Śmierdzi szwindlem w meczu Lechia – Ruch. Bukmacherzy wycofają zakład? A PZPN – cicho sza – Futbolplus

Śmierdzi szwindlem w meczu Lechia - Ruch. Bukmacherzy wycofają zakład? A PZPN - cicho sza

Sobotni mecz w grupie mistrzowskiej Lechia Gdańsk – Ruch Chorzów budzi wątpliwości legalnych polskich bukmacherów. Właściciel jednego ze sponsorów reprezentacji Polski, firmy STS, finansującej Lecha Poznań i współpracującej z PZPN, Mateusz Juroszek, rozważa wycofanie zakładu z obstawiania, dając do zrozumienia, że wynik spotkania może być umówiony. O podejrzanej sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”.

- Mamy ten mecz w swojej ofercie, ale w sobotę do południa podejmiemy decyzję, czy go wycofamy – powiedział właściciel firmy STS „Gazecie Wyborczej”. – Nie mamy podejrzeń, że coś może być nie tak, ale chcemy być ostrożni. Na koniec sezonu w wielu krajach odbywają się mecze drużyn, z których jedna o nic nie walczy, a druga potrzebuje punktów. Monitorujemy to. W żadnej lidze nie ma jednak takiego meczu jak Lechia – Ruch.

„Gazeta Wyborcza” zwróciła uwagę, że Lechia walczy jeszcze o europejskie puchary, a Ruch nie gra już praktycznie o nic. Sprawa, według „Gazety Wyborczej”, może mieć drugie dno, związane z wydarzeniami na zakończenie sezonu zasadniczego, kiedy Lechia wycofała apelację od decyzji Komisji Odwoławczej PZPN do spraw Licencji, odbierającej jej punkt i dzięki temu Ruch, kosztem Podbeskidzia Bielsko Biała, uzyskał miejsce w górnej ósemce ligowej tabeli. W bezpośrednim meczu Lechii z Ruchem, „Niebiescy”, nie mający już żadnej motywacji w bieżących rozgrywkach, mogą zechcieć podziękować „Biało-Zielonym” za przychylny gest, zaskakująco włączający chorzowian do grupy mistrzowskiej, oddając w sobotę w Gdańsku punkty gospodarzom bez walki.

Kurs na zwycięstwo Lechii spada z każdym dniem, obecnie w STS jest najniższy na całym świecie.

- Jeżeli my wycofamy spotkanie, zrobią to pewnie także bukmacherzy na całym świecie. Oni patrzą na liderów rynku w danych krajach – zastrzegł Juroszek w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Mimo że mecz Lechia – Ruch wywołuje zastrzeżenia bukmacherów, dziwnie nie wzrusza PZPN, który zachowuje się tak, jakby dał ciche przyzwolenie na ustawienie wyniku tego spotkania. Przed trzema laty prezes PZPN, Zbigniew Boniek trąbił w mediach wszem i wobec, że powiadomił swojego przyjaciela, ówczesnego prezydenta UEFA, Michela Platiniego, o możliwości ustawienia pierwszoligowego meczu Zawisza Bydgoszcz – Arka Gdynia. Spotkanie to, po rozdmuchaniu sprawy przez sternika polskiej skopanej, objęto specjalnym nadzorem.

Obecnie, o budzącym wiele obiekcji meczu Lechia – Ruch, w PZPN cicho sza. Podejrzenie ustawienia wyniku spotkania nikomu jakoś w piłkarskiej centrali teraz nie przeszkadza. Czy aby nie dlatego, że PZPN sam się zaangażował w wyreżyserowanie całej sytuacji, ustawiając ligę poprzez nakłonienie Lechii do wycofania odwołania z Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu przy PKOl. i tym samym dogodzenie Ruchowi kosztem Podbeskidzia?

źródło: http://futbolplus.pl/plus/prasowka/item/7063-smierdzi-szwindlem-w-meczu-lechia-ruch-bukmacherzy-wycofaja-zaklad-a-pzpn-cicho-sza

Ekstraklasa w Sport.pl. Bukmacher wycofa mecz? „W żadnej innej lidze nie ma takiej sytuacji”

Lechia Gdańsk - Ruch Chorzów 2:0
(Lechia Gdańsk – Ruch Chorzów 2:0)
W sobotę o 20:30 Lechia gra z Ruchem. Gdańszczanie walczą o puchary, Ruch praktycznie skończył sezon – Mamy ten mecz w swojej ofercie, ale w sobotę do południa podejmiemy decyzję, czy go wycofamy – mówi Mateusz Juroszek, właściciel firmy STS.
Cała sprawa ma drugie dno związane z wydarzeniami sprzed kilku tygodni. Po ostatniej kolejce sezonu zasadniczego nie wiadomo było, kto zagra w grupie mistrzowskiej: Podbeskidzie Bielsko Biała czy Ruch Chorzów. W końcu Lechia Gdańsk wycofała swoją apelację od decyzji Komisji Odwoławczej PZPN ds. licencji klubowych odbierającej im jeden punkt. Przez to do ósemki wskoczył Ruch. – Nie mamy podejrzeń, że coś może być nie tak, ale chcemy być ostrożni – mówi Mateusz Juroszek, właściciel firmy STS – Na koniec sezonu w wielu krajach odbywają się mecze drużyn, z których jedna o nic nie walczy, a druga potrzebuje punktów. Monitorujemy to. W żadnej lidze nie ma jednak takiego meczu jak Lechia – Ruch – dodaje Juroszek.

Kurs na zwycięstwo Lechii spada z każdym dniem, w tym momencie na stronie STS jest najniższy na całym świecie – W sobotę do południa podejmiemy decyzję czy wyrzucimy mecz z naszej oferty. Jeżeli my wycofamy spotkanie, zrobią to pewnie także bukmacherzy na całym świecie. Oni patrzą na liderów rynku w danych krajach – mówi Juroszek.

źródło: http://www.sport.pl/pilka/1,65039,20025932,ekstraklasa-w-sport-pl-bukmacher-wycofa-mecz-w-zadnej-innej.html

List otwarty do prezesa PZPN w sprawie skandalicznego zorganizowania finału Pucharu Polski – Futbolplus

List otwarty do prezesa PZPN w sprawie skandalicznego zorganizowania finału Pucharu Polski

Finał Pucharu Polski 2016 Lech Poznań – Legia Warszawa (0:1) na Stadionie Narodowym zakończył się skandalem organizacyjnym. Prezes PZPN, Zbigniew Boniek nie poczuwa się jednak do winy katastrofalnego przeprowadzenia zawodów, choćby biorąc pod uwagę aspekt bezpieczeństwa uczestników finału.

Prezes Boniek uważa, że płacąc milion złotych za organizację finału Pucharu Polski na Stadionie Narodowym, PZPN nie ponosi już żadnej winy za zachowanie kibiców Lecha (odpalanie rac i materiałów pirotechnicznych na trybunach i wrzucanie fajerwerków na murawę).

Dla szefa polskiej piłki nie ma żadnego problemu, że wcześniej uzgodnił z fanami „Kolejorza” wniesienie przez nich materiałów pirotechnicznych na stadion i odpalenie rac na trybunach, mimo iż przepisy bezpieczeństwa UEFA, czyli nadrzędne dla PZPN, mówią wyraźnie o całkowitym zakazie używania pirotechniki przez kibiców na trybunach obiektów piłkarskich.

Komentator „Dziennika Gazeta Prawna”, Marcin Hadaj wystosował na łamach swojej gazety list otwarty do prezesa PZPN, w którym zadał sternikowi polskiej skopanej kilka niewygodnych pytań. Trudno spodziewać się po Bońku odpowiedzi, gdyż prezes PZPN stosuje w trudnych dla niego sytuacjach sprawdzoną metodę strusia, czyli chowa głowę w piasek, udając że nic złego w jego organizacji się nie dzieje.

A wbrew temu, co chciałby Boniek, organizacja finału Pucharu Polski obnażyła doszczętnie niekompetencje prezesa PZPN, co znakomicie w swoim liście w „Dzienniku Gazeta Prawna” wypunktował redaktor Hadaj:

„Po pierwsze, dlaczego ochrona finału PP wybiórczo dokonywała kontroli osobistej przy wejściach na stadion? Dlaczego kontrolowano dzieci, które przyszły na mecz z rodzicami, a nie kontrolowano wielu innych osób, np. pijanych? Dlaczego ochrona wpuszczała na stadion osoby z podrobionymi, kserowanymi w kolorze „biletami”, nie weryfikując ich oryginalności? Kwestia biletów na ten mecz, które dla zwykłych ludzi były dostępne jak szynka w 1983 r. (ale przecież pan grał wtedy w piłkę w Juventusie), to zresztą osobna kwestia, którą wcześniej czy później zajmie się UOKiK, a może nawet prokuratura.

Dlaczego kontrolom na bramkach nie poddano kibiców Lecha Poznań, którzy skompromitowali to ważne wydarzenie i pana osobiście, bo to właśnie pan ponosi odpowiedzialność za to, że bramkarza Legii kilkakrotnie trafiono zapalonymi racami? Dlaczego kontroli osobistych nie prowadzono już wewnątrz stadionu, za wejściowymi kołowrotkami, które weryfikują ważność biletów, aby uniknąć gigantycznego tłumu, który powstał sztucznie przez indolencję ochrony, bezradnej w obliczu napierających kibiców? Jej główną aktywnością stało się w pewnym momencie zgniatanie czekających na wejście elementami prowizorycznego ogrodzenia. Cud, że nie doszło do wypadku. Pan tego nie widział, bo panu było bardzo wygodnie w loży honorowej.

