grubą, więc jestem uodporniony na tego typu zaczepki – zaznacza.

Trybunał Arbitrażowy wydał oświadczenie, w którym przedstawia swój punkt widzenia w sprawie odwołania Lechii i w którym przytacza wykładnię prawną mającą świadczyć w tym sporze na jego korzyść. Czytamy w nim m.in.:
Po pierwsze, Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu przy Polskim Komitecie Olimpijskim był uprawniony i zobowiązany na podstawie przepisów obowiązującego prawa do przyjęcia i rozpoznania skargi Lechii Gdańsk, która wpłynęła do Trybunału 31 marca 2016 r. Skarga została wniesiona w terminie, który zgodnie z art. 45c ust. 2 ustawy z dnia 25 czerwca  2010 r. o sporcie wynosi 14 dni od dnia doręczenia decyzji, i spełniała wszystkie wymogi formalne (…)
Po drugie, decyzja Komisji Odwoławczej ds. Licencji Klubowych PZPN z 5 lutego 2016 
r. nakładała na Lechię Gdańsk karę dyscyplinarną w postaci jednego ujemnego punktu w bieżącym sezonie rozgrywkowym 2015/2016 oraz karę upomnienia. Bezzasadne są zatem sugestie władz PZPN co do rzekomego braku właściwości Trybunału Arbitrażowego w niniejszej sprawie (…)

Za całkowicie pozbawione podstaw należy uznać twierdzenie Prezesa PZPN co do sposobu wyznaczania arbitrów Trybunału orzekających w konkretnej sprawie oraz ich rzekomego braku obiektywności (…) Arbitrzy wyznaczeni do składu orzekającego w danej sprawie składają oświadczenie o swojej bezstronności i mają obowiązek wskazania, czy zachodzą ewentualnie podstawy wyłączenia od orzekania w sprawie (…)
Trybunał Arbitrażowy w swojej działalności kieruje się przepisami obowiązującego prawa, gwarantując uczestnikom postępowania przyznane im uprawnienia i egzekwując ich obowiązki. Taki sposób procedowania miał również miejsce przy rozpoznaniu skargi klubu sportowego Lechia Gdańsk.

źródło: http://futbolfejs.pl/pzpn/zbigniew-cwiakalski-boniek-nie-jest-wladca-absolutnym/

Boniek robi uniki przed sądem. Czyżby w sprawie niegospodarności PZPN i Widzewa miał coś na sumieniu? – Futbolplus

Boniek robi uniki przed sądem. Czyżby w sprawie niegospodarności PZPN i Widzewa miał coś na sumieniu?

Prezes PZPN, Zbigniew Boniek, wezwany na świadka w sprawie niegospodarności PZPN i Widzewa Łódź, przesłał pismo do sądu w Łodzi, że nie będzie mógł stawić się przed temidą w wyznaczonym terminie ze względu na ważne sprawy służbowe. Sąd przyjął do wiadomości tłumaczenia sternika polskiej piłki, ale jednocześnie zapowiedział, że świadek Boniek, jeśli będzie robił uniki, na kolejną rozprawę zostanie doprowadzony.

Dzisiaj w sprawie niegospodarności PZPN i Widzewa miał zeznawać także inny świadek – doradca Bońka w PZPN, Władysław Puchalski, który pezesował łódzkiemu klubowi, kiedy „Zibi” wespół z Wojciechem Szymańskim był współwłaścicielem Widzewa. Wykpił się pilnymi sprawami służbowymi, które nie przeszkodziły mu jednak w obejrzeniu z trybuny honorowej w towarzystwie prezesa PZPN środowego meczu IV ligi łódzkiej Widzew – KS Paradyż (4:1).

Sąd wyznaczył Puchalskiemu termin rezerwowy na 12 maja, kiedy miał zeznawać świadek Boniek. Były prezes Widzewa będzie wyjaśniał sprawę przejęcia Widzewa za symboliczną złotówkę od poprzedniego właściciela Witolda Skrzydlewskiego. Na tej samej rozprawie ma zeznawać dawny widzewski wspólnik Bońka – właściciel nowodworskiej masarni „Lukullus”, Szymański.

Tymczasem Skrzydlewski, który miał odciążyć Bońka (czy aby temu nie miał służyć nieoczekiwany środowy wypad prezesa PZPN do Łodzi?) zrobił zupełnie coś odwrotnego. Były właściciel Widzewa zeznał, że Boniek, Szymański i Puchalski zabiegali o jak najszybsze przejęcie klubu i sami mieli wziąć na siebie dopilnowanie przydzielenia licencji w PZPN. Czyli w przejęciu dogorywającego klubu w 2004 roku do Skrzydlewskiego dostrzegli zrobienie dobrego interesu, co zresztą uczynili opychając Widzew 7 miesięcy później Sylwestrowi Cackowi za grube miliony – oficjalnie 12 mln, a nieoficjalnie aż 17 mln złotych!