Dlaczego ochrona tolerowała wnoszenie na stadion wysokoprocentowego alkoholu, którego na imprezach masowych pić nie wolno? Butelki po nim można było znaleźć w wielu miejscach stadionu przez cały czas trwania imprezy. Czy ktoś w ogóle pomyślał o tym, jak nie dopuścić do takiej sytuacji? Czy ważniejsze było odegranie hymnu? Liczę na szybkie odpowiedzi na powyższe pytania, podobnie jak tysiące Polaków, którym nie zapewnił pan bezpieczeństwa na Stadionie Narodowym. I miliony sprzed telewizorów, zniesmaczone tym, co widziały (z przerwami, kiedy dym zasłaniał wszystko). I nie chodzi tu o jakiekolwiek kary dla klubów czy piłkarzy. Chodzi o to, jak PZPN planuje wyeliminować patologie, które tym razem pana przerosły?”.

źródło: http://futbolplus.pl/plus/prasowka/item/7039-list-otwarty-do-prezesa-pzpn-w-sprawie-skandalicznego-zorganizowania-finalu-pucharu-polski

Rok temu Boniek dziękował kibicom Lecha. Dziś wypomina mu to spółka PL.2012+ – Futbolfejs

Spółka PL.2012+ zarządzająca Stadionem Narodowym oszacowała straty po finale Pucharu Polski na 100 tysięcy złotych. Spółka ma pretensje do PZPN o nieodpowiednie zabezpieczenie imprezy. I przypomina list, w którym rok temu Zbigniew Boniek chwalił kibiców Lecha.

PZPN i imiennie prezes Zbigniew Boniek zostali zaczepieni przez panią rzecznik spółki Monikę Borzdyńską, która na antenie TVN24 powiedziała prosto z mostu przypominając mecz sprzed roku: „Też race znalazły się na boisku. Niestety wtedy władze PZPN, a konkretnie prezes Boniek wystosował list do kibiców, w którym podziękował za oprawę i wskazał, że race mu nie przeszkadzają. Nawet mówił, że w jego sercu była radość po tym, jak widział, jaka była oprawa. My nie do końca cieszyliśmy się z ubiegłorocznego finału, bo tez ponieśliśmy straty. W tym roku było podobnie. No, ale jeśli było pozwolenie na wnoszenie materiałów pirotechnicznych, trudno się dziwić, że tak to się skończyło.”
Straty po tegorocznym finale spółka PL.2012+ oszacowała na około 100 tysięcy złotych i dziś pyta, kto jej zwróci te pieniądze. Uszkodzonych lub nadpalonych zostało 250 krzesełek na trybunach, zniszczona została część toalet, a także uszkodzona brama numer 10 (od strony, która była strefą zamkniętą, przeznaczoną dla zorganizowanych grup kibiców Lecha Poznań).

Pani rzecznik zauważyła także, że na bramkach przed wejściem zatrzymane zostały cztery osoby, które wnosiły materiały pirotechniczne. Jedna z nich miała przy sobie… około 50 rac. To tylko potwierdza, że przy tak hurtowych ilościach nie da się przepuścić osób wnoszący środki pirotechniczne bez przymknięcia oczu przez służby porządkowe.
O jakim liście Bońka mówiła pani rzecznik? Otóż w zeszłym roku, po finale, podczas którego także z trybun leciały race, Boniek wystosował pismo do Stowarzyszenia Kibiców Lecha Poznań. My cytujemy je za „Głosem Wielkopolskim”:
„Dzięki kibicom Lecha Poznań i ich fantastycznemu dopingowi oczy wszystkich fanów piłki nożnej w Polsce mogły nacieszyć się wspaniałym widowiskiem, jakim był Mecz Finałowy (pisownia oryginalna – red.) Pucharu Polski. Wspaniały doping połączony z pracochłonnymi oprawami stworzył atmosferę piłkarskiego święta na Stadionie Narodowym.”

Co ciekawe, list ten został wystosowany równocześnie z decyzją Komisji Dyscyplinarnej PZPN, która po finale nałożyła karę 25 000 złotych na Lecha Poznań za „rzucanie środków pirotechnicznych na płytę boiska”.
Coś tak nam się wydaje, że w tym roku już listu pochwalnego nie będzie. A jakie będą kary? Posiedzenie Komisji w czwartek.

Tak to wyglądało w czasie tegorocznego finału:

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/ekstraklasa/rok-temu-boniek-dziekowal-kibicom-lecha-dzis-wypomina-mu-to-spolka-pl-2012/

To już plaga? Ulatowski o kontrowersyjnym karnym, po którym Bełchatów przegrał w Siedlcach – Futbolfejs

Byłem kiedyś w takiej samej sytuacji jak Marcin Sasal, też musiałem zapłacić 3 tysiące złotych kary. Teraz człowiek już gryzie się w język, próbuje powstrzymać emocje i nie strzelać na konferencji jak z karabinu – mówi Rafał Ulatowski. Trener Bełchatowa to kolejna „ofiara” sędziowskiej pomyłki na zapleczu ekstraklasy.

Oby to nie była plaga, choć gdyby tak się stało, wcale nie bylibyśmy tym zdziwieni. Przy okazji słów Marcina Sasala „o telefonie z góry” pisaliśmy, że poziom sędziowania na zapleczu ekstraklasy jest bardzo słaby i za chwilę odezwą się głosy kolejnych pokrzywdzonych. Tym bardziej że walka o utrzymanie wkracza w decydującą fazę, a zamieszanych w nią jest pół ligi. Tym razem padło na trenera Rafała Ulatowskiego i jego Bełchatów, który przegrał w… Siedlcach po kontrowersyjnym rzucie karnym.
– To w tej sali padły słowa, za które trener Sasal zapłacił 3 tysiące złotych kary. W tej, czy nie w tej? W tej. Po reakcji sędziego głównego, który puścił grę, piłka spoza pola karnego poszła w chorągiewkę boczną, upłynęło 5-6 sekund. Nie było reakcji sędziego głównego, tylko jego asystenta po pięciu sekundach. Była gra jeden na jednego w polu karnym i z tego, co widziałem, mój bramkarz trafił w piłkę. Zresztą po jego reakcji w szatni, a widziałem wielu bramkarzy po takich momentach, głowę kładę i serce oddaję, że nie było rzutu karnego – mówił rozgorączkowany Ulatowski na konferencji pomeczowej.

Ulatowski podczas konferencji (od 3.25):

Emocje już opadły? – pytamy trenera Bełchatowa dwa dni po meczu.
RAFAŁ ULATOWSKI: Opadły. Ochłonąłem już po konferencji, od razu w autobusie. I żeby było jasne, my nie wygraliśmy nie dlatego, że sędzia podyktował rzut karny. Nie wygraliśmy dlatego, że nie wykorzystaliśmy sytuacji, które sobie stworzyliśmy.

Konferencję zaczął pan od pytania, czy to ta słynna sala, na której padły słowa Marcina Sasala o „telefonie z góry” i miałem wrażenie, że natychmiast zaczął się pan gryźć w język, by za dużo nie powiedzieć.
Chichot losu. Do tego ogromne emocje i jeszcze świadomość, że przychodzisz do sali, w której tydzień wcześniej padły tak ostre słowa. No i po meczu, w którym przegrywasz po kontrowersyjnym karnym, który – twoim zdaniem – nie powinien zostać podyktowany. Zresztą byłem kiedyś w takiej sytuacji jak Marcin. Pracując w Cracovii sędziego Daniela Stefańskiego chciałem powiesić na Wieży Mariackiej. Po takich słowach co prawda klepią człowieka po plecach, śmieją się, ale kary nikt za ciebie nie zapłaci. Ja też wtedy dostałem 3 tys. zł. A umówmy się, to jest w dzisiejszych czasach kwota znaczna. Ja za nią mam opłacone trzy miesiące ZUS. Dlatego człowiek gryzie się w język, próbuje panować nad emocjami i nie strzelać na konferencjach jak z karabinu.

Rozumiem jednak, że podtrzymuje pan zdanie, że karnego dla Pogoni być nie powinno?
Wszyscy musimy sobie zdać sprawę z jednego – po końcowym gwizdku trener nie idzie od razu na konferencję. On najpierw przychodzi do szatni, gdzie na gorąco widzi reakcje swoich piłkarzy. Jeżeli przypomnę sobie, że w przerwie meczu Patryk Rachwał miał podejrzenie wstrząśnienia mózgu i tylko na własną odpowiedzialność zagrał w drugiej połowie, kiedy widzę Pawła Lenarcika, który dostaje delirium ze względu na to, że przysięgał, iż najpierw trafił w piłkę, a dopiero potem w rywala i cały jest w szlochu z powodu tego, co się stało, kiedy widzę Gierszewskiego i Zapalača z obandażowanymi kolanami, którzy ledwo chodzą – to jest to 10 minut, które decyduje o wpływie tego, jak trener postrzega swoich piłkarzy po meczu. I ten czas ma bardzo duży wpływ na to, jak szkoleniowiec ocenia spotkanie. Również pod względem emocji.

A co z tym karnym? Powinien być, czy nie?
Patrzyłem w tej akcji na sędziego Złotka i pierwszą jego decyzją było to, że pozwolił grać dalej. Był blisko tego zdarzenia i nie gwizdnął „jedenastki”. Nawet nie miał gwizdka w ustach, pozwolił piłce wyjść. Dopiero po pięciu sekundach i kontakcie z sędzią asystentem wskazał na jedenasty metr. Do tego właśnie miałem uwagi. Jestem zwolennikiem szkoły, która uczy, że jeśli sędzia nie jest pewny swojej decyzji, to nie powinien jej podejmować. To zawsze powtarzano mi na kursach.

Widzieliście tę sytuację na wideo? Być może to rozwiązałoby wszelkie wątpliwości.
Nie mamy nagrania. Pewnie skrót z meczu niebawem udostępni gospodarz, czyli Pogoń Siedlce. Ale patrząc na to wszystko, powiem tak – sędzia mógł podyktować tego karnego, ale nie musiał. To takie moje łagodne określenie. Zresztą byłem później u arbitra po meczu, bo taki jest zwyczaj, że niezależnie od tego, czy podobało ci się, jak prowadził zawody, trzeba sobie podziękować. Dyskutowaliśmy o jednym – czy najpierw mój bramkarz trafił w piłkę, czy w zawodnika. To jest klucz, by odpowiednio ocenić całą sytuację. Zakończmy to w ten sposób – ja nie mam pretensji o przegraną do sędziego.

Nie jest pan pierwszym szkoleniowcem, ani nawet nie drugim, który głośno zwraca uwagę na pracę sędziów. Mamy w pierwszej lidze problem z poziomem sędziowania?
Nie nazwałbym tego problemem. Śledzę wszystkie mecze ekstraklasy i nagle widzę na środku boiska faceta, którego znam z twarzy. To arbiter, który jeszcze w tym sezonie sędziował mi w pierwszej lidze. Jest w ekstraklasie kilku takich. To znaczy, że można prowadzić mecze na dobrym poziomie i wskoczyć na wyższy poziom. Ja nie miałem takiego meczu, po którym mógłbym powiedzieć, że sędzia skrzywdził mój zespół na tyle, że przez niego przegraliśmy spotkanie. Nawet po meczu z Pogonią Siedlce powiem, że sędzie podjął kontrowersyjną decyzję, z którą się jako trener Ulatowski nie zgadzam. Nie zgadzam się, bo ufam swojemu bramkarzowi. Paweł Lenarcik dostał po raz pierwszy szansę tej wiosny i wiedział, że ta decyzja o karnym może wpływać na ocenę jego występu i myślę, że dlatego zareagował tak, jak zareagował. Dawno nie widziałem bramkarza w takich emocjach. Ale nie powiem też głośno, że sędzia Złotek nie pozwolił wygrać mojej drużynie. To my sami nie pozwoliliśmy sobie wygrać.

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/i-liga/to-juz-plaga-ulatowski-o-kontrowersyjnym-karnym-po-ktorym-belchatow-przegral-w-siedlcach/

PZPN wydał oświadczenie w sprawie zajść podczas finału Pocharu Polski. Potępia zachowanie kibiców

Polski Związek Piłki Nożnej wydał oświadczenie w sprawie zajść podczas finału Pucharu Polski. Futbolowa centrala potępiła zachowanie kibiców Lecha Poznań, którzy wrzucili na boisko race.

Jedna z nich trafiła bramkarza Legii Warszawa, Arkadiusza Malarza. PZPN przeprosił zawodnika stołecznego klubu za to, że jego zdrowie zostało narażone na szwank.

W oświadczeniu znalazły się także słowa krytyki dla fanów „Wojskowych”. Na początku spotkania w ich sektorze odpalone zostały race, a dym utrudniał widoczność.

Oświadczenie PZPN:

„Polski Związek Piłki Nożnej pragnie podziękować uczestnikom naszej piłkarskiej majówki na PGE Narodowym w Warszawie. 2 maja od rana przeżywaliśmy porywające finały XVI Turnieju „Z Podwórka Na Stadion o Puchar Tymbarku”, a od godziny 16:00 obserwowaliśmy finał Pucharu Polski Lech Poznań – Legia Warszawa.

Największa w Europie tego typu impreza dla dzieci, jak zwykle pokazała, jak fascynującą może być piłka nożna. Uczestnicy naszego turnieju, a także ich opiekunowie, trenerzy, rodzice i kibice po raz kolejny przekonali się, że są godni gry i emocji na najważniejszym piłkarskim obiekcie w Polsce. Do zobaczenia za rok!

Od lat PZPN czyni wiele starań by rozgrywki o Puchar Polski, nazwane kiedyś Turniejem Tysiąca Drużyn, stały się prawdziwym piłkarskim świętem. Godna oprawa tego wydarzenia, miejsce rozegrania finału, dostojni goście, wielkie zainteresowanie kibiców, transmisja w powszechnie dostępnej telewizji Polsat pokazują, że nasza majówka ma stałe i godne miejsce w kalendarzu polskiego futbolu. Jesteśmy świadomi stale wzrastającej rangi finału Pucharu Polski i zrobimy wszystko, aby każdego roku finał był prawdziwym świętem naszego futbolu.

Gratulując Legii Warszawa sięgnięcia po to trofeum dobrze wiemy, że 2 maja doszło do karygodnych aktów chuligaństwa ze strony kibiców Lecha Poznań. Rzucanie palących się rac na boisko podczas gry przez fanów poznańskiej drużyny jest godne najwyższego potępienia. Fani Legii odpalając race dymne także popsuli widowisko. Nie ma i nigdy nie było naszej zgody ani tolerancji dla takich incydentów. Nasze święto zostało zepsute, a idea rozgrywek po prostu sprofanowana. Wielki wysiłek organizacyjny: związku, służb porządkowych i wszystkich zaangażowanych w to wydarzenie został wystawiony na ciężką próbę. Odrzucając pierwsze kategoryczne i utrzymane w histerycznym tonie opinie i „dobre rady” pod adresem organizatorów finału, pragniemy docenić spokój, opanowanie i trzeźwość umysłu sędziego głównego spotkania Lech – Legia Szymona Marciniaka, który zrobił wszystko by doprowadzić mecz do końca. Ewentualne przedwczesne zakończenie tego spotkania mogłoby spowodować nieobliczalne skutki dla wszystkich. Bramkarz Legii, Arkadiusz Malarz pokazał, że nawet w takich momentach zagrożenia zdrowia, kiedy chuligani z Lecha rzucali w jego kierunku płonące race, umie zachować klasę i spokój i wiedział, że każdy jego spontaniczny gest mógłby doprowadzić do jeszcze większego zdziczenia na sektorze poznańskiego klubu. Wyrażamy ubolewanie z tego powodu i jako współorganizator imprezy zwyczajnie bramkarza Legii przepraszamy.

PZPN chce współpracować z kibicami, ludźmi kochającymi futbol. Partnerskie stosunki, jakie zaproponowaliśmy fanom naszych klubów, zostały wystawione na najcięższą próbę. Zawsze podkreślaliśmy, że to nasze wspólne święto. Jednak, jedna ze stron zwyczajnie i jednostronnie „wypowiedziała” współpracę. Chuligańskie incydenty nie odwiodą Polskiego Związku Piłki Nożnej od mozolnego i systematycznego budowania rangi rozgrywek o Puchar Polski”.

Autor wpisu: Mateusz Karoń

źródło: http://sportowefakty.wp.pl/pilka-nozna/598745/pzpn-wydal-oswiadczenie-w-sprawie-zajsc-podczas-finalu-pocharu-polski-potepia-za

Mogło dojść do tragedii. Finał uratowało dwóch mocnych ludzi. Srogie kary dla Lecha po skandalu kiboli – Futbolfejs

PP_lech-flary_001

Srogie kary dla Lecha Poznań zapowiada prezes PZPN Zbigniew Boniek za popsucie święta futbolu na Stadionie Narodowym. Słusznie, bo aż trudno znaleźć słowo nadające się do publikacji opisujące zachowanie sektora Kolejorza. Ale przy okazji trzeba mieć nadzieję, że Boniek jednak nie zapomniał, że to PZPN był organizatorem finału Pucharu Polski.

Chęć przerzucenia odpowiedzialności na kluby pobrzmiewa niestety w słowach zacytowanych przez „Przegląd Sportowy”: „Kluby odpowiadają za kibiców, którzy siedzieli za bramkami. To one dysponowały biletami”. No, nie. Powiedzmy to głośno i wprost: to PZPN był organizatorem finału Pucharu Polski na Stadionie Narodowym i to PZPN ponosi pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo tej imprezy. I to PZPN nie zastosował, choć mógł, takich środków kontroli tego, kogo wpuszcza na stadion i z czym wpuszcza, by wyeliminować wniesienie na obiekt setek, setek rac i petard, jeśli ich sobie nie życzył. To nie była jedna, dwie, czy kilkanaście flar przemyconych pod pazuchą. To były ilości hurtowe. Na murawę stadionu ze strony sektora Lecha poleciało kilkadziesiąt rac, a płonęło kilkaset. Na sektorze Legii to samo, z tą zasadniczą różnicą, że tam race na murawę nie leciały.

„Żyleta” – honorowo, Kolejorz – skandalicznie
Dlaczego? Bo „Żyleta” potrafi sama nad sobą zapanować. Cichy układ polega na tym, że władze klubu przymykają oko na racowiska, płacą za nie kary, ale w zamian to gniazdo „Żylety” samo pilnuje, by race odpalały tylko wyznaczone do tego osoby i aby nikt samowolnie nie rzucał ich na murawę. Podczas finału ten układ niejako naturalnie został podtrzymany, a „Żyleta” potrafiła zachować się honorowo. Po prostu. Może to dziwne, ale włączyło się „gospodarskie myślenie”. Nie wiem, czy ten układ zadziała zawsze i wszędzie, ale póki co działa. I w lidze, i na pucharze.
A racowiska na Łazienkowskiej mają swój wizualny urok, bez dwóch zdań i są przykładem na to, że jest możliwe rozsądne korzystanie z pirotechniki, nawet gdy jest ona w rękach szalikowców. Na Narodowym wrażenie zepsuły niestety kłęby gęstego, czarnego dymu, którym „Żyleta” (fani Kolejorza zresztą podobnie) postanowiła podtruć głównie siebie, ale przy okazji i kawałek neutralny stadionu.

Zapanowała nad sobą „Żyleta” dotrzymując niepisanej umowy – tradycyjnie ze świetną oprawą, zapanować nad sobą nie potrafił za to młyn Lecha. A w zasadzie lepiej powiedzieć: „nie zamierzał”. Popsuł widowisko piłkarskie akurat pod nosem dzieciaków, które wcześniej rozgrywały finał turnieju „Z podwórka na stadion”, bo to na wysokości sektora, w którym one siedziały, lądowały race rzucane przez kiboli Kolejorza. Wszystko to na oczach prezydenta Andrzeja Dudy (solidarnie wygwizdanego zresztą przez cały stadion, tak na marginesie), prezesa Bońka i siedzących na fotelach obok niego – szefów Lecha Karola Klimczaka i Piotra Rutkowskiego. Ciekawe, co oni czuli i myśleli widząc swoją klęskę sportową i wizerunkową.