źródło: http://www.futbolplus.pl/pzpn/item/6872-boniek-robi-uniki-przed-sadem-czyzby-w-sprawie-niegospodarnosci-pzpn-i-widzewa-mial-cos-na-sumieniu

Selekcjoner reprezentacji Polski ustawiał mecze? Książka „Stan futbolu” nie pozostawia złudzeń – Futbolplus

Selekcjoner reprezentacji Polski ustawiał mecze? Książka "Stan futbolu" nie pozostawia złudzeń

 Istną nomen omen Nawałkanicę w portalach spolecznościowych wywołał frakgment książki Krzysztofa Stanowskiego „Stan futbolu”, w którym autor przytoczył wypowiedź byłego piłkarza, a do niedawna eksperta telewizyjnego Andrzeja Iwana, dotyczący udziału w korupcji obecnego selekcjonera reprezentacji Polski, Adama Nawałki.

Iwan, który przez lata był kolegą Nawałki w Wiśle Kraków i reprezentacji Polski, został zacytowany przez Stanowskiego:

- Otóż piłkarzem, który przyniósł mu (Iwanowi – przyp. red.) 60 tysięcy złotych, był Adam Nawałka. Powiedział wtedy (Iwan – przyp. red.): Nie piszmy, że to o „Nawałę” chodzi, bo mu coraz lepiej w trenerce idzie. Może kiedyś będzie chciał zostać selekcjonerem? – można przeczytać w „Stanie futbolu”.

Jak słusznie zauważyła wp.pl, Nawałka, mimo że zdaniem Stanowskiego uczestniczył korupcji, może czuć się całkowicie bezkarny, gdyż przestępstwo sportowe, zgodnie z ustawą antykorupcyjną w Polsce, jest ścigane dopiero od 1 lipca 2003 roku. Obecny selekcjoner, miał według autora książki „Stan futbolu”, ustawiać mecze w czasach PRL-u, gdy grał razem z Iwanem w Wiśle i żadnej kary za to nie poniesie. Wprawdzie był trenerem ukaranej za korupcję Jagiellonii Białystok w latach 2004-2006, kiedy piłkarze „Jagi” składali się na łapówki, ale obecny selekcjoner „Biało-Czerwonych” miał w ogóle o tym procederze nie wiedzieć, albo też wcale z nie zdawać sobie z niego sprawy, gdyż nie był w sprawie nawet podejrzanym. Nawałka pracował także w 2002 roku w Zagłębiu Lubin, u boku skazanego za korupcję Jerzego F., ale było to jeszcze przed wprowadzeniem ustawy antykorupcyjnej w polskim sporcie .

Dotychczas panowało przekonanie, że Nawałka nie brał udziału w ustawianiu meczów piłkarskich. Publikacja Stanowskiego kładzie się jednak głębokim cieniem na nieskazitelnym dotąd wizerunku obecnego selekcjonera, stawiając go w wyjątkowo złym świetle. Trener drużyny narodowej winien być bowiem bez żadnej skazy w życiorysie. Bądź co bądź reprezentuje na arenie międzynarodowej całą Polskę.

Nie wiadomo, co skłoniło dotychczasowego piewcę prezesa Zbigniewa Bońka, naczelnego ulubionego portalu „Zibiego”, weszlo.com, redaktora Stanowskiego do wytknięcia Nawałce korupcyjnej przeszłości. Czy chodziło bardziej o zwiększenie zainteresowania książką czy też odbrązowienia pomnika selekcjonera i jednocześnie jego szefa? Nawałka to przecież jedynie słuszny wybór obecnego sternika polskiej piłki, a ujawnienie udziału selekcjonera w ustawianiu meczów bije również pośrednio w jego promotora z PZPN.

źródło: http://futbolplus.pl/plus/prasowka/item/6857-selekcjoner-reprezentacji-polski-ustawial-mecze-ksiazka-stan-futbolu-nie-pozostawia-zludzen

Z miłości do Widzewa? – Futbolplus

Z miłości do Widzewa?

Prezes PZPN, Zbigniew „Śmieszy mnie to” Boniek zapowiedział na swoim ulubionym komunikatorze przyjazd na mecz piątej klasy rozgrywkowej Widzew Łódź – KS Paradyż.