Oficjalnie nie wiadomo, bo media Lecha zadymę przemilczały. Na klubowej stronie nawet w galerii zdjęć nie uświadczy się ani jednego z płonącym stadionem w tle, choć naprawdę trudno skonstruować taką galerię, na Twitterze ani słowa o zamieszaniu. Ani słowa przeprosin. Tak było jeszcze we wtorkowe popołudnie. Szokujące było także to, że race na murawę leciały głównie wtedy, gdy Lech przegrywał 0:1 i ostatnie, co było potrzebne drużynie Jana Urbana, to wybijanie jej z rytmu kolejnymi przerwami. Ta drużyna potrzebowała dopingu, wsparcia i wiatru w żagle, a nie rac. Ale kto w młynie Lecha by się tym przejmował… Dwóch mocnych ludzi To, że mecz został rozegrany do końca, uratowało tak naprawdę dwóch mocnych ludzi: sędzia Szymon Marciniak i bramkarz Legii Arkadiusz Malarz. Marciniak – w porozumieniu z delegatem PZPN lub na wniosek delegata – mógł teoretycznie przerwać mecz. W związku ze specyfiką wydarzenia finałowego – przerwać, nie zakończyć! Taka decyzja oznaczałaby ekstremum: drużyny schodzą do szatni, a służby porządkowe i policja (bo bez udziału policji byłoby to niemożliwe) opróżniają trybuny i mecz dokańcza się bez udziału publiczności. Trudno sobie wyobrazić grozę takiej sytuacji. Wyprowadzenie kilku tysięcy rozjuszonych fanów Kolejorza (szalikowcy Legii w takiej sytuacji byliby zapewne nie mniejszym kłopotem) prawdopodobnie doprowadziłoby do regularnej bitwy na stadionie i w jego okolicach. Tragedia. Choć był taki moment, gdy cisnęło się pytanie: „czemu sędzia nie przerywa meczu?”, trzeźwo myśląc trzeba sobie powiedzieć: i całe szczęście, że go nie przerwał. Oczywiście wielkie słowa uznania w całej tej sytuacji także, a może przede wszystkim, dla Malarza, który obrzucony kilkunastoma racami (jedna upadła mu bezpośrednio pod nogą), zachował olbrzymi spokój i chłodną głowę. Mniejsze słowa uznania za to, co powiedział po meczu, że kibice Legii i Lecha stworzyli piękne widowisko. To zwyczajnie nieprawda, a raczej – prawda tylko w połowie.

Lech wykluczony z Pucharu Polski 2016/17?

Stopień wkurzenia prezesa Bońka prezentowany na Twitterze i wypowiedziach przytoczonych przez „Przegląd Sportowy”, świadczy o tym, że Lech może spodziewać się gigantycznych kar od Komisji Dyscyplinarnej: pomijając kwestie finansowe, zakazu wyjazdów zorganizowanych grup kibiców na cały następny sezon, a może nawet wykluczenia z całej następnej edycji Pucharu Polski. Swoją drogą – ciekawe: kara to, czy nagroda? Zważywszy, że Lech w Europie i tak pewnie nie zagra, zostawałyby mu tylko rozgrywki ekstraklasy. 37 meczów. Po 57 meczach obecnego sezonu to interesująca odmiana. Decyzja w czwartek.

Interesującą odmianą jest też zmiana stanowiska prezesa Bońka w sprawie oprawy meczowej. „Kibicom w Polsce wydaje się, że mecz nie może się obyć bez rac i to jest absolutnie najważniejsza sprawa. Nie mogło być samych pięknych sektorówek, flag i tym podobnych? Musimy się poważnie zastanowić, jak temu zaradzić” – powiedział „PS”. Trzy lata temu dla Interii mówił tak: „Zabranianie ich (rac – red.) jest chore. Powinno się ze strażą pożarną ustalić, na jakich zasadach ich można używać i dopuścić. Proszę mi wierzyć, że nie ma w nich nic niebezpiecznego”.
Czyli tradycyjnie – miejsce widzenia zależy od miejsca siedzenia, a tym razem siedzenie było z bardzo dobrym widokiem na race…

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/ekstraklasa/srogie-kary-dla-lecha-po-skandalu-kiboli-moze-nawet-nie-zagrac-w-pucharze-polski-201617/

Łatwiej z Sasala zrobić wariata, niż poważnie zająć się problemem z sędziowaniem w pierwszej lidze – Futbolfejs

NX_marcin-sasal_0011

„Boskie połączenie”, czyli słowa Marcina Sasala: „Uważam, że był telefon z góry, że Miedź się musi utrzymać”, Komisja Dyscyplinarna PZPN wyceniła na 3 tys. zł kary i trzy mecze bez trenera na ławce Pogoni Siedlce.

„Nie należę do ludzi dających się zastraszyć, więc nie ucieknę. Najpierw jednak muszę wyspowiadać się przed organami” – napisał mi kilka dni temu Sasal. No więc w czwartek się wyspowiadał, ale o „telefonie z góry” rozmawiać już nie chce.  Być może podczas tej spowiedzi dał się, mimo wszystko, zastraszyć. Zresztą teraz to już nieistotne. Zapowiedział wydanie oświadczenia i tyle.
Szkoda. Bo była okazja i właśnie szlag ją trafił. Bardzo źle się stało, że tak to się kończy. Wesołym oberkiem i robieniem ze słów Sasala błazenady, a z niego samego sfrustrowanego wariata, który rzekomo wie kto, kiedy i o czym rozmawia przez telefon z Panem Bogiem.
I nie chodzi akurat o to, czy Sasal miał rację, czy jej nie miał, nie chodzi o to, by bronić Pogoń, czy Miedź, albo atakować sędziego Jacka Małyszka z Lublina (to on prowadził mecz tych drużyn). Chodzi o to, że ta słowna petarda (albo niewypał, jak kto woli) mogła być – i powinna być – początkiem dyskusji na temat poziomu sędziowania na zapleczu ekstraklasy. A w wielu meczach jest on słaby, czasem bardzo słaby, w niektórych wręcz żenująco dramatyczny. Tylko kto o tym wie? Sasal, z którego robi się znerwicowanego wariata, inni trenerzy, którzy czasem coś napomkną, ale – żeby nie mieć w kolejnych meczach pod górę – wolą gryźć się w język, i kibice, których w tej akurat dyskusji nikt nie traktuje poważnie.
O ile w ekstraklasie każdy błąd sędziego, każda kontrowersyjna sytuacja brana jest natychmiast pod lupę, wołają do studia pana Sławka, który oświadcza, gdzie pomyłka, a gdzie dobra decyzja, o tyle w pierwszej lidze na błędy arbitrów – a jest ich (tych błędów) zdecydowanie więcej niż w ekstraklasie – szybko spuszcza się kurtynę milczenia. I tylko szlag trafia drużyny, które na skutek tych błędów tracą punkty.
Niedawno taki szlag trafił działaczy z Suwałk. W Wigrach nikt nie mówił jednak o telefonach z góry. Przygotowano za to materiał wideo z ewidentnymi pomyłkami sędziowskimi, które zaważyły na stracie przez drużynę kilku puntów, i wysłano go do przewodniczącego Kolegium Sędziów Zbigniewa Przesmyckiego. Odzewu na razie brak. Nie brak za to problemów z sędziowaniem w pierwszej lidze. I niekoniecznie dlatego, że są telefony z góry. Nie twierdzę, że arbitrzy kręcą lody, bo nie mam na to dowodów. Za to mam dowody na to, że wielu z nich jest po prostu bardzo słabymi sędziami. Słowa Sasala powinny wywołać trochę inny skutek, niż nabijanie się z trenera Pogoni. Bo mnie przypominają takie desperackie wołanie na puszczy o to, by ktoś wreszcie zajął się problemem. Tyle że jak znam życie, to się pewnie nie zajmie. Łatwiej z Sasala zrobić sfrustrowanego wariata, przywalić mu karę i udawać, że z poziomem sędziowskim wszystko jest OK. Otóż, g… prawda. Nie jest OK. A najgorsze jest to, że teraz z kolejki na kolejkę będzie pewnie jeszcze gorzej, bo walka o utrzymanie dopiero wkracza w decydującą fazę. A zamieszane w nią jest pół ligi, wiec za chwilę może się okazać, że takich „sfrustrowanych Sasali” jest w tej lidze dużo więcej.
Cóż, Sasal mógł spróbować nieco skruszyć ten mur, ale woli wydać oświadczenie i już się nie wychylać. Jego sprawa. Choć szkoda…

Autor wpisu:

 

źródło: http://futbolfejs.pl/i-liga/latwiej-z-sasala-zrobic-wariata-niz-powaznie-zajac-sie-problemem-z-sedziowaniem-w-pierwszej-lidze/

PO DYNGUSIE CZYLI SZACHOWY DIALOG ZE STEFANEM O ŚCIEMACH

widzew 1983

Stefan,

Zacznę od informacji, że poniższy dialog między nami będzie przebiegał w takim samym stylu i podlegał tej samej zasadzie, jaką kierowałem się z poprzednimi rozmówcami.

 W tym celu podzielę Twój komentarz pod moim artykułem „Śmigus Dyngus na największą ściemę Stefana”,zamieszczony na stronie https://www.facebook.com/tloczek.do.piora.miroslaw.tlokinski na siedem części z zachowaniem całkowitej oryginalności, wraz ze znakami interpunkcyjnymi włącznie. I na każdą z nich obszernie odpowiem, tworząc pewną formę dialogu.

Natomiast wyjątkiem i nowością będzie nadanie wszystkim częściom naszej dyskusji „tytułów” i końcowych „wniosków”. Czego nie stosowałem w poprzednich seriach tego typu rozmówek. No cóż, Twoja ranga medialna zobowiązuje mnie do odmiennego potraktowania dziennikarza, który był moim dobrym znajomym. Ale dlaczego naprawdę zrobiłem to wyróżnienie, zrozumiesz na końcu naszej rozmowy.