Co skłoniło prezesa śmieszka do odwiedzin Łodzi i obejrzenia spotkania na szczycie IV ligi grupy łódzkiej, między trzecim w tabeli Widzewem a liderującym i wyprzedzającym łodzian o 6 punktów Paradyżem? Czy stara miłość i przywiązanie do swojego dawnego klubu śmiesznego prezesika są aż tak wielkie, że sternik polskiej skopanej wolał wybrać się w końcówce sezonu na mecz piątego poziomu rozgrywek, zamiast pierwszego? Przecież w grupie spadkowej Ekstraklapy odbędą się w środę aż cztery niezwykle interesujące spotkania: Termalica Brut-Bet Nieciecza – Korona Kielce, Górnik Łęczna – Wisła Kraków, Śląsk Wrocław – Jagiellonia Białystok i Górnik Zabrze – Podbeskidzie Bielsko-Biała. Czyżby żaden z tych meczów nie był dla prezesa „Śmieszy mnie to” bardziej interesujący od hitu IV ligi grupy łódzkiej Widzew – Paradyż?

A może obejrzenie meczu piątoklasowego Widzewa miało być jedynie pretekstem do odwiedzenia Łodzi, przed czekającą prezesa śmieszka rozprawą w sprawie niegospodarności PZPN i Widzewa, na której ma się stawić jako świadek 12 maja?

Może śmieszny pezesik chciałby wcześniej zbadać łódzki grunt, poznać nastroje, panujące wokół trwającego ponad 3,5 roku procesu o niegospodarność PZPN i Widzewa, wymienić poglądy z innymi świadkami, choćby wezwanym także przed temidę byłym prezesem klubu, Witoldem Skrzydlewskim, od którego w 2004 roku odkupił Widzew za symboliczną złotówkę, aby w 2007 roku sprzedać go Sylwestrowi Cackowi za grube miliony?

Nikt prezesowi „Śmieszy mnie to” nie broni, jako świadkowi w sprawie niegospodarności PZPN i Widzewa, spotykać się i wymieniać poglądów z innym świadkami czy nawet oskarżonymi. Nikt też nie zabrania odwiedzać prezesowi śmieszkowi swojego dawnego miasta i kibicować swojemu dawnemu klubowi. Nikt również nie śmiałby nawet potępić wykorzystania meczu Widzew – Paradyż do spotkania z dawnymi widzewiakami.

Tylko po co ten cały fałsz i fikcja, że z miłości do Widzewa prezes „Śmieszy mnie to”, dałby się nawet pokroić? Gdyby tak rzeczywiście było, nie zrobiłby przecież na przehandlowaniu Widzewa interesu życia.     

źródło: http://www.futbolplus.pl/plus/rudy-102/item/6856-z-milosci-do-widzewa

Sensacyjne słowa w książce kontrowersyjnego dziennikarza: Nawałka wręczył łapówkę!

Historia z najnowszej książki Krzysztofa Stanowskiego zaskoczy każdego polskiego kibica. Dziennikarz twierdzi, że w czasach PRL selekcjoner reprezentacji Polski wręczył łapówkę Andrzejowi Iwanowi.

Do tej pory panowało przekonanie, że Adam Nawałka nigdy nie brał udziału w ustawianiu meczów piłkarskich. Owszem, w trakcie pracy w Jagiellonii Białystok jego podopieczni zrzucali się na łapówki, ale wszystko odbywało się za plecami obecnego selekcjonera reprezentacji Polski.

Nawałka, w kontekście piłkarskiej korupcji, właśnie został przedstawiony w zupełnie innym świetle. Krzysztof Stanowski w swojej najnowszej książce zdradził pewną historię, która wyszła na jaw przy pisaniu (kilka lat temu) biografii Andrzeja Iwana. Ta historia jeszcze nigdy dotąd nie ujrzała światła dziennego. Oto fragment.

- Otóż piłkarzem, który przyniósł mu (Iwanowi – przyp. red.) 60 tysięcy złotych, był Adam Nawałka. Powiedział wtedy (Iwan – przyp. red.): Nie piszmy, że to o „Nawałę” chodzi, bo mu coraz lepiej w trenerce idzie. Może kiedyś będzie chciał zostać selekcjonerem? – czytamy w książce.

Wpadła nam dzisiaj w ręce książka Stanowskiego „Stan futbolu”. Ciekawe ile jeszcze takich bomb w niej znajdziemy. Nawałka wręczył łapówkę Iwanowi?

W kontekście łapówki nie padają żadne konkrety, czyli kiedy to miało miejsce i jakiego meczu dotyczyło. Pewne jest, że sytuacja wydarzyła się jeszcze w czasach PRL, kiedy to powszechne było ustawianie ligowych pojedynków. Tak przynajmniej twierdzi Krzysztof Stanowski.

Dodajmy na koniec, że tzw. „przekupstwo sportowe” jest ścigane przez organy wymiaru sprawiedliwości od 1 lipca 2003 roku. Czyli nawet, jeżeli Stanowski nie mija się z prawdą, to Nawałka wg polskiego prawa nie zrobił niczego zabronionego.