Postanowiłem, że przeprowadzimy to w postaci dialogu dwóch szachistów.To taka fajna towarzyska gra, polegająca na zaszachowaniu przeciwnika w taki sposób, aby nie miał możliwości dalszego ruchu. W naszym przypadku będę operował faktami, a nie domysłami. Zgadzasz się ? To zaczynamy. Proszę bardzo Stefan, do Ciebie należy pierwszy ruch :

„O ZNAJOMOŚCI TEMATU” czyli „JEDYNEJ PRAWDZIE ”                 

Stefan Szczepłek : Drogi Mirku. Nie ulega wątpliwości, że znasz piłkarzy Widzewa lepiej niż ja ponieważ byli Twoimi kolegami.

Mirosław Tłokiński : Zaczynasz bardzo dobrze, bo to jest prawda. Moja znajomość tematu dotycząca Widzewa i Widzewiaków jest większa od Twojej, ale nigdy nie musiałem nikomu tego wypominać, czy udowadniać. Aż to tej chwili. Zanim jednak przystąpimy do jej potwierdzenia, chciałbym na samym początku zwrócić Tobie uwagę na „credo” mojego Blogu, które brzmi następująco :

„Aby ludzie mogli poznać Prawdę, człowiek musi nie tylko znać Kłamstwo, ale mieć Odwagę o tym pisać i mówić”

Z tych trzech słów ( Kłamstwo, Prawda i Odwaga) zawartych w nim, wypływają jak ze źródła trzy zasady, jakim podlegają wszystkie moje felietony i artykuły. Zarówno pod względem poruszanych tematów (kłamstw), jak i zasad moralnych (prawdy), którymi kieruję się podczas ich przygotowywania, formowania i pisania.

Jaki jest z tego wniosek ?

Wspominam o tym, abyś wiedział, że te trzy słowa będą mi towarzyszyć podczas naszego rozprawiania, w celu wspólnego poszukiwanie „jedynej prawdy”.

„O WIDZENIU MOIMI OCZAMI” czyli „BIELMIE I KLAPKACH NA OCZACH”                        

S.SZ : Moja książka nie jest historią Widzewa tylko polskiej piłki, widzianej moimi oczami. Dlatego nie wspominam w niej o wielu zawodnikach, którzy niewątpliwie byli gwiazdami w swoich klubach, ale nie przebili się do piłki na poziomie reprezentacyjnym. Krzysztof Surlit był jednym z nich.

MT : Właśnie z powodu Twoich oczów, które błędnie widzą oraz ręki, która pisze nieprawdę, postanowiłem skrytykować dwa zdania z Twojej książki. Ale dzisiaj będą trzy.Jednym z nich było :

1.„Widzewiacy gryźli trawę nie tylko dlatego, żeby zwyciężyć, ale żeby Zbyszek na nich nie nakrzyczał”

widzew liverpool 11

To taka bajeczka pod tytułem „Bez nakrzyczenia nie byłoby widzewskiego gryzienia” lub jeszcze lepiej  „Bez Bońka nie byłoby Wielkiego Widzewa”. Może niezbyt gramatycznie powiedziane, ale jakże satyrycznie. Do satyry jeszcze powrócimy. Zanim jednak to nastąpi posłuchaj pewnej historii.

Gdy podczas moich trzech audiencji prywatnych u Jana Pawła II patrzyłem na twarz papieża, jeden szczegół rzucał mi się w oczy za każdym razem. Właśnie spojrzenie i jego „mądre oczy”. Najbardziej było to widać w końcowej fazie jego życia, kiedy choroba paraliżowała jego ciało. Gdy patrzyłem na niego, zadawałem sobie ciągle to samo pytanie: Czy ten człowiek może kłamać ?   I gdzieś w podświadomości patrząc mu w oczy, widziałem za każdym razem tą samą odpowiedź : Na pewno nie !

Czego nie mogę powiedzieć o „widzeniu” polskiej piłki „twoimi oczami”. Jedno zdanie i tyle ukrytego w nim cygaństwa. Ile ? Zaraz będziemy liczyć :

Po pierwsze. Nie musisz nabierać ludzi, wmawiając im jakobym nie zrozumiał, że książka dotyczy polskiej piłki. Bo tak jest i nie ! W dominującej objętości tak, ale nie w całości.

Dlaczego ?

Bo zdanie o którym mówię znajduje się w rozdziale zatytułowanym: „Era Widzewa” . Dotyczy on nie tylko (jak twierdzisz) polskiej piłki, ale Widzewa, Widzewiaków i mnie samego.

Po drugie. Twierdząc, że wspominasz tylko o tych Widzewiakach którzy „przebili się do piłki na poziomie reprezentacyjnym”, kantujesz na nowo czytelników !

Dlaczego ?

Bo insynuujesz jakobym wywierał na Ciebie nacisk i sugerował napisanie więcej o tych, którzy „nie zrobili kariery reprezentacyjnej”. Nigdy nie prosiłem, nie proszę i nie będę prosił kogokolwiek o napisanie więcej lub lepiej o mnie, niż to historia pokazała. Napisałeś na mój temat jeden tekst (”Zwiedzanie boiska”) w okresie naszej znajomości i jestem Tobie za to wdzięczny. Ale nawet o to jak wiesz nie zabiegałem. Nie wyrażałem w mojej krytyce chęci napisania więcej o nas „Widzewiakach nie reprezentantach”. Chodziło mi o to, abyś nie pisał niezgodności z prawdą i nie „opowiadał niestworzonych rzeczy”.

Po trzecie. Bajerujesz i tym samym zaprzeczasz samemu sobie oraz Twojej teorii pisania tylko o widzewskich reprezentantach. Jak na dłoni widać następne cygaństwo.

Dlaczego ?

Bo chcesz mi wmówić, że przewodnią linią pisania w tej sekwencji książki było wspomnienie tylko o tych Widzewiakach, którzy „przebili się do piłki na poziomie reprezentacyjnym”. Jesteś i w tym tłumaczeniu świadkiem przeciwko Twojemu krętactwu. Gdyby to było prawdą, to pisałbyś o wszystkich, a nie wybranych reprezentantach.

Pewnie chcesz wiedzieć o kim myślę ?

O takich słynnych piłkarzach jak Władek Żmuda i Romek Wójcicki. którzy posiadali emblemat „Reprezentanta Polski i Widzewa”. Pierwszy osiągnął zdecydowanie więcej od Bońka jako Reprezentant Polski, a drugi dużo więcej jako zawodnik Widzewa. Dlaczego nie wspomniałeś o nich choć jednym słowem, tylko chcesz wszystkim „zmydlić oczy” .

Czy to nie jest brak logiki w Twoim myśleniu, tłumaczeniu się i ewidentne matactwo na rzecz jednego piłkarza ? Dlaczego to robisz ? Co Cię do tego motywuje ?

Po czwarte. Napisałeś, że Widzewiacy wygrywali bo bali się „nakrzyczenia” Bońka . A prawda jest taka, że sytuacja w szatni w tamtych czasach między Bońkiem i resztą piłkarzy przypominała wypisz wymaluj relację, jaka istnieje dzisiaj między nim i Wami dziennikarzami. Byli tacy, którzy się go nie bali.Tacy, którzy się go bali. I tacy co „pewną część ciała” mu lizali ! Tak jak kiedyś, tak i teraz , tylko Bońkowi wydaje się, że jak krzyczy to rządzi.

Dlaczego ?

Bo może liczyć na tchórzostwo i efekt jego „nakrzyczenia” na tych dziennikarzy, którzy reprezentują bojaźń lub „służalcze oddanie”.

 Jaki z tego wniosek ?

Skoro byłoby tak jak mówisz, to jak wytłumaczysz dwa fakty. Zdobycie pierwszego tytułu Mistrza Polski i dotarcie do półfinału dzisiejszej Ligii Mistrzów bez Bońka i jego wspaniałego (według Ciebie) efektu mobilizacyjnego „nakrzyczenia” na nas ?

Przestań obrażać i poniżać w Twojej książce o futbolu polskim wszystkich dawnych Widzewiaków i nie posądzaj tak odważnych chłopaków o strach przed kimkolwiek. Pomyśl raczej o tym, jaki jest Twój stosunek i postawa do krzyczącego Bońka. A historyjki, że on był taki czy owaki, „włóż między bajki”. Spojrzenie „twoimi oczami” na sprawy Widzewa, to całkowita ściema.

Dlatego przejrzyj na oczy. Spójrz na piłkę krytycznie, bez ograniczania jej Twoją wizją futbolu. Nie miej „klapek na oczach”.  Nie bądź dziennikarzem zaślepionym, który nic nie dostrzega lub nie chce dostrzec, oraz nie rozumie rzeczy, które są oczywiste dla innych. Nie miej „bielma na oczach” !

O CHARAKTERZE ” czyli „BUJDACH NA RESORACH”   

 S.SZ : Włodek Smolarek, mimo że cichy, miał charakter, robił swoje i osiągnął sukces, niezależnie od tego czy Zbyszek Boniek „darł z niego łacha” jak piszesz, czy nie.

MT : O czym Ty mówisz Stefan ? Kto chciałby podważać brak charakteru lub sukcesów u śp.Włodka ? Kto śmiałby zaprzeczać temu że nie „robił swoje” ? A więc po co te bzdurne tłumaczenia ? Jakimi argumentami bronisz się? Podważyłem teorię Twojego drugiego zdania :

 2. „Tylko Włodzimierz Smolarek się go (Bońka) nie bał, bo miał podobny charakter”.

 Skrytykowałem Ciebie, na podstawie dwóch wyrazów w jednym zdaniu. Pierwszym jest słowo – „podobny”.

Dlaczego ?

Bo Włodek miał całkowicie odmienny charakter od Zbyszka (a nie „podobny” jak twierdzisz!) i dlatego nigdy nie dochodziło do konfliktów między nimi. Włodek był chłopakiem bardzo skromnym i jak to mówią „do duszy przyłóż”. Z nikim nie kłócił się, a na zaczepki Zbyszka odpowiadał kompletną ciszą i zamknięciem w sobie. Ale nie ono jest najważniejsze. Drugim jest słowo – „tylko”.