Opracował CYK

źródło: http://sportowefakty.wp.pl/sportowybar/595400/adam-nawalka-wreczyl-lapowke-sensacyjne-doniesienia-dziennikarza

Lech – Piast 2:2. Piłkarski poker sędziego Frankowskiego, czyli zemsta Bońka na Kręcinie? – Futbolplus

Lech - Piast 2:2. Piłkarski poker sędziego Frankowskiego, czyli zemsta Bońka na Kręcinie?

„Koniec marzeń o »złocie«? Piast zatrzymany przez »Kolejorza« i… sędziego” – zatytułował relację z meczu Lech Poznań – Piast Gliwice (2:2) katowicki „Sport”. Nawet jeśli brać pod uwagę lokalne sympatie, tytuł sprawozdania wskazał jednoznacznie, kto był antybohaterem spotkania przy Bułgarskiej. Sędzia Bartosz Frankowski z matecznika prezesa PZPN, Zbigniewa Bońka, Kujawsko-Pomorskiego ZPN, dał popis stronniczego prowadzenia zawodów, krzywdząc zespół gości.

Frankowski nie odgwizdał faulu Darko Jevticia na Radosławie Murawskim przy pierwszym golu Lecha, strzelnym w 6. minucie przez Karola Linetty’ego. A w drugiej połowie, kiedy gliwiczanie szybko odrobili dwubramkową stratę, arbiter z Torunia w 68. minucie wyrzucił z boiska „motor napędowy” Piasta, Kamila Vacka za ostry wślizg w Dawida Kownackiego, bez wahania pokazując Czechowi czerwony kartonik. Zdaniem sprawozdawcy „Sportu”, „w żadnym wypadku nie było to przewinienie na czerwoną kartkę. Ale Bartosz Frankowski ją »wymyslił«!”. Wątpliwości mieli też reporterzy ekstraklasa.tv, pytając, czy przy tej wielce kontrowersyjnej decyzji, sędzia słusznie odesłał Vacka do szatni? Tym bardziej, że chwilę później arbiter za ostrzejszy faul Tamasa Kadara ostrzegł Węgra jedynie żółtą kartką.

Sędzia z matecznika Bońka rozstrzygnął więc losy mistrzowskiego tytułu na pięć kolejek przed zakończeniem sezonu. Pozbawił Piast możliwości odrobienia strat punktowych do Legii poprzez wykluczenie z gry z najbliższych meczach kluczowego piłkarza zespołu Radoslava Latala. 

Co bardziej krewcy kibice z Gliwic stronnicze decyzje Frankowskiego w Poznaniu zaczęli śmiało porównywać do „Piłkarskiego pokera”.

Jako że w każdej kontrowersyjnej decyzji sędziego doszukujemy się spiskowej teorii dziejów, niezbicie nam z niej wychodzi, że arbiter Frankowski z matecznika Bońka wyśmienicie posłużył prezesowi PZPN do odegrania się na niepokornym byłym koledze ze związku, dawnym sekretarzu generalnym PZPN, a obecnie doradcy prezesa Piasta, Zdzisławie Kręcinie. Pamiętliwy Boniek ukarał gliwiczan za polemikę Kręciny z „Zibim” na ostatnim lutowym zjeździe statutowym PZPN. Nic bowiem w obecnym świecie piłki nie dzieje się przypadkowo.

źródło: http://www.futbolplus.pl/kraj/item/6848-lech-piast-2-2-pilkarski-poker-sedziego-frankowskiego-czyli-zemsta-bonka-na-krecinie

Spór dziennikarzy piłkarskich z Bońkiem i bukmacherką w tle. Pol i Stanowski kontra Kołodziejczyk i Stec – wirtualnemedia.pl

Prezesura Zbigniewa Bońka w PZPN i reklamowanie przez niego firmy bukmacherskiej mocno podzieliły dziennikarzy piłkarskich. Z jednej strony są przychylne mu m.in. „Przegląd Sportowy” z Michałem Polem i Przemysławem Rudzkim oraz Krzysztof Stanowski z Weszło.com, a z drugiej krytyczni Michał Kołodziejczyk z Grupy WP, Rafał Stec z „Gazety Wyborczej” i Marcin Grzywacz ze Sportklubu.

Zbigniew Boniek i Krzysztof Stanowski w klipie promującym Expekt

Zbigniewowi Bońkowi występowanie w reklamach firmy bukmacherskiej wytykano od objęcia przez niego funkcji prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jesienią 2012 roku. Boniek od wielu lat jest ambasadorem reklamowym zagranicznej spółki Expekt, promując jej stricte bukmacherskie usługi (obstawianie wyników meczów).

Tymczasem zgodnie z ustawą hazardową obowiązującą od 2010 roku bukmacherzy zarejestrowani w Polsce, tak samo jak inne firmy z branży hazardowej, mają zakaz promowania usług internetowych. W efekcie część spółek niedługo po wprowadzeniu tych przepisów wycofała się ze sponsorowania klubów piłkarskich (np. Bet-at-home zakończył współpracę z Wisłą Kraków, a Betclic z Lechem Poznań). Mimo to logotypy bukmacherów internetowych są widoczne podczas transmisji sportowych z zagranicy (głównie na strojach piłkarzy), a zagraniczne serwisy bukmacherskie osiągają u nas w ostatnim okresie rekordową popularność.