Dlaczego ?

Bo nie dotyczy ono polskiej piłki, ale nas Widzewiaków i mnie samego.

Skoro piszesz, że tylko Włodek nie bał się Bońka, to znaczy, że reszta się go bała. Jakie świadectwo dajesz innym piłkarzom Wielkiego Widzewa ? Wszyscy Widzewiacy mieli charakter. Z tego powodu dano nam przydomek  „Drużyny z charakterem”. Każdy z nich na ten tytuł zasłużył. Zwłaszcza ci z sezonu 1982/83 ! Natomiast tym stwierdzeniem, ewidentnie potwierdzasz za innymi dziennikarzami, że jednym z głównych czynników motywacyjnych „gryzienia trawy” przez Widzewiaków i zwyciężania , była bojaźń przed Bońkiem i jego „nakrzyczeniem”, które jak twierdzisz wpływało w sposób cudowny na zawodników, wyniki i sukcesy Widzewa. Tym samym podważasz całkowicie zarówno charakter drużynowy grupy, jak i indywidualny każdego zawodnika. I tylko to było powodem i celem mojej krytyki.

Ale to nie koniec Twojej Hipokryzji. W tym zdaniu nie tylko podałeś dwie kłamliwe informacje, ale jednocześnie nie podałeś prawdziwej. Jakiej ? Kto naprawdę nie bał się jego i kogo Boniek bał się i dlaczego ?

Wiedziałeś dobrze od wielu lat, że przede wszystkim Surlita, od strony FIZYCZNEJ, bo Krzysiek po prostu go nienawidził. A raczej nie znosił jego Ignorancji i Fałszu .

Bał się także mnie, ale nie tyle od strony fizycznej (bo wiedział że tego typu konfrontacji unikałem i mogłem zastosować tylko w ostateczności ), ale SŁÓW. Zbyszek musiał bardzo uważać na to co mówi, bo gdy obrażał kogoś bezpodstawnie interweniowałem. Do większego konfliktu fizycznego nie dochodziło (chociaż..), bo zawsze się wycofywał, lub po prostu gdy chciał krytykować, omijał mnie w szatni.
Zastanawiałeś się dlaczego tak było ?
Powód był bardzo prosty. Wiedział, że zawsze jestem gotowy go zaatakować słownie w przypadku usłyszenia lub zauważenia nieprawości mówionych lub robionych przez niego. Całą moją karierę wiedziałem, że nawet największy konflikt ze Zbyszkiem nie zagrażał mojej pozycji w zespole, ani konsekwencjom ze strony trenerów, czy samego prezesa Sobolewskiego !

 Jaki z tego wniosek ?

Włodek miał charakter i to jaki. Natomiast mówienie o nim, że miał „podobny” do Zbyszka i że „nie bał się” jego, ale „bała się reszta” Widzewiaków, jest obrazą indywidualną Włodka i zespołową Widzewiaków, oraz w jednym zdaniu potrójnym łgarstwem ! Dlatego powtarzam Tobie jeszcze raz : Te mity i ściemy o baniu się Bońka, włóż do swoich archiwów jako „bujdy na resorach

 „O GRANIU LEPIEJ” czyli „NI PIES, NI WYDRA”

 S.SZ : Ty grałeś bardzo dobrze, wielokrotnie dzięki Tobie przeżywałem miłe chwile na stadionie w Łodzi lub na Anfield Road. Ale Zbyszek Boniek grał lepiej.

 MT : Myślę, że ostatnie zdanie, jest jakąś wyjątkowa prowokacją z Twojej strony lub formą wyrażania czegoś w sposób zmyłkowy. O czym trudno powiedzieć coś konkretnego.O czymś całkowicie nie pasującym do danej sytuacji. Czego nie można określić znanymi pojęciami. Oprócz takich jak  – „ni z gruszki, ni z pietruszki”, „ni w pięć, ni w dziewięć”, „ni rak, ni ryba” !

Co ma piernik do wiatraka ? Nigdy nie przyszło mi na myśl podczas mojej kariery, a tym bardziej teraz, aby konkurować z Bońkiem. Tym bardziej porównywać moje umiejętności i zadania jakie miałem w zespole z jego. Posiadaliśmy całkowicie odmienne charaktery, ale również inne zadania strategiczne w drużynie. Charakteryzowaliśmy się odmiennymi zdolnościami rozwiązywania zadań taktycznych oraz różnymi indywidualnymi predyspozycjami fizycznymi i umiejętnościami technicznymi. Można  porównywać dwóch piłkarzy, ale pod każdym względem z osobna i biorąc pod uwagę różne elementy kunsztu piłkarskiego. Powiedzenie „grał lepiej” jest pustym wnioskiem, które może powiedzieć każde dziecko. Nie wiem pod jakim kątem to rozpatrywałeś oraz czym kierowałeś się , aby to oficjalnie oświadczać i to bez merytorycznego wyszczególnienia, czy logicznego uzasadnienia. Ale jedno wiem na pewno. Ty tego nigdy nie zrozumiesz !

Dlaczego ?

Bo nigdy nie byłeś piłkarzem.Twoje oceny są opiniami niektórych zwykłych kibiców, który powtarzają zasłyszane zmyślenia, jakobym krytykował Bońka, tylko dlatego bo mu zazdroszczę jego kariery i czuję się niedoceniony. A Ty dobrze o tym wiesz, że tak nie jest. Dlatego Twoje miejsce jest na trybunach. Ale nie z kibicami doświadczonymi znającymi się na piłce, ale początkującymi – boiskowymi nowicjuszami !

Jaki z tego wniosek ?

Twoje stwierdzenie „grał lepiej” , jest nie tylko  ewidentnym upraszczaniem, ale także zwykłą ściemą, będącą wyrazem braku kompetencji oraz sztuki analizowania i umiejętności oceniania zawodników. Czymś chybionym, nietrafionym  z serii „ ni pies, ni wydra”

Widzew 25

„O STAROŚCI I PRZESZŁOŚCI  , MNIEMANIU I OPOWIEŚCIACH, NIEWIEDZY I NIEPAMIĘTANIU, BEZKRYTYCZNYM PISANIU I SŁUCHANIU” czyli „WYKRĘCANIU KOTA OGONEM”

S.SZ : Znam takich piłkarzy i trenerów, którzy im są starsi, tym lepsi byli w przeszłości. Przynajmniej w swoim mniemaniu i opowieściach, powielanych przez młodych dziennikarzy, którzy nie wiedzą lub nie pamiętają, więc piszą bezkrytycznie to, co usłyszą.

MT : Ostro mówisz Stefan i na pewno jesteś przekonany, że dobrze ? W jednym zdaniu tyle sensu chciałeś zawrzeć w twoim mniemaniu. Ale w moim odczuciu, jako starszy dziennikarz powielasz opowieści o mnie, jak wielu Twoich młodych kolegów po fachu i kibiców, którzy nie wiedzą lub nie pamiętają nic z mojej kariery, więc piszą bezkrytycznie to co usłyszą.

Gdyby nie Twoje słowa „Drogi Mirku” skierowane do mnie na początku naszego dialogu, to pomyślałbym, że zwracasz się do kogoś innego lub straciłeś poczucie rozsądku. Widzę, że nasza 40 letnia znajomość była zbyt krótka dla Ciebie, aby mnie dobrze poznać. Chcesz dać mi do zrozumienia, że przypominam „starą gwiazdę”, która w swoich opowieściach i mniemaniu o swojej wielkości oraz zadufaniu w sobie, gloryfikuje każdego roku coraz bardziej siebie samego ?

Przecież nawet nie mam argumentów aby to robić. Nie pamiętam ani jednej, powtarzam, ani jednej bramki strzelonej przez siebie jako król strzelców ligi polskiej. Nawet tych pucharowych z Malty i Wiednia, oprócz dwóch zdobytych przeciwko Liverpoolowi. A pamiętam je tylko dlatego, że są zarejestrowane na Youtube. Nie zbierałem wycinków z gazet mnie dotyczących.

Pokaż mi choć jednego kibica, przy którym chwaliłbym się zbytnio swoją karierą.Pokaż mi choć jeden artykuł czy wywiad, gdzie kłamię lub przesadzam w ocenie swojej wartości piłkarskiej. Pokaż mi choć jednego dziennikarza, którego prosiłbym w całym moim życiu, aby napisał cokolwiek o mnie. Od 1983 roku, przez prawie 25 lat nie dałem mediom żadnego wywiadu. Nie napisałem żadnego artykułu i nie krytykowałem nikogo. A Ty śmiesz mnie porównywać do kogoś, który w miarę upływu czasu, w swoich opowieściach przechwala się swoją przeszłością. Znam swoje miejsce w szeregu Widzewa i nie wychodzę przed nikogo.

Mówiłeś, że młodzi dziennikarze piszą dzisiaj bezkrytycznie, bo nie wiedzą lub nie pamiętają tamtych czasów i opierają się na tym co usłyszą. Ale z Tobą jest gorzej , bo chyba dobrze pamiętasz dawne lata. Dlatego oni należą w mojej klasyfikacji do drugiej grupy dziennikarzy, a Ty jak widzę do trzeciej.

Pewnie chcesz wiedzieć o jakich grupach mówię ?

Moja klasyfikacja ludzi reprezentujących media jest następująca : Pierwszą są Zawodowcy, którzy piszą prawdę, po jej uprzednim zweryfikowaniu. Drugą Amatorzy, którzy piszą jak wspomniałeś bezkrytycznie i bez wiedzy. Piszą to co usłyszą, czyli byle co. Trzecia, to Dup.lizy . Należą do niej zawodowcy, którzy znają prawdę, ale o niej nie piszą.

Dlaczego?