Polscy bukmacherzy mogą prowadzić jedynie działania wizerunkowe. Dlatego firma STS, sponsorując od prawie dwóch lat Lecha Poznań, w reklamach skupia się na meczach tego klubu i jego słynnym zawodniku Piotrze Reissie w podobny sposób komunikuje też marketingowo od połowy ub.r. wspieranie jako partner naszej piłkarskiej reprezentacji.

Zbigniew Boniek na te zarzuty od lat odpowiadał tak samo: ustawa hazardowa jest szkodliwa dla polskiego sportu tracącego środki od potencjalnych sponsorów, natomiast on mając włoskie obywatelstwo podlega tamtejszemu prawodawstwu .

Dodajmy, że z internetowymi firmami bukmacherskimi są też związani reklamowo niektórzy dziennikarze sportowi. Bożydar Iwanow z Polsat Sport przez parę lat jako ambasador Betfair.pl prowadził m.in. wideoblog, natomiast jego redakcyjny kolega Mateusz Borek od lat promuje Betclic, w ostatnim czasie nagrywając z Romanem Kołtoniem (też pracującym w Polsat Sport) cykliczny magazyn omawiający ostatnie i zapowiadający najbliższe wydarzenia piłkarskie.
Podobny cykl rozmów wideo, promujących Expekt, Zbigniew Boniek prowadził w ostatnich miesiącach z Krzysztofem Stanowskim, założycielem i szefem Weszło.com. Serwis ten od swojego startu jest blisko związany z branżą internetowych zakładów bukmacherskich (takie usługi są tam najczęściej reklamowane, obecnie działa też osobna sekcja „Bukmacherka” z radami i analizami, jak obstawiać wyniki).

Taka działalność jest zgodna z prawem, ponieważ serwis jest zarejestrowany za granicą, a w zakładce „O nas” zastrzega: „Jesteśmy serwisem przeznaczonym dla osób posługujących się językiem polskim, ale zamieszkałych poza Polską, w krajach, w których internetowe reklamy bukmacherskie są legalne – takich jak Anglia. Jeśli odwiedzasz nas z terytorium Polski, bezzwłocznie zamknij stronę”.

Od ponad roku Krzysztof Stanowski pisze cotygodniowe felietony do „Przeglądu Sportowego”, został zaproszony do współpracy jako jeden z kilku autorów zewnętrznych przez Michała Pola i Przemysława Rudzkiego, którzy przejęli wtedy kierowanie redakcją. W lutym ub.r. Stanowski w tekście „Buk zapłać” skrytykował polskie firmy bukmacherskie apelujące, by zablokować w kraju dostęp do serwisów internetowych zagranicznych bukmacherów, którzy nie płacą u nas podatków. – Polscy bukmacherzy walczą z tzw. „nielegalnymi firmami”, które tak naprawdę są legalne w pełni, często to gigantyczne przedsiębiorstwa notowane na giełdach. Kiedy względnie mała polska firma określa światowego giganta mianem „nielegalnego”, to uważam to za co najmniej niestosowność - stwierdził. - Ustawę trzeba zmienić, ale zmienić zupełnie inaczej: poprzez stworzenie warunków dla zachodniego biznesu, by lokował się w Polsce. Wiadomo przecież, że istniejące prawo nie ma na celu walki z hazardem, tylko jest to nieudana próba zarabiania na tym biznesie - dodał.

Wiosną ub.r. Orange Polska ogłosił, że nie przedłuży wygasającej w połowie roku umowy, zgodnie z którą był sponsorem głównym naszej piłkarskiej reprezentacji (latem i jesienią ub.r. PZPN podpisał umowy z kilkoma nowymi partnerami i sponsorami oficjalnymi reprezentacji, ale nowego sponsora głównego nadal pozyskał). Tę decyzję firmy telekomunikacyjnej jako duże niepowodzenie Związku ocenił Michał Kołodziejczyk, pracujący wtedy w „Rzeczpospolitej” (od początku br. jest redaktorem naczelnym serwisów sportowych Grupy Wirtualna Polska). – Mówisz polska piłka – myślisz: wstyd. A wielkie pieniądze i duże firmy wstydu nie lubią. Rynek reklamy oparł się PZPN-owskiej propagandzie sukcesu - napisał.

Kołodziejczykowi szybko na Weszło.com odpowiedział Krzysztof Stanowski, zwracając uwagę, że umowa z Orange nie została zerwana tylko planowo zakończona, polski rynek sponsoringu sportowego cały czas rośnie, a zaczynający wtedy sponsorowanie reprezentacji Cinckiarz.pl to poważna polska firma z chwytliwą nazwą. Przy okazji wytknął mu, że bardziej niż marketingowymi problemami PZPN-u powinien przejmować się malejącą sprzedażą „Rzeczpospolitej”.