Bo boją się „komuś” podpaść. Piszą to co  temu komuś podoba się. Bo jak świat światem, sługa nigdy nie mógł powiedzieć prawdy o swoim panie, bez czekających go za to konsekwencji.

 Jaki z tego wniosek ?

Nie jesteś Zawodowcem, bo nie piszesz Prawdy, a raczej boisz się o niej pisać.

Amatorzy natomiast mają krótki żywot, bo w starszych latach tępi im się „słuch” i nie zawsze dobrze „słyszą”. Nie możesz być także amatorem, bo Twój żywot dziennikarski jest zaskakująco długi. Dramatem jest to, że z latami oprócz słuchu tracisz „wzrok”, bo nie potrafisz prawidłowo odczytywać moich artykułów. A wszystko co powiedziałeś do tej pory to wielka ściema. Przedstawiasz argumenty sprawy w sposób hochsztaplerski i w innym świetle.

Dlaczego?

Aby odwrócić uwagę od prawdziwego problemu i skierować rozmowę na inne tory. Nie dasz rady, ponieważ odbieram to co mówisz inaczej. Przyjmuję, jako Twoje umyślne bujanie ludzi, potwierdzające przebiegłość i manipulatorstwo Twojego pióra. Starasz się po prostu „wykręcić kota ogonem”.

A tak między nami mówiąc. W historii Widzewa może było wielu piłkarzy, którzy grali lepiej ode mnie. Ale na pewno nie było żadnego, który osiągnąłby więcej indywidualnie i zespołowo.

Jak widzisz taka ocena jest oparta na prawdzie i ma jakiś sens w przeciwieństwie do Twojej. Sens statystyczny i sportowy. Byłem 2 razy Mistrzem Polski, 4 razy Vice-Mistrzem i królem strzelców ligi polskiej, oraz Półfinalistą Ligi Mistrzów i jej drugim najlepszym strzelcem, grając w obronie, pomocy i ataku ! To statystyka oraz moje osiągnięcia i jej nie oszukasz. Ale nawet to nie pozwoliło mi znaleźć się w 11-tce stulecia Widzewa, mimo że poprzednio dwukrotnie w niej byłem w ocenie dziennikarzy. Ale nie przejmuję się tym . Wiesz dlaczego ? Bo wiem jak to się stało i komu to zawdzięczam. I nawet jak to odkryłem nikomu nie powiedziałem. Jak widzisz, ani nie walczę,ani nie koloryzuję mojej kariery, ponieważ mam swoje życiowe zasady i swoją godność.

Co innego moje umiejętności czy styl gry. Każdy kibic lubi co innego i dlatego piłka jest piękna.

Dlatego nie potrzebuję, ani Twojego upiększania mojej kariery, ani sam jej nie upiększam. Tylko proszę Cię, nie obrażaj mnie i moich kolegów z dawnego Widzewa, oraz nie obniżaj naszej wartości.

Widzew 61

„O LUBIENIU I NIELUBIENIU, WMANEWROWANIU I GIERKACH, WSPOMINANIU I DZIELENIU” czyli „PIESKIM ŻYCIU”

 S.SZ : Możesz dzielić swoich znajomych na tych, którzy lubią Zbyszka lub nie. Ja się nie dam wmanewrować w Twoje gierki. Pamiętam Was obydwu, znam od lat, dobrze wspominam i nie dzielę”.

MT : O czym znowu mówisz Stefan ? Ja także dobrze wspominam Ciebie i Zbyszka jako partnera z boiska. Nigdy i nigdzie nie napisałem czegokolwiek złego o Bońku i jego grze, ale piszę o ZiBi  (czytaj Zawodowym Bajerancie) aktualnym działaczu, ze zwróceniem szczególnej uwagi na jego słowa (obietnice) i czyny związane z rozwojem polskiej piłki, ale w kontekście teraźniejszości. Oddzielam boisko, od tego co poza boiskiem i to co było kiedyś, od tego co jest teraz.

Widzę, że nie tylko fantazjujesz, ale „robisz ludziom wodę z mózgu”. To ja nie dam się od dzisiaj wmanewrować w Twoje służalcze gierki.

Prawda zawsze łączy ludzi, a dzieli ich tylko Kłamstwo. Dlatego nie dotyczy to mnie, ale Ciebie. Na temat dzielenia nie wypowiadaj się, bo chyba udowodniłem Tobie wystarczająco zwięźle i merytorycznie, że „opowiadasz głodne kawałki” o Widzewiakach, które na dodatek ukazujesz opinii publicznej w Twojej książce. A propos Ciebie i „wmanewrowania w moje gierki” .

Kiedy i gdzie napisałeś o podejrzanym przejęciu przez Bońka za „symboliczną złotówkę” zadłużonego na miliony Widzewa ? Co stało na przeszkodzie, aby w ten sam sposób przejąć milionowe długi obecnego Widzewa ?

Kiedy i gdzie napisałeś o kilkunastu kupionych meczach za jego prezesury w Widzewie ? Co stało na przeszkodzie, aby o tym nie pisać wystarczająco skutecznie ?

Kiedy i gdzie napisałeś o jego niezgodnym z prawem statusowym PZPN wyborze na prezesa ? Co stało na przeszkodzie interwencji w tej sprawie Komisji Etyki przy PZPN ?

Kiedy i gdzie napisałeś o jego nielegalnej bukmacherskiej działalności w Polsce ? Co stało na przeszkodzie Prokuraturze, aby wyegzekwować złamanie prawa polskiego ?

Lista jest o wiele, wiele dłuższa.

Jeżeli o tym pisałeś, więc nie muszę Cię „wmanewrować w moje gierki”, bo już w nich jesteś !    Bo moje gierki, a raczej wielka gra polega na tym, że aby poznać prawdę muszę znać kłamstwo.

Jeżeli natomiast tego nigdy nie krytykowałeś, to jaki z Ciebie zawodowiec, skoro pierwszym obowiązkiem i zadaniem dziennikarza jest poszukiwanie oraz służenie prawdzie i pisanie o niej ! Nie rozczulaj się nad przeszłością, ale pisz o teraźniejszości, dla dobra przyszłości polskiej piłki!

Nawet tak doświadczony dziennikarz, myśli takim samym schematem jak wielu innych jego kolegów po fachu i kibiców. Twierdzisz, że piszę krytyczne felietony o Bońku, bo chcę podzielić moich znajomych i sympatyków Widzewa na tych co lubią lub nie lubią Zbyszka. Czy na tych, którzy mają ocenić który z nasz był lepszy. Jaki wielki, niewybaczalny błąd od strony profesjonalizmu i obiektywizmu z Twojej strony.

Jaki z tego wniosek ?

Krytykuję Bońka jako prezesa i szefa PZPN. Tutaj nie ma czego i kogo dzielić, tylko zająć proste stanowisko : Kłamie, czy mówi prawdę ? Robi to co obiecywał, czy nie ? Jest to dobre, czy złe dla przyszłości polskiej piłki ? Twoje twierdzenie o moim dzieleniu ludzi, wyrażające się w chęci opowiedzenia się za Bońkiem lub za mną jako piłkarzami jest ściemą.

Dlaczego ?

Bo Zbyszka nie można nie lubić i krytykować za jego grę czy karierę, bo były bardzo udane. Lubiłem grę Zbyszka, ale nie lubię i nigdy nie polubię jego HIF-u (Hipokryzji, Ignorancji i Fałszu) jako człowieka, którym zaraża dzisiaj działaczy, trenerów, kibiców i dziennikarzy sportowych w Polsce.

Gdy zapamiętasz tylko to zdanie z moich ust, to wszystkie Twoje powyższe słowa skierowane do mnie i argumenty nie mają, ani logicznej podstawy, ani nie zawierają merytorycznej wartości, czy historycznej prawdy. Są po prostu zwykłym „szczekaniem” . Znam wielu moich znajomych, którzy byli wspaniałymi dziennikarzami i ceniłem ich za fachowość. Czego nie mogę powiedzieć teraz, gdy żyją w strachu jedząc z ręki swojego żywiciela. Kiedyś wspaniale „pisali”, a dzisiaj wspaniale „szczekają”. Szkoda, bo to nędzne życie – „pieskie życie” .

„O WKUPYWANIU SIĘ” czyli „ KACZKACH DZIENNIKARSKICH”

 S.Sz : Twoja sugestia, jakobym pisał coś żeby wkupić się w czyjeś łaski jest równie elegancka jak zestawienie obydwu zdjęć. Pozdrawiam Stefan Szczepłek.

MT : Już odpowiadam. Co do zestawienia obydwu zdjęć, które odebrałeś jako nieeleganckie, to zapewniam Cię, że był to efekt przypadku, i na pewno nie było moim zamiarem obrażanie Ciebie. Dowód na to znajdziesz na stronie prywatnej mojego Facebooka pod Twoim komentarzem, gdzie zdjęcia automatycznie znalazły są obok siebie. A na Twitterze, moja postać za sprawą tegoż komputera jest u góry, a Twoja na dole. Dlatego nie przywiązuj do tego zbyt wielkiej wagi. Po prostu Wielkanocny techniczny przypadek i facebookowa wola. A to co wychodzi z moich ust, nie jest śliną, ale genewską fontanną. I gdziekolwiek bym to zdjęcie nie wstawił, dyngusowa woda i tak poleci na Ciebie. Wróćmy jednak do sedna sprawy, czyli Twojego „nie wkupywania się”.

Nie chciałem o tym rozmawiać i poruszać tego tematu, ale skoro wywołałeś mnie do tablicy, więc podważę wiarygodność innego wniosku będącego wymysłem Twojej wyobraźni , a zarazem kitem wciśniętym czytelnikom w Twojej książce. Powiedziałem na początku, że dzisiaj pod krytykę poddam Twoje trzecie zdanie. Nie mówiliśmy o tym, bo jak Cię zapewniałem nigdy o tym nie pisałem i nie mówiłem w mediach. Myślę o lipie dotyczącej jednej z cech piłkarskich Bońka. W rozdziale „Era Widzewa” napisałeś :

 3. „ – Widzewski charakter” polegał na walce za wszelką cenę, do końca, nawet w sytuacjach, które wydawały się beznadziejne. Taki charakter miał Boniek…”.

Jeszcze raz podkreślam, że Zbyszek był dla mnie wielkim piłkarzem i zrobił karierę wykorzystując wiele swoich zalet. Ale na pewno nie tej,  którą cytujesz i która jest naciąganiem . Stwierdzić, że jego charakter polegał na „walce za wszelką cenę i do końca” jest „wciskaniem ciemnoty”. W tym momencie kłania się ten , który lepiej zna się od Ciebie na indywidualnej ocenie widzewskich piłkarzy.

Wiesz o kogo chodzi ? Pewnie myślisz, że o mnie ? Mylisz się. Ja na takie tematy jak już powiedziałem nie wypowiadam się.

Chcesz pewnie wiedzieć o kim myślę ? O panu Jerzym Kryszaku – aktorze, satyryku i parodyście, który w wywiadzie pod tytułem  „Boniek nadaje się do kabaretu”  tak ocenił grę Zbyszka :

- To taki krakowiaczek, tak grał. Stał i czekał na piłkę. Chłopcy się męczyli, on odpoczywał, ale potrafił się znaleźć”.

Gdybyś chciał kiedyś z kimś podyskutować na temat –  „kto jak grał”, czy „kto był lepszy” i w czym wśród Widzewiaków, to nie ze mną Stefan. Idź do kabaretu i porozmawiaj z Jurkiem kabareciarzem. Po tylu latach stwierdzam jednak, że nawet tam nie pasujesz.

Dlaczego ?

Bo satyryk w porównaniu z Tobą musi mieć „otwarte oczy”. Oprócz zmysłu obserwacji, także wyróżniać się obiektywizmem, oraz umiejętnością analizy wad i zalet osoby podlegającej jego krytyce. Ale Ty nawet tego nie potrafisz, ponieważ to co „widzisz twoimi oczami”, jest w porównaniu z jego spojrzeniem zwykłym „laniem wody” po dyngusie oraz szachrajstwem i szacherką.

 Kończąc nasz dialog i grę mówię – Szach i Mat !

Wniosek z tego jest jeden ?                                                                                                   Nie twierdzę, że coś bierzesz za pisanie takich matactw. Wręcz przeciwnie. O to nigdy nie będę Cię podejrzewał. Według mnie, te zaplanowane przez Ciebie w sposób cyniczny i wyrafinowany nieprawdziwe, zmyślone informacje, rozpowszechniasz celowo. Wszystko w celu zaciekawienia i zaszokowania odbiorcy oraz podniesienia nakładu oglądalności. W tym wypadku czytelności Twojej książki. Dlatego Twoje twierdzenie o „nie wkupywaniu się” w czyjeś łaski to zwykłe ściemy, nazywane „dziennikarskimi kaczkami”.

 Pozdrawiam Mirosław Tłokiński

PS.

Stefan, My Widzewiacy, naszą najlepszą „książkę” zapisaliśmy wielkimi trzcionkami dzięki naszym charakterom, będącymi motorami rozwoju naszych umiejętności i które umożliwiły nam osiągnięcie największego sukcesu w historii Widzewa i polskiej piłki, bez udziału Bońka i bez bojaźni przed jego „nakrzyczeniem”.

A bez tego sukcesu w sezonie1982/83, jak wiesz nie byłoby mowy o Wielkim Widzewie.

źródło: http://miroslawtlokinski.pl/?p=264

Tarasiewicz kontra Sasal, czyli niespodziewany atak trenera Pogoni – Futbolfejs

Tarasiewicz: Trzeba pokazać charakter jak się dupka pali

Po ostatnim meczu ligowym Pogoni Siedlce z Miedzią Legnica (0:0) doszło do kuriozalnej sytuacji na konferencji prasowej. Trener Pogoni Marcin Sasal wypalił ni z tego, ni z owego: „Uważam, że był telefon z góry, że Miedź się musi utrzymać”, odnosząc to do sędziowania. Trener Miedzi Ryszard Tarasiewicz usiłował przez chwilę dyskutować, po czym wyszedł z konferencji.

FUTBOLFEJS.PL: Zachował się pan i tak zaskakująco spokojnie. Takie sytuacje nie zdarzają się nagminnie.
RYSZARD TARASIEWICZ: Nie chciałbym się specjalnie do tego odnosić. Było, minęło. Można popatrzeć na zapis tego meczu – zobaczyć, kto miał jakie sytuacje i co z nich wynikało. Teraz ta sprawa jest w „wyższych” instancjach i niech tak zostanie (Miedź skierowała sprawę do Wydziału Dyscypliny PZPN – red.).

Sasal zaskoczył takim atakiem?
Opinia, wywód – sam nie wiem, jak to nazwać – trenera Pogoni były nieadekwatne do tego, co się działo w meczu. I tyle.

Szkoleniowiec rywali mówił o kilku kontrowersyjnych sytuacjach…
Nie było podstaw, żeby tak mówić. Mecz był dość dynamiczny, agresywny. Moi piłkarze starali się nie reagować na agresję rywali. I naprawdę nie było podstaw, by wyrażać taką opinię.

Czerwona kartka dla Pogoni zdaje się ewidentną. Duda wyraźnie podeptał pańskiego piłkarza, gdy ten leżał na ziemi.
I zawodnik Pogoni zobaczył czerwoną kartkę tak, jak mu się należała. Nie ma dyskusji, nie ma nawet punktu zaczepienia, jak próbować podważyć tę kartkę.

Ale najmocniejsze słowa to te o tajemniczych telefonach mających chronić Miedź.
To oszczerstwa, które nie wiadomo, skąd się wzięły. Jest mi bardzo przykro że doszło do takiej sytuacji, ale jaki ja na to miałem wpływ?

W tym momencie wstał pan i wyszedł z konferencji prasowej.
Bo zawsze uważałem, że lepiej, żeby uważano człowieka za chama niż za idiotę. Proszę, zostawmy to.

Dobrze, ale nie zostawimy pana bez przypomnienia słów z wywiadu dla nas. Deklarował pan pościg za czołówką, a lecicie w dół.
Wtedy miałem powody, by tak mówić. Ale też trzeba pamiętać, że na koniec roku okazało się, że nasza strata do czołówki nie była małą przy zaledwie 13 meczach do rozegrania. A potem detale zdecydowały o tym, że w tym roku mamy już na koncie pięć remisów. W każdym z nich brakowało nam niewiele do tego, by strzelić gola więcej. A jednocześnie proszę popatrzeć nawet na zespoły z czuba – strzelają, to prawda, ale ile goli też tracą. A my prawie nie dopuszczamy przeciwników pod naszą bramkę. Styl, jaki prezentuje Miedź, jest dobry, tylko brakuje nam przełożenia tego na gole. I nie jest to styl defensywny, to po prostu dobra organizacja gry przekładająca się i na grę obronną i na stwarzane sytuacje.

Sytuacje może i stwarzacie, ale co z tego? Trzy remisy z rzędu na 0:0. Z takimi napastnikami jak Bartosz Ślusarski czy Tadas Labukas?
To sprowadza się nie tylko do napastników. Przy wykańczaniu akcji zawodzi ofensywa w całości, bo przecież nasze gole nie zależą tylko od napastników. Mamy kreatywnych piłkarzy w drugiej linii: Garguła, Łobodziński… To świetni technicznie piłkarze, ale jak nie idzie, to nie idzie. Też nie zwykłem płakać nad tym, że nam się trochę posypało fizycznie, ale taka jest prawda. Łobodziński ma problemy z mięśniami brzucha i pewnie na koniec rozgrywek czeka go operacja. Garguła problemy z kolanem, Labukas gra, mimo że dolega mu staw skokowy. Nie można powiedzieć, by byli pełni sił i zdrowia. Ale nie ma co się użalać nad sobą.

W porządku, tyle że macie już tylko trzy punkty nad strefą barażową.
Nie brakuje nam jakości, tylko goli. Przy tych sytuacjach, jakie stwarzamy, te gole powinny być, a ich nie ma. Poza tym chciałbym przypomnieć, że kadra dziś jest osłabiona w stosunku do jesieni. Odszedł Marquitos, kontuzje wyeliminowały Daniela i Trifonowa. Na to też trzeba popatrzeć.

Teraz jedziecie do odrodzonych Suwałk. Ewentualna wpadka może skutkować osunięciem się w „strefę mroku”.
Ja się nigdy nie patrzę na tabelę. Liczy się mecz, potem kolejny. I to nie są puste słowa. Po prostu trzeba strzelać gole i wygrywać. A jak się skończy sezon, popatrzymy, gdzie jesteśmy. Teraz przerabiamy trudną serię czterech wyjazdów z rzędu. Po Kluczborku i Siedlcach mamy Suwałki i Bełchatów. Nie ma łatwych meczów i to nie jest prosta sytuacja. Każdy szarpie o punkty, bo tych punktów potrzebuje. To normalne.

Rozmawiał pan już z szefami o ewentualnej przyszłości.
Na razie nie. Wychodzę z założenia, że w trakcie sezonu nie ma co o tym rozmawiać. W ostatnich trzech klubach podpisywałem kontrakty na rok czasu i potem patrzyłem, co dalej. Decyzji o nowej umowie nie można podejmować w 5 minut, ale to też nie jest proces na długie tygodnie. Kończy się sezon, siadamy, dwa – trzy dni i wiemy, czy jesteśmy w stanie wypracować porozumienie satysfakcjonujące dla obu stron. W tej chwili liczy się dla mnie tylko to, czy moi piłkarze się rozwijają i czy idą w dobrym kierunku, a nie to, kiedy kończy się moja umowa.

A tu Ryszard Tarasiewicz o tym, kogo się wybiera, gdy się pali:

Rozmawiał Marcin Kalita

źródło: http://futbolfejs.pl/i-liga/tarasiewicz-kontra-sasal-czyli-niespodziewany-atak-trenera-pogoni/