W odpowiedzi Michał Kołodziejczyk napisał tekst „O dwóch cynikach”, mając na myśli Stanowskiego i Bońka. – W ostatnią sobotę Stanowski popełnił w „PS” komentarz 
o sytuacji w polskiej bukmacherce. Wydrukowany pomimo zdziwienia tych, którzy czuli niesmak – ocenił. – Najcenniejszym partnerem Stanowskiego w tej akcji jest Boniek zachęcający od dawna do hazardu na portalu Weszło – dodał. Przypomniał też, że Stanowski krytykował „Przegląd Sportowy”, kiedy tytułem kierował Marcin Kalita, oceniając że jest to gazeta po prostu nudna, a teraz broni na jej łamach branży hazardowej. – Nowy redaktor naczelny Michał Pol nie widzi 
w tym nic niestosownego, choć część zespołu ma zupełnie inne zdanie – zaznaczył Kołodziejczyk.

Krzysztof Stanowski: za felietony do „Przeglądu Sportowego” dostaję 2 tys. zł, a nie 9 tys.

Pod koniec ub.r. zaangażowanie Zbigniewa Bońka w promocję internetowych zakładów bukmacherskich mocno skrytykował Rafał Stec na łamach „Gazety Wyborczej”, polemizując ze stwierdzeniem prezesa PZPN, że silne uzależnienie od bukmacherki to mit. W tekście zatytułowanym „Boniek twarzą świata myślącego mamoną” ocenił, że szef PZPN reklamuje hazard z takich samych pobudek, z jakich znani piłkarze promują niezdrową żywność (chipsy, fast foody czy napoje gazowane) – dla pieniędzy.

Za to według Krzysztofa Stanowskiego internetowe zakłady bukmacherskie to hazard taki sam jak gry losowe, loterie SMS-owe czy internetowy handel walutami. – Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego według prawa próba przewidzenia wyniku rywalizacji sportowej – który przecież jest pod wieloma względami możliwy do przewidzenia (np. Almeria nie pokona Barcelony w ten weekend) – to hazard, a już forex czy loteria SMS nie - napisał w listopadzie ub.r. w „Przeglądzie Sportowym”.

Michał Kołodziejczyk: więcej opiniotwórczości i wideo w sportowej Wirtualnej Polsce

W październiku ub.r. na łamach „Rzeczpospolitej” zarządzenie PZPN-em przez ekipę Zbigniewa Bońska krytycznie opisał Piotr Żelazny (który w redakcji „Rz” zastąpił odchodzącego na emeryturę Stefana Szczepłka). – Po dwóch latach kierowania polską piłką przez Bońka trudno się dopatrzyć planu i wizji. To nie jest prezesura zła, ale też bardzo daleka od oczekiwań związanych z pojawieniem się Bońka w PZPN. Mamy do czynienia bardziej z indywidualnymi szarżami niż przemyślanymi zespołowymi akcjami - napisał.

Szybko polemikę z tym artykułem zamieścił na Weszło.com Krzysztof Stanowski. – Aby napisać – jak dzisiaj „Rzeczpospolita” – że przez dwa lata w PZPN niewiele się zmieniło, to trzeba mieć albo złą wolę, albo być nierzetelnym i niepoinformowanym. Może wszystko razem. Bo dzisiaj – po dwóch latach odkąd do związku wkroczył Zbigniew Boniek – jest to zupełnie inna instytucja. Gdyby kilkuosobowa frakcja dziennikarzy potrafiła odłożyć na bok antypatię do prezesa – kultywowaną latami – może zdołałaby to przyznać. Na razie woli wbrew faktom na siłę wmówić ludziom: nic się nie zmieniło – zaczął swój artykuł. – Możecie mnie nazwać jakimś dupowłazem, ale ja takim ludziom jak Boniek, Sawicki, Basałaj, czy Koźmiński po prostu za te dwa lata dziękuję – napisał na koniec.

W kontekście PZPN-u duże emocje wśród dziennikarzy piłkarskich wywołuje w ostatnim okresie praca Janusza Basałaja. Przypomnijmy, że jesienią 2012 roku, po wygranych przez Zbigniewa Bońka wyborach, Basałaj został zatrudniony w Związku jako dyrektor departamentu komunikacji i mediów. Wcześniej przez wiele lat pracował w mediach, m.in. był dyrektorem redakcji sportowej w Canal+ i Telewizji Polskiej oraz redaktorem naczelnym Orange Sport.

Większość środowiska przyznaje, że kierowany przez Janusza Basałaja departament działa bardzo efektywnie, m.in. rozwijając obecność Związku z internecie, w tym mediach społecznościowych (np. jesienią ub.r. we współpracy z Alior Bankiem został uruchomiony serwis dla kibiców Laczynaspilka.pl). Z drugiej strony paru dziennikarzy skarżyło się na natarczywe interwencje Basałaja po krytycznych publikacjach o PZPN i Bońku – SMS-y i telefony z pretensjami do nich i ich przełożonych.

Z kolei nieżyczliwi Związkowi i jego prezesowi (chociażby Jacek Kmiecik, były wieloletni dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, ostatnio związany z Futbolnews.pl) zarzucają, że Janusz Basałaj jako menedżer mediów nadzorował pracę młodych dziennikarzy, na których teraz łatwiej mu wpływać przy dbaniu o wizerunek PZPN. – Basałaj jest szarą eminencją w PZPN, dba o dobry PR federacji, ale jeszcze bardziej o wizerunek prezesa. Ma wielu wysoko postawionych przyjaciół w mediach, wykonuje swoją pracę doskonale. Dzięki niemu Boniek wie o dziennikarzach wszystko - napisał jesienią 2013 roku w „Rzeczpospolitej” Kołodziejczyk.

Wiosną ub.r. z „Przeglądu Sportowego” zwolnieni zostali Piotr Żelazny i Marek Wawrzynowski, którym kierownictwo redakcji zarzuciło małą wydajność. Według środowiskowych plotek powodem były ich krytyczne artykuły o PZPN – jeden z dziennikarzy „PS” anonimowo powiedział Wirtualnemedia.pl, że w redakcji panuje pro-PZPN-owska atmosfera. Michał Pol stanowczo to dementował. – Wątek PZPN jest absurdalny, co z pewnością obaj potwierdzą. „Przegląd Sportowy” zawsze opublikuje każdy rzetelnie udokumentowany materiał o nieprawidłowościach w każdej instytucji sportowej - powiedział nam.

W zeszły weekend menedżer piłkarski Cezary Kucharski w rozmowie z „Polska The Times” krytycznie ocenił pochlebne nastawienie wielu dziennikarzy do PZPN-u i Zbigniewa Bońka, co mocno podwyższyło temperaturę dyskusji wśród nich.

Cezary Kucharski – dość krytycznie nastawiony do obecnego kierownictwa PZPN i nieraz kłócący się na Twitterze ze Zbigniewem Bońkiem – w wywiadzie dla „Polska The Times” ocenił, że Boniek sprawnie trzyma w ryzach większość dziennikarzy piłkarskich.

- Sugestie, że rynek jest trudny, trudno o pracę, działają na waszą wyobraźnię. Macie większą presję, aby raczej pozytywnie pisać o Bońku - powiedział dziennikarzowi gazety. – Jeden z w miarę poważnych redaktorów naczelnych gazety sportowej przepraszał mnie po paszkwilu, jaki popełnił inny dziennikarz biznesmen na mój temat, tłumacząc, że jest w jakimś dziwnym układzie, na który nie ma wpływu – dodał. Dla środowiska i samych zainteresowanych jest oczywiste, że owym redaktorem naczelnym jest Michał Pol, a dziennikarzem biznesmenem – Krzysztof Stanowski.

Szefowie „Przeglądu Sportowego” w kolejnych dniach na Twitterze zadeklarowali, że nie było żadnych przeprosin. – Nikt nie przeprasza za felietonistów, bo mają prawo do wyrażania swoich opinii. To się mieści w zakresie wolności słowa - stwierdził wicenaczelny Przemysław Rudzki. – CK obraził się po felietonie. Dostał szansę polemiki. Nie skorzystał. Ma pretensje do PS. Podburza mówieniem o wyimaginowanym układzie. Stanek napisał felieton. Prawo felietonisty, a CK obraził się na świat. Ok, finito – napisał Tomasz Włodarczyk, kierownik działu piłkarskiego. A Przemysław Rudzki pokazał, że to Cezary Kucharski przepraszał jego – za zarzucenie mu zmyślenia fragmentu wywiadu z innym byłym piłkarzem. Wicenaleczny „PS” stanął też murem za Krzysztofem Stanowskim, deklarując, że będzie on dalej felietonistą dziennika, bo „pisze rewelacyjnie”.

W czwartek Michał Pol w oświadczeniu zamieszczonym na Twitterze przyznał jednak, że przeprosił Kucharskiego SMS-owo, ale tylko we własnym imieniu, natomiast w felietonach czy zasadach współpracy ze Stanowskim niczego nie zmieniał ani nie zamierza tego robić. - Jedyny „układ” jaki obowiązuje w „PS” jest taki: nie ingerujemy w to, co piszą felietoniści, nie zmieniamy im nawet przecinka, jeśli ktoś poczuje się przez nich dotknięty, może napisać polemikę, którą z chęcią, opublikujemy. Na razie jeszcze nigdy nikt żadnej nie przysłał - opisał Pol, dodając, że taką polemikę zaproponował też Kucharskiemu, ale ten nie skorzystał.

Wtedy do dyskusji włączyli się Antoni Bohdanowicz, były dziennikarz „Polski The Times” i naTemat.pl, i komentator Sportklubu Marcin Grzywacz. Obaj zasugerowali, że redakcja „Przeglądu” nie jest tak niezależna jak to opisują jej szefowie, bo po „krytyce władzy” (czytaj: PZPN-u) „kilku znanych i dobrych dziennikarzy PS szukało pracy” (np. Wawrzynowski i Żelazny). Michał Pol i Przemysław Rudzki zarzucili im niedostateczną znajomość sprawy, między dziennikarzami wywiązała się ostra wymiana zdań.

- Michał, zrobiliście ich wszystkich w chuja na prośbę PZPN i wiesz o tym dobrze. Albo też dobrze udajesz, że nie wiesz - stwierdził Grzywacz. – Nie szukaliście na nich haków i grozić zwolnieniem dyscyplinarnym? - dopytywał Rudzkiego. – Tylko skończony głupiec mógł Ci coś takiego powiedzieć. Mało tego – ja bardzo na nich liczyłem. Bardzo – odpowiedział wicenaczelny „PS”. – To są właśnie te twoje śmieszne blotki, obrażasz PZPN, że mógłby prosić i mnie, że mógłbym spełnić. Żenada - napisał Michał Pol.

- Dostałem bana na Twitterze od słupa reklamowego, który nazywa się Michał Pol i obecnie mieni się redaktorem naczelnym „Przeglądu Sportowego”. Ale to, że ta wielce zasłużona gazeta, od której czytania swój dzień rozpoczynał Kardynał Stefan Wyszyński ma takiego, a nie innego naczelnego, to DRAMAT – skrytykował tę sytuację niedługo potem na Facebooku Marcin Grzywacz, w stwierdzeniu „słup reklamowy” nawiązując do stałej współpracy marketingowej „Przeglądu Sportowego” i Ringier Axel Springer Polska z Adidas Poland obejmującej m.in. twitterowy profil Pola.

Z kolei Michał Kołodziejczyk w środę wieczorem zaprosił Zbigniewa Bońka do studia Wirtualnej Polski, gdzie zaczął przeprowadzać wywiady wideo z ludźmi z branży sportowej. - Pytania mogą być niewygodne, to będzie jakaś nowość. A o wtopach nie rozmawiajmy. Wywiad wideo, niczego nie przekręcę. Za panem sztab, ja sam - zachęcał dziennikarz. – To duży portal, wypada przynieść tam kaganek prezesowskiej oświaty. Odwagi! – apelował do Bońka Rafał Stec.

Jednak prezes PZPN stwierdził: „Zero strachu, ale nie rozmawiam z raczkującymi tv internetowymi, niech najpierw coś zrobią”, dodając, że będzie mógł udzielić wywiadu dopiero jesienią, po zakończeniu eliminacji do Euro 2016.

Tymczasem miesiąc temu Boniek był gościem pierwszego odcinka cyklu wideo „Mecz na wysokim poziomie” prowadzonego w serwisie „Przeglądu Sportowego” przez Michała Pola, Przemysława Rudzkiego i Tomasza Włodarczyka. Z kolei w piątek udzielił wywiadu Weszlo.com. – Trzy godziny rozmowy ze Zbigniewem Bonkiem. Dużo o szkoleniu, bukmacherce i wielu innych sprawach - napisał na Twitterze dziennikarz tego serwisu Tomasz Ćwiąkała.

O tym, jak skrajnie odmienne jest nastawienie niektórych dziennikarzy do obecnego kierownictwa PZPN, może świadczyć zestawienie czwartkowych wpisów. – Ponoć pierwsza sprawa zwolnionej z PZPN wygrana. Sąd orzekł przywrócenie do pracy i na ogłoszeniu wyroku powiedział, że to ewidentnie były zwolnienia grupowe i powinna się tym zająć właściwa instytucja. Oj - napisał Michał Kołodziejczyk. – Żeby się chwytać zwolnienia córki Ireneusza Serwotki (to ten działacz Odry, co dobrze żył z piłki), to trzeba nie mieć argumentów. Problem „niezależnych”. PZPN zwolnił mnóstwo osób, a przegrał o bezpodstawne zwolnienie 1 proces (w pierwszej instancji). Z córką Serwotki. Oby zawsze polska piłka miała właśnie takie problemy – ocenił Krzysztof Stanowski.
źródło: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/spor-dziennikarzy-pilkarskich-z-bonkiem-i-bukmacherka-w-tle-pol-i-stanowski-kontra-kolodziejczyk-i-stec